Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział trzeci)

 

Po rozpadzie grupy The Cream szukano następców, a po śmierci Jimmy’ego Hendrixa szukano następcy… Nie znaleziono, bo w sztuce nie ma takiej możliwości by wielkiego artystę można by podrobić i uznać to coś za równie wspaniałe. Ale inni ciekawi wykonawcy się pojawili i o poszukiwaniach zastępców szybko zapomniano.

Czterech muzyków- Jimmy Page (gitary),  Robert Plant (śpiew, harmonijka), John Bonham (perkusja) i John Paul Jones (gitara basowa, organy Hammonda) z zespołu Led Zeppelin.

Już pierwszą swoją płytą zapowiadał wielkie emocje związane w wydaniem każdego następnego albumu, a było ich osiem do śmierci perkusisty Johny Bonhama w 1980 roku. Początkowo zespół miał złą prasę, nawet po wydaniu pierwszej płyty, przecież fantastycznej… Dziś nikt już nie wie dlaczego tak dziennikarze ich traktowali. John Paul Jones się skarżył: „Mieliśmy wtedy słabe notowania. Z jakiegoś powodu nikt nas nie chciał nawet znać. Pojechaliśmy do Stanów i tam przeczytaliśmy recenzję naszego pierwszego albumu w Rolling Stone, że jesteśmy kolejną brytyjską grupą wokół której robi się tylko niepotrzebny szum. Nie mogliśmy w to uwierzyć. W naszej naiwności sądziliśmy, że nagraliśmy dobry album, po czym obrzucono nas błotem. Dlatego potem byliśmy ostrożni jeśli chodzi o prasę, staraliśmy się jej unikać, zresztą ze wzajemnością. Udało się nam tylko dlatego, że zagraliśmy masę koncertów i zdobyliśmy reputację dobrego zespołu grającego na żywo”.
Album „Led Zeppelin” został nagrany w 36 godzin październikowych w 1968, w Olympic Studios w Londynie i kształtował styl jako fuzję zarówno bluesa jak i rocka. To jeden z paru zespołów dających podwaliny pod styl hard rock, jednocząc kontrkulturę młodzieży po obu stronach Atlantyku. Gdy album odniósł sukces komercyjny krytycy zaczęli zespół przedstawiać w bardziej korzystnym świetle. W 2003 roku została sklasyfikowana na miejscu 29. na liście 500 najlepszych albumów wszech czasów magazynu Rolling Stone. W 2004 roku album został wprowadzony do Grammy Hall of Fame. Na płycie utwory- „Good Times Bad Times”, „Dazed and Confused” i „Communication Breakdown” o ciężkim rockowym brzmieniu, były przeplatane balladami z gitara akustyczną w roli głównej jak „Black Mountain Side” (podobny utwór do tradycyjnej pieśni ludowej „Black Water Side”) lub kombinacją brzmień delikatnych z brutalnymi jak w  „Babe I’m Gonna Leave You”. Rozbudowany psychodeliczny „Dazed and Confused”, rozpoczyna powolny pochód basu ze zniekształconą linią gitarową, wraz z pierwszymi uderzeniami w perkusję przeradza się w twardą rokową kompozycje do momentu dialogu linii wokalnej z gitarową zaaranżowanej w konwencji psychodelicznej przeradzającej się w szybki i agresywny długi epilog. Na płycie znajdziemy też bluesowy standard „You Shook Me” Willie Dixona, z partią organową graną przez Johna Paul Jonesa, idealnie wpasowujący się w estetykę płyty. Następna płyta „Led Zeppelin II” robiła jeszcze większe wrażenie na słuchaczach, bo już na wstępie pojawia się znakomity riff gitarowy z „Whole Lotta Love”. Album był wyraźnie logicznym następstwem debiutu. Charakteryzował się ciężkim i bezpośrednim brzmieniem, które było naśladowane przez wiele grup- kontynuatorów. Tym razem nie było akustycznych ballad, poza może jedną „Ramble On” Roberta Planta, która też przemieniała się w szybkiego rocka w trakcie jej trwania. Krytycy już ten styl nie nazywają „hard rockiem” lecz „heavy metalem”. We wrześniu 1970 Led Zeppelin został uznany przez czytelników Melody Maker za najpopularniejszą grupę, detronizując The Beatles. Konkurenci- The Cream zniknęła w 1968, Blind Faith z Claptonem i Bakerem zakończył działalność rok później, w 1970 zmarł Jimi Hendrix, po Rolling Stonesach nie można było się spodziewać niczego innego niż następnej dobrej płyty, w każdym razie nie mogli zaskoczyć. Na rynku muzycznym powstała próżnia jaką mógł wypełnić jedynie Led Zeppelin lub…

 

Melodyjny blues rock wyróżniał Free spośród innych grup przełomu lat 60. I 70.  Alexis Korner nazywał ich ”ostatnią wpływową grupą, jaka się pojawiła w Wielkiej Brytanii w latach sześćdziesiątych”, Al Kooper obwołał ich ”największym, kiedykolwiek tworzącym zespołem”. Obie opinie mocno przesadzone, ale rzeczywiście można było ten zespół podziwiać, a i obecnie nie stracił nic ze swej siły przekonywania do muzyki rockowej. Ich przemyślane do najmniejszego szczegółu aranże, gitarowe jędrne riffy Paula Kossoffa, niebanalna gra basisty Andy Frasera, spowalniające albo tonujące agresję,  nie narzucające się uderzenia w perkusję Simona Kirke’a, i bardzo emocjonalny śpiew wokalisty Paula Rodgersa, robią wrażenie nadal aktualnych… Ich muzyka się nie zestarzała, czas działa na ich korzyść.

Longplay „Fire and Water” (z 1970 roku) w porównaniu z dwoma poprzednimi krążkami- „Tons of Sobs” i “Free”, był przełomowym bo zawierał wielki przebój „All Right Now”. Podwójne uderzenia stopą w wielki bęben przedzielane pojedynczym w werbel wraz z riffem gitary tworzy podstawowy temat kompozycji, który nie jest skomplikowany ale bardzo chwytliwy. Temat główny jest powtarzany wielokrotnie. Wokalista na jego podstawie tworzy linie melodyczne urozmaicane soulowymi ubarwieniami. Album otwiera tytułowy „Fire and Water”. Mocny riff podawany w rytmie synkopowanym jest podstawą ciekawej kompozycji typowo hard rockowej. Kossoff gra brudnymi dźwiękami o chrapliwej barwie. Bas powiela uderzenia perkusisty, co wzmacnia przekaz. W balladzie „Oh I Wept” przytłacza nastrój rezygnacji lub depresji w intymnym przekazie wokalnym Paula Rodgersa. Instrumentacja jest oszczędna i wyciszona. W „Remember”, również utworze balladowym, gitara Kossoffa z basem i perkusją brzmią niczym spowolniony rock z południa Stanów Zjednoczonych. Przepiękny „Heavy Load” kojący po ekspresyjnie mocnych melodiach, w nastroju poetycki, może melancholijny. „Mr. Big” to popis basisty Frasera, jeden z wielkich klasyków rockowych. Wraz z „Don’t Say You Love Me” znów zespół tonuje emocje, które mogły się pojawić  po wysłuchaniu fantastycznego sola basu z poprzedniego utworu. Album zamyka wielki finał- sławny „All Right Now”, kompozycja z którą Free będzie zawsze kojarzone. Wrócę do wypowiedzi Alexisa Kornera, „ojca” brytyjskiego bluesa, który wspominał w 1981 roku grupę Free tak: ”…zawsze zakładałem, że jeśli zespół jest dobry i ma trochę szczęścia, przebije się bez względu na wszystko. Free zaś byli bardzo dobrym zespołem!.”

 

Pozostańmy przez czas jakiś na wyspach brytyjskich. Równie popularnym zespołem co Led Zeppelin był Deep Purple. Pierwsze ich płyty z wokalistą Ian Gillan zaliczono do klasyki rocka. Mogą się podobać, choć nie sądzę, że w takim stopniu jak to było wtedy gdy heavy metal jako styl się dopiero rodził.

Kiedyś płyty „In Rock” i „Fireball” szokowały sprawnością instrumentalistów, którzy potrafili grać z szybkością bolidu formuły pierwszej. Kompozycje proste, ale łatwo „wpadające w ucho”, były w przypadku dłuższych najczęściej niespójne. Gitarzysta Ritchie Blackmore i organista Jon Lord nie wykazywali się nadmiarem fantazji czy kreatywności. Najczęściej ich sola powielały pomysły już wcześniej wykorzystywane. Wokalista również nadużywa nie interpretacyjne, dla niego charakterystyczne, wydłużane piskliwe wrzaski. Gdybym miał podsumować w cztery słowa to napisałbym- „kupa zgiełku i pustki emocjonalnej”. Te gorzkie słowa odnoszą się przede wszystkim do płyty „In Rock” bo w „Fireball” kompozycje nie są tak bezsensownie rozbudowane, a i riffy ciekawsze. Czemu omawiam płyty, których nie cenię? Hmmm… Bo kiedyś ceniłem bardzo wysoko, bo kiedyś lubiłem, bo kiedyś byłem mniej krytyczny dla rockowych dokonań (może „dokonań”?). Zresztą czytając opinie innych melomanów można odnieść wrażenie, że i dziś znajdzie się wielu, którzy ocenią oba albumy bardzo wysoko. Jest jeszcze jeden powód, że wciągam płytę „In Rock” na listę rekomendowanych- utwór „Child In Time”. Linia melodyczna tej ballady (protest przeciwko prowadzeniu wojny w Indochinach), oparta została o znakomitą kompozycję grupy It’s a Beautiful Day o tytule „Bombay Calling”. Deep Purple zagrało piosenkę wolniej i z użyciem typowego rockowego instrumentarium, rozbudowując ją do 10 minutowej suity, której nie można odmówić dramatyzmu, choć odnoszę wrażenie, że ocierającej się o kitsch. Głównym winowajcą moich podejrzeń o kiczowatość  jest przekaz Iana Gillana, który posuwa się do nadinterpretacji treści, z przesadną emocjonalnością (jak aktor w niemym kinie, który chce pokazać rozpacz lub ból). Ritchie Blackmore całkiem logicznie buduje swoją partię aż do atrakcyjnej (na pełnych obrotach) gry solo, tymczasem Lord opierając swoją muzyczną wypowiedź na trzech akordach nie dąży do nieuzasadnionych szaleństw jakimi nas raczy w innych utworach tego zbioru nagrań. „Child In Time”, mimo że nie mogę zaliczyć do arcydzieł, daje dobre wyobrażenie o tym co kilkadziesiąt lat wstecz mogło być przebojem.

 

Steamhammer był jednym z zespołów, w których widziano kontynuatorów stylu The Cream. I może sprawdziłyby się przypuszczenia gdyby perturbacje personalne nie wywołały zakończenia działalności artystycznej, tuż po wydaniu czwartej płyty. Blues rockowy Steamhammer rozpoczął działalność artystyczną na przełomie lat 1968 i 1969.

W ciągu jednego 1969 roku wydał dwie płyty „Steamhammer” i „Mk II”, które znacznie się różnią, bo tuż przed nagraniem drugiego longplaya zdecydowali się opuścić grupę perkusista Michael Rushton i gitarzysta Martin Quittenton. Nowym perkusistą został Mick Bradley. Zamiast nowego gitarzysty przyjęto saksofonistę Steve’a Jolliffe’a (późniejszego członka Tangerine Dream). Teraz zespół nie ogranicza się do stylistyki bluesowej lecz przyswaja doświadczenia psychodeliczne i dokonania na polu ballady. Wprowadza też do kompozycji elementy jazzowe.
„Mk II” staje się bardzo zróżnicowanym albumem z saksofonowymi partiami Jolliffe’a, lub klawesynowym akompaniamentem na tle hipnotycznego basu. Akustyczne ballady pełnią rolę atrakcyjnych krótkich przerywników- to akustyczne, instrumentalne miniaturki. „Contemporary Chick Con Song” jest jedynym utworem blues rockowym tego albumu, ze świetnymi solówkami granymi przez saksofonistę i gitarzystę. W 15. minutowym „Another Travelling Tune” grupa popisuje się rasowym hard rockowym graniem, opartym o gitarowy dialog, który w dalszej fazie zanika by dać czas na popisy saksofonowe. Instrumentalny fragment utworu staje się wyraźną mieszanką stylu jazzowego, folku i psychodelii. „Mk II” dawał nadzieję na dalszy rozwój zespołu, również i na to, że będzie wyznaczał rockowej stylistyce nowe drogi… Nie stało się tak, o czym wcześniej wspomniałem, jednak Steamhammer pozostawił po sobie prawdziwe rockowe perły, które nie pozwoliły „zestarzeć się” ich muzyce.

 

Od hard rocka do art rocka jest tylko mały krok, a czasami te granice bardzo się zacierały. Tak właśnie było z nagraniami grupy Family, w których oba gatunki rocka się splatały.  Family często postrzegana jest jako niesłusznie zapomniana sława. Jeśli porównać ich twórczość z innymi zespołami z tego samego okresu to zostałaby opisana jako niszowa, której artyzm nie zniżał się do poziomu przeciętnego słuchacza listy przebojów, choć mieli i takie utwory, w których można rozpoznać materiał o dużym potencjale. Przy sprzyjających warunkach zapewne mogłyby zawojować więcej niż to im było dane, bo i melodyjne były w wyrafinowany sposób, i zaaranżowane ciekawie. Naprawdę znaczący dla ich kariery przebój pojawił się późno, bo przy szóstej płycie o tytule- „Bandstand” (z 1973 roku), która była przedostatnią w ich katalogu.

Dwa tytuły, wydane trzy i cztery lata wcześniej, chciałbym wyróżnić- „Family Entertainment” (Reprise, 1969) i „A Song for Me” (Reprise, 1970).

„Family Entertainment” wykorzystuje wszystkie talenty muzyków grupy: Roger Chapman gra na harmonijce, saksofonie tenorowym i śpiewa, Rick Grech na skrzypcach, wiolonczeli i gitarze basowej również śpiewa, Rob Townsend na perkusji, John „Charlie” Whitney na gitarach gitara i klawiszowych instrumentach i Jim King na harmonijce, instrumentach klawiszowych i saksofonach. Obok mocnych hard rockowych kompozycji ze skłonnościami psychodelicznymi pojawia się sporo materiału wykorzystującego instrumenty akustyczne (sekcje smyczków i wiolonczel) np. w  „Summer ’67”, w zgrabnie wplecionych arabskich melodiach. Piękna ballada „How Hi-the-Li” jest melorecytowana na tle linii melodycznej tworzonej przez organy, wspierane wyraźnym rytmem nadawanym hi-hat’em perkusji. Pozostali muzycy skromnie wtórują (wyróżnię cudowny  śpiew skrzypiec w tle). Tempo jest zmienne od wolnego do narastająco dużego i spowalniane dla zaakcentowania czasu na refleksje. Nie wszystkie utwory są ciekawe melodycznie- najchętniej pomijałbym kompozycje Ricka Grecha (fantastyczny instrumentalista, kiepski kompozytor i kiepski wokalista). Roger Chapman, jego rozwibrowany ostry śpiew, nadaje ton, wyznacza spektrum stylów po jakie zdolni są sięgać jako zespół.
Zmiany personalne wewnątrz zespołu mają oczywiście wpływ na styl przez muzyków preferowany, na aranże też, ale generalnej drogi artystycznej nie zmieniają, czego dowodem jest następny album- „A Song For Me”, zrealizowany w składzie- Roger Chapman (śpiew , instrumenty perkusyjne), John „Charlie” Whitney (gitary, banjo), John Weider  (gitary, bas, skrzypce), John „Poli” Palmer  (wibrafon, fortepian, flet) i Robert Townsend (perkusja, harfa). Zaczyna się szybko, agresywnie i ekspresyjnie. „Drowned in Wine” to świetny hard rockowy wstęp, który jest równoważony niebanalną balladą, śpiewaną łagodniej, przy akompaniamencie jedynie gitary akustycznej i fletu. Powrót do ostrego rocka ze zwariowanym tempem, następuje wraz z „Love is a Sleeper”. Słowa są na przemian wykrzykiwane przez Chapmana bez opieki ze strony melodii, ale powraca do niej co parę wersów… I bardzo dobrze, bo melodia jest po prostu ładna, w najlepszym znaczeniu tego słowa. „Stop for the Traffic (Through the Heart of Me)”… Hmmm, może pozostawię ten utwór bez komentarza? To tylko 4 min, po których słucha się znów z zaciekawieniem, bogaty w harmonie i ciekawie zaaranżowany “ Wheels”. W „Song for Sinking Lovers” pojawia się banjo jako główny, obok skrzypiec, akompaniujący instrument, to dość błahy utwór o zmiennym tempie od balladowego do szybkiego rocka. Fantastyczny Chapman w „Hey – Let It Rock”, na tle wibrafonu rozwija swingujący temat- wytchnienie po rockowych piosenkach. Powraca jednak zespół do szybkich utworów od boogie do czystego hard rocka, również  z niepotrzebnym bałaganiarskim jam’em, czym zwiastuje zbliżający się koniec płyty. Oba albumy: “Family Entertainment” i „A Song for Me” zasługują na miano klasyków rocka, choć zdarzają się utwory niepotrzebnie opublikowane, obok przemyślanych i bogatych w wyrafinowane linie melodyczne. Jest jeszcze coś co wyróżnia Family na tle konkurencji- głos człowieka legendy, Rogera (Chappo) Chapmana z charakterystycznym vibratem, głosem ostrym w rockowych kompozycjach i matowym w balladach.

 

Ozzy Osbourne (Black sabbath), nazwał go czwartym najlepszym wokalistą wszech czasów, zaś Clem Burke z zespołu Blondie lokował go go na szesnastej pozycji pośród najlepszych wokalistów i najlepszym rockowym. Paul Stanley z grupy KISS powiedział: „Miał świetny głos… Był niewiarygodny”. Steve Perry (Aerosmith) mówił, że Marriott był jednym z jego ulubionych wokalistów… O nim- Stephenie Peterze Marriott’cie mowa. Nie wiecie kto to? A znacie wokalistę i gitarzystę Steve Marriotta ze Small Faces, a później Humble PIe?
Small Faces to brytyjska grupa rockowa założona w 1965 roku przez Steve’a Marriotta (wokalista, gitarzysta), Ronniego Lane’a (gitarzysta basowy, wokalista), Kenny’ego Jonesa (perkusista) i Jimmy’ego Winstona (instrumenty klawiszowe, gitarzysta). Byli ikoną ruchu mods, mieli wpływ na rozwój nurtu brit-pop trzydzieści lat później. Trzecią ich płytą była „Ogdens’ Nut Gone Flake” (Immediate 1968), która była tzw. concept albumem, który szybko powędrował na szczyt najlepiej sprzedających się albumów.

Strona A albumu jest mieszanką ciężkiego rocka ( „Song of a Baker”) i rocka psychodelicznego „Rene” i „Lazy Sunday” (druga pozycja na liście przebojów UK wśród singli). Pozostałe utwory nie wróżyły płycie dłuższego pobytu na liście najlepiej sprzedających się longplay’ów.

Strona B to bajka o chłopcu zwanym Happiness Stan, opowiedzianej bełkotliwym językiem używanym przez komika Stanley Unwina (jest narratorem). Bajka o dążeniu do znalezienia brakującej połowy księżyca. Po drodze ratuje muchy od głodu, a one odwdzięczają się informacjami, kto może odpowiedzieć na pytanie z którym ruszył w drogę. Magiczna moc powoduje, że mucha rośnie do gigantycznych rozmiarów. Siedząc na niej Stan odbywa psychodeliczną podróż do jaskini Mad John the Hermit’a, który wyjaśnia, że zniknięcie księżyca było tylko tymczasowe, bo Stan tak mocno zaangażował się w odkrycie drugiej jego połowy, że Księżyc stał się od tego pełny ponownie. Historia kończy się wesołą piosenkę o sensie życia.
W 2000 roku magazyn Q umieścił „Nut Ogdens’” pod numerem 59 na swojej liście 100 najlepszych brytyjskich albumów jakie kiedykolwiek wydano. Płyta została wyróżniona w księdze „1001 albumów, które musisz usłyszeć przed śmiercią”, a zwykle bardzo krytyczny Rolling Stone dał albumowi pozytywną opinię. Mnie się podobają tylko dwie piosenki- „Afterglow of Your Love” oraz „Lazy Sunday” i takie jest moje zdanie na temat tego albumu… Pomimo sukcesów Small Faces, Mariot postanowił założyć nową grupę, w której będzie miał więcej swobody twórczej niż w nastawionym na komercyjny charakter produkcji poprzednim zespole. Był tym zespołem znakomity Humble Pie, ale to już historia, którą opiszę w innym rozdziale.

 


Kolejne rozdziały:

                 

Dodaj komentarz