Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział dwunasty)

 

Ważną częścią publikacji płytowych są realizacje koncertowe, ale naprawdę świetnych jest niezbyt wiele z różnych powodów- z winy wykonawców, ale też i realizatorów. Niżej prezentuję rarytasy:

Wokalista i gitarzysta-Steve Marriott, razem z Gregiem Ridleyem (bas, ex Spooky Tooth), Peterem Framptonem (gitara) i Jerrym Shirley’em (perkusja) zawiązują Humble Pie. Dopiero po podpisaniu umowy z A&M Records nowy menadżer Dee Anthony namawia zespół do wyrzucenia zestawu akustycznego, a z Mariotta wydobywa bardziej ochrypły głos jako frontmana. Zespół stawał się znakomicie sprawdzającą się grupą na koncertach. Stany Zjednoczone grupę zaakceptowały. W 1971 Humble Pie wydał swój najbardziej udany zapis studyjny do tej pory zatytułowany „Rock On”, jak i nagraną na żywo płytę z koncertów w Fillmore East w Nowym Jorku- „Performance Rockin’ the Fillmore”.

Koncertowy Humble Pie to głośny i błyskotliwy atak , w którym muzycy ignorują subtelne akustyczne utwory, a zamiast nich uderzają ciężko długimi interpretacjami bluesa i gorących rock & roll’i. „Rockin’ the Fillmore” jest podzielony na przestrzenie należące do bluesa i rock & rolla. Strony B i C winylowej edycji zajmują kolejno „I Walk on Gilded Splinters” dr. Johna i „Rolling Stone” Muddy’ego Watersa. Wydłużenie do kilkunastu minut znakomitych kompozycji nie jest niczym usprawiedliwione, krytycy (np. z Rolling Stone) źle to oceniali, a ja uważam, że były zbyt krótkie, bo za każdym razem żałuję, że w ogóle się kończą. Pozostałe utwory są zwięźle potraktowane, więc krytycy tym razem byli łaskawi dla Mariotta i jego przyjaciół… Ja nie, bo chciałbym by się nie kończyły. Niewiele jest zespołów rockowych, które lepiej prezentują się na żywo niż w studio. Humble Pie do nich należy- dają spektakl żywiołowy i świeży. Grają mocnymi nisko brzmiącymi akordami skontrastowanymi wysoko postawionym głosem, lekko rozwibrowanym, Mariotta. Każdy z nich fantastycznie czuje bluesa, a wokal lidera lokuje ich w gronie najlepszych interpretatorów tego stylu. „Rockin’ the Fillmore” to potężna dawka bluesa lub blues rocka, którego „słabe momenty w żaden sposób nie łagodzą jego ogólnego wpływu” (cytat z Rolling Stone)… Ale zaraz, a są jakieś słabe momenty? Ten sam cytowany krytyk dalej pisze- „Dobra muzyka tutaj jest tak dobra, że gdy kiedyś usłyszysz, będziesz chciał płytę posiadać”. Ja mam, bo kiedyś w radio usłyszałem…

 

Z małą pomocą przyjaciół („The Little Help from My Friends”) z zespołu The Grease Band wokalista Joe Cocker znalazł swoją niszę by realizować swoją pasję- śpiewanie rocka i soul-music. W listopadzie 1968 roku singiel z coverem „The Little Help from My Friends” z repertuaru The Beatles w jego wykonaniu trafił na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów. Ale kariera nabrała gwałtownego postępu dopiero po tym, jak zaśpiewał tę piosenkę w Woodstock w sierpniu 1969 roku. Drugim brytyjskim hitem była kompozycja Leona Russella „Delta Lady” (jesienią 1969 roku). Albumy „The Little Help from My Friends” (z kwietnia 1969) i “Joe Cocker!” (z listopada 1969), rozeszły się w Ameryce znakomicie osiągając status „złota”. To był dobry grunt dla zorganizowania serii koncertów pod nazwą „Mad Dogs & Englishmen” w 1970 roku, w którym udział wzięli Cocker i ponad 40 innych osób. 27 i 28. marca 1970 roku w Fillmore East w Nowym Jorku zarejestrowano koncerty, które ukazały się w dwóch postaciach- podwójnego longplaya i pełnometrażowego filmu.

Recenzja Pete’a Narteza z magazynu Rolling Stone była właściwie negatywna: „[album] powstał po okresie wypowiedzenia poprzedniego zespołu, aby spełnić zobowiązania kontraktowe i brzmi jak, cóż, jak grupa, która została utworzona zaledwie kilka dni wcześniej„. Autor recenzji pochwalił utwory: „Feelin ‚Alright”, „Give Peace a Chance” i „Delta Lady”, ale skrytykował większość aranżacji, stwierdzając, że na albumie brakuje różnorodności stylistycznej. W retrospekcyjnym przeglądzie Bruce Eder dla portalu Allmusic, pochwalił album za unikalne brzmienie stworzone przez niekonwencjonalnie duży zespół rockowy. Zauważył, że twórcza obecność Cockera na płycie została zagłuszona przez Russella, ale uznał, że nie jest to złe. Kevin Perry, pisząc nekrolog Joe Cockera w New Musical Express, opisał album jako klasyczną pozycję i jedną z dwóch rzeczy (drugą jego okładkę „With A Little Help From My Friends”), która przyniosła Cockerowi sławę.
To zupełnie normalne, że sztuka jest różnie oceniana przez krytyków, bo przefiltrowana przez ich wiedzę, gust muzyczny i… Interes branży. Po prawie 50 latach od tego wydarzenia, patrząc na nie z innej perspektywy niż niegdyś (np. przez pryzmat dokonań jazzowych i muzyki klasycznej), odważę się uznać te nagrania za jedne z najdoskonalszych w historii rocka. Wtedy gdy nagrania zostały po raz pierwszy wydane też robiły ogromne wrażenie stając się jedną z ulubionych pozycji płytowych. Dlaczego? Otóż dlatego, że w śpiewie czuło się szczerość i pełną zgodność z deklaracjami, że grają nie dla pieniędzy lecz z potrzeby serca (z założenia tourné miało przynosić tylko taki dochód by móc opłacić przeloty i doraźne potrzeby bytowe całego zespołu). Dlatego też, że Cocker potrafił całą ekspresję wydobyć z utworu, o który można było ten utwór tylko podejrzewać. Wreszcie dlatego, że dysponował niezrównanym talentem interpretacyjnym- każdy cover przez niego wykonywany był ciekawszy od oryginału.

Okładka albumu była oryginalna w formie- A&M Records wydało koncert w rozkładanym albumie z mnóstwem zdjęć, bogatą i oryginalną grafiką, która w wewnętrznej części przypominała plakat. W treści była ekscytująca, a w brzmieniu to kwintesencja rocka naładowana taką energią, jak żadna inna. Ten olbrzymi zespół (jak na standardy rocka) został doskonale nagrany przez inżynierów A&M Records i realizatorów Denny’ego Cordella i Leona Russella. Najnowszy remaster oferuje naprawdę dobry dźwięk- czy Joe Cocker, czy pianista i organista, czy też cały zespół, zostali ustawieni na wysokim poziomie głośności. Słychać, że dołożono wszelkich starań, aby uzyskać odpowiednią szczegółowość przekazu, dzięki czemu można docenić klasę instrumentalistów- wielu perkusistów, paru gitarzystów i licznych śpiewaków, a także wielu instrumentów klawiszowych. Ta płyta była (i jest) wizytówką nie tylko dla Joe Cockera, ale i dla aranżera i lidera zespołu- Leona Russella (sprzedawał wtedy miliony własnych płyt). Przyglądając się katalogowi płyt Joe Cockera widać trzyletnią „dziurę” pomiędzy 1969 a 1972 rokiem i później dwuletnią gdy nie realizował nowych nagrań. Dziwne to się może wydawać zważywszy, że wcześniej potrafił nagrać w pół roku 2 duże płyty. Ale nich to sam Cocker wyjaśni: „Miałem około 26 lat i czułem się niezniszczalny” – mówił podczas wywiadu z NPR w 2012 roku. „Na początku lat 70. narkotyki i alkohol zaczęły się mnożyć … Była też długa droga powrotna, wiele razy, kiedy jesteś młody i beztroski, nie zdajesz sobie sprawy, kiedy przechodzisz krawędź i jak trudno jest się wspiąć z powrotem”. Kolejne płyty, które tworzył były jednak mniej popularne, choć (zawsze) trzymały wysoki poziom artystyczny. Problemy z alkoholem (zarówno na scenie, jak i poza nią) zdegradowały niegdyś potężny głos Cockera do chrypiącego, melodyjnego i dużo delikatniejszego brzmienia. Stał się innym wokalistą niż na przełomie lat 60. i 70.- nie lepszym, nie gorszym… Innym.

 

Przez pierwszą połowę lat 70. The Allman Brothers Band redefiniował amerykańską muzykę rockową. Mieszanka bluesa, country i jazzu w ich wydaniu zmieniły standardy występów koncertowych- Allman Brothers rozciągnęli piosenki do 30. a nawet 40. minut. Ich koncerty były ekscytujące, niepowtarzalne. Ten wspaniały zespół z południa USA otworzył drogę fali rocka z lat 70. z Marshall Tucker Band, Lynyrd Skynyrd i Blackfoot na czele. Grupa została założona w 1969 r. przez gitarzystę (Howarda) Duane’a Allmana, (Gregory L.), Gregga Allmana (wokal i organy); Forresta Richarda („Dickey”) Bettsa (gitara), (Raymond) Berry\ego Oakleya (bas); Claude’a Hudsona („Butch”) Trucksa (perkusja) i Jai’a Johanny’ego Johansona (perkusja). Duane Allman nie był nowicjuszem, bo brał udział w sesjach nagraniowych Wilsona Picketta, Arethy Franklin, Johna Hammonda i Kinga Curtisa. W 1969 r. podpisali kontrakt z nowoutworzoną Capricorn Records, pozostającą niezależną wytwórnią dzięki popularności nagrań Allman Brothers Band do czasu bankructwa w 1979 roku gdy southern rock już nie budził takiego zainteresowania jak na początku dekady, a może też dlatego, że „koń pociągowy” firmy- Allman Brothers, odcinał jedynie kupony z dawnej sławy?
The Allman Brothers Band przystąpił do sesji nagraniowej pierwszego swojego albumu (był rok 1969.) mając do perfekcji przećwiczony materiał muzyczny w czasie licznych koncertów, realizowanych na Florydzie i w Georgii. Debiutancki album był solidnym, bluesowo-rockowym albumem i jednym z najlepszych gitarowych jakie się do tej pory ukazały. A przecież na półkach melomanów stały znakomite produkcje: Cream, Blind Faith czy Led Zeppelin. Debiut pokazywał, że ich wyczucie bluesa było tak naturalne jak oddech i takiej opinii nie zmienił następny album „Idlewild South” (obie płyty opisałem w rozdziale czwartym artykułu „płyty polecane (rock)”). Obie płyty zostały ponownie wydane w 1973 roku we wspólnej okładce i nazwane „Beginnings”.

