Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział jedenasty, część 3)

 

Do tej pory, w poprzednich częściach rozdziału 11. omówione płyty były oparte na bluesie i country-music, ale przecież Amerykanie to nie tylko rockmani o białym kolorze skóry. Afro-amerykanie nosili bluesa w sercu, a z kościołów wynieśli gospel co w połączeniu z rhythm and bluesem dało soul- jeszcze jeden gatunek muzyki rozrywkowej, który został łatwo zaakceptowany przez rock-fanów, bo korzeni wspólnych odkrywano dużo.

 

Ojciec chrzestny soulu”, „Najciężej pracujący człowiek w showbiznesie”, „Mr Dynamite”… Nie musiałbym wymieniać nazwiska artysty, bo każdy fan wie o kim mowa. Zresztą okładka płyty zdradzi o kim piszę. Inni śpiewacy sprzedawali więc płyt, byli może bardziej utalentowani, ale niewielu muzyków afro-amerykańskich było tak mocno wpływających na muzykę pop, rock, soul czy funk. Stał też w pierwszym szeregu tych muzyków, którzy przekształcali rhythm and blues w soul w latach 60., a soul w funk w latach 70. Co sprawiło, że James Brown (bo o nim mowa) osiągnął sukces tam, gdzie setki innych zawiodło? Dzięki determinacji, szalonej dyscyplinie własnej, talentowi piosenkarskiemu i tanecznemu. Nie można też nie wspomnieć i tego, że bardzo wiele wymagał od zespołu muzyków z którym przyszło mu pracować- od doskonałego opanowania warsztatu po nienaganny sposób ubierania się. Przełomową stała się płyta „Live at the Apollo”, wydana w 1963 roku. Zarejestrowanie koncertu Jamesa Browna, który śpiewa wspaniale, bawi publiczność kontrolowaną spontanicznością był strzałem w dziesiątkę!

Syd Nathan, właściciel The King Records, z którym Brown miał podpisany kontrakt odmówił sfinansowania nagrania koncertowej płyty James and the Flames zanim powstawała, sądząc, że przyniesie komercyjną klęskę. A Brown był odmiennego zdania, więc sfinansował przedsięwzięcie z własnej kieszeni. Czuł, że jeśli uda się przenieść na płytę magiczne chwile przedstawień to musi się to w efekcie opłacać. Materiał muzyczny miał opanowany do perfekcji, reakcje publiczności wskazywały, że śpiewa dobrze przyjmowane (by nie powiedzieć- przebojowe) kompozycje: „Night Train”, „I Go Crazy”, „Please Please Please”, „Try Me”, „Think”, „I Do not Mind” i inne.  „Być może najlepszy album na żywo, jaki kiedykolwiek zarejestrowano” (*), a przecież nagrań dokonano 24 października 1962 roku, czyli: zanim Martin Luther King wygłosił przemowę „I Have A Dream”, zanim Dylan wydał „Blowin ‚In The Wind” i zanim The Beatles nagrali „Please Please Me” (pierwszy swój longplay). Styl rhythm and bluesowy Browna stał się trudniejszy gdy lata 60-te się kończyły- dodał bardziej złożone, latynoskie i jazzowe rytmy („Good Good Lovin”, „I Go Go Crazy”, „Think” i „Night Train”), pojawiały się też ballady. W tym czasie nagrał znakomitą płytę  „Say It Loud – I’m Black and I’m Proud„.

