Rekomendowane jazzowe wydawnictwa płytowe
(rozdział dwudziesty czwarty)

Lista znakomitości wśród wokalistów jazzowych jest długa, ale najwyżej cenionymi są stale ci sami: Billie Holiday, Ella Fitzgerald, Sarah Vaughan, Johnny Hartman, Louis Armstrong, Nina Simone, Nat King Cole… Są też wokalistki i wokaliści nie gorsi, którzy muszą dorobić się większej ilości nagrań, czy odpracować wiele godzin koncertowych zanim uzna się ich za równych tym wyżej wypisanym (najznakomitszych jest oczywiście więcej). Ci, których płyty niżej opiszę mają szansę szybko do najbardziej uznanych doszlusować, albo już są od dawna na szczycie.

 

Wokalny wirtuoz- Bobby McFerrin [1] zalicza się do najbardziej charakterystycznych i oryginalnych wokalistów w muzyce współczesnej, równie biegły w jazzowych, popowych i klasycznych ustawieniach, jego charakterystyczny styl skoków oktawowych, z rytmicznymi wdechami i zatrzymaniem się na chwilę od falsetu. do głębokich basów często brzmi jak praca co najmniej dwóch lub trzech śpiewaków jednocześnie, a jednocześnie brzmi zupełnie inaczej niż ktokolwiek inny. Rodzice byli śpiewakami klasycznymi. Studiował grę na fortepianie w California State College w Sacramento i Cerritos College. Po zakończeniu trasy koncertowej za Ice Follies występował z wieloma zespołami coverowymi, występami kabaretowymi i zespołami tanecznymi, zanim zadebiutował jako wokalista w 1977 roku. Mieszkając w Nowym Orleanie, śpiewał z grupą Astral Projection, zanim przeniósł się do San Francisco. Tam poznał legendarnego komika Billa Cosby’ego, który zaaranżował występ McFerrina na Playboy Jazz Festival w 1980 roku, ale dopiero występ na festiwalu Kool Jazz Festival w 1981 roku zaowocował kontraktem z Elektrą… Tak się zaczęła kariera McFerrrin’a obfitująca w genialne kreacje wokalne [2].

Wytwórnia: Blue Note Records w marcu 2002 roku wydała płytę „Beyond Words” nagraną nie jak najczęściej w przypadku McFerrina albo solo, albo w duecie, lecz w rozszerzonym składzie. W sesji wzięli udział oprócz McFerrina: Chick Corea (piano), Gil Goldstein (akordeon i piano Fender), Keith Underwood (flet), Omar Hakim (perkusja), Cyro Baptista (instrumenty perkusyjne), Taylor McFerrin (wokal) i Richard Bona (bas).

Redaktor magazynu AllMusic- Zac Johnson, tak zrecenzował płytę: „Powrót kreatywnego wokalisty Bobby’ego McFerrina do Blue Note po prawie dziesięcioletniej nieobecności wskazuje na możliwą chęć powrotu do improwizowanego jazzu i pewnego dystansowania się od klasycznych dzieł, z którymi był coraz bardziej kojarzony. Pracując ponownie z pianistą Chickiem Coreą i producentką Lindą Goldstein, jego album z 2002 roku, Beyond Words, przypomina inne kolaboracje McFerrin / Corea (Play, The Mozart Sessions), ale w jakiś sposób te w większości improwizowane utwory nie mają iskry, którą stworzyły ich poprzednie partnerstwa. Umiejętnie wspierane przez jasny fortepian Corei, Omara Hakima na perkusji i Richarda Bonę na basie, utwory wydają się być przez większość tej samej tekstury, nigdy nie osiągając żadnego szczytu na całym albumie. ‘Beyond Words’ to nastrojowy i mroczny romans, z subtelnymi warstwami falującego wokalu McFerrina wplatającego się i wychodzącego z muzycznego łóżka, ale zamiast brzmieć naturalnie, album jest przerywany przez syntetyzowane instrumenty, które przeciągają nagrania niebezpiecznie blisko do gładkości. terytorium jazzu. Niestety, biorąc jednego z najbardziej elokwentnych muzyków najwcześniejszego instrumentu ludzkiego i nakładając go na gładkie, pozbawione progów linie basowe i syntetyczne akordy Roland XP-80, prawie całkowicie udaremnia cel słyszenia jego głosu. Mimo to jest to świetnie wykonany i starannie opracowany dokument przedstawiający zdolności zarówno McFerrina, jak i Corei, idealny do delikatnych tekstur tła podczas samotnej nocy.”
Javier AQ Ortiz, recenzent magazynu All About Jazz nie jest tak oszczędny w zachwytach jak jego kolega z AllMusic: „… [album] również trafia w dziesiątkę dzięki integralności 16 obrazków, które zostały użyte w tym nagraniu. Od krótkotrwałych ‘Circlings’ do mocniejszego ‘Invocation’, ‘Beyond Words’ udaje się powiedzieć to, co trzeba, bez uciekania się do wokalnego lub instrumentalnego słowotoku. Całość ‘Beyond Words’ jest znana z pełnych wartości części, niezależnie od czasu trwania. Podsumowując, ‘Beyond Words’ wiele mówi. Lepiej posłuchaj.”

 

Światową sławę perkusisty zyskał w roku 1981, biorąc udział w trasie koncertowej Milesa Davisa oraz tworząc wraz z Alem Fosterem i Marcusem Millerem sekcję rytmiczną na podwójnym albumie Davisa „We Want Miles”, współpracownik Weather Report i wielu innych- Mino Cinélu, (właśc. Dominique Cinelu). Ten francuski muzyk specjalizujący się w grze na instrumentach perkusyjnych, kompozytor i producent muzyczny. Gra również na bandoneonie i flecie. Jednak po wydaniu płyty „Mino Cinélu” przez EmArcy w 2000 toku okazało się, że potrafi też śpiewać, grać na gitarach i flecie.

William Ruhlmann z magazynu  AllMusic napisał o płycie „Mino Cinélu”: „’On nie jest tylko perkusistą’, wydaje się być przesłaniem, które Mino Cinélu stara się przekazać na swoim eklektycznym pierwszym solowym albumie po długiej karierze akompaniatora gwiazdom jazzu i popu. W tej próbie odchodzi [na momenty] od bębnów aby śpiewać, grać na gitarach i flecie oraz komponować, aranżować, programować i produkować muzykę. Rezultaty sięgają od folk-rockowego stylu ‘Confians’ po południowoafrykański smak ‘Chouval Boa’ i latynoskie brzmienie ‘See Yea – Salee Yea’ (które przypomni fanom popu ‘All Night Long’ Lionela Richiego). Ale od różnorodnych umiejętności Cinelu nic nie odbiera stwierdzenie, że jest on naprawdę perkusistą piszącym na tym albumie, który ma zamiłowanie do natury (wiatr w ‘Moun Madinina’, świerszcze w ‘Shibumi Dunes (Silk Road)’ ) i niezwykłe dźwięki perkusji (te ostatnie są definitywną cechą perkusistów). Dlatego poziom zainteresowania nagraniem będzie zależał od tego, jak bardzo lubisz perkusję. Jeśli na przykład lubisz bardziej egzotyczne nagrania Stinga (Cinelu można usłyszeć na … ‘Nothing Like the Sun’ i ‘Brand New Day’), ale chciałbyś, żeby się zamknął, żebyś mógł usłyszeć perkusję, to jest płyta dla ciebie. Jednak bardziej ogólnie spoglądający na muzykę fani mogą uznać, że słuchanie tego albumu jest podobne do ciekawej rozrywki, którą cieszą się fani teatru po spotkaniu ze sztuką Toma Stopparda Rosencrantz i Guildenstern Are Dead z 1966 roku, która koncentruje się na dwóch pomniejszych postaciach w Hamlecie; chociaż może to przeszkadzać, wydaje się, że czegoś brakuje.”

Album oprócz wartości artystycznych, jak widać po słowach krytyka AllMusic- dyskusyjnych, ma też tę drugą wartość- technicznej natury: Nie jest możliwe by meloman i jazz-fan mógł przejść obojętnie obok tej płyty, bowiem na początku XXI wieku ten dysk używany był do demonstrowania sprzętu audio w miejscach sprzedaży bądź wystawienniczych (podobnie jak nagrania z „Companion” Patricii Barber z przełomu XX i XXI wieku). Takie nagrania się łatwo się zapamiętuje, bo nie dość, że świetnie brzmią to i atrakcyjne linie melodyczne prezentują. Bombardowanie takimi utworami musi skutkować tym, że płyty tego rodzaju trafiają na półki płytowe audiofilów. To rzeczywiście wspaniałe nagrania z ogromną różnorodnością dźwięków, nastrojów i barw, wszystko zmiksowane w bogatą i idealną produkcję, z głębią, czystością i bogactwem. Piosenki jakością artystyczną nie odstają od walorów technicznych- są świetne, gra Mino Cinélu jest wyjątkowa i fascynująca. Wokalnie jest bardzo przyjemny- bez zarzutu.

 

Basista jazzowy Richard Bona [3] urodził się i wychował w Kamerunie w zachodniej Afryce, gdzie odbywał sesje z Joe Zawinulem, Reginą Carter i Bobem Jamesem, a także przez dwa lata był dyrektorem muzycznym wielkiego Harry’ego Belafonte. Zadebiutował jako headliner w 1999 roku albumem „Scenes from My Life”, a dwa lata później wyszedł „Reverence” . W 2003 roku Bona zadebiutował w Verve płytą „Munia: The Tale”, w której artysta eksplorował terytoria rocka i jazzu, zachowując wpływy muzyki tradycyjnej Afryki Zachodniej. Album „Toto Bona Lokua” z 2005 roku był wspólnym pracą z Lokua Kanzą (z Konga) i Geraldem Toto ( z Martyniki). W 2006 roku ukazał się „Tiki” (Decca Records), w którym wystąpili gościnni artyści, tacy jak John Legend i Djavan. Następne płyty artysta wydawały różne wytwórnie: „Bona Makes You Sweat: Live” i „The Ten Shades of Blues” Emarcy / Universal Music, „Bonafied” Universal Music i ostatnia do dziś- „Heritage” Membran / Quest.

Płyta „Scenes from My Life” wydana 20 lipca 1999 przez Columbia Records, była entuzjastycznie przyjętą przez rzeszę fanów jazzu, ale też i krytyków muzycznych.


Stephen Thomas Erlewine z AllMusic napisał: „Debiutancki solowy album Richarda Bony ‘Scenes from My Life’ to nieoczekiwana rozkosz, pierwsza próba tak pewna, że prawie nie można jej się oprzeć. Bona łączy płynną produkcję z fuzjami współczesnego jazzu i muzyki z jego rodzinnego kraju, Kamerunu i Afryki Zachodniej. Ma ciepły, płynny styl basu, a jego głos jest czysty, wysoki i piękny. Dla niektórych bezkrytycznych uszu może to zabrzmieć trochę zbyt gładko, ale za tą muzyką nie ma kalkulacji, jest tylko radość i to właśnie sprawia, że ‘Scenes from My Life’ to debiut pierwszej klasy.” Ale żeby nie posłużyć się tylko jedną gloryfikującym głosem krytycznym zacytuję inną: Michaela Breckera, krytyka All About Jazz: „…Richard Bona ma wspaniały głos, a śpiewając w swoim ojczystym języku douala [język z rodziny bantu, używany głównie przez lud Duala w Kamerunie], można uzyskać prawdziwe znaczenie, rytmiczną treść i żywy artyzm każdego tekstu. Wśród wyróżniających się na płycie CD znalazły się utwory „Te Dikalo”, „Djombwe” i „One Minute”, które są śpiewane w języku angielskim i douala! Aranżacja smyczków na „Muna Nyuwe” jest prawdziwym triumfem, podobnie jak rytmiczne perełki, które oferuje Bona. ‘Scenes From My Life’ to wspaniały debiut Richarda Bony, który reprezentuje błyskotliwość w ramach jego doskonałego artyzmu…”

 

Columbia Records 7. września 2001 przewidziała do sprzedaży album „Reverence”, drugi studyjny album kameruńskiego basisty jazzowego i muzyka Richarda Bony.


Album „Graceland” Paula Simona z 1986 roku zadziałał jak katalizator, pozwalając poznać amerykańskiej publiczności scenę muzyczną wzbogaconą o artyzm wybitnych artystów urodzonych w Afryce. Większość wykonawców afro-popowych tworzy muzykę opartą na stylach afrykańskich z wpływami zachodnimi, ale bywa też inaczej- Afrykanie tworzą wspaniałe rzeczy pod wpływem amerykańskiego jazzu, tak jak w przypadku Richarda Bony. „Reverence” jest tego świetnym przykładem. Debiutancka płyta Bony, fascynująca i atrakcyjna mieszanka jazzowych wpływów z afrykańskimi składnikami, wraz z nagraniami do drugiej swojej płyty Bona rozwinął stylistykę debiutu o nowe horyzonty, może bardziej o zróżnicowanie aranży- od acapelli w stylu afrykańskim po ustawienia orkiestrowe. Richard Bona gra na wielu instrumentach- basie, gitarze, klawiszach, flecie i perkusji,  ale przede wszystkim śpiewa, opatulając słowa ładną barwą wysokiego wokalu na większości płyty. Dzięki temu, że sam uczestniczył w wielu sesjach nagraniowych znakomitych jazzmanów miał prawo spodziewać się rewanżu ze strony zaprzyjaźnionych muzyków- gitarzysty Pata Metheny’ego, saksofonisty Michaela Breckera i perkusisty Vinniego Colaiutę. Istotny wkład wnosił także aranżer i klawiszowiec Gil Goldstein, który napisał również aranżacje smyczkowe, które w trzech utworach się pojawiają.

W swojej recenzji albumu Hilarie Gray z JazzTimes nazwała „Reverence”- „ciepłą i często wzruszają pracą, która powinna umocnić reputację Richarda Bony jako jednego z największych talentów naszych czasów”. Trafnie (jak się wydaje) opisała płytę Charlotte Dillon z AllMusic: „Richard Bona urodził się w małej wiosce w Afryce Zachodniej. Jego matka była piosenkarką, a jego dziadek był zarówno piosenkarzem, jak i muzykiem. Te talenty były przekazywane w sposób naturalny. Zanim Bona osiągnął wiek szkolny, spędzał wiele godzin występując w kościele. W domu jego głód świata muzyki sprawił, że robił własne flety, perkusję, a nawet porządną gitarę. Jako nastolatek przeniósł się do dużego miasta, gdzie szybko znalazł sposób, by nasycić się jazzem, grać na profesjonalnych instrumentach oraz nauczyć się czytać i pisać muzykę. Na tym albumie z 2001 roku, ‘Reverence’, jego drugim pełnym nagraniu, widać wszystkie te lata otaczania się muzyką. Mimo że teksty nie są po angielsku, fani ze Stanów Zjednoczonych wydają się cieszyć albumem. Piosenki Bony na ‘Reverence’ to jazz, wykonany w stylu muzyki-świata, a smak ojczyzny dumnie zajmuje duże miejsce. Utwory na tym nagraniu niosą ze sobą style fusion i amerykańskiego jazzu, ale oferują również afrykański pop, muzykę latynoską, jazz-rock, a nawet aranżacje orkiestrowe

 

Znany ze swojego ciepłego barytonowego wokalu, Gregory Porter zyskał uznanie w latach 2010 dzięki swojej udanej mieszance jazzu, soulu, bluesa i gospel. Utalentowany wokalista standardów, a także bardziej współczesnego materiału soulowego, Porter zyskał przychylne porównania ze swoimi idolami Nat King Cole’m, Donny Hathaway’em i Stevie’m Wonderem. Od czasu, wyróżnionego nominacją do nagrody Grammy, wydanego w 2010 roku albumu „Water”, przez następne bardzo wysoko oceniane: „Liquid Spirit”, „Be Good”, „Take Me to the Alley”,  „Nat King Cole & Me”, „One Night Only: Live at the Royal Albert Hall” do płyty najświeższej wydanej przez Blue Note w sierpniu 2020 roku– „All Rise”.


Według informacji wydawcy- : „Gregory Porter, najlepiej sprzedający się współczesny artysta jazzowy / soulowy z ponad 3 milionami sprzedanych na całym świecie albumów, powraca z ‘All Rice’, swoim szóstym albumem studyjnym. Album jest powrotem do ukochanego oryginalnego pisarstwa Portera- tekstów z serca na dłoniach, przepojonych codzienną filozofią i szczegółami z życia wziętymi, stanowiącymi mieszankę jazzu, soulu, bluesa i gospel. Wyprodukowany przez Troya Millera (Laura Mvula, Jamie Cullum, Emili Sande), zestaw [nagrań] reprezentuje również ewolucję sztuki Portera w coś jeszcze bardziej empatycznego, emocjonalnego, intymnego i uniwersalnego. Po wydaniu Nat King Cole & Me w 2017 roku Porter wiedział dwie rzeczy: po pierwsze, przyniesie orkiestrę na swój następny album, a po drugie, muzyka to medycyna. W duchu tego ostatniego objawienia ‘All Rise’ wypełnione jest piosenkami o niepohamowanej miłości, a także małym protestem, ponieważ droga do uzdrowienia jest wyboista. Od czasu swojego światowego debiutu Blue Note w 2013 roku, ‘Liquid Spirit’, który zdobył nagrodę Grammy w kategorii najlepszy jazzowy album wokalny, Gregory nie zawiódł swojego legionu fanów, czy to współpracując z Disclosure przy ‘Holding On’, wydając swój taneczny hit ‘Liquid Spirit – Claptone Remix’, który stał się jednym z najpopularniejszych utworów na Ibizie, zdobywając kolejną nagrodę Grammy za ‘Take Me to the Alley’ (2016) lub opowiadając historię swojego życia poprzez śpiewnik Cole’a. Porter wciąż jest zaskoczony swoim sukcesem, który odniósł sukces, ale ma teorię: ‘Mój głos uspokoił mnie jako dziecko i myślę, że to- to samo, co inni z niego czerpią. Próbuję uleczyć się tymi piosenkami’. Gregory nie tylko przeszedł do historii list przebojów, przywracając jazz do mas, uświetnił kultową scenę Pyramid i najbardziej prestiżowych sal koncertowych na świecie, występował dla Królowej, pojawił się w największych programach telewizyjnych, a także zaprezentował swój własny serial (‘Gregory Porter’s Popular Voices’ na BBC Four), w 2019 roku piosenkarz uruchomił i poprowadził swój własny podcast ‘The Hang’, w którym wystąpili tak wybitni goście jak Annie Lennox i Jeff Goldblum

Trudno zrozumieć że Porter, był fanom nieznany dziesięć lat temu. Debiutował płytowo gdy miał 39 lat! Jego niezwykła, charakterystyczna osobowość, stała się rozpoznawalna dopiero wówczas, gdy niemożliwe stało się kontynuowanie kariery piłkarskiej po kontuzji ramienia, gdy praca w roli szefa kuchni w restauracji Lloyd’s Bread-Stuy, a nawet występy piosenkarskie w tym samym miejscu i innych okolicznych nie dawały największej satysfakcji. Trampoliną do sławy stały się dopiero wydawnictwa płytowe dla Motéma, a zwłaszcza ta pierwsza- „Water”.

Porter, dysponujący poważnym atutem- bogatym barytonowym głosem, jest dziś natychmiast rozpoznawalnym piosenkarzem. Na „All Rice” jego dojrzała interpretacja, pełna charakteru i mocy, a jednocześnie lekkości i czułości, potrafi w niewymuszony sposób zmieniać dramaturgię spektaklu muzycznego w każdym kolejnym utworze. W całej bogatej różnorodności muzyki łatwo jest przeoczyć to, że Porter wykonuje te utwory z pasją. Gregory Porter wnosi do tego albumu przejmujące emocje, spostrzegawczość, podkreślając prawość, współczucie i miłość. Każdy utwór ma swoją wyjątkową jakość, a całość jest zbiorem dzieł głęboko skłaniającym do refleksji. Piosenkarz, łącząc inspirującą muzykę z poruszającymi duszę tekstami, umieszcza swoją twórczość wśród najlepszych dzieł gatunku. Ten głęboko poruszający album powinien trafić na każdą półkę płytową fana jazzu, czy soulu, któremu nie jest obojętna jakość… Tej półki z płytami.

 


[1] Według:

[2] O innych płytach McFerrina pisałem w artykule: „płyty polecane (jazz, rozdział 19)

[3] Według:


Kolejne rozdziały: