Wydawnictwa płytowe aspirujące do najlepszych
(rozdział dwudziesty ósmy)

Płyty (świetnie zrealizowane), które niżej przedstawię łączy nie tylko to, że wykonawcy są Polakami, ale i to, że ich płyty są albo nagradzanymi „Fryderykiem” [1], albo nominowanymi do tej nagrody:

 

  • Płyta „Fauré, Debussy, Szymanowski, Chopin”, wydana w styczniu 2019 roku przez Deutsche Grammophon, została nagrana przez Rafała Blechacza i Kim Bom-sori w lipcu 2017 berlińskim budynku Siemens-Villa [2]. Płyta zdobyła nagrodę Fryderyka 2020 w kategorii «Najlepszy Album Polski Za Granicą».

Rafał Blechacz (zwycięzca Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w 2005) uznał, że Kim Bom-sori (kor. 김봄소리, południowokoreańska skrzypaczka, laureatka paru konkursów skrzypcowych), jedna z najbardziej utalentowanych spośród uczestników Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego 2016, będzie najbardziej pożądaną partnerką dla zrealizowania projektu związanego z nagraniem wybranych kompozycji muzyki kameralnej. „Wysłałem jej e-mail” – wspomina pianista – „na szczęście przyjęła moje muzyczne zaproszenie”. Kim była zaskoczona otrzymaniem propozycji od Blechacza, ostatecznie pianista już ma ugruntowaną pozycję na estradach świata. Duet postanowił wspólnie zinterpretować muzykę Debussy’ego i Szymanowskiego na ich pierwszym wspólnym albumie i dodać do zestawu utworów kompozycje Fauré’go i Chopina. Powstał album „Rafał Blechacz, Bomsori Kim: Fauré, Debussy, Szymanowski, Chopin” (Deutsche Grammophon, nr kat. 4836467,  rok wyd. 2019).


Album zawiera: Gabriela Fauré- Sonatę Nr 1 A-dur na skrzypce I fortepian, op. 13, Claude’a Debusse’go- Sonatę g-moll na skrzypce i fortepian, Karola Szymanowskiego- Sonatę d-moll na skrzypce i fortepian, op. 9, Fryderyka Chopina: Nokturn Nr. 20 cis-moll (arr. Milstein’a).
Muzykę Faurégo, wyróżnia elegancja, stonowany liryzm i umiar. Sonata A-dur jest dziełem kameralnym Faurégo, która w interpretacji Kim i Blechacza jest płynna w narracji, o właściwych proporcjach dynamicznych, w których piana są wysublimowane, zresztą delikatność gry obojga muzyków jest zjawiskowa. Ta interpretacja jest  pozbawiona ostentacji, za to jest w niej wiele naturalności. Sonata g-moll Debussy’ego jest trzyczęściowy oszczędnym w wyrazie dziełem, choć  zróżnicowanym pod względem kolorystycznym, bardziej urozmaiconym pod względem zastosowanych temp i dynamiki. W kompozycji tej Kim wyraziście podkreśla zróżnicowanie artykulacyjne, a Blechacz pokazuje precyzję, klarowność i jak Kim- bogactwo barw.

Oboje grają tonem poetyckim, podkreślając rapsodyczny charakter dzieła. Sonata d-moll Szymanowskiego, kompozycja młodzieńcza, więc jeszcze w duchu romantycznym, o częściach pełnych dramatyzmu, o dużej sile wyrazu. Skoro sceny są dramatyczne to i zagrane ostro i wyraziście, jakby w niezgodzie z charakterem obojga muzyków. Eteryczne arcydzieło- Nokturn cis-moll Fryderyka Chopina, w opracowaniu Nathana Milsteina jest tylko miłym zwieńczeniem albumu. Nagrania z płyty reprezentują najwyższy poziom wykonawczy, których słucha się z dużą przyjemnością.

 

  • Album „Johann Sebastian Bach”, w wykonaniu Rafała Blechacza, wydany 10 lutego 2017 przez niemiecką wytwórnię Deutsche Grammophon (nr kat. 0289 479 5534 4), został nagrany w hamburskim Friedrich-Ebert-Halle [3] (BWV 802-805, 825, 944, w styczniu 2012) oraz berlińskim The Meistersaal [4] (BWV 147, 827, 971. w lutym 2015). Płyta uzyskała nominację do nagrody Fryderyk 2018 w kategorii Najlepszy Album Polski Za Granicą


Nie jest to przyjemność duża usuwać płytę pana Blechacza z odtwarzacza CD, bo trudno pozbywać się rozkoszy jaką czerpie się z oferowanej na płycie Deutsche Grammophon przekonującej muzyki. Rafał Blechacz tą płytą powraca do swojej pierwszej miłości natury artystycznej- do dzieł Johanna Sebastiana Bacha. Płytę rozpoczyna Italian Concerto F-dur, który częściej pojawia się w interpretacji klawesynistów, ale dobrze się prezentuje na współczesnym fortepianie koncertowym, a odczytanie Blechacza tej kompozycji jest wypełnione żywym dźwiękiem. Energiczne tempa są preferowane w częściach zewnętrznych, więc ma się prawdziwe poczucie pędu do przodu. Radość i zaangażowanie pianisty związane z tą muzyką są wyczuwalne. W Andante (część środkowa koncertu) odczuwa się głębszą i bardziej refleksyjną stronę postaci grającego. Obie Partity nr 1 w B-dur i 3 w A-moll składają się z części tanecznych. W interpretacji Blechacza są nienaganne, wypieszczone i oszczędne w pedalizację, poza tym jest spójna, nie pomija drobnych szczegółów, z ozdobnikami starannie dobranymi stylistycznie. Partita B-dur BWV 825 nosi znamiona stylu francuskiego (m.in. punktowane rytmy courante, bogata ornamentyka sarabandy). Blechacz nie stroni od efektów wirtuozowskich, zwłaszcza w finałowym Gigue, Całość hołduje zasadzie- unitas in varietate („jedności w różnorodności”). Partita nr 3 charakteryzuje się elegancją i płynnością, tańce są zagrane przekonująco w serdeczny sposób, kontrastując je poprzez zmianę artykulacji- raz praca palców jest perkusyjna a innym razem z większą udziałem gry legato. Fantazja i Fuga a-moll, BWV 944 pokazuje polskiego pianistę grającego z oszałamiająca wirtuozerią. Po arpeggiowanych akordach Fantazji, bardzo bogatych, następuje Fuga- grana precyzyjnie w energicznym tempie. Four Duets BWV 802-805, rzadziej grywane, są klarowne artykulacyjnie, a dynamiczne gradacje są łączone. Recital kończy „Jesu, Joy of Man’s Desire”, bardzo popularna kantata, często spotykana w transkrypcjach, na gitarę klasyczną, a nawet na syntezator Mooga, ale najlepiej znana z transkrypcji na fortepian pani Myry Hess, która jest wykonywana powoli i z czcią.

Te doskonałe utwory są wzmacniane przez świetną jakość dźwięku (producentem był- Arend Prohmann, a inżynierem nagrań– Rainer Maillard) i atrakcyjną akustykę wybranych miejsc na sesje nagraniowe. Rafał Blechacz od pierwszych nagrań dba profesjonalny dobór odpowiednio brzmiącego fortepianu, w tym przypadku o bogatej, ciepłej barwie. Ten nieskazitelnie wykonany recital, można polecić wszystkim słuchaczom, nie tylko zagorzałym wielbicielom geniuszu Bacha.

Katarzyna Paluch  dla Magazynu O!Kultura przeprowadziła wywiad z Rafałem Blechaczem po ukazaniu się płyty z utworami Jana Sebastiana Bacha:

K. Paluch: Od „twojego” Konkursu Chopinowskiego minęło już 11 lat, a ja mam cały czas wrażenie, że to było przed chwilą. Dużo pracy – tej poza koncertowej, poza muzycznej – trzeba włożyć, by utrzymywać zainteresowanie swoim nazwiskiem?

R. Blechacz: Wygrany konkurs zapewnia sytuację bycia na afiszach i w życiu muzycznym na stałe, ale to wymaga też dużo wkładu własnego. Kiedyś powiedziałem, że prawdziwy konkurs tak naprawdę zaczyna się po Konkursie Chopinowskim. Oczywiście stwarzają się duże możliwości zagrania koncertów w bardzo ważnych miejscach, o których zawsze się marzyło, ale to nie gwarantuje powrotu do tych miejsc. Ważne jest, by te pierwsze „wejścia” na określone rynki muzyczne były bardzo dobre, były mocnymi akcentami, które spowodują stałą współpracę z określonymi organizacjami czy agencjami artystycznymi. Gdyby jeszcze bardziej się w to wgłębić, to muszę powiedzieć, że tak naprawdę za każdym razem trzeba być na najwyższym poziomie. W dzisiejszych czasach każdy koncert jest bardzo obserwowany, choćby przez media. Dlatego za każdym razem trzeba grać najlepiej, jak się potrafi.

K. Paluch: To, że niektórym laureatom konkursu, niekoniecznie pierwszych miejsc, nie udaje się jednak utrzymać tego zainteresowania, wynika z niemożności wytrzymania takiej presji?

R. Blechacz: To może być presja, ale też nieumiejętność wybierania określonych ofert. Na początku jest bardzo dużo zaproszeń, a młody muzyk nie jest do tego przyzwyczajony. To stwarza ryzyko przegapienia czegoś istotnego. Trzeba mieć też szczęście trafienia na odpowiednich ludzi, na przykład agencje artystyczne, które mają możliwości zaprezentowania nowego artysty w salach koncertowych czy festiwalach. Inaczej proces budowania kariery może być dłuższy. Warto mieć też kogoś, kto potrafi po prostu dobrze doradzić. Dla kogo liczy się dobro określonego artysty, a nie jakiś własny interes.

K. Paluch: Za nami premiera płyty z utworami Jana Sebastiana Bacha. Dużo czasu zajęło ci dotarcie do korzeni, przez Chopina, Debussy’ego – teraz Bach. Czułeś, że potrzebujesz czasu, żeby do tego repertuaru dojrzeć?

R. Blechacz: Z perspektywy czasu widzę, że to była dobra decyzja, żeby z tym Bachem trochę poczekać, chociaż myślałem o tym dużo wcześniej. Nawet już po Konkursie Chopinowskim miałem zamysł dokonania takiej płyty, ale jednak uznałem, że po tym konkursie akurat preludia Fryderyka Chopina będą lepszym rozwiązaniem. (śmiech) Mimo że cała moja edukacja muzyczna zaczęła się od Bacha i wiele z tych utworów miałem już w swoim repertuarze. Po pięciu płytach dla Deutsche Grammophon uznałem, że to jest już dobry czas. To są utwory ograne, z którymi coś przeżyłem – z takim repertuarem łatwiej wejść do studia.

K. Paluch: Wytwórnia jakoś na to wpłynęła?

R. Blechacz: Podeszli do tego z entuzjazmem, bo też są to utwory znane szerokiej publiczności i chętnie słuchane. Więc z tym nie było żadnego problemu, zresztą nigdy nie było pod tym względem konfliktów z Deutsche Grammophon. Nawet nagranie nieznanej sonaty Szymanowskiego i połączenia jej z Debussym nie nastręczało żadnych problemów.

K. Paluch: Jeśli chodzi o konflikty, to szerokie pole do dyskusji otwiera zawsze nagrywanie Bacha na fortepianie. Czy twoim zdaniem takie purystyczne dywagacje to już przeszłość?

R. Blechacz: Nie, takie dyskusje nadal są. I dobrze, że są. Za tym, żeby grać Bacha na fortepianach współczesnych, przemawia fakt, że sporo znaczących artystów dokonuje jednak takich nagrań. Choć jest też grupa artystów, która ten współczesny fortepian odpowiednio przygotowuje, żeby przystosować go do estetyki dźwiękowej czasów baroku. To jest możliwe poprzez odpowiednią intonację, sam dobór fortepianu. Każdy Steinway jest inny, każdy egzemplarz ma inne cechy i brzmienie.

K. Paluch: A tę płytę nagrałeś na jakim instrumencie?

R. Blechacz: Do tych nagrań wybrałem dwa różne fortepiany. Do niektórych utworów dobrałem cieplejszą barwę, do innych miałem fortepian przygotowany ze zdecydowanie jaśniejszym dźwiękiem, troszkę bardziej klawesynowym, może nawet zbliżonym do fortepianu Glenna Goulda. Efekt był taki, że zarówno przebiegi artykulacyjne, jak i kantylena, która przecież też jest u Bacha obecna, brzmiała bardziej barokowo. Należę do tej grupy pianistów, którzy Bacha za bardzo romantycznie nie grają, aczkolwiek rozumiem takie interpretacje i niektóre mi się podobają. Takie, które uwypuklają tę romantyczną stronę – jak nagrania Światosława Richtera.

K. Paluch: Bardzo romantyczne.

R. Blechacz: Zdecydowane przeciwieństwo nagrań Glenna Goulda. Osobiście nie negowałbym więc grania Bacha na fortepianach współczesnych i nawet wykorzystywania ich możliwości. Oczywiście przy świadomości stylu barokowego i rozumienia stylowości i duchowości muzyki Bacha. Całkowita emocjonalność i przeszczepianie romantycznych cech na ten grunt jednak jest mi obce, ale nie ukrywam, że słuchanie takich interpretacji ma w sobie inspirujący pierwiastek.

K. Paluch: Wykorzystywanie instrumentu współczesnego, ale „wykastrowanego” jak ten przygotowany przez Goulda fortepian, by brzmiał bardziej „klawesynowo”, nie jest jednak działaniem balansującym na granicy hipokryzji?

R. Blechacz: Może balansowanie na granicy tak. Jednak jest to ukłon w stronę estetyki tamtych czasów, ale jednocześnie ukłon w stronę naszych czasów. Mamy inną estetykę słyszenia, następuje postęp techniczny, który ma swoje odzwierciedlenie w instrumentach. My dziś inaczej słyszymy określone utwory i pokazywanie tego, pokazywanie indywidualności także w muzyce Bacha jest jak najbardziej potrzebne. Wydaje mi się więc, że ta droga jest stosunkowo bezpieczna i moim zdaniem właściwa. Zarówno nie neguje tradycji, jak i skłania do patrzenia na muzykę Bacha w kategoriach bliższych naszym czasom.

K. Paluch: Czy ty sam czytasz w muzyce Bacha coś więcej niż – jak powiedział jego syn – „odpowiednie trafianie palcem w odpowiedni klawisz, w odpowiednim miejscu”?

R. Blechacz: Zdecydowanie chodziło w jego muzyce o coś więcej. Kompozytor przecież nawet w swojej skromności nie podpisywał się pod utworami, mówił, że pisze „dla najwyższego dobra”. W jego utworach jest dużo metafizyki i duchowości. Podejściem „odpowiedni klawisz, w odpowiednim czasie” trochę negujemy tę duchowość i religijność, która w utworach Bacha istnieje, bardzo silnie zakorzeniona. Takie podejście, szukanie pierwiastków metafizycznych i ukierunkowania na duchowość, jest bardzo potrzebne w interpretacji tej muzyki. Zadaniem każdego wykonawcy jest albo to wydobyć, albo to pominąć i skupić się na strukturalnej stronie utworów. To jest wybór indywidualny i stwarza ciekawą sytuację, że mamy tak dużo różnych interpretacji zwartej struktury bachowskiej.

K. Paluch: Te utwory dają faktycznie szerokie pole interpretacyjne. Gdzie twoim zdaniem jest granica, której jednak nie należy przekroczyć?

R. Blechacz: Myślę, że tej granicy nie ma poza nami. Jest w każdym człowieku z osobna i w każdym wykonawcy jest inna. Jeśli to jest autentyczne, prawdziwe, wynika z osobowości artysty, to potrafi przemówić i przekonać słuchacza. Jeśli to jednak jest coś wymuszone, kiedy ktoś robi określone interpretacje z przekory albo tylko dlatego, że ktoś inny zrobił to inaczej, to często słuchacz potrafi odnaleźć w tym fałsz. Fałsz emocjonalny, wiążący się z nie do końca prawdziwym podejściem do tej muzyki. Jeśli nawet bardzo silna indywidualność w interpretacjach muzyki Bacha wynika z naturalnej potrzeby, to jest to absolutnie dopuszczalne.

K. Paluch: Nagrywając kolejną płytę z utworami Bacha, czułeś jakieś obciążenie związane z tym, że możesz być porównywany do innych, tych klasycznych już albumów z tym repertuarem?

R. Blechacz: Porównywanym można być zawsze. W tej chwili mamy już taką ilość nagrań i nawet jeśli komuś udałoby się od nich odseparować i dokonać jakiejś absolutnie indywidualnej refleksji, to przecież słuchacze dokonają takich porównań, choćby z czystej ciekawości. Od tego się nie uwolnimy. Jeśli chodzi o muzykę Bacha, to sam jako uczeń szkoły podstawowej byłem bardzo zafascynowany interpretacjami Glenna Goulda i cały czas jestem jego fanem, ale z czasem ten bezwzględny zachwyt troszkę osłabł, bo poznałem też inne interpretacje. Na przykład wspomnianego też Richtera, ale też Andrasa Shiffa i jego umiejętnego wyważenia między intelektualną i emocjonalną sferą. Mając tego świadomość, zdaję sobie sprawę, że mogę być porównywany. Ale to jest też kwestia tego, co mówiłem wcześniej o przygodzie z utworem. Kiedy jest się z nim przez długi czas, utwór się zmienia poprzez różne doświadczenia życiowe i estradowe, to jest mniejsze podobieństwo, że zasugeruję się jakąś interpretacją, którą znam, a raczej osobistą podróżą, z której powstało kolejne spojrzenie na muzykę Bacha, które będzie funkcjonowało w przestrzeni muzycznej.

K. Paluch: Ta osobista przygoda z Bachem skłoniła cię też do podróży w czasie, do doświadczenia organowego?

R. Blechacz: To miało duży wpływ. Konkretne elementy, które rozwijały interpretacje pianistyczną i techniczne umiejętności są z tym związane. Na przykład osiąganie legato techniką palcową. Mam takie podejście do muzyki Bacha, żeby nie wykorzystywać w zbyt dużym stopniu mechanizmu pedałowego, a legato osiągnąć jednak ręką – tak jak się to robi na organach i klawesynie. Wtedy zachowuje się tę czytelność i klarowność, artykulacja jest bardziej barokowa. Właśnie dzięki graniu na organach to legato palcowe w jakimś stopniu się u mnie rozwinęło. I to miało wpływ, jak sądzę na to, że pedalizacja w utworach Bacha jest bardzo oszczędna. Gould miał taką zasadę, że w ogóle nie używał prawego pedału fortepianu. Muzyka organowa motywuje też do szukania na fortepianie nowych barw. Na organach dużo łatwiej je zmienić, wciskając odpowiedni rejestr. Na fortepianie motywuje to do szukania tylko i wyłącznie palcami zmiany różnych kolorów. Muzyka organowa pobudza wyobraźnię. Nagrałem Fantazję i fugę a-moll, moim zdaniem bardzo organową, co też wymusiło takie a nie inne podejście artykulacyjne, agogiczne, bo na organach wykonywanie określonych utworów zbyt szybko jest niemożliwe. Podobnie jak stosowanie crescend i diminuend, co z kolei wymusiło bardziej linearną dynamikę, szukania wielogłosowości, kontrastowania barw i tak dalej.

K. Paluch: Szukałam tej organowości i znalazłam ją właśnie we wspomnianej Fantazji, ale ona przez to stała się dla mnie bardzo romantyczna.

R. Blechacz: Ta Fantazja jest dosyć krótka, ale ciekawa. Tam całkowicie zrezygnowałem ze stosowania prawego pedału, ale za to – wykorzystując możliwości współczesnego fortepianu – zastosowałem ten środkowy, który zatrzymuje tylko i wyłącznie nutę basową. Tak jak to jest w organach, kiedy naciśniemy bas, nutę pedałową i ona trwa, dzięki czemu można nie tracić czytelności, a jednocześnie grać na manuale określone struktury. I podobnie to zadziałało na fortepianie. Skojarzyło mi się to z początkiem Koncertu fortepianowego g-moll Saint-Saensa, gdzie też jest organowy wstęp i pamiętam, że tam też wykorzystywałem środkowy pedał.

K. Paluch: Gould chyba też powiedział, że fortepian zmusza do takiego poszukiwania.

R. Blechacz: Zmusza, pobudza wyobraźnię, wszystko się zgadza.

K. Paluch: W tym roku Konkurs Chopinowski obchodzi 90. urodziny. Czy twoim zdaniem konkurs spełnia zadanie, które leżało w zamyśle jego twórców: popularyzowania muzyki Chopina i zainteresowania nią młodych odbiorców?

R. Blechacz: Twórcom chodziło o to, by obronić i kultywować tradycję wykonywania utworów Chopina w określonym stylu. Wtedy istniała tendencja do interpretowania innego, wręcz wypaczania jego kompozycji i stylu. Konkurs chyba spełnia to zadanie. Przywrócił wykonawstwo Fryderyka Chopina na właściwy tor. Czas oczywiście biegnie do przodu, na konkursach obserwujemy bardzo różne podejścia, ale niekoniecznie burzące stylowość chopinowską. Myślę, że mnogość tych interpretacji jest nieskończona. Patrząc na ostatni konkurs, myślę, że on spełnia tę funkcję. Wygrywają jednak ludzie, którzy mają szacunek do dzieła, do kompozytora. Czasem traktują tekst bardziej indywidualnie, ale wynika to z ich autentyczności, nie są w tym sztuczni. Tu też trzeba mieć zaufanie do jurorów, którzy „pilnują” tej stylowości. I dobrze, że te konkursy są, wyłaniają laureatów, którzy Chopina prezentują ludziom na całym świecie.

 

  • Album „Debussy / Szymanowski”, wydany przez Deutsche Grammophon w 2012 roku. Nagrań dokonano w hamburskim Friedrich-Ebert-Halle w styczniu 2011 roku. Płyta otrzymała też polską nagrodę fonograficzną „Fryderyk”, jako najlepszy album z muzyką klasyczną (2013).


Rafał Blechacz należy do grona artystów wymarzonych do prezentowania muzyki Karola Szymanowskiego, a że inspirowała wielkiego polskiego kompozytora twórczość Debussy’ego to jest też idealnym wykonawcą i jego utworów. Na albumie „Debussy, Szymanowski” sięga po mniej znane kompozycje Karola Szymanowskiego – Preludium i fugę cis-moll oraz Sonatę c-moll op.8. Z utworów na fortepian solo Debussy’ego Rafał Blechacz wybrał- Pour le piano, Estampes i L’Isle joyeuse.

Utwory obu kompozytorów zostały tak dobrane (tak przypuszczam) żeby uwypuklić ich refleksyjny charakter. Wszystkie kompozycje wyrażają melancholię czasu, przełomu XIX i XX eieku. Polski pianista odtwarza partyturę z pietyzmem. To wspaniały album, na którym Blechacz z subtelnością wyjątkową gra nieskazitelnym dźwiękiem, dzięki czemu każdy szczegół barwowy i dynamiczny łatwo wychwycić.
Recenzent AllMusic- Blair Sanderson tak opisał płytę: “Jako zwycięzca kilku prestiżowych konkursów pianistycznych można oczekiwać, że Rafał Blechacz nagra wirtuozowskie dzieła i hity koncertowe, aby zademonstrować swoje fenomenalne umiejętności i potencjał. Jednak ten album głównie złożony z cichych utworów fortepianowych Claude’a Debussy’ego i Karola Szymanowskiego ma introspektywną i refleksyjną naturę, a Blechacz ujawnia wiele ze swojego wewnętrznego charakteru w tych impresjonistycznych i postromantycznych utworach. Nie obyło się bez technicznych wyzwań, a Blechacz z dopracowaną łatwością radzi sobie z zawiłościami skomplikowanych niuansów Debussy’ego i gęstego kontrapunktu Szymanowskiego. Ale sednem tych utworów jest melancholijna ekspresja przywodzący na myśl fin de siecle, która jest widoczna w sugestywnym malarstwie scenicznym Pour le piano i Estampes, a także w ponurych i namiętnych melodiach Sonaty c-moll. To wspaniały album do odkrycia w samotności, a subtelną grę Blechacza najlepiej docenić w wolnym czasie, bez rozpraszania uwagi. Deutsche Grammophon zapewnia swój zwykły nieskazitelny dźwięk, więc każdy niuans frazowania i dynamicznej zmiany jest słyszalny.”

 

 

  • Album “Facce d’amore” Jakuba Józefa Orlińskiego I zespołu Il Pomo d’Oro został wydany w listopadzie 2019 roku przez Erato / Warner Classics. Płyta była nominowana do nagrody „Fryderyk” w kategorii „Najlepszy album polski za granicą”. Villa San Fermo [5] służyła za miejsce nagrań.



„Facce d’amore” (Oblicza miłości) to czwarty album kontratenora Jakuba Józefa Orlińskiego, po znakomitych „Antonio Vivaldi: Carnevale di Venezia” (Ëvoe Music 2016), „George Frideric Handel: Enemies In Love” (Ëvoe Music 2018) i „Anima Sacra” (ERATO 2019).
Płyta „Anima Sacra” zebrała szczególnie entuzjastyczne recenzje- krytyk magazynu Gramophone określili go „Głosem z wielką przyszłością”, The Sunday Times chwalił „nieziemskie piękno tonu Orlińskiego, jego perłową koloraturę i fantastyczną kontrolę oddechu”. W Informacji odedytorskiej Orliński wyjaśnia: „Na Anima Sacra zależało mi, aby słuchacze przeszli duchową podróż przez program w całości bazujący na muzyce sakralnej XVIII wieku. Myśl przewodnia Facce d’amore jest nieco odmienna […] Program, obejmujący imponujące osiem nagrań światowej premiery, zawiera „arie operowe, które opowiadają historię, ukazując muzyczny obraz mężczyzny kochającego w epoce baroku. Koncentrują się na zupełnie innych aspektach miłości – nie tylko na pozytywnych, takich jak miłość radosna lub odwzajemniona, ale także na stronie, w której bohaterowie opętani są gniewem, a nawet szaleństwem.” Album, który obejmuje 85 lat z okresu baroku, zawiera arie tak wielkich kompozytorów, jak Händel, Cavalli czy Alessandro Scarlatti (ojca klawesynisty i kompozytora Domenica Scarlattiego), ale również kompozytorów, których nazwiska były zapomniane, jak w przypadku: Bononciniego, Contiego, Hassego (twórcy „Sempre a si vaghi rai” dla kastrata Farinelliego), Orlandiniego, Predieriego, czy Matteisa. Śpiewakowi partnerowali instrumentaliści Il Pomo d’Oro oraz dyrygent Maxin Emelyanychev.

Polski kontratenor interpretując arie zgromadzone na płycie jest czuły i pełen pasji. Głos Orlińskiego jest niezwykle liryczny, a on sam wykazuje doskonałą kontrolę nad swoim falsetem i vibrato. Barwa głosu- lekko matowa i ciepła z nieodłącznym wyczuciem tempa sprawiają, że słuchanie tego co na płycie jest bardzo przyjemne. Oczywiście akompaniament Il Pomo d’Oro ma wielki udział w sukcesie tego wydania, a świetne kontinuum Emelyanycheva dodaje spontaniczności występowi.

Świetna jakość nagrania, zachowuje intymność przekazu i jest wystarczająco bliska, aby umożliwić wsłuchiwanie się w instrumentalistów, podobnie jak w niuanse wokalne Orlińskiego. Dźwięki są pełne harmonicznych co daje efekt wyjątkowego ciepła. „Facce d’amore” jest obowiązkową pozycją dla każdego miłośnika baroku. Orliński jest wyraźnie rzadkim talentem, a ja nie mogę się doczekać, aby zobaczyć i usłyszeć, co robi dalej.

 

 


[1] Według: Nagroda Muzyczna „Fryderyk” to nagrody muzyczne przyznawane w Polsce od 1995. Od 1999 przyznaje je powołana przez Związek Producentów Audio-Video (w skrócie ZPAV – polskie stowarzyszenie producentów fonogramów i wideogramów założone w 1991 roku). W jej skład wchodzi ponad 1000 artystów, dziennikarzy muzycznych i profesjonalistów z polskiej branży fonograficznej. Nazwa nagrody nawiązuje do imienia polskiego kompozytora Fryderyka Chopina.
W latach 2007–2018 współorganizatorem plebiscytu była Agencja Marketingu Muzycznego STX Jamboree. Od 2018 współorganizatorem jest Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.
Przyznawanie nagrody:
Głosowanie odbywa się w dwóch turach. W pierwszej członkowie Akademii głosują na wybrane przez siebie pozycje z listy wydawnictw fonograficznych danego roku, która powstaje na podstawie zgłoszeń nadsyłanych przez wytwórnie fonograficzne. Po tym głosowaniu w każdej kategorii wyłaniane są nominacje (zazwyczaj jest ich pięć). W drugiej turze członkowie Akademii ponownie oddają głos – tym razem tylko na jedną z nominacji w każdej kategorii. Głosowanie jest tajne, a podsumowania wyników dokonuje niezależna firma audytorska. Nagrody przyznawane są w marcu każdego roku.

Statuetka:
Oryginalnie statuetka przypominała karykaturę Fryderyka Chopina z kolczykiem w uchu, białym frakiem i dużą głową. Obecna statuetka Fryderyka została zaprojektowana w 1996 roku i wykonana przez Dorotę Dziekiewicz-Pilich. Jest wzorowana na postaci męża artystki– Marcina Pilicha.

[2]  Siemens-Villa (Berlin) została opisana w artykule: „Najsłynniejsze sale koncertowe, które bywają studiami nagrań i najsłynniejsze studia, które publiczności nie wpuszczają. (część dziewiąta)

[3] Friedrich-Ebert-Halle w Hamburgu została opisana w artykule: „Najsłynniejsze sale koncertowe, które bywają studiami nagrań i najsłynniejsze studia, które publiczności nie wpuszczają. (część dziewiąta)

[4] Sala Meistersaal została opisana w artykule: „Najsłynniejsze sale koncertowe, które bywają studiami nagrań i najsłynniejsze studia, które publiczności nie wpuszczają. (część dziewiąta)

[5]  Villa San Fermo (lub Villa Giovanelli) została opisana w artykule: „Najsłynniejsze sale koncertowe, które bywają studiami nagrań i najsłynniejsze studia, które publiczności nie wpuszczają. (część dziewiąta)

 


Kolejne rozdziały: