Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział trzynasty, część 1)

 

Muzyka rockowa jak i pop, to pojemne zbiorniki dla muzyki o różnych odcieniach- afro-rock, latin-rock, calypso, flamenco, reggae… Garściami artyści czerpali ze spuścizny tradycyjnej kultury muzycznej narodów.

Calypso z wysp Ameryki Środkowej to gatunek muzyczny wywodzący się z kontynentu afrykańskiego. Utwory w tym stylu są w metrum 2/4 lub 4/4. Calypso przyczyniło się do powstania takich gatunków jak w latach 60. ska (Jamajka) i soca (Trynidad), pewne podobne zwroty melodyczne można wyszukać i w reggae. Na salony tę muzykę wyniósł amerykański piosenkarz Harry Belafonte w połowie lat 50. ubiegłego stulecia. Album zatytułowany „Calypso”, trzeci z kolei w katalogu płyt Herrego Belafonte. Ten album jest takim klasykiem, że został wprowadzony do „Library of Congress’ National Recording Registry” i stał się jednym z 25 nagrań dźwiękowych przeznaczonych do konserwacji jako przedstawiciel amerykańskich skarbów artystycznych, kulturalnych i historycznych. Belafonte mówi, że nigdy nie spodziewał się, że stanie się ta płyta tak wielkim sukcesem. Belafonte w rozmowie z Vladimirem Duthiers z CBS News (*) o tym, co „Calypso” dla niego znaczy. „Zrobiłem to jako część tego, co stałoby się większym pokazem muzyki różnych kultur na całym świecie„- wyjaśniał. „Byłem głęboko zainteresowany Afryką i Ameryką Łacińską, ale dotarłem tylko do >Calypso<, a potem „świat się zatrzymał”, pewnego dnia obudziłem się gdy wszyscy śpiewali >Day-O<”. Album stał się pierwszym albumem sprzedającym się w milionie kopii. Ironią było to, że „Banana Boat Song”, która przedstawia codzienną walkę jamajskich robotników, stała się radosnym, pozytywnym przebojem, który ma dla piosenkarza szczególne znaczenie: „Większość mojej rodziny z Karaibów, na Jamajce, była pracownikami fabryk, zbierała banany i trzcinę cukrową oraz wszystkie inne uprawy”– powiedział. „To była nasza podstawa i jako dziecko wszyscy śpiewali>Banana Boat<. Śpiew był ważną częścią kultury, a przez cały dzień pomagał w nużącej pracy w słońcu.
Belafonte urodził się w Nowym Jorku, ale jego rodzice byli imigrantami z Karaibów. Belafonte powiedział w 2012 r. CBS-News że jego rodzina była tak biedna, że jego matka wysłała go i jego brata, aby żyli w jej rodzinnym kraju na Jamajce, co wpłynęło na karaibski styl jego muzyki. Mówił, że ze sławą przyszła odpowiedzialność. „Nie byłem do końca przygotowany na jego wpływ i śpiewałem piosenkę robotnika przybywającego z Jamajki„- powiedział. „Napisałem kilka piosenek samemu. Najwcześniejsza myśl polegała nie tyle na radości z sukcesu materiału, ile na zrozumieniu jego mocy. Dużo ludzi słuchało, ale kiedy zobaczyłem moc tego co się wydarzyło, wielkie pytanie powstawało: Co robisz z tą platformą?” Sukces „Calypso” pojawił się w erze Jima Crowa, a Belafonte stał się działaczem na rzecz praw obywatelskich. Spotykał się z dr Martinem Lutherem Kingiem Jr. we wczesnych latach pięćdziesiątych i obaj stali się bliskimi przyjaciółmi. Belafonte pracował z Kingiem podczas ruchu na rzecz praw obywatelskich, pomagając w zorganizowaniu Marszu w Waszyngtonie w 1963 roku.

Oryginalnie wydany w 1956 roku „Calypso”, składający się głównie z muzyki autorstwa trynidadzkiego kompozytora Lorda Burgessa (Irvinga Burgie, przedrostek „Lord” najlepszych twórców Calypso był specyficzny wyłącznie dla tego gatunku), miał niesamowity wpływ na muzykę popularną lat 50. i 60., przynosząc karaibskie rytmy do świadomości szerszej publiczności i czyniąc z Belafonte jedną z najbardziej utytułowanych amerykańskich gwiazd muzyki karaibsko-amerykańskiej w historii. Absolutny punkt orientacyjny w amerykańskiej pop-kulturze lat 50. Otwierający płytę utwór „Day-O (Banana Boat Song)”, który w dużej mierze przyczynił się do sukcesu albumu jest  piosenką, najbardziej kojarzącą się z Harrym Belafonte. Jest to tradycyjna jamajska pieśń ludowa, a nie czyste calypso, śpiewana z punktu widzenia pracowników portowych pracujących na nocnej zmianie załadunku bananów na statki. Nadchodzi dzień, zmiana jest skończona, a pracujący chcą, aby ich praca została podliczona zanim wrócą do swoich domów. „Jamaica Farewell”, to pieśń ludowa calypso o urokach wysp zachodnioindyjskich i miłości tam pozostawionej. To był drugi hit z albumu. Ballady „I Do Adore Her” i „Come Back Liza” i być może pierwsza feministyczna pieśń ludowa „Man Smart (Woman Smarter)” są równie udane co dwa wielkie przeboje. Sukces płyty „Calypso” może być mierzony nie tylko ilością sprzedanych egzemplarzy ale i czasem pozostawania na liście przebojów- przez 99 tygodni. Wywołał też prawdziwą falę przypływów, parodystów żerujących na sukcesie Harrego Belafone. Przez dekadę prawie każdy piosenkarz czy grupa folkowa w swoim repertuarze mieli przynajmniej jedną piosenkę pochodzącą z Zachodnich Indii, co wydaje się pokłosiem sukcesu niezwykłego albumu.

 

Buena Vista Social Club to popularny klub muzyczny w latach czterdziestych XX wieku.w Hawanie na Kubie. Pół wieku póżniej- pod koniec lat dziewięćdziesiątych Wim Wenders za namową Ry Coodera (wybitnego amerykańskiego gitarzysty rockowego) nakręcił film pod tytułem Buena Vista Social Club. Film opowiadał o kilkunastu muzykach, występujących niegdyś w słynnymw klubie, a teraz (to jest w 1997 roku) zaangażowanych do sesji albumu „Buena Vista Social Club”, który zostanie wydany w 1999 roku przez Universal Music. Film i płyta odniosły sukces, przywracając (który to już raz?) światowej scenie muzycznej kubańskie rytmy. Muzykami-weteranami są (lub byli bo już niektórzy nie żyją): Compay Segundo (właśc. Maximo Francisco Repilado Munoz, ur. w 1907, gitarzysta, klarnecista i wokalista, autor najbardziej znanej piosenki zespołu Chan Chan,), Ibrahim Ferrer (ur. w 1927 San Luis, główny wokalista), Rubén González (ur. W 1919, pianista), Wilfredo Pio Leyva, ur. w 1917, gra na bongosach), Omara Portuondo (ur w 1930, piosenkarka i tancerka), Eliades Ochoa (ur. W 1946, wokalista, gitarzysta, pianista). Na płycie zespołowi towarzyszy Ry Cooder. Sesja nagraniowa odbyła się w EGREM Studios (Empresa de Grabaciones y Ediciones Musicales, jest narodową wytwórnią płytową Kuby z siedziba w Hawanie. Została założona w 1964 roku po nacjonalizacji kubańskiego przemysłu muzycznego).

Instrumenty i sprzęt nagrywający w studio pamiętały czas sprzed amerykańskiego embarga, a jednak po raptem 6 dniach nagrań album był kompletny. Ponad 20 muzyków przyczyniło się do przypomnienia starych melodii. Album sprzedał się w ponad 5 milionach egzemplarzy i otrzymał nagrodę Grammy (Grammy Award przyznawane jest corocznie przez amerykańską Narodową Akademię Sztuki i Techniki Rejestracji. Honoruje w ten sposób wyróżniające się osiągnięcia w muzyce).

Brzmienie zarejestrowanych instrumentów jest zmatowione jakby były pokryte patyną czasu, głosy również, ale nie znaczy to, że nagranie brzmi archiwalnie, szaro czy po prostu źle. Na pewno nie brzmią z promiennym błyskiem czy nowocześnie.  Muzycy grają jak weterani, ale nie ze znudzeniem.  Ci muzycy, jak wino, wraz z wiekiem mają „więcej smaku” (artystycznego). Instrumenty perkusyjne nadają albumowi wigoru, co jest jak najbardziej uzasadnione w muzyce przez nich odtwarzanej. Muzykalność grających i śpiewających jest niewiarygodna, przy nienagannym poczuciu rytmu. A wszystko co słyszalne z płyty jest tak wyluzowane, jak o tylko możliwe by z każdą nutą być przekonanym, że ta sesja to tylko spotkanie starych przyjaciół grających wyłącznie dla przyjemnego spędzenia czasu na wspominkach. Ty 5 mln melomanów, którzy kupili album nie mogło się mylić- chcieli znaleźć rozkosz i znajdują ją w oszałamiającym pięknie prostej  muzyki. Prostej? Nie, to tylko pozory, bo próba odtworzenia tego- czego wcześniej słuchano z płyty, na własnym fortepianie przekonuje, że to piękno nie wszystkie dłonie potrafią wydobywać z tych samych nut. Kubańscy muzycy czują doskonale każdą nutę, która jest w tej muzyce, taka towarzyszyła im przy narodzinach, przez cale długie życie aż do dni sesji dla Universal Music. Ci ludzie dokładnie wiedzą, co robią, „oddychają” tą muzyką. Tę prawdę ujawniają niecodzienne harmonie dęciaków, umiejętnie dobrane akordy pianina i fantastyczne rytmy nadawane przez perkusje i to w każdej ścieżce z „Buena Vista Social Club”. Malo tego, ten album wywołuje ciepłe poczucie, albo mocne wrażenie, że i my- słuchacze, żyliśmy z tą muzyką już wiele lat. które jest obce. Któryś z recenzentów tak to ujął: „Muzyka, gdy jest najczystsza, jest obrazem duszy muzyka, a ten album maluje taki obraz”.

 

Żaden muzyk nie był bardziej odpowiedzialny w swoim życiu za doprowadzenie muzyki latynoskiej do jazzu i publiczności muzyki popularnej niż Tito Puente. W ciągu ponad półwiecznej kariery Puente przedstawił mambo, cha-cha-cha, guaguanco i inne rytmy afro-kubańskie pokoleniom, które nie zawsze rozumiały tekstu w języku hiszpańskim, ale niewątpliwie rozumiały przesłanie z jego muzyki. Najnowsza fala reedycji charyzmatycznego band-lidera oferuje niespotykany przegląd kariery naprawdę ważnego artysty”- tak pisał o amerykańskim perkusiście Russ Musto z All About Jazz (**). I dalej ten sam autor pisze: „Stworzone głównie z myślą o przyjemności tańca, wyrafinowane rytmy Puente i aranżacje jazzowe są równie satysfakcjonujące dla poważnych słuchaczy, jak i dla tancerzy, którzy gromadzili się na swoich koncertach w latach 50-tych.” W latach pięćdziesiątych Puente osiągnął szczyt popularności i uznanie publiczności. Wielu ludzi błędnie identyfikuje amerykańskiego perkusistę Puente jako Kubańczyka, gdy odniósł wielki sukces grając rytmy afro-kubańskie, które spopularyzowała „Dance Mania”, najbardziej znana jego płyta z 1958 roku.

Album „Dance Mania”, nagrany jako część podpisanej ekskluzywnego kontraktu z RCA i pojawiający się w ramach serii Living Stereo, zawiera serię tanecznych aranżacji, wypełnionej rytmiczną grą sekcji dętej i perkusistów oraz z kompetentnymi wokalistami. Taneczne mambo, z tej płyty, rzeczywiście zachęcają do ​​tańca! Większość utworów: mambo, cha-cha oraz guaguancó (podgatunek kubańskiej rumby), jest autorstwa lidera orkiestry. „Dance Mania” stała się jedynym przedstawicielem muzyki latynoskiej na liście New York Times’a w kategorii Best Albums of The Twentieth Century. Ten krążek CD z wznowieniem big-bandowych arcydzieł wciąga przede wszystkim dzięki świetnemu wokaliście Santos’owi Colon’owi i perkusistów: Mongo Santamarii, Ray’a Barretto, Julita Collazo’a, Jose Manguala, Carlosa „Patato” Valdesa. Te nagrania wyznaczały standard dla łacińskich big bandów (nie wiem czy czasem nie jest tak i dziś). Na ścieżkach dźwiękowych z płyty RCA, można usłyszeć zapierającą dech w piersiach interakcję między congami, kociołkami (timbales), bongosami, güiro i klavesami, które napędzają muzykę gorącymi rytmami Kuby. To obowiązkowa pozycja dla wszystkich prawdziwych miłośników muzyki latynoskiej, a i mniej entuzjastycznie tańczący rumbę powinni jej posłuchać.

 

Salif Keïta, albinos, który został wykluczony ze społeczności Mandinka, bo ta jasna skóra mogła przynosić jedynie nieszczęście… Ojciec, potomek rodziny królewskiej (z rodowodem sięgającym do Soundjata Keita, założyciela imperium malijskiego w 1240 roku), również go porzucił. Gdy osiągnął pełnoletniość przeniósł się z rodzinnej wsi do Bamako (stolica Mali) gdzie zaczął grać w nocnych klubach, a po dwóch latach został zatrudniony w grupie The Rail Band. Tak zaczęło się spełniać marzenie Keity, a po paru latach zajęcie muzyka zaczęło przynosić satysfakcję i uznanie. Keita nawet otrzymał od prezydenta Ahmeda Sekou Toure prestiżowy Order Narodowy Gwinei. Zachęcony do kariery solowej, Keita przeprowadził się do Paryża (miał wtedy 35 lat) i tam przewidywania odniesienia sukcesu okazały się prawdziwe dzięki wydaniu debiutanckiego solowego albumu „Soro”. Wyprodukowany przez Ibrahima Syllę album łączył wpływy afrykańskie, jazzowe, funkowe i popowe. Keita kontynuował karierę nagraniową w kilku wydawnictwach dla Mango w latach 90., później dla Blue Note, a następnie dla Decca Records. Keita odnosił sukcesy w Europie jako jedna z afrykańskich gwiazd światowej muzyki, jednak wkrótce na początku nowego tysiąclecia powrócił do Bamako, aby tam żyć i nagrywać, wkrótce zbudował tam swoje studio nagrań, ale zanim powstały w nim płyty to wydał „Moffou” w 2002. roku (Salif Keita był jej współproducentem). Płyta została natychmiast okrzyknięta najlepszym albumem od wielu lat.

„Moffou” został nagrany w lipcu i sierpniu 2001 roku w Les Studios De La Seine w Paryżu, a wydany przez Universal Jazz France. Salif Keita już na wcześniejszych produktach zawarł potężną mieszankę tradycyjnych źródłowych melodii zmieszanych z zachodnim popem, która wkradała się na międzynarodowy rynek. To były ważne punkty jego kariery, ale na „Moffou” to, co było wcześniej, zostało mocniej skonsolidowane i wzbogacone głębią doświadczeń artysty w sile wieku. Ta płyta jest zdecydowanie mocniej osadzona w tradycji zachodnioafrykańskiej. Płytę otwiera „Yamore”, duet lidera i Cesarii Evory (piosenkarki z Republiki Zielonego Przylądka, wykonującej mornę. Nazywana jest „Bosonogą divą”, bo występowania bez obuwia). Wokal Cesarii Evory- bogaty alt świetnie pasuje do wysokiego tenoru Keity. Gorąca atmosfera tego utworu nadaje ton albumowi, ale Keita mocniej łagodzi rozczulającą balladą „Iniagige”, by po chwili wybuchnąć ekstatycznym rytmem w „Madan”. Piosenki o szybkim tempie powracają i będą mieszane z innymi cudownymi balladami. Dźwięk w dużej mierze pozostaje akustyczny z dużą ilością instrumentów perkusyjnych zachodniej Afryki, które fantastycznie napędzają szybsze utwory Keity. Głos Keity jest giętki, o dużej skali, na przemian eterycznie jedwabisty lub zmysłowy i wtedy bardziej szorstki. Staranny aranż doskonale wspiera wysoki wokal Keity, ale też i rozświetla barwny afrykański styl, dzięki któremu wokalista i gitarzysta stał się gwiazdą światowego formatu.

 

O reggae świat dowiedział się od Boba Marleya, bo to on właśnie wprowadził muzykę swojego ojczystego jamajskiego narodu do nawet najdalszych zakątków globu. Muzyka Marleya nie tylko obrazowo opisywała trudną sytuację zubożałych Jamajczyków, wyrażała też gorącą duchowość, która stała się ich siłą. Pieśni wiary, oddania i rewolucji są niczym hymny, które wciąż tak samo oddziałują na następne pokolenia słuchaczy, są wciąż inspiracją dla artystów na całym świecie. Postać Boba Marleya obrosła kultem. Robert Nesta Marley, syn białego ojca w średnim wieku i nastoletniej czarnej matki, opuścił dom w wieku 14 lat, aby rozpocząć karierę muzyczną w Kingston. Cztery lata później z Peterem Tossem, Bunnym Livingstonem, Junior Braithwaitem, Beverly Kelso i Cherrym Smithem, stworzył The Wailers (wcześniej ten sam zespół miał dwie inne nazwy). Kariera Marleya i Wailersów nabrała rozpędu dopiero na początku lat 70. po podpisaniu kontraktu z Island Records Chrisa Blackwella. „Catch a Fire” otwierał katalog plytowy Wailersów z logo Island Records. Był też pierwszym ich albumem wydanym poza Jamajką. Od razu zdobył uznanie na całym świecie. Następna- „Burnin’”, miała przebój- „I Shot the Sheriff”. Livingston i Tosh, posmakowawszy sukcesu, opuścili grupę dla kariery solowej. Marley natomiast wzbogacił swoją grupę muzyków o trio wokalne I-Threes (Rita Marley, Marcia Griffiths i Judy Mowatt). Niesieni na fali uznania i wzrastającej popularności wydali swój przełomowy album „Natty Dread” z fantastycznym przebojem „No Woman, No Cry”. Później było tylko lepiej- kolejne tytuły, które dziś są klasykami rocka (albo reggae, uściślając): „Live!” (wtedy sława Marleya zataczała już kręgi sięgające poza Jamajkę. Byli i tacy, którzy postrzegali wpływ barda jako zagrożenie dla lokalnego establishmentu. 3 grudnia 1976 roku został ranny w próbie zamachu), „Exodus”, „Kaya”, „Babylon by Bus” i „Survival” z 1979 roku. W tym samy roku odkryto, że cierpi na raka, z przerzutami do mózgu, płuc i wątroby. Zdążył przed śmiercią wydać „Uprising” w 1981 roku. Przeżył 36 lat.

  • Natty Dread”:

„Natty Dread” Bob Marley & The Wailers, wydali w 1974 roku. „To najlepszy album Boba Marleya, najlepsze nagranie reggae wszechczasów”- tak uznali krytycy.  To rzeczywiście opus magnum dorobku Marleya. Co prawda bez byłych kolegów z zespołu, Petera Tosha i Bunny’ego Livingstona, ale z sekcją rytmiczną złożoną z basisty Astonem „Family Man” Barrettem i perkusistą Carltonem „Carlie” Barrettem, która też przyczyniła się do powstania piosenek wykorzystanych na płycie i z wsparciem wokalnym w kobiecych głosach (I-Threes). Aranże musiały być inne niż na poprzednich płytach. Utwory właściwie mają charakter luźnej zabawy i tę atmosferę czuje się we wszystkich dziewięciu utworach. Pierwszy z utworów płyty- „Lively Up Yourself” stanowi już doskonały przykład hymnu reggae z lekkim religijnym podtekstem. Pojawia się bluesowy klimat, dając spore pole do popisu dla sekcji rytmicznej (zwłaszcza Astona Barretta) i gitarzysty Al Andersona. Ten utwór, wolny od wszelkich napięć, przekonuje, że zespołowi praca w studio sprawiała przyjemność. „No Woman, No Cry” to jedna z najbardziej znanych kompozycji zespołu i najbardziej udanych pod kątem łatwości przyswojenia przez publiczność. ” Them Belly Full (But We Hungry)” jest ostrzeżeniem, bo „głodny tłum jest rozgniewanym tłumem”. „Rebel Music (3 O’Clock Road Block)” i „Revolution” są kontynuacją „Them Belly…”- napisane w tym samym proroczym duchu, Poważne przesłanie odczytywane z treści utworów jest w zgodzie z muzyką pełną emocji, ale i w kontrze do klimatu zabawy. Wydaje mi się, że Marleyowi po prostu zależało na łatwiejszym muzycznym przekazie- zachęcającym do wsłuchiwania się w słowa, a nie przeciwnie- odstręczającym od ich poznawania. „Natty Dread” był (jest) powalający- Marley sprzeciwiał się pogłębiającej się nędzy, rozprzestrzenianiu chciwości i wszechogarniającej beznadziejności, ubierając przesłanie w bardzo atrakcyjne melodie i taneczne rytmy… Nikt tak nie robił.

  • Exodus”:

Mark Deming z portalu  w swojej recenzji pisał: „Po sukcesie Natty Dread z 1974 r. i Rastaman Vibration z 1976 r. Bob Marley był nie tylko odnoszącym największe sukcesy muzykiem reggae na świecie, był jednym z najpotężniejszych ludzi na Jamajce. Na tyle potężny, że został postrzelony przez uzbrojonych ludzi [raniono również: jego żonę- Ritę, i dwu przypadkowych znajomych], którzy włamali się do jego domu w grudniu 1976 roku, kilka dni przed tym, jak miał zagrać ogromny darmowy koncert, mający na celu złagodzenie napięcia na kilka dni przed kontrowersyjnymi wyborami premiera Jamajki. Po próbie zamachu Marley i jego zespół opuścili Jamajkę i osiedlili się w Londynie na dwa lata, gdzie nagrał Exodus w 1977 roku. Tematycznie Exodus reprezentował subtelną, ale znaczącą zmianę dla Marleya; podczas gdy on nadal wypowiadał się przeciwko politycznej korupcji oraz na rzecz wolności i równości dla ludzi z krajów Trzeciego Świata, jego teksty mniej zajmowały się szczegółami, a więcej ogólnikami i potrzebą pokoju i miłości […] Podczas gdy piosenki takie jak „Exodus” i „One Love / People Get Ready” były hymnami, miały też mniej do powiedzenia niż bardziej ostre materiały z wcześniejszych albumów. Jednakże, jeśli Marley stał się bardziej ostrożny w swoim punkcie widzenia (i nie bez ważnej przyczyny), jego umiejętności jako autora piosenek były równie silne, jak wcześniej, a Exodus pochwalił się więcej niż kilkoma klasykami, w tym: tytułową piosenką, „Three Little Birds” , „”Waiting in Vain” i „Turn Your Lights Down Low”, melodie, które określiły talent Marleya, by brzmiał beztrosko i stanowczo jednocześnie. Jego wykonania jako wokalisty były bliskie szczytów na tych sesjach, przynosząc szeroką gamę kolorów emocjonalnych do jego występów. Skład Wailer’ów złożony z basisty Astona „Family Man” Barretta, perkusisty Carltona Barrettę i gitarzysty Juliana „Junior” Murvina – jest wspaniały, bez wysiłku dający sobie radę z całym materiałem muzycznym. Exodus został nagrany w czasie, gdy Bob Marley uczył się o niespodziewanych kosztach międzynarodowej sławy, ale jeszcze nie wykorzystał swoich wszystkich kreatywnych atutów. Jest to jeden z najlepszych albumów w  świetnym katalogu The Wailers”.
W 1999 r. magazyn Time uznał „Exodus” najlepszym albumem XX wieku (inni twierdzą przecież, że najlepszym był „Natty Dread”… Wobec tego niech będzie, że dwa jego albumy są najlepszymi).

  • Kaya”:

Bob Marley na płytach poprzednich był bojownikiem,. rastafarianinem, kochającym całą ludzkość i próbującym namówić potomków Afryki do powstania przeciwko ludziom, którzy ich wykorzystywali. „Kaya” jest poświęcona miłości Marleya do… Do zioła (słowo „kaya” jest synonimem marihuany w kulturze rastafarian). Kaya jest łatwym albumem do słuchania, muzyka brzmi miękko i spokojnie. Gitara Marleya dobrze współgra z klawiaturami Tyrone Downie. Podobnie wokale- one również dobrze harmonizują z głosem lidera. Nie można nie chwalić sekcji rytmicznej- Carltona i Astona Barrett. Rytm podawany przez braci jest niewiarygodnie precyzyjny i niebanalny. Dla muzyki reggae bracia Barrett są ideałami, są wzorcami.
Ten album ma specyficzny styl i swoisty nastrój- relaksujący.. „Kaya” – album z 1978 roku, jest apoteozą miłości, ale może być uznana za ucieczkę od deklaracji politycznych w doznania duchowe.

  • Uprising”:

W dniu, w którym dotarły pierwsze egzemplarze płyty „Uprising” do ​​sklepów 1 czerwca 1980 roku, fani Marley i Wailers z Fleetwood Mac zapełnili 69.000 miejsc Reitstadion w Monachium. Na stadionie San Siro w Mediolanie, 27 czerwca, Marley i Wailers przyciągnęli tłum 120-tys. osób, który był rekordem frekwencji na koncercie we Włoszech, a nawet w Europie. W innych miejscach było podobnie. Te liczby pokazują jaką popularnością się cieszył Bob Marley tuż przed śmiercią 11 maja 1981 r.
„Uprising” jest ostatnim albumem studyjnym z Bobem Marleyem i z The Wailers, który był pod całkowitą kontrolą Marleya… Żywego Marleja. Płyta zawiera jedne z najlepszych materiałów muzycznych wykonanych przez zespół, jakby chcieli wynagrodzić fanom to, że zabraknie najlepszego z najlepszych. Byli świadomi, że to będzie ich ostatni występ. Mieszanka tematów religijnych i świeckich albumu w treści jest poszukiwaniem duchowości w materialnym świecie. Chociaż argumentuje się, że projekt graficzny albumu rzadko oddaje istotę dzieła w jego wnętrzu, potężny obraz Marleya wyłaniającego się z podniesionymi rękami w geście triumfu nie może być dokładniejszym wizualnym opisem muzycznej wewnętrznej radości. Utwory mają zbliżone do siebie stateczne rytmy, typowe dla reggae, z pewną różnicą-
Al Andersona rolę wiodącej gitary mocniej wyeksponował tworząc doskonałe tło dla tekstów Marleya. Pożegnaniem jest ostatni utwór na płycie- „Redemption Song”, swoiste epitafium. Na żadnej z wcześniejszych płyt nie było tak ostrego kontrastu- pomiędzy grupową kreacją muzyków zespołu i piękną balladą, którą Bob Marley przedstawia „osamotniony”, tylko przy akompaniamencie gitary akustycznej.
„The Redemption Song” była jedną z ostatnich piosenek, które napisał i nagrał Marley. Był ostatnim singlem wydanym przed śmiercią. Była to także ostatnia piosenka, którą wykonał na żywo publicznie, sam na scenie w teatrze Stanleya w Pittsburghu.

 

 

*)  według 

**) według art.: 


Przejdź do części drugiej artykułu >>

Kolejne rozdziały: