Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział trzynasty, część 2)

 

Ten rozdział próbuje wybrać znakomite tytuły płytowe spośród wielu, które zawierają muzykę inspirowaną folklorem Azji, Aryki, Południowej Ameryki… W Europie bardzo rozpoznawalnym jest folklor andaluzyjski, irlandzki czy bałkański. A na jakiej tradycyjnej muzyce opierają się rockowi muzycy Stanów Zjednoczonych? Indian? Zapewne tak, ale czy tylko?

Zacznę od dużo starszej kultury- .indyjskiej. Zestaw czterech krążków CD o tytule „Ravi Shankar: In Celebration” indyjskiego muzyka i kompozytora Raviego Shankara, wydany został w 1996 roku przez Angel Records / Dark Horse Records. To zestaw kompilacyjny obejmujący okres od lat pięćdziesiątych do połowy lat 90., pierwotnie wydawany przez wytwórnie Pacific, HMV, Angel, Apple, Dark Horse i Private Music. Zaprzyjaźniony z Shankarem, George Harrison (jeden z czwórki The Beatles), skompilował i współtworzył zestaw, który został wydany w ramach obchodów 75 urodzin Shankara. Każda z płyt „In Celebration” ma konkretny charakter muzyczny obrazujący konkretny aspekt różnorodnej kariery Shankara. Kompilacja zawiera przykłady pracy Shankara z takimi artystami jak: Yehudi Menuhin, Bud Shank, Jean-Pierre Rampal, Philip Glass, André Previ. Nazwisk ze sceny rockowej nie wymieniłem, bo muzyka Ravi Shankara nie jest sama w sobie rockową, ale była bardzo inspirującą dla wielu rockmanów, na przykład dla: Georga Harrisona i The Beatles („Norwegian Wood”), Donovana, muzyków z grup- The Rolling Stones („Paint it Black”), The Yardbirds („Hearts Full of Soul”), The Kinks („See My Friends”), The Byrds, The Doors, The Velvet Underground, Pink Floyd, The Moody Blues, Soungarden (płyta „King Animal”) I wiele innych zwłaszcza z nurtu psychodelicznego.

Kompilacja „In Celebration” powinna właściwe lokować dorobek Ravi Shankara w działach muzyki klasycznej ewentualne z tradycyjną muzyką regionalną, ale jest inaczej- jego otwartość na inne nurty muzyczne pokierowały jego karierą również tuż obok rocka i popu, Ten zestaw czterech płyt, przedstawia bogaty i różnorodny materiał dokumentujący 38 lat aktywności muzycznej Shankara. Najwcześniejszy utwór pochodzi z 1957 roku, ale większość materiału pochodzi z końca lat 60. do lat 80., czyli z okresu, w którym Shankar był u szczytu swojej popularności wśród młodszych zachodnich słuchaczy. Twórcy „In Celebration” dokonali podziału na cztery odrębne idiomy i kategorie: sitar klasyczny, orkiestrowy i zespoły, współpraca wschód-zachód oraz wokalno-eksperymentalna. Te cztery krążki zapewniają prawie pięć godzin grania z czego prawie jedna piąta była materiałem wcześniej niepublikowanym. Shankar długo był artystą nagrywającym dla EMI, więc Harrison łatwo wypełnił ten zestaw materiałem z magazynów tej wytwórni, a oprócz tego Shankar i Harrison sięgnęli po ścieżki z archiwum wytwórni World Pacific (wczesne nagrania Shankara), a także do własnych taśm hinduskiego artysty.

  • Pierwszy krążek przenosi słuchaczy w świat tradycyjnych rag i utworów w tradycyjnej dla kultury hinduskiej formie. Choć materiał na nim zgromadzony obejmuje cztery dekady aktywności Shankara nie zauważa się różnicy w jakości technicznej pomiędzy nagraniami z lat 50. i 90., a dysk jest czymś w rodzaju „ścieżki edukacyjnej” po muzyce na sitar i tablę (mocno upraszczając). Na tym krążku są duety sitarowo-skrzypcowe z Yehudi Menuhinem, ścieżki z „Sitar Concerto No. 1” z André Previnem i „Morning Love” z Jean-Pierre’em Rampalem; (Harrison i spółka pojawią się dopiero na trzecim CD)
  • Dysk drugi prezentuje Shankara pracującego w ramach klasycznego języka muzycznego Indii we współpracy z większymi składami instrumentalnymi. Płyta ta zaczyna się od wcześniej niewydanej ścieżki „V 71”. Shankar oparł ten utwór na radze Vachaspati. Nagrał go z członkami Music Festival z Indii i flecistą jazzowym Bud Shank. „Jait” to przedsięwzięcie Shankara z 1974, sponsorowane przez Harrisona i nagrane dla jego wytwórni Dark Horse. Na płycie znajduje się również „Sandhya Raga”- utwór zarejestrowany w 1988 podczas koncertu na Kremlu w Moskwie, „Ghanashyam” to kompozycja baletowa lub dla teatru muzycznego, która ma wyrażać refleksję, że muzyka hinduska „stała się synonimem używania narkotyków do zmiany stanu umysłu”
  • Dysk trzeci obejmuje muzyka klasyczną wynikającą ze współpracy z muzykami spoza kultury Indii. Tu są wyselekcjonowane nagrania z Yehudi Menuhinem i Jean-Pierre’em Rampalem. Na płycie znajdują się także utwory z dwóch koncertów sitarowych Shankara- pierwszy nagrany w 1971 r. Z André Previnem i London Symphony Orchestra, drugi z 1982 r. z London Philharmonic i indyjskim dyrygentem Zubinem Mehtą. Wcześniej niepublikowany „Indo-Japan Finale” pochodzi z występu w Japan American Center w Los Angeles, który odbył się w czerwcu 1985 r. w ramach festiwalu Rhythms of the World. Zawiera indyjskie klasyczne utwory zagrane z japońskimi muzykami, takimi jak Johnny Mori i Kazu Matsui.
  • Płyta czwarta zawiera lwią część rocznika z lat 70., zarejestrowaną pod patronatem Harrisona, a także pokazuje Shankara pracującego przy muzyce wokalnej (pojawia się też jego własny wokal, który jest zadziwiająco piękny). Są tu też przykłady jego bardziej eksperymentalnych prac, na przykład „Improvisations” wynik współpracy z Budym Shankiem (amerykańskim saksofonistą jazzowym) dla World Pacific, opisywany jako oryginalny album „East-West concept”. Harrison, Shankar i The Beatles są również dobrze reprezentowani, poprzez włączenie utworu „Oh Bhagawan” (z EP-ki Harrisona „Joi Bangla” autorstwa Shankara, wydanej w sierpniu 1971 roku w Apple Records). „I Am Missing You” pochodzi z Shankar Family & Friends. „Tana Nom” przedstawia sesję z festiwalu Music Festival w Indiach. O „Friar Park”, autorstwa Harrisona, Shankar mówi: „…zaśpiewałem w tradycyjny sposób, ma on nastrój modlitwy” (z „Chants Of India” z 1997 r. Był ostatnim albumem, na którym Ravi Shankar współpracował z George’em Harrisonem). Na płycie znajdują się również przykłady jego współpracy z 1989-90 z amerykańskim kompozytorem minimalistycznym Philipem Glassem („Hej Nath”, z Passages) i pracą Shankara jako twórcy soundtracków filmowych. Ten są reprezentowane przez dwa utwory: „Sanwaréy, Sanwaréy”,i „Pather Panchali”. Ostatnim utworem kompilacji jest „Inside the Kremlin”. Nagranie przedstawia „ekspresję artystycznej jedności”i jest przypomnieniem czym wówczas była Rosja Sowiecka.

Każda kolejna płyta jest odkryciem. Na tyle odmiennym od tego, co było wcześniej, że słuchacz jest ciągle zaintrygowany Az do ostatniej pozycji w kompilacji. Każdy kolejny utwór jest bardziej zachwycający niż poprzedni. Komplet przedstawia Shankara- kompozytora, lidera i instrumentalistę, oferującego bogate brzmienie muzyki, które odróżnia się spośród większości nagrań drugiej połowy XX wieku. Kompilacja od otwarcia „Vandaną” wciąga słuchaczy w spektakl muzyczny, który jest bardzo piękny. Po wydaniu „In Celebration” Paul Verna, z magazynu Billboard, opisał cztero-płytowy zestaw jako „doskonałe wprowadzenie do niezastąpionego artysty”…

 

Hommage A Nusrat Fateh Ali Khan” wydane przez Network Medien w roku 1998. Jest to wydawnictwo dedykowane światowej sławy pakistańskiemu muzykowi i śpiewakowi Nusratowi Fateh Ali Khanowi. Zawiera 14 oryginalnych kompozycji czołowych śpiewaków i ich zespołów z pakistańskiego kręgu kulturowego. Nusrat Fateh Ali Khan ( نصرت فتح على خاں) był uznanym pakistańskim śpiewakiem, wykonawcą qawwali (ekstatycznej muzyki mistyków sufickich). Przyczynił się do rozwoju formy qawwali. Otóż spopularyzował łączenie techniki qawwali ze śpiewem khayal, a polegało to na tym, że na improwizacjach solowych w technice sargam: zamiast słów śpiewa się nazwy nut tworzących melodię, na podobnej zasadzie jak w zachodniej solmizacji. Był otwarty na inne nurty muzyczne, na przykład próbował łączyć muzykę qawwali z zachodnimi stylami, jak techno lub cięższe odmiany rocka.

Ten zestaw nagrań miał swój początek za jego życia, to były tylko plany dużego przedsięwzięcia razem z nim, a skończyło się na hołdzie jemu składanym, bo wcześniej umarł. Network Medien zaprosiła dwunastu czołowych śpiewaków i ich zespoły sufijskie do złożenia hołdu muzycznego Nusratowi Fateh Ali Khanowi. Reakcja była poruszająca- dostarczyli oni 14 oryginalnych kompozycji o doskonałej muzykalności, nagranych w 11 różnych studiach, w 9 różnych miastach azjatyckich, europejskich, afrykańskich i amerykańskich. Wyrażali w ten sposób sympatię i szacunek dla wielkiego śpiewaka i przyjaciela. Dla ich pieśni dobrano teksty wczesnych poetów sufickich i współczesnych pisarzy lub sami wykonawcy je napisali. Opakowany w formę książkową i uzupełniony książeczką o życiu zmarłego Nusrat Fateh Ali Khan zestaw dwu płyt zawiera niesamowicie piękny zbiór muzyki.

  • Pierwszą płytę otwiera niewydany do tej pory występ samego Nusrat Fateh Ali Khana- „Na Ruk Te Hai Aansoo” (Love Has No Destination), później kontynuują występy inni artyści: Sheikh Hamza Shakkur z Syrii i Julien Jalal al-Din Weiss (wykonują klasyczną arabską muzykę bractwa Mawlawi), azerski piosenkarz Alim Qasimov wykonuje żałobnego Maughama (tradycyjna azerska forma muzyczna, charakteryzująca się silnym stopniem improwizacji), Munadjat Yulchieva śpiewa uzbecki wiersz, a senegalski wokalista pop, Cheikh Lo śpiewa zikr (w islamie oznacza rozmyślanie o Allahu). Dwaj wybitni pakistańscy wykonawcy: Abida Parveen i Shafqat Ali Khan na koniec płyty dołączają ze swoimi pieśniami,
  • Druga płyta rozpoczyna się od śpiewu pendżabskiego w wykonaniu trójki- Meher Ali / Mehr & Sher Ali / Sher Ali. W kontynuacji płyty prezentują swoją sztukę: The Mallik Family północnoindyjską dhrupad (styl muzyczny związany z poezją śpiewaną), Alim Qasimov kolejny wiersz, Kamkar z Iranu klasyczne perskie rytmy, Munadjata Yulchievy i duet Salamata Ali Khan’a i Shafqata Ali Chan kolejną uzbecką piosenkę. Ta druga płyta pokazuje jedne z najlepszych przykładów muzyki klasycznej subkontynentu indyjskiego. Płytę zamyka słynny „Mera Piya Ghar Aaya” („Mój kochany powrócił do domu”) autorstwa Asifa Ali Khana.

W dzisiejszych czasach rzadko pojawia się w muzyce taka głębia emocji. Ta kolekcja skupia się na uczuciach miłości i jej utracie, oddaniu i boskości. Ukazuje też mistyczną stronę islamu, czystą miłość do Boga. Ten album dla fanów późnego Nusrat Fateh Ali Khana, to coś, co obudzi wspomnienia o jednym z największych wykonawców qawwali wszechczasów. Ale nie tylko, bo dzięki niemu poznamy także wielu innych znakomitych śpiewaków sufickich i doskonałych muzyków świata muzułmańskiego.

 

Flamenco (*) to zjawisko kulturowe, związane z folklorem andaluzyjskich Cyganów, obejmujące muzykę, śpiew, taniec, strój i zachowania. W 2010 roku flamenco zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Taniec flamenco posiada swe korzenie w dawnych religijnych tańcach orientalnych. […] We flamenco ruchy ciała i gesty wyrażają pewne stany emocjonalne tancerza lub podkreślają znaczenie słów i charakteru melodii, która im towarzyszy. Jest to taniec wykonywany solo, w duecie, grupowo lub składa się z kolejnych „solówek”, wykonywanych przez poszczególnych tancerzy. […] Muzyka wykonywana jest przede wszystkim na gitarze (choć zdarzają się przypadki użycia fletu, skrzypiec, wiolonczeli). Rytm wybiją zarówno tańczący jak i śpiewacy przez: uderzenia dłońmi (klaskanie), pstrykanie palcami, uderzenia otwartymi dłońmi o pudła, na których siedzą śpiewacy (tzw. cajón) i za pomocą kastanietów [vide: „Instrumenty dawnych epok, (suplement)”]” W dawnych czasach gitara w muzyce flamenco była jedynie instrumentem towarzyszącym, ale na początku XX wieku zaczęła pełnić wiodącą rolę instrumentu solowego. Najważniejszym gitarzystą tamtego okresu był Ramón Montoya, który wprowadził elementy gry na gitarze klasycznej. W latach 60. zadanie kontynuował Manolo Sanlucar i właśnie wtedy flamenco osiągnęło szeroką popularność. Nowoczesne flamenco wiele zawdzięcza takiemu wokaliście jak Camarón de la Isla. W wielu nagraniach akompaniował mu gitarzysta Paco de Lucía, oraz jego brat – Ramón de Algeciras, a później inny wspaniały gitarzysta – Tomatito. Paco de Lucia odniósł sukces komercyjny, podobnie jak Lole y Manuel oraz inni, którzy unowocześnili brzmienie flamenco i poszerzyli klasyczny repertuar o nowe pieśni, dla przykładu Enrique Morente i Juan Peña („El Lebrijano”). Powstał ruch muzyczny nazywany „nuevo flamenco”, który wchłaniał elementy rocka, salsy, bluesa i jazzu. Paco de Lucia współpracował z wieloma wspaniałymi muzykami, między innymi z Antonio Fernándezem Díazem (Fosforito). Obaj- Fosforito i Paco de Lucia, w 2001 roku wydali podwójny album „Selección antológica del cante flamenco” (Iris Music).

