Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział dwudziesty trzeci, część 2.)

Punk nie tkwił w miejscu, a muzycy tworzący ten ruch wciąż poszukiwali twórczych rozwiązań narastających problemów i natury artystycznej i egzystencjalnej. Punk upraszczał muzykę, stawiał na prymitywność wykonawczą, ale taka formuła szybko zaczęła się wyczerpywać, stąd sięganie po dub, reggae, funk, muzykę eksperymentalną, etniczną i inne gatunki muzyczne. Muzycy  również „spojrzeli za siebie”- wrócili do muzyki zespołów protopunkowych. Post-punk, który jest nieścisłym terminem w efekcie tych wcześniej wspomnianych inspiracji, przybierał bardzo różnorakie formy, które trudno dziś odróżnić od stylu nazywanego „nową falą” rocka.

The Smiths był brytyjskim zespołem Indie-rockowym [1] lat 80., określający koniec nowej fali z syntezatorami w tle i początek gitarowego rocka, który zdominował angielski rock w latach 90. Tworzyli melodyjne krótkie utwory, w których można było odnaleźć wpływy punka, popu i rockabilly. Główni członkowie grupy: wokalista Morrissey i gitarzysta Johnny Marr. Marr reprezentowali także jeden z najdziwniejszych zespołów współpracowników w historii rocka. Marr był mocno przywiązany do rockowej tradycji, a Morrisey przeciwnie- zerwał z nią, śpiewając z nienawiścią w głosie, nie ukrywając obrzydzenia dla większości swoich rówieśników. Te różnice charakterów i gustu muzycznego bodaj doprowadziły do przedwczesnego zakończenia działalności The Smiths, ale zanim do tego doszło grupa Morrissey’a i Marr’a zarzuciła rynek muzyczny dużą ilością albumów i singli (pięć lonplayów i 18 singli) w ciągu trzech lat, które stanowiły podłoże dla brytyjskiego rocka gitarowego w następnej dekadzie.
Pierwszym był album „The Smiths”, nagrany w zimie 1983 roku w Pluto Studios (Manchester), Eden Studios (Londyn), Matrix Studios (Londyn) i Strawberry Studios (Manchester) i wydany w lutym 1984 roku przez wtrwórnię  Rough Trade.



Debiutancki album zespołu The Smiths, poczatkowo oryginalna produkcja Troya Tate’a została uznana za niewystarczającą, dopiero John Porter nagrał właściwie (w oczach zespołu) album ponownie w Londynie, Manchesterze i Stockport podczas przerw w brytyjskiej trasie zespołu we wrześniu 1983 roku. Album został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków i słuchaczy i osiągnął drugie miejsce na brytyjskiej liście albumó , utrzymując się na liście przez 33 tygodnie. Dzięki temu The Smiths stali się czołowym zespołem na scenie muzycznej lat 80. w Wielkiej Brytanii.
Krytyk muzyczny Garry Mulholland pisał w Fear of Music: „The Smiths zabezpieczyli swoją wczesną legendę debiutanckim albumem o molestowaniu dzieci. Produkcja była płaska i ponura, ale udało jej się wyczarować kolejna piosenka Manchesteru, wyraźnie różna od tej Iana Curtisa i Marka E. Smitha . Ale wszystko w The Smiths było sprzeczne z popem z połowy lat 80., od Joe Dallesandro na okładce po powściągliwe brzęczenie piosenek, ale przede wszystkim poprzez udramatyzowany wstręt Moza [pseudonim Morrisseya] do seksu, który tutaj istnieje, aby w najlepszym wypadku zrujnować prawdziwą miłość, a w najgorszym – całe młode życie”. Magazyn Slant opiniował: „Nie ma powodu, dla którego zjadliwy, sfrustrowany seksualnie uczeń Oscara Wilde’a, który kochał punk, ale nucił jak źle funkcjonujący Sinatra, powinien połączyć siły z bajecznie pomysłowym gitarzysta, którego wpływy były tak rozproszone, że w ogóle trudno było je usłyszeć i stworzył jeden z najwspanialszych duetów kompozytorskich lat 80-tych.” Magazyn PopMatters umieściło ten album na swojej liście „12 najważniejszych albumów z alternatywnym rockiem z lat 80.”, stwierdzając: „Kariera Morrisseya jest w pełni opisana w The Smiths , gdzie są one jeszcze bardziej przenikliwe dzięki delikatnej grze na gitarze Johnny’ego Marra i surowej produkcji Johna Portera”.
W 1989 roku album znalazł się na 22. miejscu listy 100 najlepszych albumów lat 80. magazynu Rolling Stone. W 2003 roku album znalazł się na 481. miejscu listy 500 najlepszych albumów wszech czasów tego magazynu .Umieszczony też został na 73. miejscu listy 100 najlepszych albumów wszechczasów magazynu The Guardian w 1997 roku.
Meat Is Murder”, drugi album zespołu The Smiths, nagrany zimą 1984 roku w Amazon Studios (Liverpool) i Ridge Farm (Surrey), wydany w lutym 1985 roku przez Rough Trade Records, szybko po pojawieniu się w sprzedaży wszedł na pierwsze miejsce brytyjskich list przebojów, pomimo krytyki, że jest słabszy od debiutanckiej płyty. „Meat Is Murder” utrzymywał się na tej liście przez 13 tygodni.



Album odniósł międzynarodowy sukces: spędził 11 tygodni na liście 100 najpopularniejszych albumów w Europie, osiągając 29. miejsce. Osiągnął także 110. miejsce na liście US Billboard 200 w Stanach Zjednoczonych.
Na okładce albumu widnieje fotografia amerykańskiego żołnierza piechoty morskiej kpr. Michael Wynn w Wietnamie, jednak napis na jego hełmie został zmieniony z „Nie rób wojny, nie kochaj” na „Mięso jest morderstwem”. Oryginalne zdjęcie wykorzystano w nominowanym do Oscara w 1968 roku filmie dokumentalnym Emile’a de Antonio „W Roku Świni”. Wynn oświadczył w 2019 roku, że nigdy nie poproszono go o pozwolenie na wykorzystanie zdjęcia i że „nie był naprawdę szczęśliwy”, że zmieniono napis na hełmie. Obraz zamieszczony na okładce płyty to dowód na to, że w czasie nagrywania „Meat Is Murder” Morrissey stawał się coraz bardziej zaangażowany polityczne- krytykował administrację Thatcher i prowadził kampanię na rzecz wegetarianizmu.
Recenzja magazynu AllMusic, autorstwa autorstwa Stephena Thomasa Erlewine’a mówiła: „Wraz ze swoim drugim albumem Meat Is Murder The Smiths zaczynają rozszerzać zainteresowania i różnicować, jednocześnie udoskonalając dźwięczny gitarowy pop z debiutu. Innymi słowy, zatrzymuje grupę na rozdrożu, niepewną, jak postępować. Biorąc epicki, wielowarstwowy ‘How Soon Is Now?’ punktem wyjścia (singiel, mroczniejszy i bardziej taneczny niż pozostała część albumu, został przypadkowo wstawiony w środku albumu na potrzeby jego amerykańskiego wydania), grupa tworzy bardziej zamaszyste, utrzymane w średnim tempie numery, niezależnie od tego, czy to melancholijny ‘That Joke Is Not Funny Anymore’ lub nieudany, pochłonięty sobą protest w związku z utworem tytułowym. Choć produkcja jest bardziej szczegółowa niż wcześniej, Smithowie dadzą radę, gdy wykorzystają swoje mocne strony – ‘The Headmaster Ritual’ i ‘I Want the One I Can’t Have’ to doskonałe rozwinięcia opracowanej przez nich formuły debiutu, podczas gdy ‘Rusholme Ruffians’ to zaraźliwy cios w rockabilly. Jednak reszta Meat Is Murder jest zróżnicowana, powtarzając liryczne i muzyczne pomysły z wcześniejszych utworów, bez znaczącego ich rozszerzania lub oferowania wystarczającej liczby potencjalnych hitów lub melodii, aby dorównać The Smiths czy ‘Hatful of Hollow’
Trzeci album, „The Queen Is Dead”, ukazał się wiosną 1986 roku i potwierdził popularność zespołu. Powitany entuzjastycznymi recenzjami, osiągnął najwyższą drugą pozycję na brytyjskich listach przebojów, The Queen Is Dead rozszerzył także swoją wierną grupę fanów w USA, wkraczając do pierwszej setki. „The Queen Is Dead” został wydany w Wielkiej Brytanii przez Rough Trade Records, w Stanach Zjednoczonych przez Sire Records. Na obu rynkach był promowany był przez dwa świetne single: „The Boy with the Thorn in His Side” i „Bigmouth Strikes Again”.


Przez krytyków album uznany został za największe osiągnięcie The Smiths. Od tytułowego utworu do zamykającego utworu- „Some Girls Are Bigger Than Others” The Smith byli mocno skonsolidowani, wkraczając na nowy poziom muzyczny w stosunku do poprzednich albumów, zostawiając Marr’owi by dopracowywał brzmienie i fakturę muzyki. Morrisey miał skupić się na bardziej odważnych tekstach. Razem stanowili „fabrykę” przebojów: „Bigmouth Strikes Again”, „The Boy With The Thorn In His Side” czy „Frankly, Mr. Shankly”. Płyta zawiera także „There Is A Light That Never Goes Out” z najbardziej przejmującym tekstem Morrisseya i doskonale dobraną muzyką.
Biograf Johnny Rogan napisał, że wraz z The Queen Is Dead Morrissey stał się „najciekawszym twórcą piosenek swojego pokolenia” i jest to rzeczywiście bardzo prawdopodobna teza.
Recenzja AllMusic, autorstwa Stephena Thomasa Erlewine’a, mówiła: „Meat Is Murder mogło być stałym wzorem, ale The Queen Is Dead to wielki krok naprzód w wykonaniu The Smiths, wynoszący zespół na nowe wyżyny muzyczne i liryczne. Rozpoczynający się burzliwym utworem tytułowym, The Queen Is Dead jest ostrzejszą płytą niż cokolwiek, czego Smiths próbowali wcześniej, ale to tylko w skali względnej – chociaż backbeat jest wyraźniejszy, grupa z pewnością nie daje rocka w rytmie rocka. […] Zamiast tego Johnny Marr stworzył gęstą sieć gitar, na przemian od tonacji molowej ‘Bigmouth Strikes Again’ i fałszywego rockabilly ‘Vicar in a Tutu’ do skocznego akustycznego popu ‘Cemetry Gates’ i ‘The Boy With the Thorn in His Side’, a także uroczą melancholię w ‘I Know It’s Over’ i ‘There Is a Light That Never Goes Out’. Bogate łoże muzyczne zapewnia Morrisseyowi wsparcie dla jego najlepszego zestawu tekstów. Obalamy mit, że jest użalającym się nad sobą głupcem, Morrissey przedstawia niszczycielski zestaw sprytnych, dowcipnych satyrycznych utworów na brytyjskie obyczaje społeczne, intelektualizm, klasę, a nawet na siebie samego. Tworzy także niektóre ze swoich najlepszych, najbardziej poruszających piosenek, szczególnie tęskny „The Boy With the Thorn in His Side” i epicki „There Is a Light That Never Goes Out” – dwa arcydzieła, które stanowią podstawę niezwykłego albumu.”