W tym czasie, na przełomie lat 60. i 70., koncerty zespołu stały się wręcz legendarne, bo grali niezwykle złożoną, ale i spójną muzykę bluesową, grali ekspresyjnie z reguły w szybkich tempach. W marcu 1971 roku zespół miał zakontraktowaną serię koncertów na Fillmore East, na nowojorskim Manhattanie. Zostały nagrane i wydane w ramach podwójnych albumów „At Fillmore East” (rok wydania-1971) i „Eat a Peach” (wydany w 1972. roku) w składzie: Duane Allman (gitara, gitara slide), Gregg Allman (organy, fortepian, śpiew), Dickey Betts (gitara, śpiew), Berry Oakley (bas), Jai Johanny Johanson (perkusja, konga, timbales) i Butch Trucks (bębny, Tympani).

Ta płyta pokazuje na czym polegała wielkość grupy Allman Bros. I to znacznie trafniej niż ich znakomite, ale nieco „skrępowane” pierwsze dwa albumy studyjne. „At Fillmore East” przez wielu został uznany za najdoskonalszy rockowy album nagrany na żywo. Zespół Allman Brothers Band radził sobie na scenie koncertowej znakomicie- utwory miały czas na rozwinięcie i ekscytujące improwizacje. Kilka ze znanych piosenek z kilkuminutowych urosły do ponad dziesięciu minutowych, bogatszych o improwizowane części utwory. W szczególności „You Do not Love Me”, „In Memory Of Elizabeth Reed” i „Whipping Post”, poszerzone o długie gitarowe sola stały się atrakcyjniejsze niż ich skondensowane wersje studyjne. Instrumentaliści podbijali i tak już wielki poziom emocji imponującą wyobraźnią muzyczną, która wsparta była niesamowitą techniką instrumentalną muzyków. Album zaczyna się od czterech coverów, ale udało im się stworzyć każdą z tych piosenek na nowo. Płyta zaczyna się od „Statesboro Blues” (Blind Willie McTell), bluesem śpiewanym ostro przez Gregga Allmana na tle sekcji rytmicznej wybijającą stały rytm zmuszający do kołysania i znakomitej grze gitarową techniką slide jego brata. Somebody Wrong” to kolejny przykład doskonałego opanowania gry slide Duane Allmana, nie wiem, czy jakiś inny gitarzysta mógł mu dorównać w tym czasie (czy dziś też? Chyba też). To też pierwszy w albumie utwór z przepięknym „pojedynkiem” dwóch gitarzystów zespołu- Duane’a Allmana i Dickey Bettsa.  Na harmonijce gra wspaniale zaproszony do udziału w występach Thom Douchette. W „Stormy Monday” T-Bone Walkera zespół zwalnia tempo by oddać uduchowiony klimat utworu. Greg Allman obniża tembr głosu, śpiewa tu bardzo stylowo. Ich wersja „You Do not Love Me” Williego Cobbsa jest fantastycznie zaaranżowaną piosenką, w której rytmy stanowią fundament gdy gitarzyści- Duane Allman i Dickey Betts prowadzą swoje sola, choć przez czas jakiś Duane zostaje pozostawiony samemu sobie (bez akompaniamentu). Perkusiści będą też mieli swój czas… W „Hot’ Lanta”, kolejnym imponującym utworze, w którym błyszczy też Oakley (jego bas wyraziście napędza utwór). „At Fillmore East” jest świetnym zarejestrowanym jam’em, w którym interakcja pomiędzy muzykami tworzy całą dużą przestrzeń do zapełnienia dźwiękami przez nich. Producent Tom Dowd zręcznie przycinał materiał (jak się później- gdy wydano przywrócone utwory do oryginalnego stanu w rozszerzonej wersji płytowej o tytule „The Fillmore Concerts”) do względnie zwięzłego czasu nadającego się do ekspozycji na podwójnym longplayu. Taka taktyka, co prawda niezbyt wierna temu co się naprawdę w Sali Filmore East wydarzyło, prezentuje Allmanów w najlepszym świetle, bo mieści wiele najlepszych momentów wspaniałej gry instrumentalnej i też wokalnej. Po wydaniu nieedytowanych wcześniej fragmentów koncertów, ten oryginalny podwójny „okrojony” album pozostaje szczytem southern-rocka w najbardziej reprezentatywnym stylu. „At Fillmore East” uznano za klasykę gatunku, Duane’a Allmana i jego zespół stali się nowymi bohaterami milionów starszych i nastoletnich fanów rocka. Mimo, że nigdy nie dotarł do Top Ten, to jednak „Fillmore East”  otrzymał symboliczne złoto w październiku 1971 za mln sprzedanych płyt. Duane Allman zmarł po wypadku motocyklowym w kilka miesięcy później. Zespół pracował wtedy nad kolejną płytą, wspomnianą wyżej- „Eat a Peach”. Dickey Betts sporą część wypełnił partiami gitary prowadzącej i slide W grupie nikt nie zastąpił Duane’a Allmana, dodano pianistę Chucka Leavella. Gdy Allman Brothers Band kontynuowało pracę nad „Eat a Peach” basista- Berry Oakley, zginął w listopadzie 1972 r. w wypadku motocyklowym, zaledwie kilka przecznic od miejsca wypadku Duane’a Allmana…

 

Zespół Lynyrd Skynyrd reprezentował southern-rock w skrajnej postaci- łączącym blues-rocka z hard-rockiem, pakując w buntowniczym południowym image. Nie polegali na improwizacjach w stylu Allman Brothers, nie grali tak zwiewnie i potoczyście, za to bardziej mogli zadowolić publiczność szukającą twardszych i cięższych (ale i melodyjnych) riffów gitarowych. Zanim dokonali nagrań koncertowych mieli wydane przez MCA Records: „pronounced Leh-Nerd Skin-Nerd”, “Second Helping” i „Gimme Back My Bullets” (*). Wszystkim tym tytułom przyznano certyfikaty „Złotej” lub „Platynowej Płyty” (przyznaje je organizacja RIAA). Najważniejsze i najpopularniejsze utwory z tych czterech płyt zespół wydał na koncertowej podwójnej płycie „One More from the Road”, w roku 1976.

Zespół nagrał najważniejsze utwory z wcześniejszych swoich płyt: „Gimme Three Steps”, „Workin’ For MCA”, „Tuesday’s Gone”, „Saturday Night Special”, „Sweet Home Alabama” oraz covery: „Crossroads” i „T For Texas”. Wszystkie utwory są zagrane bezpardonowo- zadziornie, z energią bardziej typową dla hard-rocka niż dla southern-rock’a. To też półtorej godziny porywającego blues-rocka, bardziej brzmieniowo dosadnego niż w przypadku The Allman Brothers Band (porównanie samo się narzuca). Na scenie koncertowej pojawiło się aż trzech gitarzystów: Allen Collins, Gary Rossington i nowicjusz w składzie Steve Gaines (Ronnie Van Zant powiedział o nim: „wszyscy będą w jego cieniu pewnego dnia”). Poza nimi: na instrumentach klawiszowych grał Billy Powell, Leon Wilkeson na basie, Artimus Pyle na perkusji, śpiewał Ronnie Van Zant, natomiast wokalnie wspierał chórek trzech pań- JoJo Billingsley , Cassie Gaines , Leslie Hawkins. Płyta obfituje w splatające się ze sobą gitarowe solówki, żywiołowe wokale i w mocno zaznaczone rytmy.
Po raz ostatni w tym składzie, w 1977 roku, wydano płytę „Street Survivors”, gitarowy pokaz Steve’a Gainesa, który rok wcześniej dołączył do starego składu Zaledwie trzy dni po wydaniu tego longplaya, po jednym z występów w Południowej Karolinie, 20 października 1977 roku, zespół wszedł na pokład wyczarterowanego Convair CV-240. Po wyczerpaniu paliwa piloci podjęli próbę awaryjnego lądowania. Natrafili na gęsto zalesiony obszar… Ronnie Van Zant i Steve Gaines, wraz z piosenkarką Cassie Gaines (starszą siostrą Steve’a), asystentem kierownika tourne Deanem Kilpatrick’iem, pilotem Walterem McCreary i drugim pilotem Williamem Greym stracili życie przy uderzeniu; inni członkowie zespołu: Collins, Rossington, Wilkeson, Powell, Pyle, Hawkins i menedżer trasy Ron Eckerman, odnieśli poważne obrażenia. Nazwa Lynyrd Skynyrd ponownie pojawiła się na plakatach koncertowych dopiero dziesięć lat później.

 

Grateful Dead, obiekt uwielbienia dla zagorzałych fanów grupy, a byli oni bodaj najwierniejszymi spośród calej olbrzymiej rzeszy podobnych fanów grup rockowych.  Miłość fanów, zrodzona w epoce hippie, trafiła na podatny grunt, bo grupa wciąż rozpowszechniała przesłanie pokoju, miłości i ekspansji zmysłów przez większą część trzech dekad, jednocześnie trwali w wypracowanym stylu zbliżonym do bluegrass i country-rocka zmieszanego z psychodelicznym-rockiem, ignorując główny nurt rocka, który wciąż ewoluował (lub się okresowo uwsteczniał). Rok 1967. był czasem ich debiutu płytowego- „The Grateful Dead”, który nie oddawał ekspresji ich żywych Kontynuacja o tytule „Anthem of the Sun” z 1968 r., lepiej poradziła sobie z oddaniem estetyki ich koncertów, po ukończeniu „Aoxomoxoa” z 1969 r. ich skłonność do czasochłonnych eksperymentów studyjnych doprowadziła zespół do krawędzi bankructwa. Przy produkcji następnej płyty, dwupłytowej- „Live/Dead” (Warner Bros., 1969 rok), czasu na nagrania było tylko tyle ile trwał koncert… Odpadał też problem oddania atmosfery „żywej” twórczości, przełożenia interakcji pomiędzy zespołem a publicznością na nagrania bez jej udziału.

Grateful Dead w składzie: Tom Constanten (organy), Jerry Garcia (gitara, wokal), Bob Weir (gitara, wokal), Mickey Hart i Bill Kreutzmann (perkusja), Phil Lesh (bas, wokal) i Ron „Pigpen” McKernan (wokal, congas, organy), Na dwóch krążkach zmieszczono tylko siedem utworów, bo poza jednym wszystkie były rozbudowanymi kompozycjami o improwizacje gitarzystów i klawiszowca, czy sekcję rytmiczną. Słuchacz odtwarzając płytę ma wrażenie, że włącza się w bieg wydarzeń, którego początek miał wcześniej miejsce. Uczestniczy bardziej w jamie niż w typowym koncercie. To co gra zespół brzmi bardzo spontanicznie. Utwory rodzą się jakby tu i teraz były skomponowane, a przecież na przykład „Dark Star” był wydany na singlu w 1968 roku, z kolei „St. Stephen” (który pierwotnie ukazał się na „Aoxomoxoa”) był tylko pretekstem do łagodnego przejścia do długiej improwizacji w ramach „The Eleven”. Inne utwory, jak rytmiczny blues „Turn On Your Love Light” Bobbey’ego Blanda albo „Death Don’t Have No Mercy” to też tylko preteksty od rozbudowanych improwizacji, Jedynie odskocznią do jamowania nie jest ballada na koniec albumu „I My Bid You Goodnight”, która trwa… Trzydzieści pięć sekund. Ten album pokazuje zespół rockowy jako grupę muzyków z nieprzeciętnymi umiejętnościami improwizacyjnymi, ale żeby nudno nie było to i z nieprzeciętnym opanowaniem warsztatu muzycznego.

 

Irish Tour ’74” koncertowy album Rory Gallaghera, skompilowany został z nagrań na żywo wykonanych podczas tourne w styczniu 1974 roku w Belfaście w Ulster Hall, Dublinie w Carlton Cinema i Cork City Hall. Gitarzysta, piosenkarz i autor tekstów- Rory Gallagher, był bardzo ważną postacią kultury dla Irlandii Północnej. Choroba i przedwczesna śmierć (przeżył 47 lat) przerwała karierę muzyka, który mógł osiągnąć bardzo wiele w muzycznym świecie bluesowym, choć to co zdążył zrobić wystarczy by złotymi zgłoskami go chwalić. Rory Gallagher rozpoczął karierę muzyczną kiedy założył trio o nazwie Taste. Debiutancki album grupy- „Taste”, został wydany w 1969 roku w Anglii, później wydał w tym składzie jeszcze jedną płytę studyjną „On The Boards” i dwie koncertowe: „Live Taste” i „Live na Isle of Wight”. Gallagher zaczął występować pod własnym nazwiskiem po nagraniu płyty „Rory Gallagher” w 1970 roku dla wytwórni Polydor Records. Później nagrał „Deuce”, „Live in Europe”, „Blueprint” oraz „Tattoo”. Wszystkie te płyty były udane, ale dopiero „Irish Tour 1974” można uznać za doskonałą. Realizatorzy zdołali uchwycić w nagraniach emocje, wielką inwencję twórczą, biegłość i swobodę gry gitarowej.

Energia wylewająca się ze sceny jest tak wielka, że niewiele albumów koncertowych (wśród nich inne Gallaghera) może się im równać. Trudno wybrać utwory, które lepiej reprezentują ten zestaw, bo od pierwszego pokazu możliwości artystycznych w utworze otwierającym- „Messin’ with the Kid”, przez oszołamiające swoim tempem „Cradle Rock” czy  „Walk on Hot Coals”, wzorcowe bluesy jak „I Wonder Who” i „Too Much Alcohol”, po akustyczne granie w „Unmilitary Two-Step”, to szczyty wirtuozowskiej gry gitarowej. Gallagher udowodnił również, że potrzeba czegoś więcej niż tylko umiejętności instrumentalnych, aby móc być nazwanym znakomitym wykonawcą. Potrzeba charyzmy, wyobraźni przebogatej, muzykalności… A to wszystko Gallagher miał i je potrafił łączyć. W 1972 roku został okrzykniety „Najlepszym muzykiem roku” wyprzedzając Erica Claptona. Bez powodu się tak nie dzieje! „Irish Tour ’74” to ambitny album, który przez wielu krytyków został uznany kamieniem milowym w historii blues-rocka.

 

Bob Marley był pierwszym jamajskim artystą, który osiągnął międzynarodową sławę i który potrafił spopularyzować muzykę swojego wyspiarskiego kraju- reggae. Pieśni Marleya wyrażają to co jego współbraciom doskwiera w codziennym życiu. Jamajski bard potrafił dotrzeć do słuchaczy z opowieściami nie tylko o trudnej sytuacji zubożałych i uciskanych w jego ojczyźnie, ale też łatwo przekonywał do sięgania po duchowość, która była (jest) źródłem siły rastafarian (ruch religijny powstały w chrześcijańskich kręgach kulturowych na Jamajce. Celem jest walka o równouprawnienie rasowe oraz realizacja marzenia o powrocie do Afryki). Pieśni wiary, oddania i rewolucji Boba Marleya stworzyły spuściznę, która wciąż jest aktualna, nie tylko poprzez pamięć o jego dziele, ale także przez twórczość jego następców. Międzynarodowa kariera Marleya i jego przyjaciół z zespołu The Wailers zaczęła się nie od wydania w 1973 roku „Catch a Fire” przez Island Records Chrisa Blackwella, ani nie kontynuacją o tytule „Burnin’” z „I Shot the Sheriff”, lecz wraz wyniesieniem do rangi wielkiego przeboju tej kompozycji przez Erica Claptona rok później. Przełomowym był album, wydany po sukcesie Claptona, „Natty Dread”, z przebojowym „No Woman, No Cry”. Od tego momentu każda płyta Boba Marleya staje się i ważna, i świetnie się sprzedająca. Koncerty gitarzysty i śpiewaka z Jamajki były od tego dobrego dla niego czasu wyprzedawane do ostatniego miejsca. Nie inaczej było przed koncertem w Lyceum Theatre w Londynie, który miał zostać zarejestrowany dla późniejszego wydania materiału muzycznego na płycie „Live!”. Nagrań dokonano 17-18 lipca 1975 roku, w składzie: Bob Marley (główny wokal, gitara rytmiczna), Carlton Barrett (perkusja), Aston „Family Man” Barrett (bas), Tyrone Downie  (instrumenty klawiaturowe), Al Anderson (gitara prowadząca) i Alvin „Seeco” Patterson (perkusja), a wydano w grudniu tegoż roku.

Ten koncert, który odbywał się na zakończenie trasy promującej płytę „Natty Dread” w Wielkiej Brytanii, uchwycił moment, w którym zarówno roots reggae, jak i Rastafarianism wchodzili do kultury popularnej, a jej siłą było to, że materiał muzyczny przewidziany do rejestracji był wyjątkowo atrakcyjny i dobrze już znany publiczności, co przekładało się na żywą reakcję słuchaczy. „Live!” mógł liczyć na sukces. Bob Marley niczym mesjasz, melodyjne wtórowanie wokalne jemu przez I Threes (Rita Marley, Judy Mowatt i Marcia Griffiths), miękka gitara Ala Andersona i miarowe uderzenia Alvina „Seeco” Pattersona współpracujący z basem Barreta w specyficznym schemacie o nazwie „riddim”… To wszystko sprawiało, że świeże rytmy reggae, tak inne niż rockowe, mogły się bardzo podobać, a jeśli nie od razu podobać to przynajmniej intrygować. Zresztą wystarczy posłuchać reakcji tłumu gdy usłyszeli dźwięki „No Woman No Cry” i radość, z jaką witali „Kinky Reggae” lub „I Shot The Sheriff”, by się przekonać jak muzycy The Wailers oddziaływali na białych, czarnych, żółtych i czerwonych ludzi. Kolor skóry był obojętny- wszystkich Bob Marley przekonywał do swojej muzyki jednakowo. Przekonywał, bo miał mesjanistyczną charyzmę, dobrą prezencję sceniczną i co najważniejsze niezaprzeczalny talent muzyczny. Koncert był nagrywany w Rolling Stones Mobile Studio na 16-ścieżkowym, najnowocześniejszym magnetofonie, który też został wykorzystany w tym samym roku do zarejestrowania albumów „Physical Graffiti” Led Zeppelin czy „Bad With The Pack” Bad Company. Pojazd ze sprzętem nagrywającym zaparkowany został poza miejscem imprezy, co nie przeszkadzało (a może pomogło?) wiernie uchwycić ducha wydarzenia wraz z drobnymi niedoskonałościami, które nie zostały ukryte w toku masteringu (zrywane harmonie „Trenchtown Rock”; lekkie przyśpieszanie tempa pod koniec „Lively Up Yourself” i sprzężenie zwrotne mikrofonu podczas pierwszego wersu „No Woman, No Cry”). Takie postępowanie dodało wiarygodności nagraniom i jednocześnie nie odebrał niczego z majestatu albumu jako całości. Do dziś „Live!” pozostało, zarówno pod względem duchowym, jak i muzycznym, bliskie doskonałości (mimo niedoskonałości).

 

Frank Zappa, był nietuzinkowym muzykiem, którego kariera obfitowała w style o odmiennych wpływach- od doo wop i awangardową muzykę klasyczną po jazz-rock. Kierował zespołami, które mimo że były rock & roll’owymi to były zdolne do realizacji trudnych często projektów Zappy. Treść utworów śpiewanych najczęściej miała charakter abstrakcyjnie humorystyczny. Teksty i tytuły piosenek, sugerowały wpływy tradycji literackiej beatnikowych poetów jak Allen Ginsberg i komicznych jak Lenny Bruce. Był popularnym muzykiem, ale jego nagrania rzadko osiągały sprzedaż na poziomie najpopularniejszych grup rockowych, jednak wystarczająco była duża by był w stanie przejąć kontrolę nad swoją produkcją i wydawać ją z powodzeniem przez swoją własną wytwórnię. The Mothers of Invention, którą prowadził w pierwszym etapie swojej kariery, często oferować parodię muzyki popularnej i kontrkultury (choć nosił długie włosy i dżinsy, Zappa otwarcie gardził hippisami i narkomanami). W późniejszym twórczym okresie skłaniał się ku jazzowi splecionemu z rockiem. Równolegle tworzył skomplikowaną, nowoczesną poważną muzyką, czasami mieszając skład rockowy z orkiestrą symfoniczną. Jedna idea łączyła wszystkie style- obrazoburcza, stająca w obronie najbardziej swobodnego wyrażania myśli.
Zbyt mało miejsca w artykułach poświęciłem Frankowi Zappie, co teraz naprawiam, tym bardziej że co najmniej dwa koncerty Zappy i jego zespołów są godne uwagi:
Pierwszą płytą jest „Fillmore East – June 1971”, zagrana przez The Mothers of Invention w składzie- Frank Zappa (gitara, dialog, wokal), Ian Underwood (instrumenty dęte drewniane, instrumenty klawiszowe, wokal), Aynsley Dunbar (perkusja), Howard Kaylan (główny wokal, dialog), Mark Volman (główny wokal, dialog), Jim Pons (bas, wokal, dialog) i Bob Harris (instrumenty klawiszowe, wokal).

Większość piosenek na płycie to przede wszystkim żartobliwe piosenki najczęściej przedstawiające przygody (zwłaszcza natury seksualnej) rockowego muzyka, będącego w trasie koncertowej. Album był okazja do przypomnienia wielkiego przeboju sprzed paru lat grupy Turtles- „Happy Together”, którego członkami byli Mark Volman i Howard Kaylan. Humor jest często pretekstem, swoistą taktyką Zappy, dla przemycania złożonej muzyki, która w innej sytuacji nie byłaby możliwa do przyswojenia dla młodych ludzi i nie istotne to czy efekty są śmieszne, czy też bezsensowne, zespół gra świetny rock’n’roll.
Druga z płyt nagranych na żywo wybrana przeze mnie to podwójny longplay „Roxy & Elsewhere” z 1974 roku. Większość utworów została nagrana w The Roxy Theatre w Hollywood 8., 9. i 10. grudnia 1973 roku. Materiał pochodzący z Roxy został później uzupełniony o overdubbingi w studio. Utwory z „Elsewhere” („Son of Orange County” i „More Trouble Every Day”) zostały nagrane 8 maja 1974 roku w Edinboro State College, Edinboro, w Pensylwanii a część w Auditorium Theatre w Chicago i nie zawierają materiałów dubbingowanych.

Mimo, że upłynęło tylko 3 lata od wydania „Fillmore East” prezentowana muzyka ma kompletnie inny charakter- nie rock’n’rollowo-eperetkowy lecz jazz-rockowy. Zespół tworzą: Frank Zappa (gitara prowadząca, wokal), Jeff Simmons –(gitara rytmiczna, wokal), Napoleon Murphy Brock (flet, saksofon tenorowy, wokal), George Duke (instr.klawiszowe, syntezator, wokal), Don Preston (syntezator), Bruce Fowler (puzon), Walt Fowler (trąbka), Tom Fowler (gitara basowa), Ralph Humphrey (perkusja), Chester Thompson (perkusja), Ruth Underwood (marimba, perkusja), Robert „Frog” Camarena (chórki), Debbie Wilson (chórki), Linda „Lynn” Sims (chórki), Ruben Ladron de Guevara (chórki). Granie jest najwyższych lotów, co prawda sporo tu zartów słownych, rozmów z publiką ale i dużo fantastycznych partii instrumentalnych, dla przykładu- pełne inwencji solo gitarowe w utworze „Son of Orange County”. Utwory brzmią fantastycznie, dostarczając dokładny obraz wirtuozerii muzyków, a materiał muzyczny byl niełatwy do zagrania.  Dla fanów skomplikowanych nagrań Franka Zappy album jest obowiązkowy, ale może okazać się atrakcyjny dla tych, którzy wolą Zappę rock’n’rollowego.

 

Tom Waits odważnie wziął na siebie ryzykowną rolę supportu podczas trasy koncertowej Franka Zappy w Ontario, ale podobnie jak jego poprzedniczka Kathy Dalton (wycofała się z powodu wrogości fanów Zappy) publiczność nie chciała go słuchać- był wyszydzany i obrzucany pomidorami. Wytrzymał to poniżenie, choć łatwe to nie było zważywszy, że debiutancka płyta „Closing Time” nie sprzedawała się dobrze (dziś oceniana zupełnie inaczej- jako atrakcyjny i pełnowartościowy produkt).

Później było dużo lepiej- popularność rosła i rosła liczba wiernych fanów. Pierwsze 10 lat tworzył dla Asylum Records i wtedy powstawały płyty z jazzem w tle, nasycone bluesem, swingujące ballady. Wraz z podpisaniem umowy z Island Records styl wykonawczy się zmienił, choć rozpoznawalny był nadal, bo tembr głosu się nie zmienił- chrypa była nawet silniejsza.

„Swordfishtrombones”, pierwszy album wydany przez Island Records był ostrym zakrętem muzycznym- podczas gdy Waits grał wcześniej albo na pianinie, albo na gitarze, sekcja rytmiczna mu wtórowała, teraz skłaniał się ku mniej popularnym instrumentom, które miały się wysunąć na plan pierwszy, na przykład instrumenty perkusyjne jak marimba („Shore Leave”) albo dudy („Town with No Cheer”). „Swordfishtrombones” wprowadził także instrumenty jak fisharmonie, przeróżne instrumenty perkusyjne, jakieś klaksony, przestarzałe instrumenty elektroniczne jak Chamberlin (przypominał melotron). Z tym instrumentarium Tom Waits wyśpiewywał swoim mocno chrapliwym głosem melancholijne opowieści, często gorzkie w wymowie, cyniczne lub przesycone czarnym humorem. Treść od początku jego działalności się nie zmieniała, ale styl muzyczny pozbawiany zostawał tradycyjnego brzmienia jazzowo-bluesowego na rzecz kabaretowych stylizacji albo teatralnych w stylu Kurta Weilla, pojawiały się tanga i walce, a także utwory wzorowane na stylu z Tin Pan Alley. Nie zmienił się tylko sam Waits, dla którego image, treść piosenek, łaskawość dla używek to jedność niemalże. On sam zdawał się ucieleśniać opisywany w balladach styl życia. Trzeci etap twórczy Waitsa rozpoczyna się wraz z wydaniem „Mule Variations” już nie przez Island Records lecz niezależną wytwórnię ANTI-, której jest wierny po dzisiejszy dzień. Ta płyta osiągnęła sukces- album zdobył nagrodę Grammy w 2000 roku w kategorii Best Contemporary Folk Album, poza tym okazał się najlepiej sprzedającym się  albumem Waitsa w Stanach Zjednoczonych do dziś (w 2013 roku album uzyskał status „Złotej Płyty” według amerykańskiej organizacji RIAA).

Realizacje dla ANTI- Records to z jednej strony powrót do bluesa i melancholijnych ballad, walców, zanurzonych w współczesnym bardzo bogatym akustycznym instrumentarium pogłębianym niskim basem i podkreślanym mocnymi uderzeniami perkusji, z rapowaniem albo skandowaniem jako środkiem wyrazu, gdy to konieczne. Pojawiające się dźwięki są dużo bardziej drapieżne, brudne i wypełniające przestrzeń między głośnikami niż we wcześniejszym czasie gdy nagrywał dla Asylum lub Island Records, ale jednocześnie (o dziwo) cieplejsze. Można te poznawane etapy Waits’owej twórczości przyrównać do przemieszczania się spod estrady jazzowej, obok teatralnej do knajpianego podwyższenia dla muzyków.
W 2009 roku Tom Waits wydał długo oczekiwany koncertowy podwójny album „Glitter and Doom Live”.

Każdy dotychczasowy zestaw koncertowy podsumowywał dokonania artysty do jego wydania i tak: „Nighthawks at the Diner” (Asylum,  1975), jest uważany przez wielu za jeden z najlepszych albumów koncertowych wszechczasów oraz „Big Time” (Island, 1988), którego materiał muzyczny pochodził z trzech płyt: „Swordfishtrombones”, „ Rain Dogs” i „Franks Wild Years”. „Glitter and Doom Live” został wydany przez ANTI-, a więc sięgać powinien po kompozycje tworzone po 2000 roku. Muzyczne występy przewidziane do zaprezentowania w formie płytowej zostały wybrane z tourne po USA i Europie. Waits sam skompilował i selekcjonował utwory w taki sposób by brzmiały jak koncert rejestrowany w jednym miejscu. W kompilacji można usłyszeć 17 utworów, wśród nich- „Get Behind the Mule” (z The “Mule Variations”), „Trampled Rose” (z “Real Gone”), „Fannin Street” (Leadbelly’ego z “Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards”). Są też starsze kompozycje z albumów nagrywanych dla Island Records, ale z bardzo zmienioną interpretacją i aranżacją. Występy są bezbłędnie zagrane przez: Vincenta Henry’ego (instrumenty dęte drewniane i harmonijka), Omara Torresa (gitara), Patricka Warrena (fortepian i inst. klawiszowe), Caseya Waitsa (perkusja), Setha Forda Younga (bas) i gościnnie Sullivana Waitsa (saksofon i klarnet). Tom Waits poza śpiewaniem zagrał na pianinie i gitarze.

Instrumentacja jest tak pomyślana, że powstaje ściana dźwięku nisko strojonego z potężnymi akcentami rytmicznymi, którym podporządkowane są nie tylko instrumenty rytmiczne ale i melodyczne. Nie byłby taki aranż korzystny gdyby nie to, że barwy użytych instrumentów są ciepłe i miękkie. Wokalista, kompozytor, muzyk i producent w jednej osobie zdecydował rozdzielić sceniczny przekaz na dwa dyski w taki sposób, by na pierwszej można było nijako bez przeszkód słuchać muzyki, bo recytacje, żarty czy pogawędki połączył w całość, dla której przewidział dysk drugi. Czy to był dobry pomysł? Niech każdy ze słuchaczy sam rozsądzi. A rozsadzić może wtedy gdy to wydawnictwo kupi (lub pożyczy). Taki czy siaki będzie werdykt, to i tak warto sięgnąć po te płyty i to nie raz ani dwa…

 

*) Obie płyty: „pronounced Leh-Nerd Skin-Nerd” i “Second Helping”,  opisałem w rozdziale czwartym artykułu „płyty polecane (rock)”).


 Kolejne rozdziały:

                   

Dodaj komentarz