Paco de Lucia rozszerzyli akompaniującą tradycję gitary flamenco o głęboko osobiste melodyjne wypowiedzi i nowoczesne spojrzenie na ten styl. Współpracował z różnymi- od wokalisty flamenco El Camaron de la Isla po pianistę jazzowego Chickiem Coreą oraz w Guitar Trio, z gitarzystami Johnem McLaughlinem, Larry Coryellem i Al.’em DiMeolą. Jednak de Lucia nie porzucił tradycyjnego flamenco. Jego album z 1980 roku, Interpreta a Manuel de Falla, był hołdem złożonym klasycznemu kompozytorowi i entuzjastom flamenco, a jego album z 1987 roku „Siroco”, był powrotem do czystego flamenco. „Nigdy nie straciłem korzeni w mojej muzyce” powiedział de Lucia podczas wywiadu z końca lat 90., Taką muzykę też przedstawiają Fosforito i Paco de Lucia na płytach „Selección antológica del cante flamenco”. Meloman ma do wysłuchania dużo wspaniałej muzyki flamenco, granej i zaśpiewanej przez dwóch największych propagatorów tego gatunku, Fosforito jest bez wątpienia fantastyczny. Gitarzystę Paco de Lucia nie trzeba przedstawiać ani zachwalać, bo już wcześniej udowodnił swoją wartość. To co zrobił Lucia z legendarnym wokalistą- El Camaron de la Isla, nie jest lepsze od tego czego doświadczamy z płyt „Selección antológica del cante flamenco”. Jest nawet lepiej, bo dźwięk jest doskonały, ma się odczucie występu na żywo. Nagrany dźwięk gitary oddaje bogactwo. Moc i wigor gitarzysty, z efektami akustycznymi, które pozwalają odbierać dokładnie specyfikę poszczególnych strun z uwzględnieniem rezonansu gitarowego drewna w obudowie, a także rezonansu z pomieszczenia. Fosforito jako piosenkarz jest szorstki i ostry, w melizmatach doskonały. Śpiewa ogniście, oddaje całego swojego ducha we wszystkich formach. Omawiany zestaw to konfrontacja dwóch artystów zjednoczonych w orzeźwiającym, rytmicznym i wysoce ekspresyjnym czytaniem flamenco. Jeśli w idealnym flamenco może być zawarta równowaga pomiędzy rytmem i liryzmem, to w ekspresji Fosforito i Paco de Lucia jest niewątpliwie ideał.  Nie można współczesnego flamenco uznawać za rozeznanego bez poznania tej antologii, z uwagi na jej jakość, szczerość i kompetentność wypowiedzi obu wspaniałych muzyków.

 

Pepe Romero jest uznanym za jednego z czołowych wirtuozów gitary flamenco. Mając ponad 50 nagrań na swoim koncie i tysiące koncertów, jego repertuar obejmuje właściwie całą hiszpańską literaturę na gitarę. Jego oszałamiająca technika i ekscytująca brawura zainspirowały wielu kompozytorów, w tym Joaquina Rodrigo, Federica Moreno Torrobę, Lorenzo Palomo i jego ojca Celdonio Romero, do napisania dla niego dużych dzieł. Caldonio Romero, ojciec Pepe, był jego jedynym nauczycielem gry na gitarze. Jedną z płyt, doskonale oddających umiejętności Pepe Romero jest „Flamenco” wydane przez firmę Philips w 1988 roku.

Płyta „Flamenco” z 1987 roku sygnowana przez Pepe Romero przedstawia tradycyjną muzykę andaluzyjską. Występy robią wrażenie, że są prawdziwe- zagrane na żywo. Gitarzysta Romero, nie musi udowadniać swojego wirtuozostwa, ale materiał muzyczny użyty do płyty tego nie ukrywa- brzmienie gitary jest przenikliwe, o mocnym ataku i poparte idealnym wyczuciem rytmu. Do Pepe Romera dołącza trzech wykonawców, również głęboko zakorzenionych w tradycji flamenco: wokalista Chano Lobato i tancerze Maria Magdalena i Paco Romero. Razem zamieniają się kompozycje w spektakle, które prawdopodobnie miały charakter ostateczny- jeden raz zagrane i takie nagrane. Połączenie mocnego, słodkiego głosu Lobato; perkusyjne efekty wykonywane przez dwójkę tancerzy i głębokie przeżywanie muzyki przez gitarzystę odurzają. Ostateczne brzmienie czworga muzyków wymagało nagranego dźwięku na najwyższym poziomie.  Nagrania na wydanym przez firmę Philips krążku w 1987 roku, były czyste, żywe i barwne. Ale nie ma takiego nagrania, którego brzmienia nie można zmienić (poprawić)… Można, dla przykładu używając kodowania K2HD opracowanego przez JVC. Firma Fim jest licencjobiorcą tej technologii (vide art.: „Historia i cechy płyt CD”).

