Wydawnictwa płytowe aspirujące do najlepszych
(rozdział dwudziesty pierwszy)

Szczególną wartość natury artystycznej dla audiofila mają płyty, dla których sesje nagraniowe odbyły się dekady wstecz, a obecnie wyprodukowane z całą możliwą dbałością z oryginalnych taśm analogowych. Pomijając nowy mastering, znaczenie (również słyszalne) ma materiał z jakiego wykonana jest warstwa odblaskowa krążka CD,  limitowana ilość, a przede wszystkim wyjątkowa dbałość na etapie produkcyjnego formowania płyt CD, czyli przekształcania wzorca szklanego w tłoczniki. Wszystkie te aspekty są uwzględniane albo przez firmy macierzyste, które z jakichś powodów decydują się na edycje okazjonalne, albo przez firmy zewnętrzne wyspecjalizowane w produkcji edycji tzw. audiofilskich. W tej części skupię się nad edycjami specjalnymi firmowanymi przez wydawców, które dysponują w swoich archiwach taśmy „matki” omawianych niżej tytułów- EMI i Virgin.

  • Ravel: Boléro, Pavane pour une Infante défunte, Daphnis et Chloé- Suite No. 2, André Previn, London Symphony Orchestra”, wydane przez Hi-Q Records w lipcu 2014 roku w formacie XRCD24.

To wydanie powstało z masterowanych ścieżek dźwiękowych zapisanych na oryginalnych studyjnych taśmach analogowych EMI. „Boléro” nagrano podczas sesji w londyńskiej Kingsway Hall [1] 26 czerwca 1979 roku, a pozostałe dwie kompozycje w Abbey Road Studio nr 1 z 14 lipca 1978 roku.

 

 

Trzy kompozycje: „Boléro” [2], „Pavane pour une Infante défunte” [3] i „Daphnis et Chloé- Suite No. 2” [4], wykonane przez London Symphony Orchestra pod dyr. André Previna, wytwórnia EMI wydała w 1980 roku. Ścieżka z „Daphnis” pod Previnem, jest równie doskonała jak interpretacje Monteux’a, Ansermet’a i Dutoit’a. Odczytanie tej kompozycji przez Previna, bliższe kreacjom klasycznym, jest nie mniej ekscytujące niż u konkurencji. Jego realizacja jest doskonale zrównoważona, ale mieni się pięknymi barwami. Partytura „Boléra”, wskazuje na „Tempo di Bolero, moderato assai” (tempo bolera, bardzo umiarkowane), a kompozytor preferował raczej tempo powolne i stałe. W wywiadzie dla The Daily Telegraph z 1931 r. Ravel stwierdził, że utwór trwa siedemnaście minut i skrytykowałby dyrygentów, którzy zagraliby go zbyt szybko (Toscanini był takim przykładem- zakończył grę po trzynastu minutach) lub dyrygentów, którzy przyspieszyli podczas zbliżania się do  końca kompozycji. „Boléro” Previna jest odegrane w powolnym tempie (bodaj najwolniejszym spośród wszystkich umieszczonych w katalogach płytowych), ale tego się nie odczuwa, bo zwraca uwagę to, że interpretacja jest zmysłowa, rozwijająca się w zrelaksowany sposób, pozwalając wirtuozowskim solistom London Symphony Orchestry w pełni wykorzystać ich solowe fragmenty. Kompozycję- „Pavane pour une infante defunte”, Ravel pierwotnie napisał na fortepian w 1899 r., ale przearanżował w 1910 r. „Pavana” oparta na powolnym rytmie renesansowego dworskiego tańca jest łagodna, słodka i melancholijna, jednak nigdy nie jest sentymentalna. Previn interpretuje „Pavanę” tak dobrze, jak nikt inny.
Nagrania zgromadzone na płycie oryginalnej z 1980 roku są ciepłe i bardzo rezonansowe, co nie powinno dziwić skoro rejestracje są analogowe. Dźwięk ma wysoką jakość, z wyjątkiem śladów zniekształceń w najdynamiczniejszych punktach kulminacyjnych.

Opisane nagrania były materiałem źródłowym dla zremasterowanej muzyki z oryginalnych analogowych taśm-matek EMI przy użyciu 24-bitowego przetwarzania JVC XRCD i technologii K2, a następnie przeniesienia remasteringu na standardową płytę CD zgodnej z Red Book, którą można odtwarzać na dowolnym standardowym odtwarzaczu CD. W porównaniu ze zwykłą wersją nagrania na płycie CD, XRCD daje więcej informacji o nagranym spektaklu- instrumenty tworzą większą aurę, zapewne to wynik bogatszego dźwięku o dodatkowe harmoniczne, usłyszałem nieco łatwiejsze oddanie transjentów i większe zróżnicowanie barwowe (też kojarzę z bogatszym wypełnieniem w tony harmoniczne) Doskonalsze też wydaje się poczucie głębi, ale przede wszystkim dźwięk jest zdecydowanie wyraźniejszy (bardziej selektywny) i bardziej dynamiczny.
Większość dzisiejszych nagrań cyfrowych brzmi dobrze, ale niekoniecznie są lepsze pod względem artystycznym niż niektóre analogowe nagrania sprzed dekad, więc należy być wdzięcznymi firmom audiofilskim, takim jak Hi-Q, FIM czy HDTT, które zremasterowały wiele świetnych nagrań z epoki lat 50., 60. i 70. XX wieku, dając fanom lepsze produkty zarówno pod względem atrakcyjności artystycznej jak i jakości dźwięku. Proces transferu do XRCD już omówiłem w innym miejscu bloga (vide: „Historia i cechy płyt CD (rozdział 2)”), więc przypomnę, że jest to jedna z najbardziej precyzyjnych i najbardziej zaawansowanych obecnie metoda przenoszenia materiału z „taśmy-matki” na płytę, co potwierdzają wyniki znajdujące się na płycie Hi-Q, które są wyjątkowo dobre.

 

  • Holst: The Planets [5], André Previn conducting the London Symphony Orchestra”, album wyprodukowany i wydany przez EMI Records Ltd., w 2008 roku, o numerze katalogowym: 50113026, po remasteringu muzyki z oryginalnych analogowych „taśm-matek” EMI przy użyciu 24-bitowego przetwarzania JVC XRCD24. Płyta w ekskluzywnym opakowaniu digipack’owym wydana została w ramach serii- „Original Master from Abbey Road Studios”.

Studyjne taśmy magnetyczne, które były wzorcowymi dla pierwszego wydania płyty „Holst, The Planets” w wykonaniu London Symphony Orchestra pod dyr. André Previna i The Ambrosian Singers z chórmistrzem- Johnem McCarthy (His Master Voice / EMI), powstały w czasie sesji w dniach 28 i 29 września 1973 r.. Były one również ścieżkami źródłowymi dla edycji późniejszych.

Kiedy EMI po raz pierwszy wydało nagranie The Planets Andrea Previna na longpleyu w 1973 roku, stało się wzorcowym pod względem dźwiękowym. Na pewno powinno się być wdzięcznym, że wybrano odpowiedzialnych za stronę techniczną dwóch panów: producenta Christophera Bishopa i inżyniera dźwięku Christophera Parkerana, a na miejsce nagrań słynną Kingsway Hall w Londynie. Wspaniałe brzmienie sali, w której nagrano taśmę, nadal pozostaje referencyjne. Do dziś recenzenci używają części o tytule „Uran” jako standardu audio do oceny innych nagrań i sprzętu audio.
Wielu znaczących dyrygentów nagrywało dzieło Holsta, między innymi: Charles Dutoit, Simon Rattle, Herbert von Karajan, James Levine, Richard Hickox, William Steinberg, Zubin Mechta, dwukrotnie André Previn (również z Royal Philharmonic Orchestra). Pierwszym wykonawcą „Planet” był Sir Adrian Boult, który wielokrotnie tę suitę nagrywał. Jego ostatnia płyta dla EMI pochodzi z roku 1979. Wersją jedną z najlepszych (obok interpretacji Mehty) jest właśnie ta Previna, dyrygującego muzykami z LSO (London Symphony Orchestra).
Jest powód, dla którego interpretacja Previna należy do najbardziej cenionych wśród kolekcjonerów i audiofilów, otóż ten, że artystycznie świetna interpretacja, dzięki analogowemu remasterowi XRCD24, ożywia stare, ale technicznie bardzo dobre nagranie w sposób, który nigdy nie wydawał się możliwy. Na początku 1914 roku Gustav Holst powiedział przyjacielowi: „Z reguły studiuję tylko rzeczy, które sugerują mi muzykę… Ostatnio charakter każdej planety sugerował mi wiele”. Suita zaczyna się tematyką wojenną w „Mars, zwiastun wojny” proroczo, bo pierwsza wojna światowa rozpoczęła się w chwili, gdy ją ukończył. Pod batutą Previna panuje silnie i groźnie muzyka popychana w coraz to bardziej ujawnianą ekspresję. Odczytanie Previna jest bojowe, ale liryczne w rytmie. W drugiej części- „Wenus, zwiastun pokoju”, Previn i LSO uciekają w kojące adagio- spokojne, ospałe i urocze. Ta część zapewnia ulgę od burzliwych działań wojennych, które go poprzedzają. Następna część- „Jowisz, niosący radość”, jest niczym wesołe bachanalia. Ta część, z majestatyczną melodią przypominającą hymn w środkowym fragmencie, jest odpowiednio świąteczna i okazała w wyrazie. „Saturn, przynoszący starość”, część odsłaniająca zarówno godność, jak i słabości starości. Ta część była osobistym ulubionym fragmentem suity Holsta i dyrygent, jakby czuły na emocje kompozytora, nadaje mu odpowiednią wagę, choć jej nie wyróżnia. Dlaczego Holst tak bardzo tę część lubił? Nie wiadomo, bo nie wydaje się wybijającą ponad poziom pozostałych części kompozycji. „Uran, mag”, część płyty, która może służyć jako materiału demonstracyjny podczas testów audiofilskich. Ma to co audiofil szczególnie ceni- od głębokiego basu po najwyższą górę, od najcichszych dźwięków po najgłośniejsze forte; pokazuje pełną demonstrację możliwości orkiestry. Interpretacja Previna jest tu rzeczywiście (jak wskazuje tytuł) magiczna, ale na pewno nie staje się upiorna. Suitę kończy hipnotyzujący „Neptun, mistyk”. Ta ostatnia część jest najbardziej pozaziemską z niesamowitym sunącym pianissimo i bez słów kobiecym chórem (The Ambrosian Singers). Nagranie jest imponujące- każda sekcja orkiestry chce wykazać się swoją precyzją, czy to instrumenty blaszane na Marsie i Uranie, czy strunowe- w Jowiszu. „Planety”, choć prosto zinterpretowane przez André Previna, pozwalają aby piękno partytury Holsta pojawiło się naturalnie i bez jawnego wysiłku.

Porównanie brzmienia zremasterowanej płyty do formatu XRCD24 z „nieaudiofilską” płytą CD tego samego wykonawcy, jaką miałem okazję posłuchać: „Holst, The Planets” wydane przez Warner Classics w 2016 roku w ramach serii- „Inspiration”, dało wyraźny obraz różnic: dźwięk wersji XRCD24 wykazuje doskonałą głębokość, większą przestrzenność, zwiększony zakres dynamiczny i lepsze oddanie transjentów. Wykazuje się też wyższym stopniem szczegółowości i gładszym, czystszym i solidnie zdefiniowanym tonem. Dźwięki wersji nielimitowanej są czasami nieco zbyt suche, ale wciąż lekko rezonujące, z wystarczającą ilością ciepła, aby dodać realizmu nagraniom, ale nie w takim stopniu jak w przypadku wersji  XRCD24.

 

  • Gustav HolstThe Planets”, wykonany przez The New York Philharmonic pod dyr. Zubina Mehty, został wydany przez Teldec Classics International GmbH  ‎w roku 1990, a przez Warner Music Japan Inc. WPCS-21036 w 2000 roku, w ramach serii „Best 100 Warner Classics”


„Gustav Holst “The Planets” w interpretacji  Zubina Mehty, pokazuje wyraźnie, że wartości artystycznej pomaga wyższa jakość techniczna płyty, bo kusi do częstszego sięgania po taką płytę, dokładnie jak w przypadku wersji XRCD24 lub SACD innych interpretatorów (André Previna,  czy Adriana Boulta).
To drugi raz, kiedy Zubin Mehta odczytuje „The Planets”, lecz tym razem z Nowojorczykami (w 1971 r. poprowadził muzyków z Los Angeles Philharmonic Orchestra). Płyta zawiera wyjątkowo dobrze wykonane „The Planets”, w których Mehta i jego orkiestra ożywczo, ale i okrutnie interpretują  „Mars, the Bringer of War”, z wybitnymi dęciakami (zwłaszcza tubą) niczym działa wojenne w czasie ostrzału. Podczas trwania „Venus, the Bringer of Peace” Mehta łączy ciepłe i słodkie dźwięki dla uspokojenia nastrojów. Tak samo koi w „Neptune, the Mystic”, ale tym razem przy pomocy z anielskich głosów chóru. Zmęczony „Saturn, the Bringer of Old Age” przemija ciężko brzmiąc. „Uranus, the Magician” z kontrastowymi zmianami tempa pozostaje enigmatyczny i ekstrawertyczny. „Mercury, the Winged Messenge”, rzuca się tu i ówdzie nerwowo, podczas gdy potężny i suwerenny „Jupiter, the Bringer of Jollity” przynosi radość i pewność… Mehta i The New York Philharmonic fantastycznie te wizje oddają. Inżynierowie Decca Records doskonale wykorzystują halę studia nagrań, nadając pozostałym częściom suity efekt wypełnienia pokoju, w którym przyjdzie melomanowi podziwiać muzyków orkiestry z Nowego Jorku. Zubin Mehta i The New York Philharmonic przedstawiają podróż po układzie słonecznym z precyzją i radością, nie pozostawiając czasu na wróżby astrologiczne. Jak zwykle- wysoka jakość nagrań realizowanych przez  Decca Records gwarantuje niezakłócone spoglądanie na „Planety”.

 

  • Nagrania albumu „Sir John Barbirolli & The London Symphony Orchestra with Janet Baker & Jacqueline du Pré, Sir Edward Elgar– Cello Concerto / Sea Pictures”, wydanego przez EMI w formacie XRCD24 w 2007 roku, pochodzą z lat 60. XX wieku.


Kariera Jacqueline du Pré trwała zaledwie 11 lat, ale to wystarczyło by w tym czasie udało jej się zyskać reputację jednego z najlepszych wiolonczelistów XX wieku. Niedługo po swoim debiucie w 1961 roku, po raz pierwszy publicznie zagrała Koncert wiolonczelowy Elgara, odnosząc wielki sukces. W sierpniu 1965 r. nagrała Koncert wiolonczelowy e-moll op. 85 Edwarda Elgara dla HMV. Dyrygował wówczas Sir John Barbirolli, słynny interpretator Elgara, który poznał za młodu kompozytora. Jacqueline du Pré dokonała wielu znakomitych nagrań, ale właśnie wiolonczelowy koncert Elgara przyniósł jej zaszczyty. Romantyczny i nostalgiczny nastrój utworu jest odpowiednim dla wspominania artysty, którego karierę przerwała choroba gdy miała 42 lata. W tym samym- 1965 roku Barbirolli nagrał cykl pieśni Elgara z wybitną,  również młodą wówczas artystką, mezzosopranistką Janet Barker. Ten cykl idealnie współgra na płycie, albo raczej uzupełnia, z Koncertem wiolonczelowym wykonywanym przez du Pré.
Egzemplarz płyty, oryginalnie wydany w 1965 roku przez EMI Records Ltd., w 2007 roku przybrał inną formę- XRCD24. Płyta z serii „Original Master from Abbey Road Studios” wnosi nową jakość w archiwalne nagranie z udziałem Jacqueline du Pré, Janet Barker i Sir Johna Barbirolli. Koncert i pieśni nagrane ponad pół wieku temu brzmi tak samo świeżo jak niegdyś- słucha się tych nagrań wciąż z tym samym zainteresowaniem i zachwytem, choć przecież nie pierwszy raz przychodzi mi zanurzyć się w nagraniu i wciąż w każdym momencie odczuwać tę samą magię. Wielkie dzieła sztuki najczęściej umykają analizom, a gdy ktoś zapyta na czym polega ich doskonałość to odeślę tego kogoś do własnego doświadczania. Zresztą najprościej odpowiedzieć tak: nagrania trafiają łatwo do serca i pozwalają wciąż odkrywać nowe fascynujące brzmienia. Podobnie rzecz się ma ze wyśpiewaniem cyklu „Sea Pictures” przez Janet Baker. Jej wykonanie jest po prostu cudowne. Za każdym razem gdy po te pieśni się sięgnie robią ogromne i różnorodne wrażenie- od spokojnego piękna „In Haven” po powagę „Sabbath Morning at Sea” i niezwykły dramatyzm „The Swimmer”. Jeśli rozważać techniczną stronę nagrań to zwraca uwagę niesamowita czystość brzmienia w całym zakresie- od pianissimo do pełnych głosów.
Wysoką jakość ścieżek dźwiękowych tłumaczy fakt, że sesje nagraniowe odbyły się w dwu doskonałych studiach: „Cello Concerto” w Kingway Hall (Londyn), a  „Sea Pictures” w Abbey Road Studio nr 1 (Londyn).

 

49-minutowy instrumentalny zbiór motywów, wykonywany na blisko 30 różnych instrumentach, właściwie zagrany przez jednego muzyka stał się inauguracyjnym wydawnictwem dla nowopowstałego w roku 1973 przedsiębiorstwa Virgin Records. Tą pierwszą płytą sprzedawaną przez Richarda Bransona, właściciela Virgin, była „Tubular BellsMike’a Oldfielda. Autor grał na: organach, organch Hammonda, gitarze akustycznej, gitarze elektrycznej, gitarze basowej, kontrabasie, mandolinie, dudach, kotłach i innych instrumentach perkusyjnych, fortepianie, dzwonkach, dzwonach rurowych, a pomagali: Sally Oldfield i Mundy Ellis (śpiew), Lindsay L. Cooper (kontrabas), Steve Broughton (perkusja) oraz Jon Field (flet).

Mike Oldfield w „Tubular Bells” zebrał „w jedno miejsce” instrumenty typowe dla rocka i dla muzyki klasycznej, choć nie te, które są w centrum uwagi słuchaczy na koncertach filharmonicznych, by stworzyć jedyny w swoim rodzaju utwór przypominający w formie suitę. Różnorodne instrumenty są dopasowywane dla podkreślania rytmów, tonów, melodii, które łącząc się ze sobą tworzą harmonijną całość. Natrętny fortepianowy motyw pojawiający się znikąd na wstępie suity frapuje i niepokoi. Ten niepokój wzmagają akordy organowe grane z rzadka w równych odstępach czasowych. Do nielicznych dołączają inne instrumenty… Muzyka gęstnieje. Na tym tle nakładany jest inny motyw grany przez gitarę, po chwili inne instrumenty oznajmiają, że muzyka ma stać się na jakiś czas czysto rockowym epizodem… Dalsze części to miłe dla uszu delikatniejsze w barwie i melodii motywy. Jeśli Oldfield zamierzał uwypuklić znaczenie instrumentu muzycznego dla tworzonej przez siebie sztuki to przedstawianie przez Vivian Stanshall każdego instrumentu na kilka sekund przed jego usłyszeniem przez słuchacza ma głęboki sens. Ta prezentacja ma miejsce w środkowej części strony „A” longplaya. Zresztą autor dba o to, żeby żaden z instrumentów nie pozostał niezauważony w trakcie rozwijających i nakładających się linii melodycznych. Mimo że temat przewodni pojawia się często jako swoiste wariacje to utwór nie nudzi, bo jest naprawdę w przemyślany sposób skonstruowany. Chyba też pomaga fakt, że użyty motyw w „Tubular Bells” to same w sobie perełki (jak się później okaże Mike Oldfield miał dar tworzenia atrakcyjnych melodii). W drugiej części, na stronie „B” LP, na początku jest szeroko prowadzona kojąca melodia, przetworzona w melancholijny fragment. Te fragmenty nie zwiastują tego co się dopiero wydarzy, bo ten błogostan musi ulec zniszczeniu w szalonej partii ostrych gitar i zniekształconego głosu Oldfielda (Oldfield rozłoszczony na Bransona, który próbował wymusić dodanie partii wokalnych do suity, wrzeszczał do mikrofonu, co rejestrowała taśma o zwiększonej prędkości przesuwu. Odtworzone z normalną prędkością, nisko brzmiące, groteskowe odgłosy, potraktował jako spełnienie żądań producenta). Płytę kończy optymistyczny akcent- ludowy taniec „The Sailor’s Hornpipe”. „Tubular Bells” okazał się przebojem i nie dawał się zepchnąć z list najlepiej sprzedawanych albumów przez 5 lat. Po dwudziestu latach od wydania pierwszych edycji LP Mike Oldfield stworzył dwie pozycje, które próbowały być dobrymi kontynuacjami- „Tubular Bells II” i „The Millennium Bell”. Niestety, nie były to udane kompozycje.
25. rocznicę pojawienia się albumu „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda”, firma Virgin wydała ten tytuł w remasterowanej wersji “Limited Edition” na złoconym krążku.


Zremasterowany materiał muzyczny w Chop ‚Em Out Mastering London zabezpieczono specjalnym opakowaniem o formie książkowej z twardą oprawą zawierającą również 32-stronicową broszurę ze zdjęciami i komentarzami Toma Newmana, Simona Heywortha i Mike’a Oldfielda

 

 


[1] Studio nagrań w sali Kingsway Hall  zostało opisane w artykule „Rekomendowane wydawnictwa płytowe szeroko rozumianej klasyki (rozdział dwudziesty)”.

[2]Boléro”  wg. ,  utwór Maurice’a Ravela z 1928 roku, skomponowany został na zamówienie Idy Rubinstein, bo w założeniu był muzyką do widowiska baletowego w choreografii Bronisławy Niżyńskiej. Sceniczna premiera Bolera, z Idą Rubinstein, odbyła się w Operze Paryskiej 22 listopada 1928 roku. Kompozycja przedstawiona była jako taniec młodej Hiszpanki na stole stojącym pośrodku gospody, pośród siedzących przy winie wieśniaków, którzy początkowo nie zwracają na nią uwagi, ale w miarę narastania muzyki i coraz większej ekspresji tancerki podchodzą i urzeczeni stają wokół. Później Bolero było wielokrotnie inscenizowane przez wielu choreografów na całym świecie. Największe międzynarodowe uznanie zyskała wersja choreograficzna Maurice’a Béjarta i jego Baletu XX Wieku w Brukseli (1961), a u nas – realizacja Krzysztofa Pastora z Polskim Baletem Narodowym (2016). Pierwsze koncertowe wykonania Bolera okazały się całkowitą klęską. Kompozycję krytykowano za monotonię, towarzyszyły jej gwizdy i protesty. Nietypowa konstrukcja dzieła, szokującego w swej prostocie, początkowo dla publiczności była nie do przyjęcia. Pomysł utworu oparty jest na rozwijaniu w formie prostych wariacji jednego 18-taktowego tematu melodyczno-rytmicznego granego przez różne instrumenty. Towarzyszy mu jednostajny rytm podany na werblu na początku utworu. Dynamika narasta przez włączanie w tkankę dzieła kolejnych instrumentów, które po odegraniu tematu solo przechodzą do akompaniamentu. Utwór kończy obsada 26 instrumentów. Z tego względu dzieło Ravela jest określane jako poglądowa lekcja instrumentoznawstwa, a sam kompozytor nazywał je studium instrumentacji.
Bolero jest stylizacją ludowego tańca hiszpańskiego o tej samej nazwie. Grane jest w tempie dwa razy wolniejszym niż będąca dlań pierwowzorem forma taneczna, ale mimo to narodowy charakter dzieła jest uznawany przez Hiszpanów.
Użyte instrumenty to: Piccolo, 2 flety (drugi flet dubluje piccolo), 2 oboje (drugi obój dubluje obój miłosny), rożek angielski, klarnet Es, 2 klarnety B, klarnet basowy, 2 fagoty, kontrafagot, 4 rogi, trąbka piccolo D, 3 trąbki, 3 puzony, tuba, 3 saksofony (1 sopranino, 1 sopranowy, 1 tenorowy), kotły, 2 bębny małe, cymbały, gong tam-tam, czelesta, harfa i kwintet smyczkowy: (skrzypce, altówki, wiolonczele i kontrabasy).

 

[3]Daphnis et Chloé” wg. ,  to balet w jednym akcie w trzech scenach Maurice’a Ravela, opisanymi jako „symphonie chorégraphique” (symfonia choreograficzna). Scenariusz został zaadaptowany przez Michela Fokine’a z romansu autorstwa greckiego pisarza Longusa. Historia dotyczy miłości między pasterzem Daphnis i pasterką Chloé. Ravel rozpoczął pracę nad partyturą w 1909 r. po zleceniu Siergieja Diagilewa. Premiera odbyła się w Théâtre du Châtelet w Paryżu przez jego Ballets Russes 8 czerwca 1912 r. Orkiestrą dyrygował Pierre Monteux, choreografię ustalił Michel Fokine, a Vaslav Niżyński i Tamara Karsavina tańczyli partie Daphnis i Chloé. Léon Bakst zaprojektował oryginalne kostiumy. „Daphnis et Chloé”, trwająca prawie godzinę, jest najdłuższym dziełem Ravela. Pomimo czasu trwania baletu cztery dostrzegalne motywy przewodnie nadają muzyce jedność. Muzyka jest powszechnie uważana za jedną z najlepszych skomponowanych przez Ravela, z niezwykle bujną harmonią typową dla impresjonistycznego ruchu muzycznego. Nawet za życia kompozytora współcześni komentatorzy opisali ten balet jako arcydzieło na orkiestrę. Ravel wyodrębnił muzykę z baletu, tworząc dwie orkiestrowe suity, które można wykonać z refrenem lub bez. Drugi z utworów, który obejmuje większą część ostatniej części baletu i kończy się „Danse générale”, jest szczególnie popularny. Gdy całe dzieło jest wykonywane na żywo, częściej występuje na koncertach niż w inscenizacjach.

 

[4]Pavane pour une Infante défunte” (Pawana na śmierć infantki) wg. , to tytuł utworu fortepianowego Maurycego Ravela napisanego w 1899 roku, bardziej popularnego w wersji orkiestrowej z 1910 roku. Pawana jest jednym z dzieł Ravela stanowiącym stylizację dawnych form muzycznych. Była pierwszym bardziej znanym utworem kompozytora. Tytuł utworu budził zainteresowanie zarówno publiczności, jak i krytyki. Upatrywano jego genezy w opowieściach matki Ravela ożywiających niejednokrotnie wyobraźnię twórczą kompozytora, wśród których mogła znaleźć się i ta o dawnym obyczaju, rytualnych tańcach w katedrze w Sewilli wokół zmarłej księżniczki. Niektórzy zaś przypuszczali, że nawiązuje do powieści Raymonda Schwaba Infantka Porgué. Sam Ravel nie wyjaśniał znaczenia tytułu, nie przywiązywał też do niego większej wagi. Charakter utworu przyrównywał do tańca małej księżniczki hiszpańskiej z obrazu Diego Velazqueza, a nie żałobnego lamentu. Bardzo zwracał uwagę na interpretację dzieła, utrzymywanie go w równym rytmie i pozbawienie sentymentalizmu: „Pamiętajcie, że napisałem «pawanę dla zmarłej infantki», a nie «umarłą pawanę dla infantki»”.

 

[5] Planety op . 32, wg. , to siedmioczęściowa suita orkiestrowa angielskiego kompozytora Gustava Holsta , napisana między 1914 a 1916 rokiem. Każda część kompozycji nosi nazwę planety Układu Słonecznego i odpowiadającego jej charakteru astrologicznego zdefiniowanego przez Holsta.

  1. Mars, the Bringer of War, (Mars, zwiastun wojny)
  2. Venus, the Bringer of Peace, (Wenus, zwiastun pokoju)
  3. Mercury, the Winged Messenge, (Merkury, skrzydlaty posłaniec)
  4. Jupiter, the Bringer of Jollity, (Jowisz, zwiastun radości)
  5. Saturn, the Bringer of Old Age, (Saturn, zwiastun starości)
  6. Uranus, the Magician, (Uran, mag)
  7. Neptune, the Mystic, (Neptun, mistyk)

Koncepcja suity jest bardziej astrologiczna niż astronomiczna (dlatego nie uwzględniono Ziemi , ale kompozytor nie uwzględnił też  Urana i Neptuna): każda część ma na celu przekazanie pomysłów i emocji związanych z wpływem planet na psychikę , a nie rzymskimi bóstwami. Pomysł pracy zasugerował Holstowi Clifford Bax, który wprowadził go w astrologię, kiedy obaj byli częścią małej grupy angielskich artystów spędzających wakacje na Majorce wiosną 1913 r .; Holst stał się wielbicielem tej tematyki i dla zabawy układał horoskopy swoich przyjaciół.
Podczas komponowania „The Planets” Holst początkowo aranżował utwór na cztery ręce, dwa fortepiany, z wyjątkiem Neptuna, który został przewidziany dla organisty, ponieważ Holst uważał, że brzmienie fortepianu jest zbyt perkusyjne dla świata tak tajemniczego i odległego jak Neptun. Następnie Holst przewidział rolę dla gitary w dużej orkiestrze, dzięki czemu stała się niezwykle popularna. Wykorzystanie orkiestracji przez Holsta było bardzo pomysłowe i kolorowe, pokazując wpływ takich współczesnych kompozytorów, jak Igor Strawiński i Arnold Schoenberg, a także późnych rosyjskich romantyków, takich jak Nikołaj Rimski-Korsakow i Aleksander Glazunow. Dzięki nowatorskim brzmieniom utwór odniósł natychmiastowy sukces wśród publiczności w kraju i za granicą. Chociaż „The Planets” pozostają najpopularniejszym dziełem Holsta, sam kompozytor nie zaliczał go do swoich najlepszych dzieł, a później narzekał, że jego popularność całkowicie przerosła jego inne dzieła. Był jednak łaskawy dla swojej ulubionej części- Saturna.

 


Kolejne rozdziały: