Rekomendowane wydawnictwa płytowe
(jazz, rozdział piąty)

 

Pobałagańmy trochę. W rozdziale niniejszym pojawią się płyty wyśmienite z różnych lat- gdy jazz był młody i gdy już dojrzałym był. Z różnych stron świata, zmieniający się pod wpływem innych kultur muzycznych… Jedna cecha będzie wspólna dla wszystkich- wybitna jakość techniczna nagrań. 

Porozumienie pomiędzy instrumentalistami amerykańskimi i arabskimi, stopienie w całość jazzu i zbliżonej do tradycyjnej muzyki Libanu, może wydawać się karkołomne, ale że dla osoby (jak ja) wychowanej w innej tradycji muzycznej, niż arabska, jest nie do rozpoznania czy zabieg się udaje lepiej czy gorzej, to uznać muszę tę muzykę za bardzo atrakcyjną bez wartościowania. 

Wirtuoz instrumentu strunowego o nazwie oud Rabih Abou-Khalil połączył Howarda Levy (harmonijka ustna), Michela Godarda (tuba, serpent), Marka Nauseefa (perkusja), Nabila Khaiata (bęben ramowy) w jeden zespół, który zagrał na koncercie w sali Stadtgarten w  Kolonii, w maju 1997. Płytę „Odd Times” wydała Enja Records w tym samym roku. Wszystkie kompozycje są Abou-Khalila i można niektóre z nich rozpoznać na wcześniejszych płytach, na przykład przebojowy „Rabou-Abou-Rabou” w albumie „Blue Camel”. Jest tylko dwóch na estradzie muzyków prowadzących melodie- Abou-Khalil i Levy, których więcej dzieli niż łączy, bo arabski oud’zista trzyma się harmonii północnej Afryki, a w grze wirtuoza harmonijki pobrzmiewa blues lub bluegrass,. Jednak Levy potrafi też odegrać dokładnie co Abou-Khalil zapisał w nutach gdy unisono grają. Chromatyczny styl gry na regularnej harmonijce diatonicznej Howardowi Levy pomaga, a nie przeszkadza w grze z muzykami innego świata, zresztą od zawsze poruszał się ze swobodą w różnorodnych gatunkach muzycznych- od klasyki, poprzez rocka, bluesa i muzykę ludową, do jazzu. On też odkrył, że harmonijka praktycznie nie wnosi ograniczeń i można sobie pozwolić na zagranie na jednej zaledwie harmonijce we wszystkich tonacjach. Technikę gry, która to umożliwiała nazwał overblow (z przedmuchem). Nauseef gra w sposób jazzowy, co nie jest ani sprzeczne z wydmuchiwanymi basowymi dźwiękami przez Godarda, ani z rytmicznym tłem, wyraźnie osadzonym w tradycji arabskiej, tworzonym przez Khaiata. Świat wydaje się niewielki i wspólny gdy się ich słucha, bo różnice międzykulturowe, jeśli były, to wydają się być przezwyciężone. Powstała nowa muzyka, która emanuje witalnością i radością wspólnego grania. Zapis koncertu jest doskonały, łatwo się słyszy szczegóły, choćby takie jak nabieranie powietrza w usta przez Howarda Levy. Reżyser dźwięku: Walter Quintus, zasługuje na pochwały. 

 

Trzech muzyków jazzowych i fotograf, przemierzyli Afrykę by podzielić się swoimi wrażeniami w formie muzycznej i reportażu fotograficznego. Afryka na wschodzie i południu, entuzjazm i radość życia rzadko pokazuje. Piękno  Afryki pozostaje tajemnicą gdy się jej nie odwiedzi.  Trzech muzyków- perkusista Aldo Romano,  klarnecista Louis Sclavis,  basista Henri Texier byli w stanie zbliżyć się do afrykańskiej rzeczywistości. Właśnie dzięki wydawnictwu „Suite Africaine” przenosimy się w rejony przez nas raczej nieodwiedzane. 

Ta płyta to bogato wydany, jeden z trzech, opis wrażeń z podróży po Afryce, wyrażony dźwiękami. Wcześniej trio wydało „Le Querre‎– Carnet De Routes” (w roku 1995), a później „Le Querrec- African Flashback” (w roku 2005). 60. stronicowa broszura wypełniona jest fotografiami przywódcy duchowego zespołu, fotografa Guy LeQuerreca. Trzej muzycy oferują europejski nowoczesny jazz, momentami z pogranicza free jazzu, w którym można znaleźć arabskie i żydowskie wpływy. Improwizacje w tych nagraniach są ograniczone do minimum, ale w momencie gdy mamy z piękną linią melodyczną do czynienia to nie można mieć pretensji do muzyków, że chcą ją zachować w niezmienionej formie od czasu jej skomponowania. Trio zostało nagrane w sposób idealny- nieskazitelnie barwowo, z usytuowanych mikrofonów w niewielkiej odległości od instrumentów, co dało zarejestrowaną pełnię ich wybrzmień.

 

James Moody, grający na flecie i na saksofonach, również sporadycznie wokalista, nagrał przebojowy zestaw „Moody Plays Mancini” w roku 1997 dla Warner Bros. Records (7 46626-3)

Ginny Mancini, żona zmarłego Henry’ego Manciniego, powiedziała tak: „Nie tylko James Moody nagrał nowe dźwięki, które natychmiast kojarzą się z Mancinim … dołączył do niej nieco bardziej niejasne wybory takie jak- ” Slow Hot Wind „,” Royal Blue „i” Soldier In ” Rain „. To odświeżające przypomnienie jego wielu nagrań muzycznych. Jeśli chodzi o interpretację Moody’ego ze śmiesznie powtarzającą się: „(Kocham cię i) Nie zapominaj”, po prostu słucham i chichoczę. On jest najlepszy!„. Moody gra na saksofonach Keilworth, altowym i sopranowym, a także na flecie Sankyo, na fortepianach Gil Goldstein, Todd Coolman na basie i Terri Lyne Carrington na perkusji. Płyta jest pokazem wielkich umiejętności Moody’ego, a w dwóch utworach cudownie odśpiewuje basowym tembrem treści, które wywołują zawsze uśmiech na twarzy. Zresztą cała płyta jest pogodna i ciepło brzmiąca. Warner Bros. się postarał i nagrał znakomicie to co muzycy zechcieli zaprezentować.

 

Album „Jimmy Giuffre 3”, na którym Giuffré gra na klarnecie, saksofonie altowym i barytonowym, jest delikatnym i mało skomplikowanym pokazem kompozycji mocno osadzonych w tradycji amerykańskiej i to nie tej wyłącznie jazzowej. Wspierają go- gitarzysta Jim Hall i Ralph Pena na basie.

Muzyka jaką słyszymy jest ciepło podana i z dużą dozą tzw. powietrza. Jest odpowiednia na czas odprężenia lub odpoczynku od zgiełku miasta, ciężkiej pracy czy jakiegoś innego wysiłku. Nagrana jest w taki sposób, że nie może nam umknąć żaden szczegół, przechodzące powietrze przez rurę instrumentu dętego, a nawet słyszymy wyraźnie otwierające się i przymykane klapy saksofonu czy klarnetu. Nagrano tę płytę w studio Atlantic Records w 1957 roku.

 

Wielkie nazwiska- Oscar Peterson, Ray Brown, Ed Thigpen plus Clark Terry stworzyli arcydzieło muzyczne “Oscar Peterson Trio+One” w 1964 roku. Nagrań dokonano dla Mercury dzięki staraniom Normana Granza.

Zestaw standardów, kompozycji Petersona i Terrego zebranych na płycie jest pełny życia i radości. Chce się tego słuchać… Rytmiczny fundament, prosty i solidny, znajdujemy w kreatywnych wal king basie Raya Browna, a Ed Thigpen miarowo swinguje bop na bębnach w tym czasie. Clark Terry „gada” do nas przy użyciu tłumionego flugelhornu przy akompaniamencie barwnego fortepianu, którego klawisze naciska Oscara Petersona. Większość utworów ma schemat bluesowy, choć trudno w nich spotkać bluesa… Są zbyt beztroskie i pogodne duchowo, a nawet żartobliwe jak te, w których scatem śpiewa sam Clark Terry. Mogloby się wydawać, że gościnność Petersona jest tak wielka, że przyjął rolę wyłącznie akompaniatora, ale gdy wsłuchamy się w jego rozkołysane faktury ukażą się imponujące, soulem ubarwione, pełne zwrotów i bezbłędnego poczucia napięcia i rozluźnienia. Kompozycje są głównie z werwą grane, ale dla urozmaicenia zapewne, też kilka ballad umieszczono. W balladzie- „Jim”, z fantastycznym wstępem fortepianu, Terry przychodzi do solo i zmienia nastrój melancholijny, a nawet smutny w radośniejszy, wręcz optymistyczny w partiach flugelhornu. Dwa utwory wokalne. „Mumbles” i „Inkoherent Blues”, skomponowane przez Clarka Terry, prezentują humorystyczne podejście do śpiewu, ale nie błahe, bo bardzo atrakcyjne- brzmią jak gaworzenia wokalisty. Spotkanie w czasie sesji w studio Mercury zrodziło następną klasyczną pozycję w katalogu płyt wyprodukowanych, naprawdę znakomicie, przez Normana Granza.

 

Dramatyczne przeżycia pianisty Buda Powella odcisnęły swoje piętno na jego twórczości. Przez ostatnie lata życia borykał się chorobą psychiczną, a tragiczna śmierć młodszego brata Richiego (pianisty z zespołu Clifforda Browna i Maxa Roacha) tylko pogłębiła depresję. Jego kariera była przerywana okresami hospitalizacji. Jednak, w tym trudnym dla siebie okresie, potrafił się mobilizować i nagrywać wspaniałe albumy, na przykład „The Scene Changes: The Amazing Bud Powell” z 1958 roku i wcześniejsza „The Amazing Bud Powell vol.3” z 1957.

Porywająca, fascynująca, inspirująca… Słów brakuje na udane określenie wspaniałości nagrań. Płyta z 1958 roku zawiera wyłącznie kompozycje Powella, a że był kompozytorem nie byle jakim to wszystkie są godne wielokrotnego odsłuchiwania, natomiast na płycie z 1957 obok kompozycji pianisty są trzy autorstwa Jesse Stone’a, Jimmy’ego McHugha, Dorothy Fields i Charlie Parkera. Obie płyty różnią się- pierwsza z wymienionych jest energiczną z wyraźnym swingującym pulsem, natomiast druga (ta wcześniejsza) jest uspokojona, melancholijna i bardziej hard bopowa niż swingująca. Ponadto na płycie z 1957 roku w końcowych trzech utworach trio fortepianowe rozszerzone zostało do kwartetu z dużą rolą do odegrania dla puzonisty Curtisa Fullera. Sprawność warsztatowa była u Powella tak duża, że nie tworzyła barier… Jego wirtuozeria nawet nasunęła krytykom określanie go mianem- „Charlie Parker fortepianu”. Bud Powell był jednym z tych nielicznych innowatorów, którzy trwale zmienili sposób traktowania fortepianu w jazzie, zresztą był powszechnie uważany za wiodącą postać przy tworzeniu, a później rozwoju nowoczesnego jazzu- bebopu.  Zanim Bud Powell pojawił się na scenie muzycznej pianiści lewą ręką utrzymywali rytm, grając akordy pomiędzy dźwiękami basu, podczas gdy ich prawa ręka prowadziła melodię. Powell ten sposób zmienił już w 1945 roku, a jego styl był objawieniem dla wielu pianistów jazzowych. Zagrał akordy lewą ręką w sposób nieregularny, jakby był perkusistą, który uderza w bęben basowy, podczas gdy jego prawa ręka grała szybkie linie pojedynczych dźwięków. Ten sposób stał się obowiązujący. W latach 50. Bud Powell, może w wyniku przejść dramatycznych, może z innych przyczyn, nie grał konsekwentnie wg reguły jaką sam wymyślił. Dla nas- fanów to mało istotne czy kierował się zasadami jakimiś czy też nie, bo to co nagrał w ramach Blue Note jest po prostu fantastycznie piękne. Broni się po latach, bo gra Powella jest słyszalna wyłącznie jako doskonałość, grając jedną idealnie skrojoną solówkę po drugiej. Najwyższa jakość artystyczna tych płyt nie byłaby prawdopodobnie możliwa bez takich artystów jak kontrabasista Paul Chambers oraz perkusista Art Taylor. Jak brzmią nowe edycje obu albumów? A jak mogą brzmieć skoro remasterem zajął się sam Rudy van Gelder? Takie pytanie może mieć tylko jedną odpowiedź- brzmią bardzo dobrze, na pewno nie gorzej od współczesnej produkcji. Blue Note Records wydał cały swój katalog płyt Buda Powella jako kolejne woluminy, od 1 do 5, w ramach serii RVG Edition.

 

Trębacz nietuzinkowy, mającym wyraźny własny tzw. ton, wymykający się spod piór krytyków, którzy mieli tendencje do szufladkowania, bo grywał w różnych stylach i dobrze sobie radził w  hard bopie , soulu i bluesie, funku, a nawet rocku. Jedni powiedzą, że jego kariera została roztrwoniona, rozmieniona na drobne, a inni, którzy słuchali jego płyt solowych i z Horace Silverem czy z Lou Donaldsonem (a lista współuczestników nagrań jest bardzo długa), powiedzą coś zgoła innego- był profesjonalistą o szerokich zainteresowaniach, artystą uniwersalnym. Ach, zapomniałbym napisać kogo będę za chwilę chwalił… Będę się zachwycał (a co tam tylko chwalił…) Richardem AllenemBlueMitchellem.

Płyta Mitchella- „Blue Soul” to zbiór utworów, które można usłyszeć na wielu płytach hard bopowych. Są przez nas melomanów słuchane, ale nie osłuchane, bo przecież instrumentaliści wznoszą się na wyżyny swoich możliwości improwizatorskich, które nie dość, że zaciekawiają to zmuszają do zastanawiania się dlaczego jedne interpretacje są lepsze od innych, albo dlaczego są tak inne. Takim przykładem może być „Minor Vamp”, w którym puzonista Curtis Fuller na wstępie swojego solo cytuje motyw z pierwszego aktu, sceny 2 „Jeziora Łabędziego” Czajkowskiego, wplata idealnie ten obcy fragment w linie melodyczne utworu Benny’go Golsona gdy sekcja rytmiczna na dobre jest rozpędzona. Cytuje ten sam fragment baletu dwukrotnie, bo i pod koniec utworu. Curtis Fuller na firmowanej swoim nazwiskiem płycie „Blues-ette”, z tego samego 1959. roku co „Blue Soul”, wykorzystuje tę samą kompozycję, ale już w swoim grze nie popisuje się karkołomnym żartem… Coś jeszcze różni obie wersje- tempo. Na płycie Blue Mitchella kojarzy się z rozpędzoną dużą lokomotywą ciągnącą kilkanaście ciężkich wagonów, z mocno zaznaczonym miarowym pulsem co powoduje rozkołysanie, nie ustępujące nawet wówczas gdy muzycy- Blue Mitchell na trąbce, Curtis Fuller na puzonie, Jimmy Heath na saksofonie tenorowym, Wynton Kelly na fortepianie, Sam Jones na basie i Philly Joe Jones na perkusji, grają piękną balladę „Park Avenue Petite” Golsona. Całość nie ma słabych punktów. Płytę przygotował do wydania przez Riverside Records producent- Orrin Keepnews (a któżby inny jeśli nie Rudy van Gelder ani Norman Granz?), w sposób doskonały- to jedna z najlepiej brzmiących płyt bez podziału na kategorie i czas.

 


Kolejne rozdziały:

                

Dodaj komentarz