 

W połowie 1976 roku Ramones (amerykański zespół, uznany za pierwszą grupę grającą punk rocka) koncertowali w Londynie, a jako grupę „rozgrzewającą” wybrano The Stranglers, który wtedy był na początku swojej drogi artystycznej. Mark P., redaktor nowo wydanego magazynu punkowego Sniffin’Glue, udzielił punkowego „błogosławieństwa” zespołowi, kiedy napisał: „ich dźwięk to 1976… The Stranglers dają prawdziwą przyjemność- czasem brzmią jak Doors, innym razem jak Television, jednak mają swój własny styl”. Parę miesięcy później grali przed spektaklami Patti Smith. Zanim zespół wyruszył w pierwszą trasę po Wielkiej Brytanii, podpisał w 1977. roku kontrakt z UA (A&M in America) i przygotowywał się do nagrania swojego debiutanckiego albumu, któremu nadano tytuł- „Rattus Norvegicus”, z którego wyodrębniono całkiem udany singiel „(Get A) Grip (On Yourself)”. Już wtedy wykrystalizował się stabilny skład zespołu: Jean-Jacques Burnel (gitara basowa, śpiew), Hugh Cornwell (gitara elektryczna, gitara basowa, śpiew), Dave Greenfield (instrumenty klawiszowe, śpiew) i Jet Black (perkusja), który przetrwał do dziesiątego albumu wydanego w 1990. roku.  Współautor większości utworów zespołu z tego okresu- Hugh Cornwell, postanowił wydawać płyty pod swoim nazwiskiem. Skład kwartetu uzupełnił Paul Roberts (śpiew, perkusja).
Gdy od debiutu upłynął czas czterech lat, obfitujących w dobrze sprzedające się longplaye: „No More Heroes” (1977), „Black and White” (1978), „The Raven” (1979), The Stranglers wydal w jednym 1981. roku dwa: koncepcyjny „The Gospel According to the Meninblack”  i niezwykle ambitny „La Folie” (wydany przez Liberty Records), z największym ich hitem- „Golden Brown”.

Pierwsze trzy płyty: „Rattus Norvegicus”, „No More Heroes” i „Black and White” miały zuchwały ton wyraźnie kojarzący się z punkiem, ale zawsze nie do końca- o niepowtarzalnej barwie Hohner Cembalet (pianino elektromechaniczne firmy Hohner) Dave’a Greenfielda nie pasował do „śmieciowego” stylu albo o wiele mniej nienawistny wydźwięk wokalu Cornwella niż w wzorcowych odpowiednikach The Clash lub Sex Pistols.

The Stranglers byli początkowo najbardziej komercyjnym zespołem okresu punk w Wielkiej Brytanii, ale przez parę lat ich sukces komercyjny słabł. „La folie” miala tę tendencją odwrócić- EMI, wytwórnia z którą zespół był związany kontraktem, zdecydowała, że producent muzyczny- Tony Visconti, zadba o to by „wyprodukować każdą piosenkę tak, jakby była hitem”, a więc po roku 1980. zespół wczesną szorstkość miał przemienić w nowoczesny, inteligentny pop. I tak się stało- szósty album The Stranglers nie miał wielu cech wspólnych z punkiem. „La folie” to album koncepcyjny, bodaj najbardziej konsekwentny pośród innych przez nich wyprodukowanych. Tytuł albumu przekłada się z francuskiego języka na „szaleństwo”. Zespół wspomniał, że „La Folie” mówi o „Szaleństwach miłości” i że pod względem koncepcyjnym każda z piosenek na albumie badała inny rodzaj lub inny aspekt tego uczucia. Wydanie longplaya poprzedził pierwszy singiel albumu „Let Me Introduce You to the Family”. Osiągnął 42. pozycję na brytyjskiej liście singli. „La folie” pojawiła się w sprzedaży siedem dni później i wtedy album nie rokował dużych zysków. Olbrzymi sukces drugiego singla albumu „Golden Brown” spowodował, że album ostatecznie osiągnął niezłe 11. miejsce w brytyjskiej listy najlepiej sprzedających się albumów. A singiel, który tak wypromował lonplay stał się najlepiej sprzedającym nagraniem EMI przez wiele lat. Jeszcze jeden singiel powiększał sprzedaż albumu, tytułowy utwór „La folie”, który dotarł do 47. Pozycji listy przebojów brytyjskich. Treść „Golden Brown” jest zagadkowa, ale Hugh Cornwell przychodzi z pomocą: ​​„Golden Brown działa na dwóch poziomach. Chodzi o heroinę, a także o dziewczynę. Zasadniczo teksty opisują, w jaki sposób „oba zapewniły mi przyjemne czasy”. „La Folie” jest dowcipna, romantyczna i sarkastyczna w równej mierze. Warto mieć tę pytę, zresztą jak i inne grupy The Stranglers w składzie- Burnel, Cornwell, Greenfield, Black.

 

Nurt new wave (nowa fala), wywodzący się z punk rocka, charakteryzował się bardziej wyrafinowanym i bogatszym brzmieniem w stosunku do muzyki punk, a jednym z najznakomitszych przedstawicieli tego stylu był irlandzki kwartet U2, który zwracał na siebie uwagę pełnym pasji śpiewem Bono (właściwie- Paul David Hewson) i oryginalnym- opartym na ciągłej repetycji, stylem gitarowego grania The Edge’a (właściwie- Dave Evans), no i melodyjnego, emocjonalnego, repertuaru. Sekcja tworzona przez perkusistę Larry’ego Mullena, Jr. i basistę Adama Claytona grała hard-rock’owo, dając zespołowi mocną podstawę rytmiczną. Znali się długo, bo od czasów szkolnych, debiutowali w 1978. roku EP-ką „U2-3” wydaną przez CBS tylko na terenie Irlandii. 1980. rok obfitował singlem „11 O’Clock Tick Tock” i longplayem „Boy” (Island Records). Następnym był album „October” (Island Records, 1981). Te pierwsze płyty nie dały dużej popularności zespołowi na światowej scenie rockowej. Dopiero „War”– trzeci studyjny album U2 stał się komercyjnym sukcesem zespołu, wyniesiony na szczyty list najlepiej sprzedających się longplayów w Wielkiej Brytanii. Krytyka muzyczna nie szczędziła pochwał.

U2 to jeden z tych zespołów, które definiowały brzmienie rocka lat osiemdziesiątych, choć ich styl, oryginalność wypowiedzi muzycznej nie pozwalały na wzorowanie ich brzmienia przez grupy dopiero szukające sobie miejsce w nurcie post-punkowym.  Grupa wykrystalizowała, wypracowane w trakcie tworzenia pierwszych płyt, brzmienie oparte na wibrującym dźwięku gitary elektrycznej z zastosowaniem wielokrotnego pogłosu i wciąż emocjonalnym śpiewie Bono. Sekcja rytmiczna prezentowała bardziej typową dla nowej fali uproszczoną grę (co nie znaczy- prostacką). Tytuł sugerował, że podjęli trudniejszy temat, może też z tego powodu, że krytycy brali muzykę z dwóch pierwszych albumów, „Boy” i „October”, zbyt lekko. Zresztą dziwne byłoby gdyby irlandzki zespół był obojętny wobec problemów spotykanych w Irlandii Północnej. Karkołomne umieszczenie tak ciężkich tematów w melodyjnych kompozycjach dało fantastyczny skutek: „Sunday Bloody Sunday” oraz „New Year’s Day”, które na pewno napędziły dobrą sprzedaż albumu. „War” też był pierwszą płytą, na której muzycy pokazali się również w innych rolach: Bono gra na gitarze, a  w utworze „40” to The Edge gra na basie, a Adam Clayton na gitarze.

Ta płyta, jak i poprzednie, wyprodukował Steve Lillywhite, a następną „The Unforgettable Fire” (Island Records, z 1984. roku)- Brian Eno i Daniel Lanois.


„War”, był aktualizacją wczesnego melodycznego szablonu i płomiennych hymnów. Możliwe, że doszli na szczyt tej konwencji, więc zamiast powielać formułę, zapragnęli zmienić brzmienie, stąd wybór innych reżyserów wpływających na dzieło wynikające z sesji nagraniowej.
Stephen Thomas Erlewine, recenzent AllMusicm, napisał: „Pod wieloma względami U2 polubiło soniczną bombę tak bardzo, jak to tylko możliwe w „War”, więc nie jest całkowitą niespodzianką, że postanowili zbadać zawiłości warstwowej, obciążonej efektami gitary w kontynuacji- „The Unforgettable Fire”. Współpracując z producentami Brianem Eno i Danielem Lanois, U2 stworzyło mroczną, niemal halucynacyjną serię powiązanych ze sobą pejzaży dźwiękowych, które czasami przerywane są rozpoznawalnymi utworami i melodiami. W takim otoczeniu zespół rozkwita i brnie, tworząc zarówno swoją najlepszą muzykę, jak i najgorszą. „Elvis Presley and America” może być najbardziej kłopotliwą próbą poezji przez Bono, ale zostaje ona zbawiona przez mrożącą krew w żyłach i cudowną [piosenką] „Bad”, eleganckim akordem, oszałamiającą kontrolą i opanowaniem. Podobnie- mokre, lśniące tekstury tytułowego utworu, otwierający utwór „A Sort of Homecoming” i wzniosły hołd dla Martina Luthera Kinga [„MLK”], czy „Pride (In the Name of Love)” są niezwykłe, zaliczające się do najlepszych w muzyce U2, co sprawia, że pomyłki, które zagracają resztę albumu, są do pewnego stopnia wybaczalne.”

„The Unforgettable Fire”, choć przyćmiony przez swojego następcę- „The Joshua Tree”, pozostał w pamięci fanów jako zapis, do którego się wraca po bogate wrażenia artystycznej natury.


„The Joshua Tree” to naprawdę pierwszy duży i największy sukces komercyjny U2. Do dziś sprzedano ponad 16 mln egzemplarzy tej płyty. Album znalazł się na szczycie list przebojów w ponad 20 krajach i stał się najszybciej sprzedającym się albumem w historii Wielkiej Brytanii, a takie utwory jak „With or Without You” czy „I Still Haven’t Found What I’m Looking For” przez wiele miesięcy zajmowały pierwsze miejsca list przebojów na całym świecie. Zdobył zasłużone uznanie krytyków- zdobył nagrodę Grammy za album roku i najlepszy występ rockowy duetu lub grupy z wokalem w 1988 roku.
Bono chciał, aby album krytycznym spojrzeniem na dwie wizje Ameryki: opartą na „amerykańskim micie” i tą zwykłą amerykańską rzeczywistością i ta wizja narzuciła tytuł wersji roboczej- „Two Americas” (Dwie Ameryki). Zdecydowano, że płyta będzie miała tytuł niejednoznaczny- „Joshua Tree”, bo Jukka krótkolistna (Yucca brevifolia Engelm.), nazywana także drzewem Jozuego (Joshua tree), przypominała pierwszym mormońskim osadnikom przybyłym do stanu Utah wzniesione ku niebu ręce modlącego się proroka- Jozuego,  biblijnego następcy Mojżesza, który wyprowadził lud Izraelitów do Kanaanu, Ziemi Obiecanej. Joshua to także pierwotna forma Imienia Jezusa Chrystusa. U2 często podejmowało tematykę głęboko chrześcijańską o refleksyjnym nastroju. „I Still Haven’t Found What I’m Looking For” i „With or Without You” są przesiąknięte właśnie takimi religijnymi obrazami. Obok pojawiają się uniwersalne utwory, często przywołujące do pamięci ważnych ludzi dla świata lub istotne wydarzenia: „Red Hill Mining Town”, który mówi o strajku górników w połowie lat 80. w Wielkiej Brytanii; „Exit” inspirowany „Pieśnią kata” Normana Mailera; „Mothers of the Disappeared” o zamordowanych dysydentach politycznych w Argentynie oraz „Bullet the Blue Sky” o amerykańskich ingerencjach w Ameryce Środkowej. Są też utwory o tematyce społecznej lub jeszcze ogólniejszej, na przykład- „Running to Stand Still”, która porusza problem uzależnienia od heroiny czy apokaliptyczna wizja w utworze „Exit”. Muzycznie „The Joshua Tree” charakteryzuje się ferią barw i nastrojów- od pozytywnych („In God’s Country” czy „Where the Streets Have No Name”) po bardzo mroczne („Bullet the Blue Sky”, „Exit”). Stylistycznie to utwory, w których można odnaleźć elementy country czy bluesa ale przede wszystkim o ostrym, rockowym brzmieniu. Mocno wyeksponowanym instrumentem jest harmonijka, która we wcześniejszych realizacjach tylko sporadycznie była wykorzystywana. Na płycie trudno znaleźć słabsze momenty, ale tych świetnych jest cała masa. Dzięki jednolicie doskonałym utworom rezultatem jest „The Joshua Tree”, płyta bezkompromisową, która stała się hitem nie dzięki li tylko pięknym melodiom, ale też wizji, bezpośredniości i… Szczerości.

Trzech lat brakuje do 5o-lecia muzykom grupy U2 bycia aktywnymi na scenie rockowej i nadal zachowują się tak, jakby mieli coś do udowodnienia. A przecież żadni inni artyści rockowi ze świata post-punkowego nie próbowali być megagwiazdami z aspiracjami by uznano ich największym zespołem na świecie…  Oni osiągnęli ten status już dawno temu i mogą sobie pozwolić na więcej niż inni artyści związani z wielką firmą wydawniczą- Universal Music Group.
W Dzień Świętego Patryka- 17 marca 2023 roku – został wydany „Songs of Surrender” w 16-utworowej wersji standardowej, 20- otworowej wersji „Exclusive Deluxe”, 40-utworowej wersji „Super Deluxe Collector’s Edition (SDCE)” i z co najmniej pół tuzinem różnych kolorowych wersji winylowych. Chociaż to wydawnictwo jest reklamowane jako płyta U2, to tak naprawdę solowy projekt Edge’a, do którego zaprosił Bono. Perkusista Larry Mullen Jr. i basista Adam Clayton są na okładce i są przypisani do każdego utworu, ale zostało wyjaśnione, że Adam po prostu nagrał kilka linii basu i pozostawił Edge’owi, aby uporządkował i wziął to, co zechce, podczas gdy udział Larry’ego głównie pochodzi ze starych skrawków taśm z poprzednich sesji. W notatkach i w prasie Edge wielokrotnie podkreśla, że ​​nagrali wiele z tych piosenek, gdy byli „bardzo młodymi mężczyznami” i że głos Bono jest teraz znacznie bogatszy, więc dlaczego nie ponownie ocenić ich jako mężczyzn tym razem starszych, z bardziej wyrafinowanym instrumentem wokalnym? Istnieje również ogólna narracja wyrażona przez wielu członków zespołu, że piosenki „nie zostały ukończone” i tutaj, teraz, w końcu miał szansę je dokończyć.

To, co teoretycznie powinno być skromnym projektem – na nowo zinterpretowanie wcześniejszego katalogu nagrań w wyciszonym, głównie akustycznym stylu – przekształciło się w epickie przedsięwzięcie. Biorąc pod uwagę narzucone przez siebie parametry dźwiękowe albumu i jego obszerność- 40 utworów granych przez około trzech godzin – przyjmowane w mniejszych dawkach, dają szansę zwrócenia uwagi na wspaniałe momenty naznaczone poczuciem autentycznego odkrycia na nowo pięknych piosenek.
Zestawy nie spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków… Może potrzeba czasu, by się do nowych interpretacji przekonać? Stephen Thomas Erlewine z AllMusic recenzował: „Sześć lat po ‘Songs of Experience’ – i prawie dekadę po ‘Songs of Innocence’ – U2 wydało ‘Songs of Surrender’, album, którego tytuł sugeruje, że jest albo częścią trylogii, albo albumem, którym zespół postanowił w końcu ulec siłom próbującym ściągnąć ich na ziemię. Biorąc pod uwagę, że zbiór przeróbek z natury wydaje się odosobnieniem, ta druga interpretacja wydaje się bardziej prawdopodobna. Nazwany częściowo na cześć wspomnień Bono z 2022 roku, ‘Surrender: 40 Songs, One Story’, projekt – dostępny w kilku iteracjach, w tym czteropłytowy zestaw, w którym każdy tom nosi imię członka zespołu – wskazuje każdego członka grupy, który wybrał dziesięć swoich ulubionych piosenek U2, a następnie The Edge przewodził ich „intymnym” rearanżacjom. W dużej mierze zakotwiczony – ale w żadnym wypadku nie ograniczony do – gitar akustycznych, ‘Songs of Surrender’ jest stonowaną, przystojną i gustowną muzyką stworzoną z punktu widzenia refleksji, a nie ryzyka. Na ‘Songs of Surrender’ nie ma niczego, co brzmiałoby dokładnie tak, jak oryginalnie wydane wersje – efekty studyjne i gitary elektryczne zostały usunięte, rytmy nie grzmią – jednak nic tu nie zaskakuje. Liryczne zmiany Bono są subtelne, nawet jeśli sprowadzają się do czegoś więcej niż poprawienia zabłąkanej linii; nadanie „Stories for Boys” dojrzałej metamorfozy lub przepisanie „Walk On” dla Ukrainy nie do końca zmienia emocjonalny charakter piosenek. Poza Adamem Claytonem album, który zawiera inwersje tak głośnych rockowych dzieł jak „Vertigo” i „The Fly”, U2 nie przekracza granic akustycznego rocka: to wszystko ballady i hymny, piosenki, które można podtrzymać bębnieniem . Plusy to-, U2 zapewniają płynne, dopracowane występy, które są przystojne i bardzo, intymne, ale niezbyt przekonujące. To stylowa muzyka w tle, która brzmi trochę tak, jakby została zaprojektowana do słuchania w sieciowych kawiarniach pod koniec 2000 roku.”


[1] Według  : Indie rock (ang. indie rock, od independent record label) – gatunek muzyczny, którego nazwa pochodzi od angielskiego słowa independent – niezależny. Zespoły nazywane tym mianem często wydają swoją twórczość w małych, niezależnych wytwórniach płytowych. Indie rock niekiedy określa się jako podgatunek rocka alternatywnego.
W Wielkiej Brytanii listy najpopularniejszych niezależnych płyt i utworów były kompilowane od wczesnych lat osiemdziesiątych. Pierwotnie okupowały je zespoły wywodzące się ze scen punk, post punk i innych; jako niezależne klasyfikowano je na podstawie tego, że ich twórczość wydawały małe, nikomu niepodległe wytwórnie. Później jednak termin „indie” zaczął być jednoznacznie kojarzony z formą rocka dominującą na tych listach: indiepopowymi wykonawcami, takimi jak Aztec Camera czy Orange Juice, jangle popem ruchu C86 czy twee popem artystów wydających w Sarah Records. Prawdopodobnie najważniejszymi brytyjskimi grupami indierockowymi lat osiemdziesiątych były The Smiths, The Stone Roses i The Jesus and Mary Chain. Ich muzyka bezpośrednio inspirowała takie ruchy lat dziewięćdziesiątych, jak shoegaze i brit pop. W zasadzie w Wielkiej Brytanii często całość muzyki alternatywnej określa się jako „indie”.
W Stanach Zjednoczonych muzyka określana jako indie rock wywodzi się z zainspirowanej etosem punk rocka i hardcore’u sceny rocka alternatywnego. W latach osiemdziesiątych termin „indie rock” przypisywano pełnej brudu i przesterowanych gitar muzyce takich zespołów, jak Hüsker Dü, Dinosaur Jr. (którzy są często wymieniani jako inspiracja dla stylu shoegaze), Sonic Youth czy Big Black. Twórczość wszystkich tych grup wydawały niezależne wytwórnie, co dodatkowo odróżniało je od twórców college rockowych, których spora część pod koniec dekady miała już podpisane kontrakty z dużymi wytwórniami. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, dzięki eksplozji grunge’u, rock alternatywny przedarł się do głównego nurtu, uzyskując popularność, za którą często szło powodzenie czysto komercyjne. Wkrótce coraz bardziej zaczęły się nim interesować duże wytwórnie; pojawiali się wykonawcy promowani jako alternatywni, lecz zorientowani na zarobek. W związku z tym termin „muzyka alternatywna” stracił dawne, kontrkulturowe znaczenie i zaczął być używany jako określenie na twórców w jakiś sposób zakorzenionych w tradycji dawnego rocka alternatywnego, którzy odnieśli sukces w głównym nurcie. Termin „indie rock” niejako zajął jego dawne miejsce. Jednym ze zjawisk definiujących amerykański indie rock lat 90. był ruch lo-fi, za którego heroldów uznaje się m.in. Pavement, Sebadoh i Guided by Voices. Jego twórcy charakteryzowali się ironicznym odseparowaniem od mainstreamowej sceny rocka alternatywnego i kompletnym brakiem zainteresowania „sprzedaniem się”, których wyrazem były teksty i preferowanie nagrań niskiej jakości. Od połowy lat 90. określenia „indie rock” często używa się po prostu w odniesieniu do nierzadko całkowicie różnych stylistycznie zespołów ze sceny niezależnej.

 

Szkocki Simple Minds [według biografii autorstwa Steve’a Hueya z AllMusic] ewoluował od pomysłowych post-punków końca lat 70. do światowych dostawców popowej wielkości dzięki szeregowi albumów, które zajmowały pierwsze miejsca na brytyjskich listach przebojów, w tym „Sparkle in the Rain” z 1984 r. i ich światowego przełomu „Once Upon a Time”. Choć zespół zyskał szerokie uznanie w Wielkiej Brytanii, Europie i Oceanii, dopiero hit „Don’t You (Forget About Me)” z filmu The Breakfast Club przebił się w USA wraz z podobnie hymnowym „Alive and Kicking” pozostaje ich najbardziej znanym hitem w Stanach Zjednoczonych, choć przez pozostałą część dekady pozostawał jednym z największych brytyjskich zespołów. Po latach walk ulicznych w 1989 roku i serii przetasowań personalnych popularność Simple Minds nieco osłabła. Założyciele Jim Kerr (wokal) i Charlie Burchill (gitara) stanowili trzon zespołu od chwili jego powstania i przez kolejne dziesięciolecia organizowali udane trasy koncertowe i wydawali wysokiej jakości albumy z późnego okresu, takie jak „Big Music” z 2014 r. i „Walk” z 2018 r.. Po wydaniu dwóch albumów koncertowych i kompilacji powrócili do nagrań studyjnych z płytą Direction of the Heart z 2022 roku .

Album „New Gold Dream (81-82-83-84)” z 1982 roku okazał się krytycznym i komercyjnym przełomem, na który czekali, osiągając trzecie miejsce w Wielkiej Brytanii i trafiając do pierwszej dziesiątki w Australii i wielu innych hrabstwach. Stał się także ich pierwszym albumem, który znalazł się na listach przebojów w USA.


Album „New Gold Dream (81–82–83–84)” [w oparciu o: ), piąty album studyjny zespołu Simple Minds, został wydany we wrześniu 1982 roku przez wytwórnię Virgin i był punktem zwrotnym dla zespołu, który odniósł sukces krytyczny i komercyjny w Wielkiej Brytanii i Europie. Uważany jest za jeden z najważniejszych albumów nowego ruchu popowego wczesnych lat 80-tych. W wywiadzie z 2012 roku piosenkarz Jim Kerr wspominał produkcję albumu jako wspaniały czas późną wiosną i wczesnym latem 1982 roku, kiedy „wszystko, czego próbowaliśmy, działało”, dodając: „Nie było żadnych kłótni. Byliśmy zakochani w tym, co robiliśmy, graliśmy, słuchaliśmy. Nie zdarza się wiele okresów w życiu, kiedy wszystko idzie po twojej myśli.” Album był nagrywany przez pięć miesięcy w Rockfield Studio, The Townhouse i Oxford Manor, a przedprodukcja odbywała się w The Old Mill w Fife. Producent Peter Walsh został zatrudniony po rekomendacji gitarzysty Charliego Burchilla, który był pod wrażeniem pracy Walsha nad remiksem poprzedniego singla zespołu „Sweat in Bullet”. Podczas sesji nagraniowych Walsh był niezadowolony z gry na perkusji Mike’a Ogletree, więc do albumu zwerbował perkusistę sesyjnego Mela Gaynora. Po odejściu Ogletree Gaynor został pełnoetatowym członkiem zespołu. Klawiszowiec jazzowy Herbie Hancock gościł na albumie i zagrał solo na syntezatorze w utworze „Hunter and the Hunted”.
Album zebrał pozytywne recenzje i tak w New Musical Express Paul Morley napisał: „Wiadomo, że moja lojalność wobec Simple Minds jest znaczna, ale nawet mnie denerwuje ciągłe piękno tej muzyki. New Gold Dream pozbawia mnie tchu”. Mark Cooper z Record Mirror oglosił: „Oszołomili mnie i zaimponowali mi, ale rzadko mnie poruszyli. Nagle w New Gold Dream pokonali strach przed uczuciami i wyszli by błyszczeć”. W recenzji z 2016 roku w Record Collector dziennikarz Tom Byford napisał: „New Gold Dream (81-82-83-84) wyróżnia się w kanonie Simple Minds olśniewająco i wyjątkowo… Teraz nie tylko zajmuje swoje miejsce wśród największych albumów future-pop lat 80. (Dare, The Lexicon Of Love), plasuje się spokojnie wśród najlepszych albumów popowych wszechczasów.” Recenzja AllMusic, autorstwa MacKenzie Wilsona, mówiła: „Simple Minds, jeden z najlepszych szkockich produktów eksportowych, dostarcza mocne syntezatorowe wydanie na płycie New Gold Dream. Album ten nawiązuje do mroczniejszej strony muzykalności zespołu, a taki materiał nawiązuje do ich nadchodzącego popowego brzmienia, które w drugiej połowie lat 80-tych wrzuciło zespół do mainstreamu rocka. Wciąż doskonalili swoją artystyczną drogę, a wokal Kerra wciąż się ukrywał. Jednak umiejętność wydobywania wewnętrznych emocji przez Simple Minds jest głęboka w piosenkach takich jak ‘Someone, Somewhere in Summertime’ i utworze tytułowym albumu. Jednak taneczne utwory, takie jak ‘Promised You a Miracle’ i ‘Glittering Prize’, są bogato przeplatane głębokimi elektronicznymi bitami – to tylko kwestia czasu, aby Simple Minds opowiedziało o takiej muzycznej kreatywności, która uczyniła ich ulubieńcami w całym okresie lat 80-tych.”
W 1998 roku Jim Kerr powiedział: „Każdy zespół lub artysta z historią ma album, który jest ich świętym Graalem. Myślę, że New Gold Dream był naszym. To był wyjątkowy czas, ponieważ naprawdę zaczynaliśmy przebijać się z tą płytą, zarówno komercyjnie, jak i i krytycznie. Ludzie, którym podobała się ta płyta, związali się z nią w szczególny sposób. Była w niej głębia: stworzyła ona własną mitologię. To była nasza najbardziej udana płyta w dotychczasowej historii i, co najważniejsze, płyta Paula Morleysa ten świat pisał o nim bardzo miłe rzeczy.” Album znalazł się w książce „1001 Albums You Must Hear Before You Die” („1001 albumów, które musisz usłyszeć, zanim umrzesz”.) Tworząc swój album „The Unforgettable Fire” z 1984 roku, zespół U2 dostrzegł inspirację w „New Gold Dream”…

Koncertowy album Simple Minds z 1987 r. „Live in the City of Light” i jego studyjna kontynuacja z 1989 r. „Street Fighting Years” zajmowały pierwsze miejsca na listach przebojów w Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach. Wyprodukowany przez Trevora Horna i Stephena Lipsona bezkompromisowo polityczny film „Street Fighting Years” przyniósł hit numer jeden „Belfast Child”.


„Street Fighting Years” [na podstawie: ], ósmy album studyjny szkockiego zespołu rockowego Simple Minds, wydany w maju 1989 roku przez wytwórnię Virgin Records na całym świecie z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych, gdzie został wydany przez A&M, wyprodukowany przez Trevora Horna i Stephena Lipsona, osiągnął pierwsze miejsce na brytyjskiej liście albumów. Muzyka i tematyka albumu „Street Fighting Years” powstały jako reakcja na osiągnięcie przez zespół roli stadionowego zespołu rockowego po wielu latach wysiłków. Po wielu latach pisania tekstów o charakterze intelektualnym, impresjonistycznym lub emocjonalnym Kerr również zdecydował, że nadszedł czas, aby zacząć pisać o świecie zewnętrznym i tematach bezpośrednio politycznych, a nie o swoim własnym krajobrazie emocjonalnym (częściowo z powodu trwającego rozwodu). „Ostatnią rzeczą, o której chciałam pisać, byłam ja. Nie chciałam siedzieć i lizać własnych ran… Słowo „aktywiść” mogło to narzucać, ale my pochodziliśmy z tego środowiska. To było nieuniknione. Musiało wyjść w naszej muzyce.” Album został napisany i nagrany podczas sesji rezydencjalnych we własnym nowym studiu Bonnie Wee zespołu w pobliżu Loch Earn, w domu w wiejskim Glenstriven nad brzegiem Loch Striven (na szkockim półwyspie Cowal na zachodnim wybrzeżu). Sesje odbywały się w składzie podstawowym: Jim Kerr (wokal), Charlie Burchill (gitara akustyczna, i elektryczna), Michael MacNeil (piano, akordeon, kibordy),  John Giblin (bas), Mel Gaynor  (perkusja) oraz muzycy gościnni. W ramach zamierzonych zmian zespół zdecydował się na współpracę z zespołem produkcyjnym Horna i Lipsona, którzy ostatnio pracowali z Pet Shop Boys, Frankie Goes to Hollywood, Propaganda (z udziałem kilku byłych członków zespołu Simple Minds) i Grace Jones. Chociaż czasami wyniki były inspirujące, proces nie przebiegał bez trudności… Ponieważ wcześniej był przeciwny eksplatacji szkockiej muzyki ludowej, przy której dorastał, Kerr ponownie przekonał się do jej elementów dzięki Giblinowi, którego pewnego wieczoru usłyszał grającego na fortepianie tradycyjną irlandzką piosenkę ludową „She Moved Through The Fair”. Kerr wspomina: „John to dociekliwy facet, co znalazło odzwierciedlenie w muzyce, którą grał. Urzekł mnie ten celtycki utwór, a kiedy skończył, powiedziałem do Johna: «Wow! Kiedy to napisałeś?». a John odpowiedział: „Około 200 lat temu…”  Horn wcześniej bezskutecznie namawiał Kerra do pracy nad „piosenką celtycką”, a teraz Kerr był poruszony poszukiwaniem różnych coverów „She Moved Through the Fair”, który później zespół przekształcił w „Belfast Child”. Pomimo początkowych obaw Kerra co do potencjalnego stworzenia „ckliwej, symbolicznej i banalnej” adaptacji, stał się bardzo dumny z piosenki po jej późniejszym sukcesie jako singla… Piosenka „This is Your Land” została napisana na początku sesji „Street Fighting Years”, ale została ukończona jako jedna z ostatnich, ponieważ Kerr nie był pewien, jak ją zakończyć. Po tym, jak Kerr zaśpiewał werset, nawiązując do Lou Reeda, Horn zasugerował, aby gościnnie zaprosić prawdziwego Lou Reeda. Początkowo onieśmielony reputacją Reeda jako „największego zrzędy świata”, zespół zgodził się na tę sugestię, a Horn faktycznie podjął taką decyzję.
Album zapoczątkował okres znaczących zmian personalnych w Simple Minds. Klawiszowiec/kompozytor/założyciel Mick MacNeil wspomniał później, że „Jim (Kerr) zaczął już mówić o wprowadzaniu zmian” i wkrótce stał się oczywisty brak równości i jedności w szeregach zespołu. W większości początkowych sesji pisania i ustalania kierunku uczestniczyło jedynie trio pozostałych oryginalnych członków – Kerr, MacNeil i gitarzysta Charlie Burchill – bez udziału Giblina ani perkusisty Mela Gaynora, którzy pozostali w Londynie podczas szkockiego pobytu na sesjach. Pomimo znaczącego wkładu (m.in. wprowadzenie do zespołu kontrabasu w utworze tytułowym i napisanie ballady „Let It All Come Down”), John Giblin opuścił Simple Minds w lipcu 1988, w połowie sesji „Street Fighting Years” (według Kerra, odłączając bas i wychodząc z obu sesji bez słowa po kulminacyjnym nieporozumieniu z Trevorem Hornem). Po odejściu Giblina Stephen Lipson zagrał pozostałe partie gitary basowej na albumie. Z podobnych powodów Gaynor został odsunięty podczas sesji nad albumem po nieporozumieniach z Hornem. Gaynor został ostatecznie zdegradowany do statusu muzyka sesyjnego, a większość gry na perkusji w studiu wykonywał Manu Katché (z zespołu Petera Gabriela), a były perkusista Police Stewart Copeland brał udział w programowaniu perkusji.
„Street Fighting Years” spotkało się z ostro podzielonymi recenzjami, przy czym początkowe opinie krytyczne były w większości pozytywne w Wielkiej Brytanii, ale mniej w Stanach Zjednoczonych, gdzie album odniósł znacznie mniejszy sukces komercyjny. David Sinclair z magazynu Q napisał, że w końcu wyprodukowali płytę, która uzasadnia ich reputację i pochwalił przeważnie cichą dynamikę albumu: „Nawet gdy muzyka wzniesie się w ogromne, dramatyczne wirowanie, które niczym wielkie fale przetoczy się na tyły stadionów Europy, to latem niewiele można nazwać przechwałkami. Simple Minds zrobili więcej niż tylko nagrali przełomowy album. Przyjęli płaszcz władzy. Mike Soutar napisał w Smash Hits, że album był „wypełniony tego rodzaju porywającymi publiczność hymnami wywieszającymi flagi, jakich wszyscy oczekują od Minds”, ale pomyślał, że długość utworu oznacza, że ​​choć „prawdopodobnie będzie brzmieć epicko zagrane na żywo, prawdopodobnie doprowadzą Cię do szaleństwa w zaciszu własnej sypialni.” Mniej pozytywne recenzje pochodziły jednak z amerykańskich publikacji, takich jak Rolling Stone, którego redaktor Mark Coleman skrytykował zespół za coś, co recenzent uznał za polityczną próżnię: „Street Fighting Years jest niefortunnym przykładem upolitycznionego rocka w jego najbardziej naiwnej formie.”  Wyraził także opinię, że produkcja albumu była zbyt czysta. CMJ zajął bardziej pozytywne stanowisko, przyznając, że w ‘Street Fighting Years’ „brakuje inspirujących hymnów z ery Sparkle in the Rain ”, ale „koncentruje uwagę na pasji tekstów, które mają świadomość polityczną i świadomość społeczną, która utrzymuje te miejsca, w których muzyka nie jest na wysokim poziomie.” W retrospektywnej recenzji dla AllMusic Tom Demalon opisał ‘Street Fighting Years’ jako „artystyczny i elegancki album, któremu może brakować bezpośrednich refrenów, ale wciąga słuchacza” i zawierający „kilka naprawdę uroczych chwil”. Recenzja zestawu Themes wydanego w czerwcu 2008 roku przez magazyn Q stwierdza, że ​​„jeśli czasami wartość późniejszego dzieła drażni, to rekompensują to same umiejętności muzyczne i niewątpliwa siła zespołu”, chwaląc „wspaniałą atmosferę, którą stworzyło Simple Minds ”. W 1989 roku magazyn Q uznał Street Fighting Years za jedno z najlepszych nagrań roku.
Jim Kerr tak wspominał album: „Każda piosenka wydawała się opowiadać o konflikcie i opisuje epokę chaosu, walkę o przetrwanie w obliczu całego tego huraganu wokół nas”.

 

Kolejne rozdziały: