Rekomendowane wydawnictwa płytowe
(klasyka, rozdział drugi)

 

Wielu melomanów, a zwłaszcza tych, dla których istotne znaczenie ma jakość produkcji płyt, uważa, że nie ma lepszych ponad te z pierwszych wydań. W przypadku LP, to będą daty zbliżone do czasu realizacji płyt, ale w przypadku CD już tak z reguły nie jest. Jestem kolekcjonerem płyt CD (kiedyś longplayów) od późnych lat 80. Preferowałem nowsze edycje niż te stare, ale robiąc przegląd płyt, które należałoby wymienić na inne, takie które obecnie mi się bardziej podobają (z różnych względów- interpretacyjnych, jakości produkcji czy ładniejszej oprawy graficznej) natrafiłem na:

Brahms Klavierkonzert nr.I” w wykonaniu Claudio Arrau i Philharmonia Orchestra pod dyrekcją Carlo Maria Giulini. Płyta CD wydana przez EMI Records w roku 1988 (nr kat.- 7243 4 71659 2 4). Nagrania pochodzą z roku 1960, a dokonane w Abbey Road Studios w Londynie.

Przyzwyczajony do najnowszych wydań, nierzadko japońskich wersji K2HD, XRCD lub innych równie dobrych, szoku doznałem… Czyżby masowość produkcji w pierwszej dekadzie XXI wieku przeszkadzała w dążeniu do doskonałości technicznej? Nie warto dociekać dlaczego przez pewien czas jakość produkcji CD spadła, skoro teraz (na powrót?), gdy producenci poczuli rosnącą w siłę konkurencję ze strony niekompresowanych plików, z reguły dbają o ich jakość. Powróćmy do CD z 1988 roku. Ile lat upłynęło? Prawie 30 (dziś jest 18 maja 2017 rok) ! Wygląda na to, że medium jest trwałe, a ile lat będzie użyteczne? Nikt nie zna odpowiedzi, bo to się dopiero okaże. Dwaj wymienieni panowie, którzy są wykonawcami wspaniałego koncertu fortepianowego Brahmsa są wysoce kompetentnymi, bo Claudio Arrau spędził znaczący okres życia w Berlinie, chłonąc kulturę Niemiec, a przez swojego nauczyciela Martina Krausego miał wiedzę prosto od Franza Liszta, z kolei relacje Carla Marii Giuliniego z muzyką austro- niemiecką pogłębiały się latami gry na altówce w Rzymskiej Akademii Nazionale di Santa Cecilia, grając pod takimi dyrygentami jak Wilhelm Furtwängler, Otto Klemperer i Bruno Walter. Koncert fortepianowy Brahmsa jest niezwykle trudny do odegrania, bo pianista musi umieć wytwarzać potężne, ale wrażliwe brzmienie, mogące wyrażać najgłębsze uczucia. Obydwaj muzycy dobrze przestudiowali dzieło Brahmsa, więc nie przychodzi im z widocznym trudem wydobywać cudowne dźwięki z ich instrumentów (fortepianu i orkiestry). Czuję, że ich interpretacja koncertu, zachowuje piękny styl Brahmsa i jest wysoce słuszna pod względem muzycznym- Arrau gra z majestatyczną mocą, bez skazy logicznej i płynnie, a Giulini jest bardzo pomocny w budowaniu muzycznego partnerstwa. Płyta oddaje znakomicie niesamowite zdolności Arrau do produkcji tonów symfonicznych z jego instrumentu. Pod Giulinim Philarmonia Orchestra brzmi bardzo precyzyjnie, bardzo stylowo i w bardzo wyrafinowany sposób, niemal jak ulepszona wersja wiedeńskich filharmoników. To na pewno jedno z najlepszych osiągnięć artystycznych przedstawiających koncertu fortepianowego Brahmsa i wątpię czy dalsze poszukiwania pośród innych wykonań da odpowiedź pozytywną, czy są lepsze. To stare wydanie, bazujące na lampowej technice nagrywania mógłbym przyrównać jedynie do najlepszych nagrań z tego czasu- do produkcji RCA z serii „Living Stereo”. Podobnie potężne brzmienie i cieplej barwie. Nagranie jest bardzo rozdzielcze, wszystkie sekcje orkiestry są słyszalne, a pianista ustawiony na czele z odróżnialnymi niuansami w grze. Płyta naprawdę łączy w osiąganej satysfakcji i melomanów i audiofilów.

Skoro już wspominam o Claudio Arau to podtrzymam (może) rozbudzone zainteresowanie tym artystą, bo nagrał dla Philips Classics w 1998 roku sporo ze spuścizny Beethovena. Zestaw 14. płyt- „Beethoven The Complete Piano Sonatas & Concertos”, o numerze katalogowym 462 358-2, zawiera 32. sonaty fortepianowe, „Wariacje Diabellego”, wariacje z opusów 34 i 35, 32. wariacje C moll na motywie Woo 80 i pięć koncertów (z Concertgebouw Orchestra, pod dyr. Bernarda Haitinka). Nagrania pochodzą z lat- 1962 do 1970 oraz 1985 (całość to nagrania studyjne). Claudio Arrau grał z poszanowaniem intencji kompozytora, co graniczyło z czcią. Miał w pogardzie pianistów grających otwarcie sonaty 32 z opusu 111. obiema rękami zamiast jedną, ponieważ było mniej ryzykowne. Jeśli coś jest technicznie trudne, Arrau zakłada, że kompozytor pisał nie inaczej, by trudności dodawały ekspresję. Jego interpretacje dzieł Beethovena nie zawsze są idealne. Czasami jest zbyt ociężały, zbyt poważny, zwłaszcza we wczesne pracach, dla przykładu w sonatach nr 2 i nr 3. W swoim I Koncercie fortepianowym Beethoven wręcz „uśmiecha się” do słuchaczy, ale Arrau brakuje spontaniczności, jak mi się wydaje. Ale w najcięższych (najtrudniejszych) dziełach kompozytora  Arrau gra rewelacyjnie, a nikt nie gra sonaty nr 32 lepiej. Pierwsza część brzmi jak grzmot, który przychodzi coraz bliżej i bliżej, finał zaś to tryle, grał je z wykwintnym wykończeniem, perfekcyjnie.

Claudio Arrau był w sile wieku, kiedy w połowie 1980 roku, ukończyl pracę nad kompozycjami Beethovena. Niektórzy interpretatorzy (na przyklad Pollini) podkreślali energię beethovenowych nut pisanych na fortepian, natomiast Arrau bardziej przekazuje ich ciężar, dając tym sonatom symfoniczne wręcz brzmienie. Szczęśliwie Philips zapewnia nagranie pasujące do stylu Arrau- zaskakująco ciężkie. Charakterystyczne jest też realistycznie oddane brzmienie koncertów, w którym można usłyszeć uderzanie paznokci, oddychanie pianisty, ale odczuwanie wysilku pianisty jest pożądane dla lepszego czucia współuczestnictwa w wydarzeniu jakim jest koncert, nawet taki tylko do mikrofonów…

 

Cofnę się w czasie jeszcze głębiej- do lat 1946 i 47 XX wieku. Jasha Heifetz wtedy nagrywał dla RCA Records.

„Heifetz był uważany za największego wirtuoza skrzypcowego od czasów Paganiniego” – napisał Lois Timnick z Los Angeles Times. „Wyznaczył wszystkie standardy gry na skrzypcach już w wieku 20 lat …” – napisał krytyk muzyczny Harold Schonberg z czasopisma New York Times. „Dzieła, jakie pozostawił, dziś dla skrzypków to raczej przygnębiające, nigdy już nie będzie można podobnych osiągnąć”, pisał skrzypek Itzhak Perlman. Przedstawiona płyta na fotografii powyżej to nagrania przygotowywane prze z skrzypka na bis- krótkie, atrakcyjne i melodyjne. Zagrał je z akompaniatorem Emanuelem Bay’em przy fortepianie. Płyta „Encores” została wydana w 2010 roku przez RCA (nr katalogowy: G0100020622967). Najwidoczniej nie było taśm studyjnych do dyspozycji, bo słyszy się w tle utworów delikatne trzaski płyty analogowej, jednak to nie przeszkadza a nawet uczucia nostalgii dodaje gdy się ich słucha. Dla większości artystów jakość nagrania jest w najlepszym razie drugorzędna, ale nie dla Heifetza! Jakość nagrań miała kluczowe znaczenie, ponieważ subtelność jego tonu, jedwabistość barwy instrumentu, wreszcie niuansowanie dynamiki były istotną częścią jego wielkiej sztuki skrzypcowej. Styl gry Heifetza zbliżył go do stylu współczesnego- szybkie użycie vibrata, płynne przejścia od jednego dźwięku do drugiego  (portamento), szybkie tempa podane z doskonałą klarownością, precyzja wykonawcza, intensywność emocjonalna każdej frazy, dała taki ton, który stal się dla melomanów rozpoznawalnym. Z płyty wynika, że Heifetz nagrywał stosunkowo blisko mikrofonu. Dźwięk jest o dużym wolumenie, na pierwszym planie, natomiast fortepian jest wyciszony, na planie drugim, ale nadal wyrazisty i nasycony. Trudno z tych przepięknych utworów wybrać te reprezentatywne albo lepsze… Wszystkie są wspaniale!

Nagrania Heifetza są dostępne na wielu płytach, wciąż wznawianych, pojedynczo i w zestawach… Można się w tej dużej ilości pogubić. Poza tymi oczywistymi wyborami, czyli japońskimi edycjami, można tanio się „wykpić” kupując zestaw wszystkich nagrań stereofonicznych Heifetza w jednym pudle wydanym przez RCA (Sony Classical).

Ta ostatnia realizacja na płytach CD buduje wspaniały trójwymiarowy dźwięk, obraz Heifetza u szczytu. W koncertach Beethovena, Brahmsa, Mendelssohna, Czajkowskiego i Sibeliusa, wersje stereo zrealizowane przez RCA wyznaczają na pewno nowe standardy fonograficzne. Jest rzeczą wiadomą, że Heifetza dysponował bezbłędną intonacją i artykulacją, do takiego stopnia, że większość innych grających na skrzypcach pozostawiał w jego cieniu. Na przykład koncert Mendelssohna w wykonaniu Heifetza i bostońskiej orkiestry pod dyr. Charlesa Muncha, jest uważany za największe osiągnięcie spośród zarejestrowanych. Koncert Mendelssohna był romantyczny, ale o klasycznej powściągliwości,  wymagającego całkowitej kontroli nad instrumentem. Podobnie oceniono koncerty Brucha i Vieuxtempsa: „Po prostu nie było nikogo, kto mógłby zagrać tę ozdobną nastrojową muzykę jak Heifetz … To jest najlepsze nagranie Brucha, arcydzieło pod względem artyzmu i dźwięku” (wg Fanfare Magazin). Gramophone zauważa, że jest wątpliwe, czy jakikolwiek inny międzynarodowy solista poswicił tyle czasu i energii na kameralistykę, zwłaszcza w nagraniach z wiolonczelistą Grigorijem Piatigorskim (rozpoczęła się w 1961 roku i jest udokumentowana w  „The Complete Stereo Collection”). Repertuar Heifetza zawiera szeroki wachlarz utworów- od wirtuozowskich do  własnych genialnych transkrypcji. I one też są bogato reprezentowane w tym zestawie. 24 płyty z boxu RCA o nr katalogowym 88843095342, są zremasterowane z oryginalnych taśm analogowych w formacie 24-bit / 192 kHz i o jakości DSD®. Wśród tych płyt nie ma lepszych, czy gorszych… Wszystkie są warte więcej pieniędzy niż firma Sony (właściciel marki RCA) żąda przy zakupie. Proszę zwrócić uwagę na to, że wcześniej opisana płyta- „Heifetz Encore” jest monofoniczną, więc w zestawie 24 krążków się nie znajduje, jej należy szukać odrębnie, albo w zestawie pełniejszym- na płycie 76. ze 103. boxu- „Jascha Heifetz: The Complete Original Jacket Collection” RCA VICTOR (nr kat. 7700502).

 

Pozostańmy w dawnych dziejach fonograficznych, bo tam same rarytasy na nas czekają… Fascynujący dorobek Wilhelma Furtwänglera wielu melomanom zawrócił w głowach.

Jego talent został szybko dostrzeżony przez krytykę muzyczną tamtych czasów. Już w wieku 36 lat  kierował dwoma najważniejszymi orkiestrami w Niemczech: Filharmonią Berlińską i Lipskim Gewandhausem (obie orkiestry przejął po Arturze Nikischu). Zdobyta sława pomogła objąć również stanowiska szefa orkiestry wiedeńskiej, festiwalu w Salzburgu i festiwalu wagnerowskiego w Bayreuth. Niestety zasłużone wpływy zaczął tracić wraz z umacnianiem się władzy nazistów, z którymi popadał w konflikty. Wilhelm Furtwängler  nie chciał „płynąć z nowym prądem”, który był przede wszystkim antysemicki, z czym wielki dyrygent nie mógł się pogodzić. Gdy zaczął występować w obronie muzyków pochodzenia żydowskiego, szybko został zmuszony do ustąpienia z zajmowanych licznych stanowisk. Jego samego chronił przywilej wprowadzenia przez Hitlera i Goebbelsa jego nazwiska na listę „obdarzonych łaską Bożą w III Rzeszy” tzw Gottbegnadeten-Liste wśród „Niezastąpionych”. Do końca wojny zatrzymał tylko jedną funkcję- dyrektora Berlińskich Filharmoników. Niezależność artystyczna były dla niego priorytetem, a funkcję dyrygencką traktował jak służbę nie władzom, nie partiom lecz sztuce i narodowi, dlatego też nie wyjechał z Niemiec na czas wojny. Kontrowersje może budzić jedynie fakt prowadzenia koncertów na terenach okupowanych. Postawa Furtwänglera  wobec nazistów stała się odskocznią ku szybkiej karierze dla młodszego dyrygenta, lojalnego wobec hitlerowskiej władzy Herbert von Karajan. Z tym dyrygentem, Furtwängler był skonfliktowany do końca życia. Po II wojnie światowej został niesłusznie oskarżony o współdziałanie z partią nazistowską, a w konsekwencji (mimo uniewinniającego wyroku sądowego) USA zakazały Furtwänglerowi działalności koncertowej na swoim terytorium. O paradoksie! Von Karajan, który był członkiem partii nazistowskiej i nie narażał się hitlerowcom ratując żydowskich muzyków przed śmiercią w obozach zagłady, jak to czynił Furtwängler, nie miał zakazu wjazdu… Dyrygent pod koniec życia zamieszkał w Szwajcarii. Koncertował i nagrywał w Bayreuth, Rzymie, Londynie, Salzburgu i Sztokholmie. Przecinające się ścieżki sztuki i polityki prowadzą do chyba najsłynniejszego wykonania IX Symfonii Beethovena, które zostało nagrane dla potrzeb radia na miesiąc przed urodzinami Hitlera w roku 1942.

Beethoven: Symphony No. 9 in D minor Choral, Op. 125” z koncertów, które się odbyły 22-24 marca 1942 roku w Alte Philharmonie w Berlinie, jest nagraniem wyjątkowym, bo oddającym grozę tamtych lat. Słychać w realizacji marsz żołnierski, huk wystrzałów armatnich, albo wybuchających bomb, wściekłość i smutek artystów… „Oda do radości” nie jest radosna! To krzyk rozpaczy raczej. Ten protest robi ogromne wrażenie. Znamienne dla wysokiej sztuki jest to, że interpretować można ją różnie, nie jako protest lecz przeciwnie- jako oddanie potęgi militarnej Niemiec, zresztą na koniec Goebbels gratuluje Furtwänglerowi wykonania uściskiem dłoni. Widać to na nazistowskim filmie propagandowym. Dyrygent po wykonanym uścisku wyciera swoją dłoń chusteczką, jednak reżyser filmu zdecydował zrobić w tym miejscu „przebitkę” na tłum klaszczących słuchaczy w mundurach, chyba dlatego, że zachowanie tego, który przed chwilą odbierał gratulacje było dwuznaczne, a na pewno nie do przyjęcia dla władz i jednocześnie wyjaśniające intencje zawarte w interpretacji symfonii (tak ja to odczytuję). Nagrania z czasów wojny zostały zabrane z Berlina przez Armię Czerwoną; wiele z nich opublikowała później radziecka Melodia. Koncerty z 22-24 marca 1942 roku są dostępne dzięki paru różnym wydawnictwom, na przykład  Pristine, Music & Arts, Altus, natomiast koncert w dniu urodzin Hitlera z 4 kwietnia 1942 wydał King Records i Archipel. Jak trafiły do wydawnictwa Pristine Classical nie wiem. Firma Andrew Rose’a opracowała własne metody odtwarzania starych nagrań, które nazwała XR Remastering. Przede wszystkim niweluje ona zakłócenia tonalne charakterystyczne dla starych realizacji. Obniża też poziom szumów oraz tworzy naturalne warunki akustyczne dzięki technologii o nazwie „splot pogłosu”.

Niewielu dyrygentów owianych jest tak wielką legendą, że nawet  wczesne nagrania, mimo słabej jakości technicznej, traktowane są z nabożną czcią. Potrafił z kompozycji wydobywać melodie jakich nikt inny nie odkrywał. Znane jest  jego inne traktowanie temp, choć kontrowersyjne to najczęściej jednak wizjonerskie. Zawsze miałem wrażenie, że gdy słucham jego wykonań, czy z Berlińczykami czy Wiedeńczykami, to aż mieni się obraz dźwiękowy od przenikających się dźwięków poszczególnych sekcji orkiestry. Warto poszukać furtwänglerowych interpretacji V Symfonii (Angel Records nr kat. TOCE-11004) i VII Symfonii Beethovena (Angel Records nr kat. TOCE 11006), „Beethoven: Piano Concerto No.5” w wyk. Edwina Fishera i The Philharmonii Orchestry (Angel Records nr kat.TOCE- 11008), “Brahms: Symphony No. 4” (angel Records nr kat. TOCE- 11015)… Zresztą, zdobyć warto wszystkie jakie będą dostępne.

 

„Naturalną drogą” byłoby wspomnieć tu o wielkim dyrygencie, prawie rówieśniku Furtwänglera-  o Arturo Toscaninim… Bo też postać wyjątkowa i o wielkich zasługach dla sztuki wykonawczej. Problem w tym, że trudno byłoby mi rekomendować nagrania z jego udziałem, bo do wysokiej jakości realizacji nie miał szczęścia, a na pewno było ich niewiele. Inny rówieśnik Wilhelma  Furtwänglera- Frederick Martin „Fritz” Reiner miał znacznie więcej okazji, w studiach RCA, do najlepszych warunków nagraniowych w czasie rodzenia się nowego standardu- stereofonii.  W tym czasie prowadził bodaj najlepszy zespół muzyków, a była to- Chicago Symphony Orchestra. Z nią zrealizował szereg znakomitych płyt, między innymi „Prokofieff: Lieutenant Kije, Stravinsky: Song of the Nightingale, R. Strauss: Also sprach Zarathustra” Poniższe zdjęcie przedstawia edycję dwóch połączonych longplayów w jeden dysk CD, bo „Also sprach Zarathustra” wydana bywa również oddzielnie.

Poemat symfoniczny- „Also sprach Zarathustra (Tako rzecze Zaratustra), Fritz Reiner nagrał w 1954 roku gdy RCA nagrywała swoje pierwsze płyty stereo. Po obu stronach podestu Reinena umieszczono dwa wielokierunkowe mikrofony Neumann M50, podłączone bezpośrednio do magnetofonu RT-21. Prosty zestaw mikrofonów daje wspaniałe efekty z pogłosem doskonale oddanym włącznie. Pierwsze i drugie skrzypce, wiolonczele i kontrabasy sa w pobliżu mikrofonów. W rezultacie brzmią może zbyt ostro podczas gry w wyższych rejestrach, jednak trudno mi uznać to za coś negatywnego. Może też być odczuwalna tendencja do tworzenia się „dziury w środku sceny”. To proste zestawienie dwóch mikrofonów oddaje brzmienie sali, choć rogi i altówki tworzą słabszy obraz centralny niż instrumenty z lewej i prawej strony. Efekty opisane są bardzo słabo zaznaczone, więc nie przeszkadzają w odbiorze muzyki, która jest podana jak na tacy- z dobrą barwą i rozdzielczością. Stronę artystyczną można traktować jak wzorzec, tym bardziej, że trudno sobie wyobrazić by doskonały dyrygent maił nagle sprzeniewierzyć się swoim zasadom (przede wszystkim dbał o wierne odtworzenie co zostało w nutach zapisane, ale też z orkiestr wyciągał zadziwiające bogactwo i blask tekstur) i temu co wyniósł ze ścisłej współpracy z kompozytorem- Richardem Straussem, sprzed momentu gdy zdecydował się na stały pobyt w Stanach Zjednoczonych (początek 1920 roku). Dyrygent i Chicago Orchestra dbają o szczegóły, dynamikę i wyraziste zaznaczanie motywów, nigdy nie tracąc obrazu utworu jako większej całości, bo jak omawiał utwór sam autor, Strauss: „Chciałem przekazać za pomocą muzyki ideę ewolucji rodzaju ludzkiego od jego pochodzenia, za pośrednictwem różnych faz jego rozwoju, religijne a także naukowe idee Nietzschego o super człowieku”. Nagranie dla RCA Victor oddaje doskonale niuanse tonalne, daje też złudzenie relacji na żywo. Zestaw utworów uzupełniają kompozycje Prokofiewa i Strawińskiego. Z czasie sesji nagraniowej w 1957 roku, Reiner i Chicago Orchestra byli u szczytu swojej formy artystycznej. Ich „Lieutenant Kije” jest dowcipny, odważny i ironiczny. A ta wersja, zremasterowana w 24- bity przez JVC, jest nadal najlepszą dostępną. Strawińskiego „Song of the Nightingale” dzięki  jego podstawowym kolorytom, trudnym harmoniom, rytmom skomplikowanym były pozornie poza żywiołem Chicago Orchestry. W tej wspaniałej z 1956 sesji dla RCA, Reiner i Chicago „Song of the Nightingale”  jest ciepły, soczysty, a nawet słodki. Mogę polecać śmiało ten zestaw, bo lepszego nie znajdziecie z całą pewnością!

 


Kolejne rozdziały:

               

Dodaj komentarz