Te same tytuły w różnych edycjach płytowych (rozdział pierwszy)

 

Już w innych artykułach wspominałem (np. w artykule- „nagrania jakościowo wybitne”) o innym brzmieniu płytowym tego samego tytułu. Teraz chcę zebrać w jeden moje doświadczenia związane z tym zjawiskiem (można traktować też jako uzupełnienie innych artykułów). Niejako przy okazji opiszę, gdy będzie to nazbyt odmienne w atrakcyjności, różnice w warstwie poligraficznej różnych wydań.

 

W pierwszym rozdziale „płyty polecane (rock)” rekomendowałem dwie wybitne płyty amerykańskiej grupy blues-rockowej Canned Heat. Przy tej okazji porównałem dwie wersje płyty- „Boogie with Canned Heat”. Przekonany do nowych remasterów (mimo chwilowych wahań) podmieniłem również wersje albumów „Future Blues”  i „Hallelujah„, jakie miałem na półce.

„Futere Blues” w edycji francuskiej Magic Records jest nierozkładanym mini LP, mimo że w oryginale płyta była pakowana do okładki rozkładanej. Na kopercie wewnętrznej dla krążka CD widnieje fotografia zespołu pośród drzew w lesie. To tylko fragment obrazu z wewnętrznej części okładki wersji rozkładanej, co uwidoczni fotografia niżej. 24- bitowy remaster tej firmy brzmiał dobrze. Napisałem w czasie przeszłym- „brzmiał”, bo w konfrontacji z wersją japońską SHM-CD o nr kat.- UICY-78387 jednak gorzej niż się spodziewałem gdy je podmieniałem.

Do albumu w wersji SHM-CD  (UICY-78387) dołączono „Kanned, Korn, Komix”. Było kilka komiksów, które były o muzykach rockowych finansowane przez samych muzyków lub ich wytwórnie, ale „Kanned Komix” poprzedzał je wszystkie. Podczas gdy pewne źródła wymieniają wydawcę książki jako Canned Heat Fan Club, to jednak bardziej prawdopodobnie wydaje się, że komiks został wyprodukowany przez wytwórnię Liberty Records (macieżystą grupy), „Kanned Korn Komix”, przedstawiająca niecodzienną historię kluczowych członków zespołu, powstał w 1970 r., kiedy załączano ją do pierwszych tłoczeń piątego albumu „Future of Blues” z katalogu Canned Heat. Komiks był również sprzedawany w ksiegarniach, gdzie cena okładki 10 centów była zazwyczaj zamieniana przez naklejkę cenową w wysokości 25 centów.

Korn Komix został napisany przez Neala Abermana i zilustrowany przez Bo Schnepfa. Komiks jest  podzielony na opowieści o sześciu członkach zespołu, wszyscy przedstawieni z ich pseudonimów: Boba  „The Bear” („Niedźwiedź”) Hite’a, Al „Blind Owl” („Ślepa Sowa”) Wilson, Larry „The Mole” („Kret”) Taylor, Adolfo „Fito” de la Parra, Henry „Raccoon” („Szop”) Vestine i Harvey „The Snake” („Wąż”) Mandel. Każdy opowiada krótką i absurdalną historię, która doprowadziła ich do zespołu. Żadna z opowieści nie jest szczególnie atrakcyjna, ale… Nic nie szkodzi.

„Future Blues” był ostatnim albumem „Canned Heat” z udziałem współzałożyciela i głównego kompozytora Alana Wilsona, który zmarł z powodu przedawkowania narkotyków (w wieku 27 lat) w tym samym roku, w którym debiutował album. Śmierć  Ala Wilsona w wyniku przedawkowania narkotyków, alkoholu i tabletek medycznych 3 września 1970 roku miała miejsce zaledwie kilka tygodni przed śmiercią Jimi Hendrixa i Janis Joplin. Płyta była jedną z najlepszych w katalogu Canned Heat- zaskakująco powściągliwe (jak na standardy Canned Heat, które lubiło sobie pofolgować w długich improwizacjach) czysto studyjne zwięzłe granie,  bardzo stylistycznie różnorodne. Większość tego, co umieszczono na płycie, jest bardzo przystępne, nawet jedyny zespołowy jam- „Shake It and Break It” Alana Wilsona czy prorocze „My Time Ain’t Long”, który brzmi podobnie jak „Going the Country”, aż po ostatnią, „ciężkiej wagi” utwór tytułowy. Inne utwory są w stylistyce hard rocka, zwłaszcza przebojowy cover  „Let’s Work Together ” Wilberta Harrisona lub „That’s All Right, Mama” Arthura Crudupa.

Jak różne są remastery wersji francuskiej od japońskiej? Japończycy zadbali o pełnię barw i o złagodzenie górnych (ostrych) zakresów, w których brylowali i wokalista i gitarzyści. Jest tez niekompresowana… Niekompresowana płyta rockowa? Ano tak! Tylko na tym zyskuje, choć wzmacniacze o mocach niższych mogą mieć problem…

Podobnie jest z „Hallelujah”, czwartą płytą z katalogu Canned Heat- porównałem wersję europejską digipack i japońską mini LP o nr kat. UICY-78385 (wydanie z sierpnia 2017). Z Bobem Hite’em i Alanem Wilsonem, Canned Heat dostarczał na płytach konsekwentny produkt bluesowy, bardzo zróżnicowany, ubarwiany subtelnymi niuansami muzycznymi. Od pierwszych taktów „Same All Over” słyszy się i szacunek i entuzjazm dla gatunku muzycznego- bluesa (boogie). Sporo jest harmonijki Ala Wilsona na płycie, ale innej niż w poprzednich woluminach, bo bardziej agresywnej (intensywnej w brzmieniu. Choć nie było „lokomotywy” w postaci szczególnego hitu na „Hallelujah” , to ten udany album pokazuje, że zmienia się Canned Heat z grupy bluesowej w rock-bluesową.


W wersji europejskiej ta płyta jest agresywna z mocnym „atakiem” harmonijki Ala Wilsona. Wokal jest lekko wycofany w stosunku do gitar i perkusji. Wygląda na to, że tak sobie realizatorzy remasteru wyobrażali brzmienie rocka… I słusznie, tyle że przesadzili.


Gdy pierwszy raz się posłucha japońskiej wersji to wydaje się (na tle europejskiej) zbyt łagodna, to nie rock lecz co najwyżej blues łagodnie podany, a do tego niekompresowany, więc znacznie cichszy. Zaczyna się doceniać pracę inżynierów dźwięku z Japonii po pewnym czasie, kiedy strona muzykalności zaczyna górować nad rockową intensywnością. Już nic nie drażni, górne rejestry są stonowane, wokale ważniejsze niźli instrumenty rytmiczne. Są dalej słyszalne, ale już nie na pierwszym planie. Jeśli porównać okładki to zwłaszcza wnętrze się różni- w wersji digipack fotografia zespołu przy wiadukcie to tylko część panoramy.

 

Angel Dust”, czwarty album studyjny amerykańskiej grupy rockowej Faith No More, został opublikowany przez Slash Records w 1992 roku. Album zdominowany funkującą linią basu, której wtóruje perkusja, a gitarowe riffy z organami nadają tempo i określają, że nie jest to czysty funk lecz nadal ciężki rock. Na płycie znajduje się wszystko, od humoru po brutalną agresję. Śpiew Mike’a Pattona wspaniale współgra z przekazywaną treścią- przytłaczającą odczuciem, ze jego kraj jest ma gnijący rdzeń, odrętwiały od sieczki telewizyjnej, niszczony niepokojami i psychologicznym zamętem. „Czy życie wydaje się dla ciebie interesujące?” pyta Patton.

Po 25 latach, można śmiało uznać ten album za klasyczny dla muzyki rock- przetrwał, nie stracił na atrakcyjności, dziś nie można byłoby go zagrać inaczej… Czyżby? Po 15 latach od czasu nagrań Mobile Fidelity Sound Lab. Inc., korzystając z taśm „Master” Warner Bros. wydaje swój remaster.

W notatce reklamowej można przeczytać: ”Inżynierowie MFSL byli pod wrażeniem dynamicznego zasięgu i naturalnej tonalności obecnej na taśmie Master. W porównaniu z poprzednimi wersjami nowy „MFSL GAIN 2 mastering” jest o wiele bardziej dynamiczny i ukazuje szczegóły i subtelności, których nie słychać w innych wersjach. Ten nowy MFSL pozwala na pełny zakres dynamiki, dzięki czemu fani mogą usłyszeć ten album tak, jak to było słyszane w Scream Studios, gdzie mieszanie było znakomicie wykonywane przez Matta Wallace’a i Davida Brysona”. A jakie są opinie melomanów? Różne, najczęściej skrajne. Oto dwa przykłady z www.discogs.com, ograniczone wyłącznie do istotnych stwierdzeń:

  1.  „Jestem trochę rozczarowany,  nie tylko w obszarach po których bym się spodziewał. Przede wszystkim remaster nie jest świetny. Gitary są cienkie i są wyraźnie cichsze, a wokale są zbyt duże. Wzrasta też „pitch”, negatywnie wpływając na dynamikę albumu. Album jednak brzmi dużo czyściej, a problem z produkcją błotnistą z oryginału został rozwiązany.”
  2. Polecam tę płytę z wielkim entuzjazmem. Nie zgadzam się z opiniami stwierdzającymi, że remaster jest wadliwy. (Gitary cichsze i cienkice itd …) Jako fan tego albumu posiadanie i kochanie go na kasecie, na płycie CD, a teraz ten MFSL mogę powiedzieć, że remaster jest bardzo dobry. Nie tylko dźwięk, ale jakość opakowania, winyl, rękaw. Pieniądze dobrze wydane w mojej opinii. Są ludzie, którzy napisali w recenzjach, że ścieżka gitarowa została wyciszona zbyt mocno i wydaje się cienka. Rozwiązaniem tego problemu można by uznać fakt, że FNM nigdy nie było zespołem grającym gitarowo. Ich doskonałość jest w ogólnym oddaniu ich piosenek. Nie tylko to, ale kiedy słucham tego remasteringu, słyszę dobrze gitarę, a cała reszta instrumentów są dobrze wyważona. Dźwięk jest doskonały, ale z pewnością dla kogoś, kto nie marzy o cięższych gitarowych dźwiękach jako najważniejszym aspekcie w remasterowaniu.”

A więc pozostaje samemu ocenić co się bardziej podoba, skoro natykamy się na tak odmienne wrażenia po odsłuchaniu tej samej płyty. Myślę, że można winą za ten stan rzeczy obarczać nie tylko gust czy preferencje słuchaczy lecz (a może nawet- przede wszystkim) możliwości odtwórcze systemów audio tych dwóch dyskutujących panów.

Mój system audio nie jest łagodzącym, nie jest też nachalnie ostrym… Określiłbym go jako neutralny po stronie brzmieniowego ciepła. Od odtwarzanej muzyki klasycznej oczekuję naturalnych barw i muzykalności, a od muzyki rockowej- energii, pulsu, ekspresji. Po tych dwóch zdaniach wstępu wyrażę i ja opinię o remasterowanych przez MFSL płytach rockowych- są wynikiem niezrozumienia rockowego grania. Czuję, że za bardzo dbają o zaskarbienie sobie przychylności audiofilów, którzy chcą traktować wszelaką muzykę (bo nie tylko rockową) jako tło do ich wypoczynku. Dodam- przez czas jakiś na półce miałem wyprodukowane przez MFSL „Abraxas” Santany, „Second Album” Lynyrd Skynyrd, „Idlewild South” Allman Brothers Band i „The Yes Album” grupy Yes. Bardzo byłem szczęśliwy gdy je mogłem wymienić na japońskie edycje wykonane w odległych wytwórniach od Mofi. Oba, przeze mnie wymienione, albumy były obciążone tymi samymi wadami- wysunięcie wokali na plan pierwszy kosztem innych instrumentów, oraz poważne złagodzenie górnego zakresu częstotliwości.

 

Remastering niemieckiej wytwórni Repertoire Records, która ma w katalogu przede wszystkim rock z lat 1960/70, jest zaprzeczeniem tego co stara się z rockiem zrobić Mofi. Jej edycje (wszystkie) oddają ducha rocka doskonale- są dynamiczne, z dużą dozą energii, a nawet brutalne. Ale też wybitnie selektywne i rozdzielcze. Przyznać się muszę, że jeśli mam wybór Repertoire czy japoński Remaster to wybiorę z reguły niemiecki, choć japoński jest też bardzo dobry.

Przed takim dylematem stawałem kilkakrotnie- w przypadku „Happy Trails” Quicksilver Messenger Service i „Reflection” Steamhammer. W obu przypadkach bardziej przekonującą wersją szczyciły się remastery Repertoire. Żeby nie było tak słodko (bo ceny w Repertoire Records są dużo bardziej przyjazne) okładki ich wydań w wersji mini LP są kopiami o wiele słabszej jakości.

 

Sytuacja jest lepsza gdy wśród płyt jazzowych szukamy tych najlepszych wydań, a jeśli zamiast edycji japońskich wyszukamy dla siebie jakieś inne- europejskie lub bardziej audiofilskie- Mofi, Lim, w wersji Gold lub nie, to tragedii żadnej nie uświadczymy. Różnice będą, ale subtelne (poza nielicznymi przypadkami opisanymi w artykule „nagrania jakościowo wybitne”).

Pierwszym przykładem jaki mi się nasuwa, dla poparcia tezy o niewielkich różnicach w jakości podawanego dźwięku, są płyty prezentowane w serii magazynu „Polityka”, a obejmujące najwybitniejsze dokonania firmy Blue Note.

Ich japońskie (lub koreańskie) odpowiedniki brzmią tylko minimalnie bardziej rozdzielcze i z niewiele większą ilością informacji w górnych zakresach częstotliwości.


Somethin’ ElseCannonballa Adderleya i „Moanin’” zespołu Art Blakey and The Jazz Messengers, dwie wybitne pozycje z katalogu Blue Note, były nagrane w studio Rudy’ego Van Geldera (przeczytaj: „producenci płytowi (RVG)”). Pierwsza pozycja została nagrana w czasie gdy Adderley był członkiem Miles Davis Sextet  (w 1958 roku) i jest też jednym z nielicznych przykładów pojawienia się Milesa Davisa jako sidemana. Davis gra tutaj kilka pierwszych solówek, skomponował bluesowy tytuł i zgodnie z uwagami na płycie wybrał większość materiału muzycznego. „Moanin’” jest  jednym z archetypowych albumów hard-bopu, w którym bardzo charakterystyczne intensywne bębnienie Blakey’ego oraz wkład trębacza Morgana, saksofonisty Golsona i pianisty Timmonsa, są wzorcowe. To też idealne złączenie stylu soul, wpływów bluesowych z wyrafinowanym jazzem.

 

Potwierdzeniem tezy o mniejszym wpływie licencji lub oryginału wydania tytułu jazzowego na jakość przekazu muzycznego niech też będzie „DesafinadoColemana Hawkinsa. Porównywałem europejską edycję digipack z japońskim mini LP o nr kat. UCCI-9045.

Wielką karierę bossa novy zainicjował Stan Getz w 1962 roku płytą „Jazz Samba”. Legendarny wówczas saksofonista tenorowy Coleman Hawkins, który mógł przystosować się do każdego stylu, nie chciał stać z boku. W tym samym 1962 roku, kilka miesięcy po wydaniu „Jazz Samba”, wybrał popularne kompozycje z rytmami brazylijskimi takich mistrzów jak Antonio Carlosa Jobima i João Gilberto oraz Manny’ego Albama. Producent Bob Thiele  w niespotykany dotąd sposób rozmieścił dwóch gitarzystów- Barry’ego Galbraitha i Howarda Collinsa, w oddzielnych kanałach stereo. Poza nimi Hawkinsa wspierają- basista Major Holley, perkusista Eddie Locke, grający na instrumentach perkusyjnych Willie Rodriguez i pianista Tommy Flanagan. Motywy pochodzące z pięknie wykonanego utworu tytułowego i „One Note Samba” są typowe dla gatunku, ale w „O Pato” pojawia się motyw z „Take the A” Duke’a Ellingtona, „Stumpy Bossa Nova” jest kompozycją samego Hawkinsa. Siedem lat później (od nagrania „Desafinado”) Hawkins zmarł, pozostawiając ogromną spuściznę, nie ilościową lecz jakościową.  Był najbardziej uhonorowanym saksofonistą tenorowym w jazzie, a to omawiane nagranie należy do najznakomitszych. Harve Pekar w styczniu 1963 r. dla magazynu „Down Beat” stwierdził: „Niedawno pojawiły się jakieś śmieciarskie albumy z bossa novą, ale tę muzykę cechuje wysoka i trwała jakość!” (zobacz też „płyty polecane (jazz)„)


Jakie różnice w jakości nagrań przedstawionych edycji można wykryć? Jednak wersja japońska odznacza się minimalnie wyższą rozdzielczością i szczegółowością w wyższych rejestrach, co przekłada się na lepsze przedstawienie brył instrumentów. Różnica nie jest duża- siedzący poza centrum odsłuchów meloman może tego nie usłyszeć.

 

Trudnym do porównywania jest przykład płyty „Getz meets’ Mulligan In Hi-Fi”, która w oryginale była monofoniczną, później (w 1991 roku) przez Verve wydana w wersji stereofonicznej, a w 1995 przez DCC Records na powrót jako mono.

Stan Getz na tenorze i Gerry Mulligan na barytonie to potęgi jazzu, byli przez lata całe wybierani na najwyższe lokaty wśród wiodących instrumentalistów, więc wcześniej czy później musieli się spotkać na wspólnej sesji nagraniowej. Ta sesja odbyła się  1957 roku. To o tyle wyjątkowy album, że dwaj bohaterowie sesji wymieniają się instrumentami w trzech utworach, tworząc interesujące porównania między stylami obu muzyków. Obaj mają za towarzystwo nie mniej utalentowanych- pianistę Lou Levy’ego, basistę Raya Browna i perkusistę Stana Levey’ego.


Wcześniej, w artykule „mono czy stereo?”, wyraziłem swoje zdanie na temat wyboru pomiędzy wersjami mono i stereo tych samych tytułów. W przypadku „Getz meets’ Mulligan” musimy też porównać remaster i materiał z jakiego został wykonany krążek CD. Firma DCC szczyci się tym, że remaster jest wykonany z taśmy „Master”, a materiałem użytym do wykonania warstwy odbijającej  promień lasera jest 24-karatowe złoto. Opinia wśród audiofilów jest taka, że złocenie powoduje dociążenie brzmienia pochodzącego z krążka CD. Mógłbym się z tym zgodzić, choć ja bardziej słyszę uspokojenie przekazu, albo złagodzenie wyższego zakresu częstotliwości.

 

Często spotykanymi są płyty hybrydowe- SACD z możliwością odczytu w odtwarzaczach CD. W założeniu płyty w formacie SACD miały być wyłącznie hybrydowe, z jedną warstwą do odtworzenia w czytniku CD-Audio oraz drugą wyłącznie dla czytnika SACD. W sprzedaży są jednak i płyty SACD hybrydowe, i płyty, w których obie warstwy zawierają zapis SACD (nie posiadają warstwy CD).

Jak się te płyty zachowują w odtwarzaczach CD (modyfikowany Pioneer PD-S06), a jak w odtwarzaczach SACD (McIntosh MCD 550)? Zacznę od porównania ścieżki CD i SACD w odtwarzaczu SACD. Różnie bywa, w zależności od tytułu i jest też różnie gdy dysponujemy dla tytułu SACD odpowiednikiem w wersji CD. W przypadku starszych realizacji płytowych, nagrywanych w dobie analogowego sposobu rejestrowania materiału muzycznego (jak w przypadku przedstawionej na fotografii płycie RCA Records), raczej skłaniałbym się ku zakupom na krążkach CD lub LP. Nowsze realizacje- cyfrowe, lepiej brzmią, choć wcale nie jest łatwo o tym decydować, bo są tak inne.

By przybliżyć problem opiszę wrażenia po porównawczym przesłuchaniu tej samej płyty „Tchaikovsky Piano Concerto No.1, Rachmaninoff Piano Concerto No.2 (również o płycie w artykule: „Rekomendowane wydawnictwa płytowe szeroko rozumianej klasyki (rozdział piętnasty, część 3)„) w wykonaniu Vana Cliburna z orkiestrami prowadzonymi przez Fritza Reinera i Kirila Kondrashina. Nagranie dla RCA Victor pochodzi z 1958 roku. Gdy w odtwarzaczu umieszczam wersję SACD brzmienie staje się brzmieniowo archiwalne, wystarczająco agresywne by zniechęcało do dalszego słuchania, natomiast fortepian wysunięty na plan pierwszy (co mi nie przeszkadza) ma zabarwienie metaliczne. Płyta pochodząca z pakietu płyt „Living Stereo 60 CD Collection” brzmi nieco inaczej- barwa orkiestry jak i fortepianu jest naturalna. Solistyczny instrument bardziej jest wtopiony w orkiestrę niż w wersji hybrydowej SACD.

Hybrydowe SACD są (tak uważam) pomyłką. Warstwa, która odbija laser CD, daje często (nie chce generalizować) brzmienie metaliczne w stosunku do naturalnego z krążka CD  (porównywałem również na różnych odtwarzaczach CD).

Z tego krótkiego przeglądu jeden wniosek można wysnuć- melomani nudzić się nie będą przy poszukiwaniach odpowiedniej, dla swojego odczuwania artyzmu, wersji ulubionej płyty.


Kolejne rozdziały:

  

Dodaj komentarz