Technologia K2HD pozwala wydobyć z nagrania znacznie więcej informacji niż z CD z lat 80., a na dokładkę upodobnić je do dźwięków z rowków płyty winylowej- bez agresywności i bez nadmiernej dźwięczności. Remaster z 2008 roku dokonany przez Winstona Ma, dla Fim „przestawia” wykonawców bezpośrednio przed słuchacza. „Zaokrągliła” dźwięki wyższe i wzmocniła te, które lokowały się w średnich zakresach częstotliwości. Niebywale zabrzmiała gitara- znacznie pełniej i dynamiczniej, dudnienie desek podłogi było realnie słyszalne w pokoju, w którym płyta była odsłuchiwana. Ten ostatni efekt był szczególnie realistyczny. podczas kadencji „zagranej” przez tancerzy. To nagranie- „Flamenco” Pepe Romero jest uważane przez wielu za najlepsze nagranie tego rodzaju muzyki, niezależnie z którą wersją płytową mamy do czynienia. To prawdziwe flamenco w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu i na najwyższym poziomie. To klasyczne już flamenco!

 

  • Muzyka Stanów Zjednoczonych wsparła się głównie na kulturze europejskiej przeniesionej na teren Ameryki wraz z emigrantami, muzyce niewolników murzyńskich, wywiezionych z Afryki, i muzyce tubylczych plemion indiańskich (chyba w najmniejszym stopniu). Gdy się spojrzy na historię Stanów Zjednoczonych to zauważa się 3 okresy: sprzed 1800 roku, cały wiek XIX i współczesny liczony od 1900 roku. W dwu pierwszych okresach z wymienionych decydujący wpływ na kształtowanie się sztuki amerykanów z północy wywierała muzyka europejska; dopiero w 3. Okresie- w wyniku połączenia elementów muzyki europejskiej z elementami muzyki murzyńskiej i indiańskiej, powstała oryginalna, odrębna stylistycznie muzyka amerykańska. Zagłębić się warto w ten trzeci okres, bo w nim upatruję największy wpływ i na muzykę tzw. wysoką jak i popularną czy jazz. W XX w. nastąpił bujny rozwój życia muzycznego, bo nie dość, że fundacje osób prywatnych wspierały twórczość kompozytorską, to też wprowadzenie muzyki jako przedmiotu nauczania na uniwersytetach miało podwyższyć poziom tego gatunku sztuki. Twórczość G. Gershwina, F. Grofego i L. Bernsteina już była wysoce oryginalna. Później styl neoklasyczny A. Coplanda, R. Harrisa czy W. Pistona, nie mógł zatrzymać innych tendencji- awangardowych. Skrajnością były odkrywcze pomysły brzmieniowe, ujęte w ramy ścisłego porządku dźwiękowego, które zawarł swych dziełach instrumentalnych E. Varese. Od czasu przybycia do Stanów Zjednoczonych B. Bartóka, P. Hindemitha, A. Schönberga, I. Strawinskiego, B. Martinů, K. Weilla i in., wzrosła wśród amerykańskich kompozytorów popularność technik awangardowych. Przyszła II fala awangardy amerykańskiej: L. Harrison, H. Partch oraz J. Cage (twórca utworów na fortepian preparowany, jeden z współtwórców aleatoryzmu, happeningu, muzyki konceptualnej i graficznej). Później zainteresowano się… Stop! Cofnę się jednak o parę dekad, skoro zamierzałem napisać o amerykańskiej muzyce tradycyjnej. Powiedziane już zostało, że zróżnicowanie tradycyjnej muzyki Stanów Zjednoczonych wynika ze współistnienia na terenie Ameryki Północnej różnych kultur muzycznych prócz tubylczych- Inuitów (Eskimosów) i Indian, także kultur ludów Afryki (niewolników sprowadzonych do Ameryki) oraz kultur różnych narodów Europy, zwłaszcza Anglików, Irlandczyków, Francuzów i Hiszpanów. Wzbogacali ją coraz liczniejsi przybysze z Azji. Nowe subkultury, np. w ramach wspólnot religijnych, wytwarzały nowe gatunki- spirituals i pokrewny gospel. Afroamerykanie kanalizowali stres dnia codziennego w wypowiedź artystyczną w postaci bluesa i później jazzu. Społeczność pochodzenia europejskiego nową muzykę rozrywkową wsparła na tradycje ludowej zwłaszcza angielskiej i irlandzkiej. Wytworzyła w ten sposób country and western music, odmiany popu, rocka i tzw. folku. Ogromny wpływ miała też muzyka latynoska- bardzo odmienna i mocno związana z dorobkiem kulturalnym Południowej Ameryki.

Wśród wczesnych dokonań afro-amerykańskich muzyków są arcydzieła, które nie zdobyły takiej popularności jak inne klasyki, na przykład Johna Lee Hookera, B.B.Kinga czy Muddy Watersa. Jednym z nich są nagrania sprzed 1930 roku niewidomego bluesmana Blind Willie Johnsona. Dlaczego akurat jego nagranie zostało wybrane do reprezentowania osiągnięć społeczeństwa z planety Ziemia na spotkanie z ewentualnymi społeczeństwami z dalekiego kosmosu? „Dark Was the Night, Cold Was the Ground”, kompozycja i wykonanie Blind Willie Johnsona, wybrano do ścieżki dźwiękowej „Złotej płyty” umieszczonej w 1977 roku w bezzałogowej sondzie kosmicznej NASA o nazwie Voyager 1. W sierpniu 2012 roku Voyager 1, przekroczyła heliopauzę i znalazła się w przestrzeni międzygwiezdnej.
Blind Willie Johnson, bluesman z Teksasu, jest podziwiany (przez tych nielicznych, którzy o nim pamiętają) zarówno za swój potężny i żarliwy głos, jak i za zdolności gitarzysty. Najczęściej śpiewał szorstkim, basowym głosem z głośnością, dzięki której przekrzykiwał  odgłosy ulic (był śpiewakiem ulicznym i tak zarabiał na życie). Johnson nagrał tylko 30 piosenek w ciągu trzech lat i wiele z nich stało się klasykami bluesa, w tym „Jesus Make up Dying Bed”, „God Do not Never Change” i najłatwiej rozpoznawalny- „Dark Was the Night, Cold Was the Ground” („Ciemna była noc- Zimna była ziemia”). Jego życie było udręką. Jego matka zmarła, gdy był jeszcze dzieckiem. Jego ojciec, który ożenił się ponownie, był często skłócony z macochą Willie’go. Podczas jednej z kłótni  macocha rzuciła ługiem, najwyraźniej chcąc trafić w męża ojca, ale ług uszkodził oczy Williego Johnsona, oślepiając go. Miał wtedy 7 lat. Gdy dorósł, Johnson zaczął zarabiać, grając na gitarze najczęściej na ulicach lub przed kościołami. Z biegiem lat, grał na gitarze bardzo sprawnie, techniką slide tworzył melodie a kciukiem linie basu. Potrafił też znakomicie grać bez suwaka. Johnson nie chciał być bluesmanem, ponieważ był namiętnym wyznawcą Biblii. Zaczął więc śpiewać ewangelię. Występując w Dallas, poznał kobietę o imieniu Angeline i od kiedy się pobrali oboje śpiewali hymny do repertuaru Johnsona. W grudniu 1927 roku, Columbia Records zorganizowało studyjną sesje nagraniową, w której uczestniczył Blind Willie Johnson. Nagrał sześć piosenek, które stały się jednymi z jego najpopularniejszych nagrań: piosenka o Samsonie i Delilah o nazwie „If I Had My Way”, „Mother’s Children Have a Hard” (rozumiany jako „pozbawione matki dzieci”), „Jesus Make up Dying Bed”,” i ta najważniejsza- „Dark Was the Night, Cold Was the Ground”. Tytuł piosenki jest zapożyczony z hymnu, który był popularny w południowo-amerykańskim Południu, napisany przez angielskiego duchownego Thomasa Haweisa w 1792 roku, zaczyna się od słów „Ciemność była nocą, zimna była ziemia / na której leżał mój Pan”. Melancholijna partia gitary, wykonywana techniką slide (prawdopodobnie z użyciem scyzoryka), dająca tło dla nucenia jedynie, robi wrażenie wydobywanego „jęku” (podobny do stylu powszechnego w kościołach baptystycznych, gdzie chór nuci lub śpiewa tę samą partię wokalną, choć z niewielkimi różnicami wśród jej członków). Po tej sesji Johnson nie wrócił do studia.  Druga wizyta w studiach Columbii, po rocznej przerwie, odbyła się w towarzystwie żony Angeliny, która zapewniała chórki. Nagrano cztery piosenki, w tym „I’ll Gonna Run to the City of Refuge” oraz „Lord, I Just Can not Keep From Cryin”. Kilka miesięcy później Willie i Angeline Johnson pojechali do Nowego Orleanu, gdzie nagrano dziesięć następnych utworów dla Columbia Records. W kwietniu 1930, w Atlancie, Johnson ostatni raz nagrywał dla tej wytwórni. Johnson wrócił do występów na ulicach Teksasu w latach trzydziestych i czterdziestych. Dom Johnsonów spłonął. Był rok 1947. Około tygodnia po jego zniszczeniu jeden z największych bluesmanów wszechczasów zapadł na zapalenie płuc i zmarł. Jego ciało znaleziono w popiele swojego byłego domu. Angeline Johnson przeżyła go, podobno pracowała jako pielęgniarka jeszcze w latach 50-tych.
Pozostały nagrania:

Blind Willie Johnson– “Dark Was The Night”, wytwórnia- Columbia/Legacy (1998)

Z bogatych zasobów tradycyjnej muzyki imigrantów europejskich czerpie w „Appalachian Journey” trio basisty i kompozytora Edgara Meyera, skrzypka i kompozytora Marka O’Connora oraz wiolonczelisty Yo-Yo Ma. James Taylor (wokal i gitara) i Alison Krauss (skrzypce) dołączają do trio w dwóch utworach Stephena Fostera. Sony Classical wydało płytę w 2000 roku. Autorzy płyty próbują łączyć klasyczne zabarwienie z muzyką pop pod wpływem struktur amerykańskiej tradycji muzycznej. Trio poszło o krok dalej niż Aaron Copland w swojej popularnej kompozycji „Appalachian Spring” (balet, zaaranżowany dla trzynastoosobowej orkiestry kameralnej, powstał na zamówienie choreografki i tancerki Marthy Graham w latach 40.)

„Appalachian Journey” łączy melodyczne dziedzictwo bluegrass, celtycką muzykę ludową i amerykańskich pop z dyscypliną strukturalną i technicznymi wymogami przypisywanymi klasycznej muzyce kameralnej, Płyta sprawia, że ​​granice między muzyką klasyczną i popularną stają się zatarte, albo inaczej ujmując- przekroczone. Album osiągnął nr 1 na liście  Classical Albums magazynu Billboard i zdobył nagrodę Grammy dla najlepszego klasycznego albumu Crossover. Nie dziwią te zaszczyty, bo album brzmi świetnie i oferuje melomanom coś rzeczywiście świeżego i frapującego.

 

Żaden zespół nie posiada większych zasług w popularyzacji muzyki irlandzkiej co The Chieftains. Działa od lat 60. Chętnie współpracowali z wieloma muzykami niezależnie od ich preferencji stylistycznych. Jednak to Irlandczycy z krwi i kości, a więc gdy dochodzi do współpracy z innym muzykiem tej samej narodowości, muzykiem o najlepszych referencjach to musi powstać coś niebanalnego, żeby ująć efekt skromnie. Na przełomie lat 1987 i 1988, w Windmill Lane Studios w Dublinie, doszło do wspólnych sesji nagraniowych Vana Morrisona z The Chieftains. Przyniosły one materiał dla płyty „Irish Heartbeat” (Mercury Records). Paddy Moloney (dudy) relacjonuje: „Myślę, że w tym czasie Van szukał swoich irlandzkich korzeni. To był ten człowiek bluesa, rock’n’rolla, jazzu i co ważniejsze duszy, wracający do swojej irlandzkiej atmosfery z The Chieftains i muzyki, którą graliśmy od tylu lat. Muzycznie mieliśmy się spotkać w połowie drogi”.

Biografia The Chieftains Johna Glatta opowiada o pochodzeniu tego albumu: „Derek Bell (harfa) był mistykiem. Wierzył w moc muzyki, aby przeciwdziałać złu, studiował różne religie i filozofie. Van Morrison (znany ze sławy „Brown Eyed Girl”, i wiele innych) był na swojej osobistej pielgrzymce po inspiracje. Poprosił Dereka o radę. Van „starał się pogodzić celtyckie korzenie z jego unikalną wizją muzyki bluesowej i soulowej”. Dlatego zadzwonił do lidera Chieftains, Paddy’ego Moloneya. Był rok 1987. Podczas lunchu dyskutowali o możliwościach wspólnego nagrywania. Wybrano siedem irlandzkich tradycyjnych kawałków, szkocką piosenkę i kilka oryginalnych kompozycji Morrisona. Paddy Moloney wyprodukowałby muzykę z Morrisonem, a The Chieftains przywieźliby kilku gości (basistę z Clannad Ciaran’a O Braonian’a i wokalistów Mary Black, Maurę O’Connell i June Boyce). Zarówno Morrison, jak i Chieftains byli zadowoleni z sesji. Po wysłuchaniu taśm Van zadzwonił do Moloneya i powiedział: „Świetne utwory, Paddy. Cudowne utwory. Wspaniale. To zadziała!” Po tym, jak album został ostro skrytykowany przez purystów, Derek Bell powiedział: „To klasyk. W pewnym sensie, z punktu widzenia purystów, jest to groteskowe, mówiąc wprost w nienajlepszym gatunku. Niektórzy krytycy sądzą, że współpraca w ogóle się skończyła.” Mimo wszystko Derek Bell uwielbiał ten album. „Irish Heartbeat”, który utrzymywał się na niektórych playlistach przez 18 lat, a mimo to wywoływał dreszcze u ortodoksyjnie myślących krytykach. To tak udany album, że nie jeden utwór z niego został użyty do kolekcji „Essential Chieftains” (Sony/BMG 2006). Powód takiego stanu rzeczy jest prosty: „Irish Heartbeat” jest genialny- każda kompozycja przenosi słuchacza na zielone irlandzkie pola, do mgły, do słońca i deszczu, do ciepła i zimna. Ta muzyka to obraz Irlandii. Styl Morrisona i The Chieftains łączą się w coś, co nie jest tradycyjną irlandzką muzyką w czystym stylu The Chieftains; nie jest też soulem czy bluesem Morrisona. To coś innego, coś nowego, ale nadal doskonale irlandzkiego. Użycie skrzypiec, bodhránu (irlandzki bęben obręczowy), harfy, a nawet gitary tworzy brzmienie całkiem tradycyjnie, dopóki Morrison nie zaczyna śpiewać- muzyka staje się całkowicie współczesna. A jednak też oddaje hołd przeszłości. Jest ponadczasowy? Chyba tak…

Od czasu „Irish Heartbeat”, z udziałem Vana Morrisona, w 1988 roku członkowie Chieftains wzbogacali aranże zapraszając artystów na swoje sesje, co gwarantowało, że każdy nowy ich album będzie traktowany jako wydarzenie. Dotychczas wydali ponad 40 płyt, otrzymali sześć nagród Grammy i uchodzą za prekursorów world music. W wiek XXI zespół wkroczył albumem „Water From The Well” (RCA Victor, nr kat. 09026-63637-2). Premiera nie przypadkowo zbiegła się z dniem św. Patryka – dzieło zawiera 17 tradycyjnych utworów irlandzkich, pochodzących z różnych rejonów ich kraju.

Kto trafniej zrecenzuje tę płytę ja nie sami Irlandczycy?  relacjonuje to wydarzenie w te słowa: „Pierwsze nagranie milenijne The Chieftains jest odświeżającym powrotem do rygorystycznie odtwarzanej hard-core’owej tradycyjnej muzyki od ich powstania zespołu w 1962 roku. Tym razem goście zespołu nie są gwiazdami popu jak Mick Jagger, Sting i Natalie Merchant, ale inni tradycyjni muzycy Séamus Begley [wokalista] i Peter Horan [flecista]. „Water From the Well” to muzyczny przewodnik po Irlandii, pozbawiony wszelkich atrakcji turystycznych. The Chieftains wsiąkli i nagrywali muzykę tam, gdzie ją znaleziono, w takich miejscach jak Ennistymon, Westport, Ballyfin, Ardara, Dingle i Glenariffe.
Żywa muzyka jest, co nie dziwi, najbardziej ekscytująca. Przesłuchanie The Chieftains z czterema członkami słynnego Kilfenora Céilí Band, w tym ze skrzypkiem Tommym Peoplesem, w sali parafialnej w Kilfenora, hrabstwo Clare, budzi prawdziwy dreszczyk emocji. Przemieszczając się przez środek kraju do Sheeran’s Pub w Coolrain Co. Laois, zespół łączy siły z akordeonistą Davem Munnelly’em i Ballyfin Set Dancers, przygotowując zestaw polek. Mieszanka „Freda Finna / Castle Kelly / The Red-Haired Lass” kołysze, bo Chieftains grają z Garym Hastingsiem i Peterem Horanem na fletach, Corą Smyth na skrzypcach, Laoise Kelly na harfie i Noelem O’Grady na bouzouki, tworzy naprawdę inspirującą muzykę na żywo w Westport, Co. Mayo, pubie należącym do flecisty zespołu, Matt’a Molloy’a. Innym instrumentalnym utworem do rozkoszowania się jest „The Donegal Set” łączący tradycyjne talenty Chieftain’sów i grupy Altan. Nagrany w Ardara, z Mairéad Ní Mhaonaigh [skrzypce] i Dermotem Byrne’m [akordeon] z Altan, utwór trzeszczy energią, szczególnie podczas fragmentu z z pasażami skrzypcowymi. Trzy z pięciu piosenek z płyty są śpiewane przez Kevina Conneffa, którego zręczny wokal „May Morning Dew” rezonuje z akustyką Hollywood Heritage Centre w Wicklow. Pozostałe dwa utwory „An Poc Ar Buile” i „Casadh An túú áin” są śpiewane odpowiednio przez trzech wokalistów Kerry (Séamus Begley, Dáithí Ó Sé, Laurence Courtney) i głównego wokalisty Danú, Ciarána Ó Gealbháina, z Waterford Gaeltacht. Dodanie tych innych mistrzów muzyki tradycyjnej jest tylko zewnętrznym tonikiem, aby „Water From the Well” był jednym z najbardziej przyjemnych albumów The Chieftains w ostatnich latach. „Nie tęsknisz za wodą, dopóki twoje studnie nie wyschną” – mówi stary Appalachianin. Zespół doskonale sprawdza się w tym znakomitym, tradycyjnym nagraniu, z którego można czerpać wiele ciekawych rzeczy.

 

 

*) według 


Powrót do części pierwszej artykułu >>

Kolejne rozdziały: