Rekomendowane jazzowe wydawnictwa płytowe
(rozdział piętnasty, część 2)

 

Inne klasyki, te mniej popularne, też przecież zaznaczyły się złotymi literami w historii jazzu, choć dziś nieco zapomniane. Oto te z mojego wyboru:

Hampton Hawes? A kto to? Czy ktos dziś pamięta, że był jednym z najwybitniejszych pianistów jazzowych w latach 50. XX wieku, który operował własnym „językiem” różnym od dominującego stylu Bud’ego Powella? Był aktywnym muzykiem w Polowie lat 40. i na przełomie lat 40. i 50.: grał z Sonny’m Criss’em, Dexterem Gordonem, z zespołem Howarda McGhee (1950-1951). Dwa lata spędził w armii a następnie prowadził tria w rejonie L.A., nagrywając albumy dla Contemporary. 5-cio letni pobyt w więzieniu za posiadanie heroiny (został ułaskawiony przez prezydenta Kennedy’ego) zatrzymał jego karierę. Co prawda prowadził tria przez resztę swojego życia, ale już nie odnosił spektakularnych sukcesów na scenie jazzowej. W czasie swojego najlepszego czasu- w połowie lat 50., nagrał trzy płyty, z których poza „Hampton Hawes Trio, Vol.1” dwie posiadają podtytuły „Hampton Hawes Trio, Vol.2” i „Hampton Hawes Trio, Vol.3”.

Te 3 albumy stworzył Hawes w składzie z kontrabasistą Redem Mitchellem  i perkusistą Chuckiem Thompsonem na basie. Na „Hampton Hawes Trio, Vol.1” (rok wydania 1955), poza trzema kompozycjami lidera, trio wykonuje świeżą i swingującą wersję siedmiu standardów, tworząc tak wciągające i ozywcze interpretacje: „I Got Rhythm”, „What Is This Thing Called Love?” i „All the Things You Are”. To płyta-klejnot, która tworzy pierwszą z klasycznych pozycji z katalogu płytowego Hawes’a. Druga to „This Is Hampton Hawes” („Hampton Hawes Trio, Vol.2”). I tu znajdziemy oryginały i standardy: świetne opracowania „Stella by Starlight” (Ned Washington / Victor Young) i „You and the Night and the Music” (Howard Dietz / Arthur Schwartz), a także oszałamiającą wersję „Steeplechase” Charliego Parkera. Ta płyta nie odbiega jakością od doskonałej „Vol.1”, jest i humor i jest niewiarygodna energia. W rok później Hawes wydał ”Everybody Likes Hampton Hawes” („Hampton Hawes Trio, Vol.3”)- płytę, która jest na tym samym wysokim poziomie, co jego pierwsze dwie. Nie inaczej buduje zestaw nagrań- pośród swoich „Coolin ‚the Blues” i „The Sermon” przedstawia na nowo zinterpretowanych osiem standardów (w tym „Somebody Loves Me”, „Night In Tunisia” i „Billy Boy”). Hawes reprezentuje elegancki styl typowy dla „West Coast jazzu”, ale w zmieszanego z bebopem. Jego rytmiczna lewa ręka to podstawa dla tanecznej prawej, co szczególnie widoczne jest w melodii „Somebody Loves Me”. Potrafi tak „wyspiewać” balladę, nie czyniąc z niej nad wyraz sentymentalnej, co u innych mniej zdolnych muzyków się zdarza. Mitchell ma czas dla kilku fantastycznych basowych solówek przy Thompsonie trzymającym po prostu rytm, jakby to był nadrzędny jego obowiązek. Wybrane melodie pozwalaja zademonstrować wszystkie talenty Hawes’a a przede wszystkim to co potrafi robić najlepiej- dodawać barw do znanych standardów. Każdy album Hawesa z lat 50. jest wart każdych pieniędzy… Ten muzyk był jednym z największych pianistów, którzy kiedykolwiek żyli, a te trzy albumy są tego dowodem.

 

Kornet Nata Adderleya był uzupełniającym głosem dla saksofonu brata- Juliana Edwina „Cannonballa”, w ich popularnym kwintecie. On sam, niejako równolegle, próbował robić karierę przez okres lat 50. Grał z Lionelem Hamptonem i z grupami J.J. Johnsona oraz Woody Hermana. Nat Adderley był biegły w graniu solówek, które sięgały aż po subtony jego instrumentu. Prowadził własne kwintety po śmierci Cannonballa (w 1975 roku) z saksofonistami Sonnym Fortunem i Vincentem Herringiem. Nat Adderley realizował wartościowe sesje w latach poprzedzających jego śmierć w 2000. roku.
Jedną z najlepszych płyt Nata Adderleya można uznać „Work Song”, nagraną dla Riverside Records w 1960 roku.

Ta udana płyta pomogła korneciście wyjść z cienia starszego brata, ale także pomogła w karierze gitarzyście Wes Montgomery’emu. W kilku ścieżkach towarzyszy mu tylko bas i gitara elektryczna właśnie. Na innych towarzyszą liderowi: perkusja, fortepian i wiolonczela. To nietypowy zestaw instrumentów, ale brzmi zadziwiająco dobrze. Skład zespołu towarzyszącego Nat’owi Adderley’owi to: Wes Montgomery (gitara), Bobby Timmons (fortepian), Sam Jones i Keter Betts (kontrabas, wiolonczela), Percy Heath (kontrabas) oraz Louis Hayes (perkusja). Zarówno Sam Jones, jak i Keter Betts na przemian grają na basie i wiolonczeli, a biorąc pod uwagę, że akompaniamenty wiolonczeli są raczej szarpane, to ich liryczne tony tylko uzupełniają rytmiczną siłę basu. Brzmienie gitary Montgomery’ego jest raczej używane do wspierania solowych poczynań Adderleya, podobnie jak fortepian w tradycyjnym trio jazzowym. Lata 60. to szukanie nowych brzmień w jazzie- styl hard-bop, zaczął się przeistaczać w fuzję z soul jazzem. To czuje się w nagraniach z płyty „Work Song”. Poza klasycznym utworem tytułowym można się cieszyć znakomitymi utworami: o zmiennych rytmach- „Pretty Memory”, z niesamowitym basem Sam Jonesa w „Fallout” i „My Heart Stood Still” bądź natarczywym riffie w „Sack of Woe” „, Kreacje Adderleya w „Violets for Your Furs”, Heatha i Hayesa w „Scrambled Eggs” są naprawdę czymś bardzo atrakcyjnym do słuchania. To, co usłyszeć można na płycie „Work Song”, to jeden z najlepszych i miłych uszom  hard bop’owych albumów przełomu lat 50. i 60.

 

Właśnie usłyszałem tenor, który ścina prawie wszystkich”, saksofonista Shafi Hadi i sideman Charlesa Mingusa, powiedział swojemu szefowi w późnych latach pięćdziesiątych- „Nie gra po prostu nut, gra muzykę”. Mówił o saksofoniście tenorowym Booker’ze Ervin’ie. Mingus zatrudnił go po tym, jak się przekonał, że jego duży, bluesowy dźwięk i osobiste podejście były takie jakie opisywano. Booker Ervin dysponował bardzo charakterystycznym tonem- twardym i namiętnym. Emocjonalny styl bardzo odpowiadał Mingusowi, co przełożyło się na udaną sześcioletnią współpracę. Prowadził także własny kwartet przez czas lat 60. w Ameryce i Europie. Jego płyty, które firmował własnym nazwiskiem, odzwierciedlały jego siłę osobowości, były też pełne pomysłów co na pewno odświeżało nieco gatunek hard bop. Takie płyty jak: „The Book Cooks”, „Cookin’” czy „The Song Books” to bardzo solidnie swingujące realizacje sesji wypełnionych ekspresyjnymi solówkami Ervin’a, z doskonałym udziałem: Zoota Simsa, Tommy’ego Flanagana, Horace’a Parlana, Richarda Williamsa, George’a Tucker’a czy Dannie’go Richmonda.

Cookin’„, wydany przez Savoy Records w 1960. roku, to jeden z najcenniejszych albumów w dyskografii Bookera Ervina. Gra zespołu swoją pasją i uduchowionym podtekstem wciąga słuchacza w spektakl hard bopowy, ale już z modernistycznym odcieniem. Nagrania pokazują znakomitą grę Bookera Ervina, w której słychać odniesienia do korzeni tenorowego grania i ostrzejsze dźwięki, które „nabył” grając z Mingusem. Jeden z najwspanialszych z najlepiej brzmiących tenorów w tamtych czasach- Booker Ervin rzadko rozczarowuje, a ten album nie jest wyjątkiem. Nic by tak nie wyszło gdyby nie towarzyszyli saksofoniście wybitni muzycy: trębacz Richard Williams, pianista Horace Parlan, basista George Tucker i perkusista Dannie Richmond.

The Song Book” to jeden z dziewięciu albumów Bookera Ervina wydanych przez Prestige Records (w 1964 roku), ale ten jest wyjątkowy, bo pokazuje tego wspaniałego saksofonistę wyłącznie w kontekście standardowych utworów:  „The Lamp Is Low” (Peter de Rose, Mitchell Parish, Maurice Ravel, Bert Shefter), „Come Sunday” (Duke Ellington), „All the Things You Are” (Oscar Hammerstein II, Jerome Kern), „Just Friends” (John Klenner, Sam M. Lewis), „Yesterdays” (Otto Harbach, Jerome Kern) i „Love Is Here to Stay” (George Gershwin, Ira Gershwin). Agresywność gry Ervina Bookera przez lata się nie zmieniła, ale pianista Tommy Flanagan równoważy jego styl typową dla siebie elegancją. Na basie i perkusji są często z nim występujący Richard Davis i Alan Dawson. Ervin jest, jak sygnalizowałem, natychmiast rozpoznawalny dzięki charakterystycznemu, gorącemu frazowaniu i melancholijnemu tonowi, ale jednocześnie graniu z agresywnym zapałem.
Opisane płyty, wydane przez Savoy jak i przez Prestige, są doskonale zrealizowane- nie odczuwa się czasu jaki upłynął od momentu ich rejestracji w studio.

 

Tina Brooks to fantastycznie zapowiadający się saksofonista tenorowy, któremu narkotyki zniszczyły i zdrowie i  karierę Wydawało się, że mógłby być na dobrej drodze, aby stać się gigantem jazzu, gdyby przezwyciężył problemy zdrowotne wynikające z uzależnienia od narkotyków, ale po 12 latach milczenia umarł. Zdążył w okresie świetności hard bopu zaistnieć na scenie jazzowej gdy robiły wrażenie jego sesje z Freddiem Hubbardem, Jackiem McLeanem, Freddiem Reddem, Jimmy’m Smithem i Kennym Burrellem. Brooks pracował dla wytwórni Blue Note (od 1958 do 1961 roku), jednak poprowadził tylko cztery sesje jako lider- najlepsze dały „Minor Move” i „True Blue”.  W nagrania z tych sesji Brooks  wprowadził mnóstwo improwizacyjnych pomysłów, które rozszerzyły postrzeganie bluesa w ramach jazzu, odbiegał od tego co większość muzyków robiła w tym czasie.

Album „True Blue” zrealizowany w składzie: Tina Brooks (saksofon tenorowy), Freddie Hubbard (trąbka), Duke Jordan (fortepian), Sam Jones (kontrabas) i Art Taylor (perkusja), jest pełen porywającej gry, z kompozycjami o wspaniałych strukturach melodycznych, z pomysłową harmonią i wewnętrzną siłą. Nie ma tutaj wypełniaczy, wszystkie utwory są warte słuchania, a sola na nich zamieszczone to tylko górna półka hard bopu. Aranżacje na instrumenty dęte dały głęboką barwę, które nadawały jego balladom (zwłaszcza balladom) tęskny nastrój. „True Blue” miało to nieszczęście, że nie było promowane przez wytwórnię ze uwagi na to. że jej wydanie zbiegło się w czasie z bardziej komercyjnym (wg firmy) produktem Freddiego Hubbarda „Open Sesame”… Obie płyty zrealizowano z udziałem Brooksa i Hubbarda. Był jednym z wielu uzależnionych od heroiny na scenie jazzowej, prawdopodobnie był rozgoryczony, poczuł się pokonany. Czy usprawiedliwiona była domaganie się heroinowej pomocy? Proszę zauważyć- pierwsza sesja „Minor Move” z 1960 roku wydana została w 1980., płyta  „Street Singer” (wspólnie z McLeanem) nagrana w 1960 roku a wydana w 1980, następna- „Back to the Tracks” z 1960 roku została wydana 1998. i ostatnia sesja dla Blue Note- „The Waiting Game” z 1961 wydana została w 2002 roku… Świadomość, że mijał najwłaściwszy czas na wydanie doskonałych nagrań, musiała bardzo boleć. Te płyty nie zostały wydane za życia Brooksa, a przecież reprezentują poziom dla wielu niedostępny ani wtedy ani dziś. To, że Tina Brooks jest teraz wysoko ceniony w żaden sposób nie pomniejsza faktu, że jest to jedna z wielu zresztą tragicznych losów jazzu.

 

Donald Byrd to jeszcze jeden z najlepszych trębaczy hard bop’owych „wyłaniających” się z cienia Clifforda Browna. Nagrywał głównie jako lider, ale jako sidemana też go chętnie widziano w sesjach (najczęściej) dla Blue Note. Miał reputację solidnego melodyka o czystym tonie i wyrazistej artykulacji. Najlepszy swój czas artystyczny przeżywał od połowy lat 50. do połowy lat 60. Wtedy nagrał między innymi znakomite: „Off to the Races” i „The Cat Walk”.

Off to the Races” z 1958 roku, nagrany został w Van Gelder Studio (Hackensack, NJ) dla Blue Note Records, w składzie: Pepper Adams (saksofon barytonowy), Jackie McLean (saksofon altowy), Wynton Kelly (fortepian), Sam Jones (bas), Art Taylor (perkusja) i lider- Donald Byrd (trąbka). Obok „Lover Come Back Me” Romberga / Hammersteina i „Paul’s Pal” Sonny’ego Rollinsa zarejestrowano cztery kompozycje Byrda: „When Your Love Has Gone”, „Sudwest Funk”, „Off to the Wyścigi” I „Down Tempo”. W całym albumie Byrd przeskakuje z typowego hard bop’u w balladowe tony, albo wyluzowane bluesy czy soul-jazz. Byrd wyraźnie dobrze czuje się w roli solisty, zdolnego  do melodyjnych solówek tak w wolniejszych utworach jak i w szybszych kompozycjach. McLean- żywiołowy i liryczny, dorównuje liderowi, wnosząc kilka świetnych solówek do płyty, zresztą podobnie jak Adams i Kelly. „Off the the Races” niczym nie zaskoczy, bo to po prostu zestaw rzetelnie wykonanego hard bop’u… I wystarczy, po co więcej?

Nagrania do “The Cat Walk” (Blue Note Records) zrealizowane zostały z bodaj najlepszym zespołem w jego karierze: z saksofonistą barytonowym Pepperem Adamsem, pianistą Dukem Pearsonem, basistą Laymonem Jacksonem i perkusistą Philly Joe Jonesem. Sesje trwały krótko, jeden dzień 2 maja 1961, prawdopodobnie dlatego, że umiejętności kompozytorskie i aranżowania Pearsona na to pozwolił. Pianista wniósł trzy z sześciu kompozycji: „Say You’re Mine”, „Duke’s Mixture” i „Hello Bright Sunflower”. Donald Byrd skomponował dwie: „The Cat Walk” i „Each Time I Think of You”, jedyny „Low Life” jest utworem spoza zespołu bo Neala Heftiego. Byrd jest zwykle gra w elegancki sposób i lirycznie, co stanowi idealną przeciwwagę dla chrapliwego barytonowego tonu Adamsa i jednocześnie tonuje żywiołową grę na perkusji Philly Joe Jonesa. Ta trójka była z jednej strony inspirującą dla pianisty i basisty, ale z drugiej mogła polegać na ich doskonale wyznaczanym pulsie. Ta doskonała płyta jest rezultatem świetnej gry muzyków, dobrych kompozycji, ale i pracy realizatorów nagrań ze studia Rudy’ego Van Geldera.

 

Dizzy Reece, świetny trębacz, przyćmiony przez innowatorów bopu, zdobył uznanie dzięki serii nagrań z innymi muzykami, między innymi z Donaldem Byrdem. Nie nagrał zbyt wiele płyt pod swoim nazwiskiem, ale jest wśród nich perełka- „Asia Minor” ( New Jazz, 1962).

”Asia Minor”, jedna z najbardziej ekscytujących płyt, o teksturze wywodzącej się z połączenia trąbki, barytonu i tenoru. Scott Yanow z AllMusic recenzował w te słowa: „To jedno z najlepszych nagrań trębacza Dizzy Reece’a, dobrze zaplanowana sesja w sekstecie (ponownie wydana na CD) z barytonistą Cecilem Payne, Joe Farrellem na tenor i flet, pianistą Hankem Jonesem, basistą Ronem Carterem i perkusistą Charlie’m Persipem, który jest na normalnym poziomie albumu Blue Note. Reece (który przyczynił się do powstania trzech różnorodnych kompozycji) wykonuje głównie mniejszą rolę, która wydaje się inspirować muzyków. Solówki są zwięzłe, ale sensowne, a ogólnie rzecz biorąc, ta trudna, ale czasami zaskakująca sesja jest niezapomniana. Dziwne, że Reece nie dostał kolejnej szansy, by poprowadzić sesję nagrań do 1970 roku”. Tak dziwne to… Zważywszy, że jakość nagrań tu zaprezentowanych jest wyjątkowo duża.

 

Saksofonista tenorowy i aranżer Frank Foster przez całe lata grał w Count Basie Orchestra, przyczyniając się zarówno do aranżacji, jak i wzbogacenia listy kompozycji wykorzystywanych przez zespół Basiego, w tym do standardu „Shiny Stockings” i innych popularnych piosenek, takich jak: „Down for the Count”, „Blues Backstage”, „Back to the Apple”, „Discommotion”, i ” Blues in Hoss Flat „. Poza udziałem w sesjach Count Basie Orchestra, Foster poprowadził sesje dla Vogue’a, Blue Note, Savoy, Argo, Prestige, Mainstream, Riverside, Catalyst, Bee Hive, SteepleChase czy Pablo. Wynikiem jednej z takich sesji jest płyta „Fearless” (Prestige, 1966 rok).

Frank Foster nagrał tę płytę w kwintecie obok: trębacza Virgila Jonesa, pianisty Alberta Daileya, basisty Boba Cunninghama i perkusisty Alana Dawsona. Oprócz „Jitterbug Waltz” Fatsa Wallera, Foster z zespołem wykonuje pięć swoich kompozycji, wśród których można zauważyć wpływ funky hard bopu. Duety Virgila Jonesa na trąbce i Fostera w tenorze daje odczucia na podobieństwo tych najlepszych z kręgu hard bopu (np. z „Sidewinder” Lee Morgana). Na pewno warto posłuchać nagrań solidnych muzyków (co najmniej), których nazwiska nie są tak popularne jak inne.

 

Gdyby zapytać o kontynuatorów stylu Charlie’go Parkera na pewno najczęściej wymienianym byłby Sonny Stitt. Jest też uważanym za najznakomitszego saksofonistę wśród tych, których styl przypominał Birda. A nawet są tacy, którzy uważają go za najwybitniejszego saksofonistę obok Coltrane’a. Ostatecznie jazz sportem nie jest, by w rankingach twórców ustawiać, więc uznajmy Stitta za jednego z najważniejszych… To wystarczy za rekomendację. Początkowo łączył wpływy Parkera i Lestera Younga. Stitt stopniowo rozwijał swoje brzmienie i styl, ale nigdy nie oddalił się zbytnio od stylu Parkera. Czuł bluesa jak mało kto i wspaniale „opowiadał” w balladach. Grał z największymi: Billy’m Eckstine’m, Bud Powell’em, J.J. Johnson’em, Gene Ammons’em i Dexter’em Gordon’em, Dizzy’m Gillespie’m, Art’em Blakey’em, Kai’em Winding’iem, Thelonious’em Monk’iem i wieloma innymi.
Podziw dla Charlie’go Parkera uwypuklona została w nagraniach do płyty, którą zrealizował w latach 60. Stitt nagrał wówczas dla Atlantic Records „Stitt Plays Bird”.

Ten album jest hołdem złożonym przez Sonny’ego Stitt’a. Po wielu latach grania Stitt wypracował własne podejście do grania be-bopu, mimo że wywodzące się z brzmienia i stylu Charliego Parkera to na pewno nie można posądzać go kopiowanie, ale raczej jako rozwinięcie stylu Birda. W przedsięwzięciu Stitta wsparli: gitarzysta Jim Hall, pianista John Lewis, basista Richard Davis i perkusista Connie Kay. Saksofonista wybrał dziesięć kompozycji Parkera i dodatkowo „Hootie Blues” Jaya McShanna (Charlie Parker ten standard wykonywał). Stitt, który opanował be-bop do perfekcji, był w najlepszej formie artystycznej w czasie gdy materiał nagrywano, co czyni tę pozycję wyjątkowo wartościową dla każdego fana jazzu. Sonny Stitt nagrał ponad sto płyt przez cale swoje życie, ale niewiele z nich osiągnęło taką sławę jak „Stitt Plays Bird”. Mimo że nagrał trzy płyty-hołdy dla Duke’a Ellingtona i wciąż grał utwory Charliego Parkera, nigdy nie powrócił do idei zrobienia kolejnego albumu z muzyką Birda. Byli wokaliści i instrumentaliści wykonujący utwory Charliego Parkera, którzy doskonale odtwarzali nawet każdą nutę wielkiego alcisty, jednak przywrócenie legendy do życia wymaga kogoś, kto zna materiał doskonale i wie, że jego możliwości są wystarczające by nie popaść w śmieszność. To zadanie wymaga kogoś, kto sprostał najtrudniejszym wyzwaniom, wspiął się na najwyższe szczyty artyzmu… Wymaga świetnego muzyka, takiego jak Sonny Stitt.

Sonny Stitt Plays Arrangements from the Pen of Johnny Richards and Quincy Jones” (Fresh Sound Records, 2012) to nie reedycja konkretnego tytułu lecz kompilacja dwóch płyt: “Sonny Stitt Plays Arrangements from the Pen of Johnny Richards” oraz “Sonny Stitt Plays Arrangements from the Pen of Quincy Jones”, pierwotnie wydanych przez Roost Records w połowie lat 50.. Ten zestaw wczesnych nagrań Stitta wypełniły dwa bardzo istotne albumy Sonny’ego Stitt’a, bowiem znakomitą grę na alcie i tenorze „ubrano” w instrumentacje nadane przez dwóch wyśmienitych aranżerów jazzu: Johnny’ego Richardsa i Quincy’ego Jonesa. Na dwóch sesjach z 1953 r. Richards wyznacza zharmonizowane role dla zespołu i choć Stitt ma możliwość zająć pozycję lidera w przestrzeni solistycznej, to i Kai Winding, Don Elliott i sekcja rytmiczna również wykazują się dużym polotem twórczym. Sesje z 1955 r. są równie atrakcyjne. Inne bo Quincy Joness ma inne preferencje- gra jest klarowna, krystalicznie czysta. Stitt znów jest znów głównym solistą, ale znaczący wkład Hanka Jonesa, Oscara Pettiforda i Jimmy’ego Nottinghama jest nie do przecenienia. Stitt gra bardzo emocjonalnie… Charlie Parker też emocjonalnie grał. Sonny Stitt gra na saksofonie altowym we wszystkich 16. utworach, ale to nie ma znaczenia, że ten instrument wybrał, bo to obojętne na którym saksofonie gra, bowiem to muzyk kompletny, doskonały, dający zawsze przyjemność ogromną słuchaczom.

