Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział dziesiąty, część 2)

 

Ze względu na obszerność tematu podzieliłem artykuł na dwie części licząc na to, że chęć przedstawienia najważniejszych wydawnictw art-rocka zostanie w ten sposób zaspokojona (zapewne się mylę).

 

Który z albumów zwiastował powstanie nurtu art-rock’owego? Czy był to: „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles,  a może “Forever Changes” grupy Love, może debiut Procol Harum, albo “Days of Future Passed” Moody Blues? Wszystkie wymienione wydano w 1967 roku. Pozostańmy wobec tego w tym właśnie czasie…
Moody Blues wydali dzięki Deram Records „Days of Future Passed”, która dziś uważana jest za jedną z tych zwiastujących lub już reprezentującą nurt progressive rocka, choć taka nazwa jeszcze wtedy nie istniała w świadomości krytyków, słuchaczy ani tym bardziej muzyków, którzy nigdy nie lubili być „szufladkowani”. Zaledwie dwa lata wstecz muzycy tworzący Moody Blues grali w niewyszukany sposób mieszankę popu i rhythm’n’bluesa.  Nic nie zapowiadało, że ich późniejsze dokonania zapiszą się złotymi literami w historii rocka.

W Ameryce systemy stereo zadomowiły się już w 1958 roku, a w Anglii, dekadę później, stereo nadal nie było dominujące, ani nawet powszechne w domach większości ludzi, poza słuchaczami muzyki klasycznej. W 1966 roku. Decca otwierała oddział Deram Records, który oferował nowocześniejsze, szerokie spektrum dźwięków. Wytwórnię miał promować album pop/rock, który wykorzystywałby dokonania muzyki klasycznej. Moody Blues, który był winien wytwórni niezrealizowane zaliczki i opłaty za sesje nagraniowe od różnych nieudanych wydań „Go Now” (przebój z debiutanckiej płyty), został wybrany do realizacji projektu- rockowej wersji „New World Symphony” Antonina Dvoráka. Muzycy Moody Blues zdołali przekonać producentów Decca Records, że proponowana adaptacja jest błędem. Zaproponowali inny materiał- własny zbliżony do formy znanej z klasyki. Producent- Tony Clarke, był pod dużym wrażeniem kompozycji zespołu czym zaraził producenta wykonawczego Hugh Mendla i inżyniera Dereka Varnalsa. Grupa z entuzjazmem wzięła się do pracy… W rezultacie powstał we wrześniu 1967 album „Days of Future Passsed” (tę historię pamięta inaczej Derek Varnals. Twierdzi, że nawet na początku sesji nie było pomysłu nagrania albumu Dvořáka, a rozmowa o tym projekcie pojawiła się dopiero w połowie lat siedemdziesiątych). Album rozpoczyna uwertura, której jedynym wykonawcą jest London Festival Orchestra poprowadzona przez Petera Knighta. Muzyka tworzy bajkową aurę, którą podkreśla melorecytacja Mike’a Pindera w „Morning Glory” (autorstwa perkusisty Graeme’a Edge’a) przetworzonego z otwierającego instrumentalnego „The Day Begins”. Baśniowość jest utrzymana w balladzie „Dawn: Dawn is a Feeling”, zgranej szerokimi plamami przez mellotron Mike’a Pindera (występuje w tym utworze w podwójnej roli- wokalisty i instrumentalisty), który przejmuje wiodącą rolę od orkiestry po wstępie. Orkiestra pojawia się powtórnie w kodzie utworu i zwiastuje następny, zinstrumentowany na podobieństwo dętych orkiestr wojskowych „The Morning: Another Morning” z interludium fletowym i podwojonym wokalem Ray’a Thomasa (flety, fortepian), rozłożonym w obu kanałach stereo. „The Afternoon” przypomina, że „oglądamy” przepiękne bajkowe pejzaże. Podzielony został na dwie części wyśpiewane przez ich autorów: Justina Haywarda (gitary, fortepian, sitar) i Johna Lodge’a (basowa gitara). Płyta pomału zmierza do końca… Jeszcze tylko psychodeliczny, oparty na wschodnich harmoniach „Evening” dzieli słuchaczy do utworu zamykającego płytę- „The Night”. Wszystkie utwory poprzednie zwiastowały jedynie nadejście przecudnej urody ballady „Nights in White Satin”, którą skomponował Justin Hayward. Ta ballada wypełnia część pierwszą „The Night”, natomiast druga- „Late Lament/Resolvement”, to orkiestrowy epilog z recytacją Pindera na koniec.
Przedstawię parę opinii wziętych od magazynów branżowych:

  • Bill Holdship zauważa, że zespół „stworzył tutaj cały gatunek”.
  • Will Hermes traktuje album jako niezbędny dla progresywnego rocka i uważa, że wykorzystanie mellotronu czy ogólniej klawiatury do nagrań, sprawiło że stał się on „charakterystycznym” elementem gatunku oraz że to „wpływowe utwory okresu kontrkultury”
  • Bruce Eder nazywa album „jednym z dokumentów określających kwitnącą erę psychedeliczną i jednym z najbardziej znaczących albumów swojej epoki.

 

Po drugiej stronie oceanu atlantyckiego tworzyła grupa Love, która nagrała płytę „Forever Changes” (wydana przez Elektra Records) z przesunięciem jednego miesiąca w stosunku do „Days of Future Passed” Moody Blues. Jeśli przyjrzeć się liniom melodycznym kompozycji zespołu, aranżom, barwie głosu Arthura Lee (wokal, gitara) to odnajdziemy więcej podobieństw niż różnic pomiędzy tymi tytułami. No tak, ale… Wcześniejsza płyta, z roku 1966., nosiła już wyraźne znamiona stylu art-rock… Czyżby progressive-rock nie narodził się w Anglii? Nie jest tak naprawdę ważne kto kogo inspirował, jeśli w ogóle się podsłuchiwali, istotniejsze jest to że w jednym czasie powstał nie jedno arcydzieło a co najmniej dwa.

Styl kompozycji to splecione ze sobą folk-rock, blues, jazz, flamenco a to wszystko zanurzone momentami w „sosie” orkiestrowym prosto z klasyki. Kompozycje są zorkiestrowane w spójny sposób- na pierwszym planie ustawiane są gitary akustyczne, elektryczne, trąbka i sekcja rytmiczna, a na dalszym orkiestra, która pełni rolę bogatego tła. „Forever Changes” wypełnia łagodne brzmienie, swoiście ciepłe. Kompozycje są bardzo wyrafinowane- dla przykładu w nawiązujących do latynoskich lub iberyjskich harmonii wplecione są fragmenty grane z rock’ową drapieżnością, doprowadzającą momentami do szaleńczego zgiełku z pasją odegranego. Jako bardzo celny zabieg aranżacyjny należy uznać sięgnięcie po trąbki, które przywołują skojarzenie z meksykańskim folklorem. Podobnie można traktować bardzo oszczędne wykorzystywane gitary elektryczne jedynie w krótkich solówkach, które stają się chwilową przeciwwagą dla łagodnych brzmień instrumentów akustycznych, a nie dysonansem, z jakim mielibyśmy do czynienia gdyby były w nieodpowiednich rękach. Album stał się legendarny na przekór tym, którzy lubią wyszukiwać przeboje na płytach… Tu ich nie ma. Po latach „Forever Changes” został uznany za jeden z najlepszych i najbardziej zapadających w pamięć albumów, dzięki pięknym i niebanalnym motywom, pojawiającym się w każdym utworze w równym stopniu. Żar twórczy muzyków w czasie sesji w Sunset Sound Recorders (Hollywood, Kalifornia) podgrzał również napięcie między autorami najważniejszych utworów: Arthurem Lee (wokal, gitara) i Bryanem MacLeanem (gitary akustyczne, drugi wokal). Urok melodii, doskonałe wykonawstwo, bogactwo subtelnych aranżacji nie mogły przykryć złej atmosfery w zespole na tyle by jakoś mogli przetrzymać zły czas. MacLean wkrótce opuścił zespół, a Lee zwolnił wszystkich pozostałych członków: Johnny’ego Echolsa  (gitara prowadząca), Kena Forssiego (gitara basowa) i Michaela Stuarta (perkusja).
Mark Deming z portalu AllMusic tak podsumowuje swoją recenzję: „Forever Changes to bez wątpienia arcydzieło grupu Love i album o trwałej urodzie, ale jest to także jedno z niewielu poważnych dzieł tamtej epoki, które ujrzały ciemne chmury wyłaniające się na horyzoncie kulturowym, a rezultatem była muzyka, która była równie prorocza, co atrakcyjna

 

W 1967 roku debiut płytowy odnotowała grupa Procol Harum, a płyta nosiła tytuł- „Procol Harum”. Wydało ją… Deram Records, bo jakżeby inaczej w Anglii i w tamtym czasie? Procol Harum został utworzony całkiem przypadkowo, bo tylko po to, aby zdyskontować wielki sukces utworu stworzonego wcześniej- „A Whiter Shade of Pale”, który osiągał szczyty list przebojów w kilkunastu krajach. Piosenka nie tylko osiągnęła #1 listy przebojów w Wielkiej Brytanii, ale była najczęściej granym utworem przez brytyjskie radio w ostatnich 70. latach. Miesiąc po wydaniu przebojowego singla, trzech muzyków ze studyjnego prowizorycznego składu: Gary Brooker (wokal, fortepian) Matthew Fisher (organy Hammonda) i David Knights (gitara basowa), dokooptowali dwóch nowych muzyków: Robina Trowera (gitara) i B.J. Wilsona (perkusja). Ten, jak się okazało stabilny skład pozwolił wyewoluować zespołowi studyjnemu w grupę zdolną również do koncertowania. Ich muzykę charakteryzowało zmieszanie melodyjnych rockowych riffów i motywów nawiązujących do muzyki klasycznej (dla przykładu: „A Whiter Shade of Pale” skomponowany był w wyniku inspiracji Arią na strunie G z III Suity Orkiestrowej J.S.Bacha). Repertuar grupy tworzyli Gary Brooker i autor tekstów Keith Reid.

Ten debiutancki album Procol Harum ukazując się sześć miesięcy po „A Whiter Shade of Pale” i „Homburg” i nie zawierał tych hitowych piosenek. Płyta LP odniosła większy sukces w Ameryce, gdzie albumy łatwiej się sprzedawały. Przyczyna była prosta- zawierała „A Whiter Shade of Pale”. Muzyka jest bardzo atrakcyjną mieszanką psychedelicznego rocka, bluesa i klasycznych motywów z fantasmagorycznymi tekstami. Aranże dają prym organom i fortepianowi uzupełnianym nienatrętną gitarą. Brytyjska wersja albumu zaczyna się od piosenki „Conquistador”, jednej z niewielu z tekstem Brookera (a nie etatowego tekściarza- Reida). Melodia z wpływami hiszpańskimi, zagranymi przez rytmicznie traktowany fortepianem, a melodycznie organy, co wywołuje odczuwanie niepokoju. W wersji amerykańskiej utworem otwierającym album jest niezmiennie popularny „A Whiter Shade of Pale”. Spokojnie prowadzona przez organy Fishera linia melodyczna kontrastuje z dosadnym wokalem Brookera, ale doskonała harmonia została zachowana. Tekściarz podjął tytuł, kiedy usłyszał frazę na jakimś przyjęciu. Wielu spekuluje na temat znaczenia tekstu, ale Reid wyjaśniał, że chodzi o jedną noc z kobietą. „She Wandered Through the Garden Fence” to lekka riffową linia organowa, stałym rytmem i melodyjnym wokalem Brookera. W formę walca został zamknięty- „Something Follow Me” z uduchowionym tekstem, w którym dopatrzeć się można wpływu Dylanowskiego „Ballad of a Thin Man”. Piosenka jest jedną z nielicznych, w której główną rolę przypisano gitarzyści Robinowi Trowerowi. Trower świetnie się też spisze w bluesowo rozkołysanym „Cerdes (Outside the Gates Of)”. W „A Christmas Camel” melodyjnie „walczą” ze sobą pianista z organistą na bazie dokładnie wymierzanego stałego rytmu utrzymywanego przez bas i perkusję. „Kaleidoscope” jest pretekstem do szybkich soulowych pokazów organisty (niezbyt oryginalnych). Album kończą rozświetlony blaskiem „Salad Days (Are Here Again)” i instrumentalny „Repent Walpurgis” (autorstawa Fishera). Ten zestaw utworów to… Po prostu zestaw przebojów, które nigdy nie powinny się znudzić. Niektóre wersje albumu zawierają też singlowy wielki przebój- „Homburg”. Procol Harum zbudował na sukcesie jaki odniósł 1967 roku całą serię świetnych albumów z przełomu lat 60. i 70., a nawet w późnych latach 70., choć częste zmiany personalne nie pomagały w utrzymaniu najwyższego poziomu artystycznego.

 

Jeśli rozważać, który z albumów rockowych koncepcyjnych (w formie i treści) zapadł w pamięć najsilniej, to bezapelacyjnie należałoby wskazać na „Dark Side of the Moon” (vide- „Wydawnictwa płytowe aspirujące do najlepszych (część szósta)”). Właściwie o pamięci można mówić tylko wtedy, gdy tytuł nie zdobywa nowych entuzjastycznie usposobionych odbiorców, ale tu taka sytuacja nie zachodzi, więc poprawiam się- pytanie musi dotyczyć jakości… Która z pyt jest najdoskonalsza? Odpowiedź brzmi tak samo, choć ja jej nie lubię. Wolę inne, wcześniejsze, gdy myślę o grupie Pink Floyd. Wolę te płyty, w przy których hipisowska młodzież wpadała w psychodeliczny trans. Nie wybiorę tych z najwcześniejszego okresu ich twórczości, lecz już dojrzałego, a mianowicie dwie pozycje- „Ummagumma” i  „Atom Heart Mother”, zrealizowane w tym samym podstawowym składzie: David Gilmour (śpiew, gitara), Nick Mason (perkusja), Roger Waters (śpiew, gitara basowa) i Richard Wright (instrumenty klawiszowe).

Czterech muzyków Pink Floyd (Mason, Waters, Wright i gitarzysta Syd Barret, który po zrealizowaniu pierwszych nagrań zostanie zastąpiony przez Gillmura) podpisało kontrakt z EMI na początku 1967 roku. „The Piper at the Gates of Dawn”, pierwsza pełna płyta długogrająca zespołu wskazywała dokąd zmierzają- w psychodelię.  Następna płyta- „A Saucerful Of Secrets” potwierdzała, że grupa osiąga cel, ale też wykracza poza granice wytyczone przez Syda Barreta. Psychodeliczną nutę łączoną z bardziej eksperymentalną muzyką- tempo zwalnia, utwory się wydłużają, gęstnieją. Tkankę muzyczną obudowują szmery, pojawiają się gitarowe sprzężenia, bas staje się dudniący, a perkusista upraszcza rytm w nisko strojonej perkusji. Pink Floyd stają na czele awangardy rockowej przełomu lat 60. i 70. Ten styl zostanie utrzymany w nagraniach z podwójnego albumu „Ummagumma” (EMI Harvest, 1969). Podwójny album Ummagumma został wydany nakładem EMI Harvest. Ukazał się 25 października 1969 roku. Pierwsza płyta to zapis koncertu, na którym grupa gra utwory znane z poprzednich płyt: „Astronomy Domine”, „Careful With That Axe, Eugene”, „Set the Controls for the Heart of the Sun” i “Saucerful of Secrets”. Druga płyta jest eksperymentem- każdy z czterech muzyków skomponował swój własny materiał. Richard Wright skomponował czteroczęściowy utwór cykliczny– „Sysyphus”, zagrany na różnych instrumentach klawiszowych przy akompaniamencie bębnów i innych instrumentów perkusyjnych. Waters nagrał balladę „Grantchester Meadows”, śpiewaną tylko przy akompaniamencie gitary akustycznej i dźwięków z natury wziętych. Oraz eksperymentalny obraz dźwiękowy „Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict”. Trzyczęściowa „The Narrow Way” Gilmoura to intrygująca etiuda na gitarę elektryczną i akustyczną. „The Grand Vizier’s Garden Party” Masona to kolaż dźwiękowy zagrany na różnych instrumentach perkusyjnych (partię fletu zagrała ówczesna żona Masona, Lindy). Pewno, że można mieć za złe muzykom, że eksperyment z dawaniem pełnej swobody twórczej czterem członkom zespołu musiał dać efekt niespójności materiału, ale kto komu każe słuchać całość w jednym czasie? Jednak jeśli są tacy którym to przeszkadza to może wybrać następną pozycję z katalogu Pink Floyd- „Atom Heart Mother”, bo tam będzie tyle samo eksperymentu co na poprzedniej płycie, ale w bardziej przemyślany sposób ułożonych. Album ​​rozpoczyna się 23-minutową suitą na orkiestrę (EMI Pops Orchestra), chór i grupę rockową, która powstała z szeregu instrumentalnych szkiców, które zespół skomponował podczas prób, a dopracowywał podczas koncertów. Nagrywanie utworu w Abbey Road Studios w Londynie stwarzało problemy, bo było to pierwsze nagranie z użyciem nowej ośmiościeżkowej jednocalowej taśmy i tranzystorowego miksera EMI TG12345 (8. ścieżkowego dla 20. wejść mikrofonowych). EMI nalegało, żeby zespół nie wykonywał żadnego łączenia taśmy dla edytowania fragmentów w całość. Roger Waters i Nick Mason nie mieli innego wyjścia, jak grać na basie i perkusji, przez cały 23-minutowy utwór na żywo, natomiast pozostałe instrumenty dograno później. Skończony utwór nie robił na muzykach dobrego wrażenia- czegoś brakowalo…. Gdy poznali aranżera Rona Geesina, który był pod wrażeniem ich kompozycji, zdali się na jego zdolności, licząc na zorkiestrowanie jej. Gdy zespół wyruszył w trasę koncertową do Stanów Zjednoczonych. Geesin zabrał się do pracy. Później opisał to tak: „piekielnie dużo pracy … Nikt nie wiedział, co było potrzebne, nie potrafili czytać muzyki…” Kompozycja „Atom Heart Mother” zajmuje całą pierwszą stronę LP i jest podzielony na sześć nazwanych części:       „Father’s Shout”, „Breast Milky”, „Mother Fore”, „Funky Dung”, „Mind Your Throats, Please” i „Remergence”. Aranż odbiega od typowego dla rocka lat 60.- zwykle wykorzystywano orkiestrę w tle, a zespół rockowy był na pierwszym planie, natomiast w przypadku „Atom Heart Mother” orkiestra z pełną sekcją instrumentów dętych, wiolonczelą i 16-głosowym chórem wypełniają większość głównych linii melodycznych, podczas gdy Pink Floyd dostarcza głównie podkłady. Jedynie w „Funky Dung” solo gitary wysuwa się na pierwszy plan na tle akordów organowych i stałego odmierzania rytmu przez pozostałych muzyków zespołu.  Na stronie „B” longplaya Roger Waters, David Gilmour i Rick Wright balladowo łagodzą emocje rozbudzone suitą. Ale żeby nie zostać “wypchniętym” z grona awangardy rocka płytę kończy eksperymentalny trzyczęściowy „Alan’s Psychedelic Breakfast” z wykorzystanymi naturalnymi dźwiękami jakie na co dzień słyszymy w kuchni, które są „smacznymi” przerywnikami pomiędzy instrumentalnymi fragmentami. „Atom Heart Mother” to wyjątkowy zestaw kompozycji, bo choć nie miał przebojów na miarę „Nights in White Satin” czy „A Whiter Shade of Pale” to i tak dotarł szczyt brytyjskich zestawień „naj”.

 

Pink Floyd ocierało się jedynie o nurt nazywany space-rock’iem, a Hawkwind było do cna w nim zanurzone, bo jeśli definiuje się ten gatunek muzyczny jako nurt charakteryzujący się luźnymi i długimi strukturami melodycznymi, skupiający się na instrumentalnych teksturach, które w efekcie produkują hipnotyczny, nieziemski dźwięk, to ten zespół jest wzorcowym przykładem reprezentanta kosmicznego rocka. Cechy takie jak- pojawiające się pogłosowe gitary, minimalistyczna gra sekcji rytmicznej, odrealniony i pozbawiony emocji wokal, tylko tę tezę potwierdzają. W rok po debiucie płytowym, w 1971 roku, United Artists wydała „In Search of Space”.

Wprowadzenie tekstów osadzonych w fantastyce science fiction i efektach narkotykowych właśnie na drugim albumie pomogło zdefiniować Hawkwind i odróżnić go od konkurencji, bo w pewnym sensie był jak Pink Floyd, choć z mocniejszym zabarwieniem hard-rock’owym. Płytę zrealizowano w składzie: Dave Brock (śpiew, gitara prowadząca), Nik Turner (saksofon, flet, śpiew), Del Dettmar (syntezator, efekty dźwiękowe), David Anderson (gitara basowa), Terry Ollis (instrumenty perkusyjne) i Dik Mik (syntezatory). Swój przekaz Hawkind buduje na długich transowo monotonnych utworach, uproszczonych jednostajnych rytmach, zwykle ubarwionych ciężkimi gitarowymi riffami. Na ich tle członkowie zespołu generują różnego rodzaju elektroniczne dźwięki- „astralne” gwizdy syntezatorów, zawodzenia saksofonu, ale też psychodeliczno-bluesowe solówki gitarowe. Można się zrazić do ich muzyki już po paru minutach, ale jest coś fascynującego, frapującego, hipnotyzującego, co każe brnąć dalej w „niechcianą” sztukę. Okazuje się, że w tym zgiełku instrumentalnym łatwo doszukać się atrakcyjnych melodii. Już nie przeszkadzają free-jazz’owe „odloty” saksofonisty, ani syntezowane świsty, bo poszarpana muzyka zaczyna się sklejać w rozsądną całość. To już nie senne majaki, albo narkotyczne wizje, a dokładnie oddany obraz kosmicznej podróży od startu, poprzez lot, aż po lądowanie. Po prawie czterech dekadach krążek odbieram teraz podobnie jak wtedy gdy powstawały pierwsze egzemplarze LP- nic nie stracił na sile przekazu, nie stał się bardziej naiwny niż był w 1971 roku. Dla tych, którzy odnajdują sztukę w muzyce rockowej (ja do nich należę) to bardzo wartościowa pozycja. Wydanie EMI CD, wzbogacono o kilka bonusowych utworów, z których najważniejszym jest prawdziwy hymn grupy Hawkwind- „Silver Machine” (przebój z 1972 roku, zaśpiewany przez Lemmy’ego, późniejszego założyciela heavy-metalowego Motörhead”).
Hawkwind pozostaje jednym z najstarszych wciąż aktywnych zespołów rockowych. Przeszedł wiele inkarnacji, ale założyciel zespołu- wokalista, kompozytor i gitarzysta Dave Brock, pozostaje jedynym członkiem od momentu zawiązania się pierwszego składu w 1969 roku do dziś.

Hawkwind wciąż zmieniał skład personalny, a Queen przeciwnie- przez cały okres swej aktywności zachował stabilność składu, od pierwszej płyty „Queen” po ostatnią- „Made in Heaven” i przedstawiał się następująco: John Deacon (gitara basowa, instrumenty klawiszowe), Brian May (gitary, śpiew, instrumenty klawiszowe), Freddie Mercury (śpiew, gitara, instrumenty klawiszowe), Roger Taylor (perkusja, śpiew, instrumenty perkusyjne, instrumenty klawiszowe, gitara). Mimo śmierci Mercury’ego (24 listopada 1991) zespół nie rozwiązał się. Muzyka grupy Queen zawsze odznaczała się różnorodnością brzmienia, czerpania inspiracji z różnych źródeł muzycznych poza rockowych. Większość utworów nosi cechy hard-rocka, rocka progresywnego oraz do pewnego stopnia muzyki pop. Ich aranże charakteryzowały się wielowarstwową instrumentacją z wykorzystaniem wielogłosowości w częściach śpiewanych. Dwie płyty mogą być przykładem takiego przedstawiania kompozycji- „A Night at the Opera” i „A Day at the Races”. Obie wydała EMI/Parlophone, kolejno w roku 1975. i w 1976. Do obu płyt pożyczono od braci Marx tytuły ich filmów.

Queen z zespołu heavy metalowego w „Sheer Heart Attack”, przeistoczyła się w grupę pop w „You’re My Best Friend”, w „orkiestrę grającą  z kanału operowego” w „Bohemian Rhapsody”, w folk-rock’owców w „39”, w wodewilowych muzyków w „Lazing on a Sunday Afternoon”, w hard-rockowców gdy opierają się na ciężkim riffie gitarowym w „Sweet Lady”… Wymieniam tylko kilka powodów by porzucić myśli o próbie sklasyfikowania grupy. Te różne style jakie się pojawiają na płycie, czy gatunki muzyczne, są jednak bardzo jednolicie zaaranżowane co budzi wątpliwości czy aby nie przesadzono przy wykorzystywaniu przebogatych efektów, które nie mają najczęściej uzasadnienia stylistycznego, poza tanim wciąż powtarzanym efekciarstwem. Czy ten blichtr jest na pewno tylko żartem? Nie można było grupie odmówić perfekcji wykonawczej, nie można było zespołowi zarzucać, że eksperymentuje z różnymi technikami nagrywania… No i to, że doprowadził singel z „Bohemian Rhapsody” na szczyt listy przebojów. Ja mam wątpliwości, ale inni takich nie mieli.
Rok później Queen nagrał i wydał „A Day at the Races”. Co się zmieniło? Nic, jeśli chodzi o celowanie w szczyty list najlepiej sprzedających się albumów- osiągnięty status podwójnej platynowej płyty mówi sam za siebie. Tytuł sugerował, że spodziewać się można raczej kontynuacji stylu niż jego modyfikacji, choć już pierwsze utwory: „Tie Your Mother Down” i „You Take My Breath Away” dają nadzieję, na dużo większą spójność nagrań z efektami, które nie drażnią absurdalnością osadzania efektów wielogłosowych w każdym możliwym momencie. Dalsze pozycje na płycie uzmysławiają, że to co dało sukces komercyjny poprzedniczce to i w przypadku następnej powinno się sprawdzić- zróżnicowanie stylistyczne. Ganiłbym ten przepych aranżacyjny bardziej gdyby nie to, że na tej płycie są po prostu kompozycje bardziej wyrafinowane, które pozwalają łatwiej instrumentować jak chcą tego muzycy Queen, choć gdyby powielone głosy Mercurego nie była nadużywane jako środek wyrazu (jednak) to utwory jedynie by na tym zyskały, jak mi się wydaje. Żeby uzasadnić moje przypuszczenie podam przykład utworu w stylu gospel „Somebody to Love”. Czy nie zabrzmiałby lepiej ten utwór z udziałem autentycznego wielogłosowego chóru afro-amerykanów zamiast powielenia wokalu Mercurego? Ktoś powie- póki nie usłyszymy takiej wersji to się nie dowiemy co byłoby lepsze dla sztuki… A więc- nie dywagujmy.
Dla całej rzeszy melomanów „A Day at the Races” jest kontynuacją „A Night at the Opera”, która wytyczyła „ścieżki” artystyczne jakimi muzycy Queen mieli się w przyszłości poruszać. A dla mnie „A Day at the Races” jest udaną ucieczką od kitschu… (zapewne przesadziłem, tak ostro oceniając największe dokonanie czterech muzyków grupy Queen).

 

49-minutowy instrumentalny zbiór motywów, wykonywany na blisko 30 różnych instrumentach, właściwie zagrany przez jednego muzyka stał się inauguracyjnym wydawnictwem dla nowopowstałego w roku 1973 przedsiębiorstwa Virgin Records. Tą pierwszą płytą sprzedawana przez Richarda Bransona, właściciela Virgin, była „Tubular BellsMike’a Oldfielda. Autor grał na: organach, organch Hammonda, gitarze akustycznej, gitarze elektrycznej, gitarze basowej, kontrabasie, mandolinie, dudach, kotłach i innych instrumentach perkusyjnych, fortepianie, dzwonkach, dzwonach rurowych, a pomagali: Sally Oldfield i Mundy Ellis (śpiew), Lindsay L. Cooper (kontrabas), Steve Broughton (perkusja) oraz Jon Field (flet).

Mike Oldfield w „Tubular Bells” zebrał „w jedno miejsce” instrumenty typowe dla rocka i dla muzyki klasycznej, choć nie te, które są w centrum uwagi słuchaczy na koncertach filharmonicznych, by stworzyć jedyny w swoim rodzaju utwór przypominający w formie suitę. Różnorodne instrumenty są dopasowywane dla podkreślania rytmów, tonów, melodii, które łącząc się ze sobą tworzą harmonijną całość. Natrętny fortepianowy motyw pojawiający się znikąd na wstępie suity frapuje i niepokoi. Ten niepokój wzmagają akordy organowe grane z rzadka w równych odstępach czasowych. Do nielicznych dołączają inne instrumenty… Muzyka gęstnieje. Na tym tle nakładany jest inny motyw grany przez gitarę, po chwili inne instrumenty oznajmiają, że muzyka ma stać się na jakiś czas czysto rockowym epizodem… Dalsze części to miłe dla uszu delikatniejsze w barwie i melodii motywy. Jeśli Oldfield zamierzał uwypuklić znaczenie instrumentu muzycznego dla tworzonej przez siebie sztuki to przedstawianie przez Vivian Stanshall każdego instrumentu na kilka sekund przed jego usłyszeniem przez słuchacza ma głęboki sens. Ta prezentacja ma miejsce w środkowej części strony „A” longplaya. Zresztą autor dba o to, żeby żaden z instrumentów nie pozostał niezauważony w trakcie rozwijających i nakładających się linii melodycznych. Mimo że temat przewodni pojawia się często jako swoiste wariacje to utwór nie nudzi, bo jest naprawdę w przemyślany sposób skonstruowany. Chyba też pomaga fakt, że użyty motyw w „Tubular Bells” to same w sobie perełki (jak się później okaże Mike Oldfield miał dar tworzenia atrakcyjnych melodii). W drugiej części, na stronie „B” LP, na początku jest szeroko prowadzona kojąca melodia, przetworzona w melancholijny fragment. Te fragmenty nie zwiastują tego co się dopiero wydarzy, bo ten błogostan musi ulec zniszczeniu w szalonej partii ostrych gitar i zniekształconego głosu Oldfielda (Oldfield rozłoszczony na Bransona, który próbował wymusić dodanie partii wokalnych do suity, wrzeszczał do mikrofonu, co rejestrowała taśma o zwiększonej prędkości przesuwu. Odtworzone z normalną prędkością, nisko brzmiące, groteskowe odgłosy, potraktował jako spełnienie żądań producenta). Płytę kończy optymistyczny akcent- ludowy taniec „The Sailor’s Hornpipe”.
„Tubular Bells” okazał się przebojem i nie dawał się zepchnąć z list najlepiej sprzedawanych albumów przez 5 lat. Po dwudziestu latach od wydania pierwszych edycji LP Mike Oldfield stworzył dwie pozycje, które próbowały być dobrymi kontynuacjami- „Tubular Bells II” i „The Millennium Bell”. Niestety, nie były to udane kompozycje.

 

 


Powrót do części pierwszej rozdziału dziesiątego >>

Kolejne rozdziały:

               

Dodaj komentarz