Funkowy „Say It Loud – I’m Black and I’m Proud” (Powiedz głośno-  Jestem Czarny i Jestem Dumny), stał się nieoficjalnym hymnem ruchu Black Power. Zawierał też fantastyczne, rozkołysane ballady: „I Guess I’ll Have to Cry Cry Cry” i „Goodbye My Love, Pts. 1 & 2″, które są tak samo atrakcyjne i dziś, co świadczy o wysokiej klasie Browna jako kompozytora. Brown przez większość dekady lat 70. nadal odnotowywał przeboje („Make It Funky”, „Hot Pants”, „Get on the Good Foot” i „The Payback”), muzyka była nadal żywiołowa i ekspresyjna. W tym czasie nie zamierzał już zaskarbiać sobie sympatii wśród białej publiczności, o którą zabiegał w połowie lat 60-tych. Krytycy zarzucali mu, że „Ojciec chrzestny soulu” zaczyna się powtarzać. Brown zaczynał się wypalać artystycznie. Wydawał się pozbawiony nowych pomysłów, przegrywał na listach przebojów z muzyką disco, zaczynał mieć problemy finansowe. Pojawiały się sporadyczne hity, ale już nie był w awangardzie artystycznej. W latach 80. nie nagrywał dużo, utwór „It’s Too Funky in Here” stał się jednym z nielicznych popularnych utworów Browna w tym okresie. Jednak wraz z eksplozją popularności rapu, który często używał nagrań mistrza do sampli, James Brown stał się na powrót modny, a może modniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. James Brown tak naprawdę nigdy nie był zapomnianym artystą. Po śmierci Browna, jego krewni, grupa celebrytów i tysiące fanów zebrały się 28 grudnia 2006 roku na publicznej stypie w Apollo Theatre w Nowym Jorku, tam gdzie odbył się słynny nagrany komcert. Osobna, prywatna ceremonia odbyła się w North Augusta, w Południowej Karolinie, w dniu 29 grudnia 2006 r., z udziałem rodziny Browna.

 

Czterech przyjaciół ze szkoły średniej spędzili ze sobą ponad cztery dekady na scenie soulowej jako Four Tops. Stali się jednym z najlepszych zespołów wytwórni Tamla Motown obok Temptations i Supremes. Tymi muzykami byli: Renaldo Benson, Abdul Fakir, Lawrence Payton i Levi Stubbs, lider, który nigdy nie nagrał solowej płyty poza grupą. Był podziwiany za imponujący zakres głosu, W latach 1964-1967 zespół Four Tops nagrał niektóre z najlepszych kompozycji spółki Holland-Dozier-Holland, w tym „Reach Out, I’ll Be There”, „I Can’t Help Myself (Sugar Pie, Honey Bunch)”, „Standing in the Shadows of Love”, „Bernadette” i „Baby I Need Your Loving”. W 1967 roku zespół wydal jeden z najlepszych swoich albumów- „Reach Out”, który jest bardzo spójny w przeciwieństwie do innych albumów Motown jakie się ukazywały do tej pory. Dużo zawdzięcza „Reach Out, I’ll Be There”, które osiągnęło numer 1 na listach przebojów, „pikantnemu” wokalowi lidera Levi’ego Stubbsa i w podobnych okolicznościach  taki utwór powinien był całkowicie zdominować płytę. Nie stało się tak, bo płyta zawiera co najmniej 5 z 20 najpopularniejszych ich singli: „Walk Away Renée”, „7-Rooms of Gloom”, „If I Were a Carpenter”, „Standing in the Shadows of Love”, „Bernadette”, wszystkie zagrane z najbardziej namiętną pasją, odznaczające się uduchowioną, dobrze napisaną muzyką godną najlepszych wykonań soulu. Czuć w nich też powiew psychodelii jak w przypadku płyty „The Time Has ComeThe Chambers Brothers również z 1967. roku.

Bracia Chambers: George (bas, wokal), Joseph (gitara, wokal), Willie (gitara, wokal) i Lester (harmonijka, wokal) burzyli podziały rasowe i muzyczne, włączając w zespół białego perkusistę Briana Keenana, aby stworzyć podniecającą fuzję funku, gospel, bluesa i psychedelic-rocka, które osiągnęły szczyt w piosence z 1968 roku „Time Has Come Today”. Dodanie białego perkusisty Briana Keenana nie tylko sprawiło, że grupa Chambers Brothers stała się międzyrasową grupą, ale popchnęła ich muzykę w rejony bliższe rock & rollowej muzyce. dobrze przyjęty występ na Newport Folk Festival dodatkowo wzmocnił ich rosnącą reputację, a wkrótce nagrali swój debiutancki album z przebojami: „All Strung Out over You”, „People Get Ready”, „I Can’t Stand It”, „In the Midnight Hour” (z repertuaru Wilsona Picketta), „So Tired”, „Please Don’t Leave Me”… Zapytać by można- „czy któryś z utworów płyty jest słaby?” „Nie”- padnie zapewne odpowiedź. Tytułowy- „Time Has Come Today” został wydany w czterech wersjach- 2:37 (oryginalna singlowa wersja), 3:05 (singlowa wersja nr 1), 4:45 (singlowa wersja nr 2) i 11:06 (wersja z longplaya). Ta piosenka przemawiała do pokolenia „dzieci kwiatów”, które walczyło o prawa obywatelskie, sprawiedliwość społeczną i koniec wojny wietnamskiej. Tekst jest niejednoznaczny, ale ciągłe powtarzanie słowa „Czas!” wyjaśnia, że ​​piosenka jest wezwaniem do działania. Gdy podpisali kontrakt z Columbia Records, której szef- Clive Davis. zabronił nagrywania utworu, na który tak bardzo liczyli. Willie Chambers opowiedział tę historię w wywiadzie dla Songfacts: „Po tym, jak podpisaliśmy kontrakt z Columbia Records, odbyło się wielkie przyjęcie z jedzeniem, alkoholem i tym wszystkim… Wszyscy ważni ludzie tam byli i mogliśmy spotkać wszystkich najważniejszych i Clive tam był kilka godzin. Wreszcie mówi: „Muszę iść, mam inne spotkania”. Zaraz po tych słowach gdy był przy drzwiach kontynuował: „Och, przy okazji, ta piosenka- „Time Has Come Today „, którą robicie, nie będziemy tego realizować. Nie zrobimy tego w ten sposób”. I wyszedł… Spojrzałem na moich braci, oni na mnie: „Co do cholery?”. Na to nasz producent [David Rubinson], był we łzach- płakał! Mówi: „Czekałem całe życie, aby nagrać tę piosenkę, a teraz powie nam, że nie możemy tego nagrać. Czemu?”. Minęło kilka dni i wtedy nasz producent przyszedł i powiedział: „Nie mówię głupot, zamierzamy nagrać tę piosenkę. Kiedy dostaniemy termin nagrania, jesteście wcześniej o godzinę, idziemy do studia, włączymy taśmę, będziemy grać na żywo, zrobimy to jak występ na żywo. Nagramy to i cokolwiek otrzymamy, będziemy musieli z tym żyć. Nie możemy odtwarzać, nie możemy przesadzić, nie możemy się spiąć, nie możemy czegoś naprawić, jeśli będzie błąd, po prostu będziemy musieli z tym żyć. Mówi dalej: „Prawdopodobnie stracę pracę, ale ważne jest dla mnie nagranie tej piosenki”. Później Joe i ja pojechaliśmy do Columbia Records, aby porozmawiać z panem Davisem. Chcieliśmy aby nam wytłumaczył, dlaczego uważał, że nie powinniśmy nagrywać tej piosenki. Nie byliśmy umówieni, ale mieliśmy sześć stóp i cztery wysokości, gniewne czarne chłopaki. Więc wchodzimy do recepcji i mówimy: „Musimy porozmawiać z panem Davisem”, „Czy masz spotkanie?”, „Nie, nie mamy, ale chcemy z nim porozmawiać”. Byliśmy uparci. Dlatego dzwoni do swojego biura i mówi: „Bracia Chambers są tutaj i mówią, że to ważne, że muszą z panem porozmawiać”. Mówi: „Jestem bardzo zajęty, nie mam czasu”. Powiedziałem: „Poświęcisz jednak nam czas”. Gdy przedostaliśmy się do jego biura zapytałem: „Dlaczego nie możemy nagrać tej piosenki?” Odpowiedział: „To nie jest rodzaj muzyki, którą produkują lub grają czarni chłopcy.” Clive kontynouwał: „Jesteście czterema czarnymi facetami, wyślecie ten strumień na świat- „Czas już nadszedł”. To zbyt głębokie stwierdzenie dla czterech czarnych facetów, którzy mówią to światu. I to był jego powód! Mówi: „Dostaniemy białego artystę do nagrania piosenki, to nie jest wasz rodzaj muzyki”. Mój brat Joe na to: „Co masz na myśli, że to nie jest nasza muzyka? Napisaliśmy to”… Po tej rozmowie byliśmy gotowi zrobić dokładnie wszystko, co proponował producent. I tak zamierzaliśmy go nagrać. Kiedy dostaliśmy nasz czas nagraniowy, poszliśmy do studia i zrobiliśmy to za jednym zamachem. „Time Has Come Today” zostało wykonane za jednym razem. Nie było odsłuchu – nie mogliśmy słuchać. Kiedy doszliśmy do końca, nie mieliśmy pojęcia jak to się udało. Kiedy skończyliśmy, zamknęliśmy maszyny, a potem opuściliśmy studio. Kiedy Clive Davis się dowiedział, zwolnił wszystkich, których mógł. „Odstrzelił” naszego producenta, myślę, że „odstrzelił” faceta, który otworzył nam drzwi. „Odstrzelił” wszystkich, którzy zaangażowali się w nagrywanie tej piosenki”. W dalszej części wywiadu Willie Chambers opowiedział  o szczegółach nagrania: „Ta piosenka wykorzystała wiele nietypowych technik produkcji, aby nadać jej bogaty, wszechstronny dźwięk, który sprawił, że się wyróżniała, jest dużo pogłosu oraz różnych efektów dźwiękowych. Kiedy zespół zaczął grać rozszerzoną wersję piosenki na żywo, perkusista uderzał w metalową osłonę od starego samochodu marki Plymouth, żeby zasymulować tykający zegar. L​atynoskie zespoły używają krowich dzwonków, ale nie były akurat łatwe do znalezienia w Los Angeles”. Willie Chambers: „Pewnego wieczoru leżałem w moim pokoju i cała ta psychodeliczna muzyka próbowała się stworzyć… Ale to nie miało sensu. Nie miałem rytmu. To była po prostu garść hałasu i nazwali to muzyką psychedeliczną. Leżałem tak i wreszcie ta długa rozszerzona wersja pojawiła się w mojej głowie. Podekscytowany pobiegłem do wszystkich i krzyknąłem: „Mam pomysł, to będzie nasz wkład w muzykę psychedeliczną, kiedy dojdziemy do tego jednego akordu, tam po prostu zostaniemy. Będziemy mieć zegar”. Taka to była historia utworu, który nie miał się ukazać, a gdy się pojawił to los miał wyznaczyć inną rolę- filmy i programy telewizyjne wykorzystały tę piosenkę, interpretowali ją przeróżni artyści ( na przykład: The Ramones, Joan Jett, Willy DeVille, Pearl Jam). Mimo że singiel nigdy nie doszedł do pierwszej dziesiątki listy przebojów w Ameryce, spędzając pięć tygodni na 11 miejscu na liście Billboard „Hot 100” w 1968roku, uważana jest dziś za jedną z najważniejszych rockowych piosenek z epoki psychodelicznej, a dokładniej określono styl jako psychedelic-soul.

 

The Temptation nie zamierzali wytyczać nowych szlaków muzycznych, a nawet niespecjalnie akuratnie „płynęli” nurtem jaki w czasie ich aktywności artystycznej obowiązywał albo był modny. A jednak zostali wprowadzeni do  Hall of Fame w 1989 roku. Czym sobie zasłużyli? Sądzę, że wysokiej jakości profesjonalizmowi z jakim wykonywali swoje przeboje, a było ich dużo. Ich soul-pop odznaczał się wyrafinowaną, subtelnie podaną, harmonią wokalną. Przez cały swój czas, prawie 5. dekad, zmieniał skład wielokrotnie w ramach niezmiennej formuły wokalnego kwintetu. Na początku lat 60. The Temptations, podpisali kontrakt z Miracle, spółką zależną od Motown Records, gdzie w ciągu następnych miesięcy wydali parę singli, ale tylko jeden- „Dream Come True” odniósł sukces komercyjny. Ich początki w branży były złe, dopiero współpraca z autorem i producentem Smokeyem Robinsonem przyniosła hity. Na przełomie lat 60. i 70. ich brzmienie stało się bardziej muskularne, postawili też na rytm wydatniejszy, wokalnie nie byli już tacy gładcy jak rok czy dwa wcześniej. Gdy lata sześćdziesiąte dobiegały końca, piosenki Temptations w treści stały się upolitycznione i czułe na problemy społeczne. Był to czas łączenia brzmienia Motown i psychodelicznego rocka. Wiele świetnych psychedelic-soul’owych singli nagrali, wśród nich „Runaway Child, Running Wild”, „I Can not Get You You You”, „Psychedelic Shack” (album „Psychedelic Shack” zawiera oryginalną wersję „War”, później rozsławioną przez Edwina Starra) i ” Ball of Confusion (That’s What The World Is Today)”, ale formuła szybko się wyczerpywała, choć w lata 70. wkroczyli z genialnym numerem jeden „Papa Was a Rollin’ Stone” (Whitfielda i Stronga), który jeszcze miał znamiona stylu jaki im przynosił największe sukcesy. Popularność malała wraz z latami 70-tymi. Wszystkie ich przeboje zebrano na trzech różnych edycjach płytowych o tym samym tytule- „Anthology”. Wersja nr 1 powstała w 1973 roku, nr 2 w 1986, a nr 3 w 1995. Wszystkie wydała Motown Records.

Antologia wydaje się najlepszym podsumowaniem ich kariery. Na dwóch krążkach rozłożono dwie główne fazy stylistyczne The Temptations- pierwszy dysk opisuje lata z charakterystycznym brzmieniem Motown, podczas gdy drugi podsumowuje ich przekształcenie w funkowo-psychodeliczny soul. „Anthology” to idealny wybór dla każdego słuchacza, który chce zagłębić się bardziej w muzykę Temptation niż gdyby to miało miejsce w przypadku singlowych zbiorów.

 

Jego soul był bliski surowemu rhythm and bluesowi, śpiewał zawsze z chrypą bardzo ekspresyjnie i z wyjątkową pasją. Nie można było Wilsona Picketta słuchać z obojętnością parkietowych hitów, zwłaszcza tych najgorętszych: „Midnight Hour”, „Land of 1000 Dances”, „Mustang Sally” i „Funky Broadway”. Pickett odniósł swój pierwszy sukces (choć niezbyt wielki), pisząc piosenkę „I Found a Love”, którą wykonał wraz z grupą The Falcons w 1962 roku. Ta piosenka osiągnęła pozycję 75. na liście Hot 100. Dwa lata później Atlantic Records podpisała kontrakt z potencjalnym dostarczycielem przebojów. Decydenci z  Atlantic wysłałi go do Memphis, aby nagrał swoje kolejne single w Stax Records (który miał umowę dystrybucyjną z Atlanticem). Podczas tych sesji powstała świetna interpretacja „In The Midnight Hour”, która stała się przełomowym hitem dla kariery Picketta. Wilson Pickett nagrał ją w maju 1965 roku. Współautor piosenki- gitarzysta Steve Cropper brał udział w sesji, a poza nim stali muzycy Stax Records: Al Jackson (perkusja) i Donald „Duck” Dunn (bas). Według Croppera, Wexler był odpowiedzialny za nowatorski, opóźniony beat utworu, bo Cropper zmienił swoje zamiary co do utworu, który teraz miał być oparty na kroku tanecznym. Utwór trafił na listę Top 40 magazynu Billboard, osiągając 21. Pozycję. Według właściciela Stax, Jim’a Stewarta, całkowita sprzedaż krajowa singla w pierwotnym wydaniu była umiarkowana- 300 000 sztuk. A jednak „In The Midnight Hour” Wilsona Picketta stała się ikonicznym utworem rhythm and bluesowym- zajmuje 134 miejsce na liście 500 najważniejszych piosenek wszechczasów magazynu Rolling Stone. Ta kompozycja umieszczona jest na longplayu o tym samym tytule- „In the Midnight Hour”.

Ten z 12. utworami album nie ucierpi z powodu przygniecenia wielkim przebojem, bo i inne są warte posłuchania (lub odtańczenia), na przykład: „Come Home Baby”, nagrany też przez kilku innych artystów rockowych i soulowych; „Do not Fight It”, który dotarł do Top Ten przebojów rhtythm and bluesowych pod koniec 1965 roku; „I’m Gonna Cry”, singiel z 1964 roku… Pickett napisał większość utworów przeznaczonych na ten album. Na płycie znalazły się również pierwsze nagrania, które nagrał ze studyjną sekcją rytmiczną Stax w Memphis. Atlantic Records nadał Pickettowi przydomek „The Wicked Pickett”, który miał go promować, bo twierdzili, że  to ze względu na jego powodzenie u pań., ale Pickett urzeczywistnił co nim mówiono w inny sposób- spędził trochę czasu w więzieniu, miewał problemy narkotykowe. Stał się legendą muzyki soul i został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame w 1991 roku.

 

Trudna jest odpowiedź na pytanie- „Która z wielkich postaci soulu jest najbardziej wpływową?”. Myślę, że wielu skłaniałoby się ku wskazaniu Otisa Reddinga jako właśnie tego najważniejszego (ja też). Otis Redding, był przykładem potęgi deep-soul’u z południa Stanów Zjednoczonych. Dysponował ochrypłym, wręcz szorstkim tembrem głosu. Śpiewał, tak w tanecznych utworach jak w balladach, surowym głosem, ale z wielką umiejętnością przekazywania silnych emocji. Był również wzorcowym dla brzmienia Stax Records, a jego płyty nagrywane w studiach Memphis, w stylu soul przekonywały do siebie młodych słuchaczy tak łatwo jak Rolling Stones czy The Animals. Jego tragiczna śmierć w wieku 26 lat była szokiem. Kariera solowa Reddinga była w toku, hity zaczęły się pojawiać na listach przebojów: „Mr. Pitiful”, „I’ve Been Loving You Too Long,”, „I Can’t Turn You Loose”, „Satisfaction” (utwór z repertuaru The Rolling Stones) i „Respect” (później spiewany z powodzeniem przez Arethę Franklin). W tym samym 1967 roku zaczął się bardzo podobać na białej publiczności wraz z bardzo dobrze przyjętym występem w Monterey Pop Festival. Największy przebój Reddinga przyszedł na kilka dni przed śmiercią, kiedy nagrał tęskną balladę „(Sittin ‚On) The Dock of the Bay”. Kiedy tworzył istotna była sprzedaż singli, dlatego warto szukać dobrze zrealizowanych zestawów przebojów. Ja wybrałem dla siebie dwie płyty- „The Very Best of Otis Redding” Vol. 1 i Vol. 2, wydane przez Rhino Records w 1992 roku.


Michael Campbell i James Brody w książce „Rock and Roll: An Introduction” opisywali: „…śpiew Reddinga przywołuje na myśl żarliwego czarnego kaznodzieję, zwłaszcza w szybkich numerach, jego śpiew jest czymś więcej niż namiętną mową, ale mniej niż precyzyjnym śpiewem…” i dalej piszą: „Redding znajduje trudny środek pomiędzy namiętnym oratorskim i konwencjonalnym śpiewem, a jego przekaz jest przepełniony emocjami„. Booker T. Jones (organista zespołu Booker T. and the M.G.’s) pisał: „śpiew Reddinga jako energetyczny i emocjonalny” i dopowiedział: „…jego zakres głosu był ograniczony, nie osiągał ani niskich, ani wysokich nut”. Peter Buckley, w publikacji „The Rough Guide to Rock”, tak pisze o Reddingu: „szorstki głos, który łączył frazowanie Sama Cooke’a z mocnym brzmieniem” i też zasugerował, że „mógłby głosić słowo jak piekielny kaznodzieja, zachowywać się jak czuły kochanek lub się zbrukać bluesowym żarciem„. Mógłby… Redding jednak zginął w katastrofie lotniczej w Wisconsin 10 grudnia 1967 roku. W wypadku zginęło również czterech członków jego zespołu- Bar-Kays. Kilka singli stało się pośmiertnymi hitami. Te wydawnictwa nie miały charakteru wyłącznie komercyjnie wykorzystującego fakt śmierci artysty, bo zawierały interesującą muzykę i niewiele ich można by uznać za pozbawione sensu wydawania. Co Redding mógł osiągnąć, gdyby żył dłużej? Takie pytania w czasie trwania historii rock and rolla można było zadawać wiele razy, można i teraz.

 

Małżeństwo (burzliwe bardzo) Ike i Tina Turner kierowało jednym z najlepszych koncertowych zespołów rhythm & bluesowych na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. Gitarzysta i lider zespołu muzycznego- Ike, trzymał swój zespół w ryzach, podczas wiodąca wokalistka Tina była uosobieniem siły i energii, seks-symbolem, nie do powstrzymania gdy była na scenie (no i gdyby w ogóle ktoś chciał to robić…). Była na pewno jedną z piosenkarek, która wzorcowo ucieleśniała ducha rock & rolla. Tina Turner była niewątpliwie gwiazdą soulu, wykorzystującą do granic możliwości potężny, chrapliwym głos. Problemy małżeńskie pary ostatecznie znalazły rozwiązanie w separacji. Tina wróciła na szczyty list przebojów dopiero w latach 80., ale to czas muzyczny, który spędziła z Ikem, zbudował jej legendę. Najistotniejsze ich nagrania powstały w 1966 roku gdy zespół Ike and Tina Turner współpracował z producentem Philem Spectorem, który szukał sposobu, aby przywrócić sobie pozycję wiodącą w świecie pop. Potężny instrument, jakim był głos Tiny, idealnie pasował do projektów Spectora. Sądził, że stworzy nagrania, które będą jego największym arcydziełem. Ike już miał reputację wymagającego współpracownika, który chciał mieć wszystko pod kontrolą, więc Spector wymógł: mimo że nagrania byłyby w pełni przypisane Ike’owi i Tinie Turner, to Ike nie miałby wstępu do studia lub nie miałby wpływu na ukończone dzieła (w rzeczywistości Spector płacił Ike’owi, żeby się nie wtrącał). Najważniejszą pracą Spectora i Tiny Turner był „River Deep- Mountain High”, monumentalny pop w stylu charakterystycznym dla legendarnego producenta, nazywanym- „Wall of Sound”, który kosztował ponad 22 000 $ (w 1966 roku była to ogromna suma wydana na nagrania singla). Singiel miał reprezentować styl Spectora w jego doskonałej postaci, a Tina dysponowała jednym z nielicznych głosów w muzyce popularnej wystarczająco silny, by przebić się przez monolityczne orkiestrowe „wsparcie”. „River Deep – Mountain High” trafił do brytyjskiej pierwszej piątki i zrobił z Tiny Turner gwiazdę w Wielkiej Brytanii i w Europie, ale Ameryka nie była jeszcze gotowa przyjąć bez oporów miksturę czarno-białej estetyki muzycznej. Zdruzgotany Spector wycofał się niedługo z muzycznego biznesu… Niektórzy krytycy zarzucają utworowi „River Deep – Mountain High” bombastyczną nadprodukcję, a inni uważają to nagranie za jedno z najlepszych. George Harrison opisał nagranie jako „perfekcyjne od początku do końca„. W 1970 roku podpisali kontrakt z Liberty / United Artists i nagrali dużą płytę „Come Together”, jej repertuar obejmował współczesne covery rock & roll’owe. Rok później nagrali „Workin’ Together”, który stał się najpopularniejszym albumem w całej ich karierze. „Ładna… i szorstka” wersja „Proud Mary” (Johna Fogerty’ego) przyniosła Ike’owi i Tinie dużą popularność.

Drugi album dla wytwórni Liberty, jak ich poprzedni, zawierał kilka rockowych coverów, a także zawierał odświeżone wersje starszych piosenek Ike’a i Tiny, co było już normą wykonawczą. Album zawierał najlepiej sprzedający utwór singlowy- „Proud Mary” i inną popularną piosenkę „Funkier Than a Mosquita’s Tweeter” (autorstwa Alliene Bullock, później wykonywany przez Ninę Simone). Kilka piosenek napisał Ike, na przykład: „Workin’ Together” (autor podpisał się jako Eki Renrut, imię i nazwisko pisane wspak) i „The Way You Love Me” (utwór z pierwszego studyjnego albumu). „Workin ‚Together” wydaje się trafionym w czas albumem, w którym wiele z utworów na płycie jest tak samo nośnych jak te przeznaczone na single. Może zbyt kurczowo opiera się na współczesnych popularnych utworach świetnie znanych z oryginałów, co nie jest bardzo złe, gdy zręcznie reinterpretuje tenże oryginał, ale interpretacje kompozycji Beatlesów: „Get Back” i „Let It Be”, wcale niezłe, są trochę zbyt mało pośpieszne. Szczęście są to jedyne powolne momenty płyty. Przeważają utwory, które aż kipią od pasji i energii. Płyta awansowała do Top 25 listy Billboardu. Album spędził 38 tygodni na listach przebojów. „Proud Mary” stał się najlepiej sprzedającym się singlem duetu, osiągając 4 miejsce na liście Billboard Hot 100. Sprzedał się w ilości ponad miliona egzemplarzy. W tym samym roku Ike i Tina Turner zdobyli nagrodę Grammy dla najlepszej grupy wokalnej rhythm and bluesowej. Wcale niezły wynik! Później było mniej słodko…

 

Nie można zapomnieć o dorobku „Królowej Soulu”- Arethy Franklin. Mocniej niż jakikolwiek inny wykonawca, uosabiała soul ze szczerym ładunkiem ewangelii. Późne lata 60. z Atlantic Records w tle, były najbardziej płodnymi i udanymi, bo w tym czasie muzyka soul była szalenie popularna. „Respect”, „I Never Loved a Man”, „Chain of Fools”, „Baby I Love You”, „I Say a Little Prayer”, „Think”, „The House That Jack Built” i wiele innych, uzasadniało przyznany jej tytuł „Queen of Soul”, który od tamtej pory nosi bez „zagrożenia” ze strony innej piosenkarki. Szkołą śpiewu dla Arethy Franklin były msze w kościele w Detroit, odprawiane przez wielebnego C.L. Franklin’a, ojca Arethy i dwóch jej sióstr Carolyn i Ermy. Zaczęła nagrywać piosenki w profesjonalnym studiu już jako 14. latka. W wieku 19. lat podpisała kontrakt z wytwórnią CBS (dzięki łowcy talentów Johnowi Hammondowi), później- w 1967 roku, z Atlantic Records. Gdy Aretha Franklin opuściła CBS dla Atlantic Records, producent Jerry Wexler był mocno zdeterminowany, by wydobyć jej najbardziej uduchowione cechy śpiewu. Już pierwszy singiel „I Never Loved a Man (The Way I Love You)” nagrany z uznanymi muzykami rhythm and blues’owymi, świadczy o tym, że w studio można wytworzyć taką muzyczną aurę, która pozwoli by głos Arethy wznosił się ponad doraźne interesy decydentów wytwórni nagraniowej. Nagrania z końca lat 60. Spowodowały, że wielu widziało we Franklin symbol czarnej Ameryki, odzwierciedlający rosnącą pewność siebie i dumę Afro-amerykanów w dekadzie ruchów wolnościowych czarnej społeczności. Jej popularność była olbrzymia- dziesięć singli na czele list przebojów w ciągu 18 miesięcy między początkiem 1967 a późnym 1968, pojawiające się stale solidne hity przez następne pięć lat. Albumy wydawane przez Atlantic świetnie się sprzedawały, a przy tym były znacznie bardziej konsekwentne artystycznie niż w przypadku większość gwiazd soulu w tamtych czasach. Jej atutem był głęboki, ciepły głos, inteligentna interpretacja i szczerość w wypowiedzi muzycznej. Na pewno przyczyniała się do zwiększenia popularności gatunku soul wśród rock-fanów. Artystka śpiewała też udanie w innych stylach- od tanecznego popu, poprzez gospel do wokalnego jazzu. Gdyby wybierać jakąś płytę, którą można by polecic z czystym sumienie to… Jak w przypadku poprzedników wybiorę kompilację „Queen of Soul: The Atlantic Recordings”, z roku 1992.

Ten zestaw muzyczny został tak opisany przez  :
Queen of Soul: The Atlantic Recordings to 86-ścieżkowy, czterodyskowy zestaw zawierający szczegóły dotyczące kariery Arethy Franklin w Atlantic Records, począwszy od 1967 roku z przełomowym singlem „I Never Loved a Man (The Way I Love You)”, a kończącym się w 1976 roku utworem „Something He Can Feel”. Zestaw podkreśla najlepsze momenty Franklin i daje wgląd, która jest niezbędny dla fanów muzyki „Queen of Soul”, ale nie zawiera żadnych utworów nagranych przez Arethę dla Atlantic po 1977 roku. Eseje do zestawu do pudełek zostały napisane przez producentów Jerry’ego Wexlera i Arifa Mardina. Kompilacja została ponownie wydana w lutym 2014 roku z nieco inną listą utworów zatytułowaną „The Queen of Soul”. Według firmy Nielsen Sound Scan od 2003 roku sprzedaż kompilacji w Stanach Zjednoczonych przekroczyła 72 000 kopii.”
Dodam, że to  wydawnictwo zawiera, nie dość, że reprezentacyjne nagrania dla Arethy Franklin, to doskonale zremasterowane.

 

*) opinia  wyrażona przez   w maju 2012 roku.


Wróć do części drugiej artykułu >>

Wróć do części pierwszej artykułu >>

Kolejne rozdziały:

                  

Dodaj komentarz