Inną kompilacją wczesnych nagrań Sonny’ego Stitta jest pierwsza pozycja z katalogu saksofonisty- „Sonny Stitt / Bud Powell / J.J. Johnson”. Została wydana przez Prestige Records w 1956 roku, ale nagrania pochodzą z przełomu dekad lat 40. i 50.. Poza muzykami wymienionymi w tytule płyty grali: pianista John Lewis, Bud Powell, kontrabasiści Nelson Boyd i Curly Russell, oraz perkusista Max Roach. Stitt tym razem gra wyłącznie na tenorze. Prawdopodobnie dlatego, że postrzegano go wówczas jako imitatora Charlie’go Parker’a, co właściwe było krzywdzące, bowiem co prawda obaj grali podobnie, ale żaden z nich nie „podglądał” drugiego. Gdy w 1943 roku się spotkali, Parker rzekł: „A niech mnie diabli, brzmisz jak ja!„, na co Stitt odpowiedział: „Cóż, nie mogę nic na to poradzić. To jedyny sposób, w jaki umiem grać„. Najtrafniej rzecz ujął Kenny Clarke (znakomity perkusista, jeden z istotniejszych w erze bebopu) powiedział: „Nawet gdyby nie było Birda, byłby Sonny Stitt„. W ośmiu tytułach z tej płyty Stitt gra z pianistą Budem Powellem (który sam jest w szczytowej formie), basistą Curly Russellem i perkusistą Maxem Roachem. Oprócz tego Stitt jest saksofonistą w kwintecie puzonisty J.J. Johnsona, z pianistą John’ym Lewis’em, basistą Nelson’em Boyd’em i Roach’em. Kwintet wykonuje trzy kompozycje Johnsona oraz oryginalną wersję „Afternoon in Paris” Lewisa. Gra z Lewis’em, podobnie jak w sekcję rytmiczną prowadzi Bud Powell jest niemal intuicyjna- od wstępu porywa ich ekspresyjne granie. J.J. Johnson jest nieskazitelny, ale akurat od niego nie można było spodziewać innego (gorszego) poziomu. Na grę Johnson’a Sonny reaguje w sposób naturalny, może w sposób bardziej powściągliwy niż zwykle, ale…. Może się zasłucha? Czego i Wam- melomani, życzę gdy włożycie CD do odtwarzacza (lub LP na talerz gramofonu).

 

Prawa ręka Horace’a Parlan’a została uszkodzona przez polio w dzieciństwie. Pokonał niepełnosprawność i od tego czasu doskonale radził sobie jako pianista, bowiem sprawił, że bardzo rytmiczne prawe frazy były częścią jego charakterystycznego stylu, kontrastując je z lewymi akordami.  Bluesa i rhythm & blues’a, grał w surowy, czasem posępny sposób. Parlan przyznawał się do wpływu Ahmada Jamala i Bud Powella. Przy końcu lat 50., dołączył do zespołu Charlesa Mingusa po przeprowadzce z Pittsburgha do Nowego Jorku. Parlan grał też z Bookerem Ervinem, w kwintecie Johnny’ego Griffina, w latach 60. z Rahsaanem Rolandem Kirkiem i na własny „rachunek” dla Blue Note. Na początku lat 70. opuścił Amerykę, by karierę rozwijać w Europie. 1973 roku i zdobył międzynarodowe uznanie za wspaniałe albumy rejestrujące sesje z Archie Shepp’em, Dext’er Gordon’em, Red’em Mitchell’em, Frank’iem Foster’em i… I z Michałem Urbaniakiem. Wróćmy do początków- do roku 1960., gdy wydał nakładem Blue Note Records album „Us Three” w składzie z kontrabasistą George’m Tucker’em i perkusistą Al.’em Harewood’em.

Ta trójka instrumentalistów osiąga wyżyny gry fortepianowej z radosnej komunikacji, a jej echa są słyszalne od wstępu. Muzyka szybko  zmusza słuchaczy do kołysania, a nawet pląsów, w takt soul-jazzowych stylizacji. Słuchając Parlan’a zapomina się, że niektóre palce prawej dłoni są mniej sprawne i że to dzięki temu dolny rejestr fortepianu jest preferowany, bo pianista potrafi utkać z nut bardzo melodyjne frazy. Siłą Parlan’a jest umiejętność gry zespołowej, ścisła współpraca z innymi muzykami, co najczęściej jest niezauważane,  dopóki nie nastąpi jakiś błąd, ale w tych nagraniach potknięć nie ma. Gra Tuckera na „Us Three” jest wzorcowa, poza tym zdolność do utrzymywania z Harewood’em miarowego pulsu jest na najwyższym poziomie. Rok 1960 był złotym dla Parlana w Blue Note, bowiem nagrał cztery tytuły jako lider… Perkusista Al Harewood z Georgem Tuckerem na basie grali w trzech z tych czterech sesji. To było wspaniałe (niedocenione) trio.

 

 


Przejdź do części trzeciej artykułu >>

Przejdź do części czwartej artykułu >>

Powrót do części pierwszej artykułu >>

Kolejne rozdziały: