Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział piętnasty)

Epoka psychodelii, folku, hard-rocka, jazz-rocka musiała ustąpić pod naporem punku, nowej fali, electro-pop’u, awangardowej electronic music, nadchodziły lata 80. i późniejsze.

David Bowie miał umiejętność dostrzegania nadchodzących trendów muzycznych i je albo uprzedzał, albo się szybko przystosowywał. Niektórzy krytycy nazywali go kameleonem rocka. W późnych latach 60. był mod’em, później wszechstronnym artystą muzyki pop, następnie hipisowskim piosenkarzem i autorem piosenek, a na początku 70. lat redefiniował glam rocka z jego niejednoznacznie seksowną postacią Ziggy Stardust. Wtedy Bowie stał się międzynarodową gwiazdą. Potem przeniósł się do Berlina, gdzie nagrał trzy eksperymentalne elektroniczne albumy z Brianem Eno. U progu lat 80. świetnym albumem „Let’s Dance”, Bowie wzniósł się na szczyt sil twórczych. Do końca swych dni Bowie był jednym z najbardziej wpływowych muzyków w świecie rocka.
The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” (znany również jako The Rise and Fall of Ziggy Stardust lub po prostu jako Ziggy Stardust) z 1972 roku, jest glam-rockowym albumem opowiadającym historię kosmity Ziggy’ego Stardusta, który przybywa na Ziemię ze swoją grupą i staje się gwiazdą rocka. Jak w tytule płyty- przeżywa on swój wzlot i upadek artystyczny.

Płyta zbudowana jako koncept album o kosmicznym gwiazdorze o nazwie Ziggy Stardust, sugestywnie opowiada o dekadenckiej, rozpadającej się przyszłości, a muzyka obrazuje apokaliptyczny strach. Ścieżki to mieszanka hard-rockowych riffów, melodramatycznych melodii i stylu przywołującego na myśl glam-rocka. Piosenki są bardzo dobre- melodyjne w „ostrym sosie”. „Ziggy Stardust” został słusznie uznany za jeden z najlepszych albumów w historii, a zdobył ten status z wielu powodów, między innym dlatego, że skład zespołu był znakomity i potrafił koncepcję Bowiego muzycznie wesprzeć. W oszczędnym stylu David Bowie zdołał uchwycić w tekstach i muzyce nastrój epoki, okres przemian i wielu form protestów społecznych, niezależnie od tego co było ich celem. Niejako przy okazji przedstawia autodestruktywną naturę gwiazdorstwa, bariery społeczeństwa gdy natyka się na kogoś kto nie jest heteroseksualny. „Ziggy Stardust” jest porywający i pulsujący energią.
David „Ziggy Stardust” Bowie, ze względu na swoją niezwykłą artystyczną wizję (i talent muzyczny oczywiście też), był jednym z liderów nurtu glam-rockowego, wraz z Eltonem Johnem, Alice Cooperem, Markiem Bolanem i innymi nieco mniejszymi gwiazdami. Prawie nikt z tego glamowego tłumu nie zdołał przetrwać muzycznej rewolucji połowy lat siedemdziesiątych, niektórzy się dostosowali do nowych wartości produkcyjnych, niektórzy mieli sporadyczne przeboje, a niektórzy nadal robili dobrą muzykę- np. Elton John, ale Bowie był chyba jedynym, który nie stał się dinozaurem rock’n’rolla. W 1976 roku nagrał „Low” w trzech studiach- Cherokee Studios (Los Angeles), Studio Château d’Hérouville (Hérouville, Francja) i Hansa Studio by the Wall (Berlin Zachodni, Niemcy). Obok Bowiego w nagraniach mieli znaczący udział- producent Tony Visconti, Brian Eno na instrumentach klawiszowych, Carlos Alomar na gitarze rytmicznej, Roy Young na klawiszach, George Murray na basie, Dennis Davis na perkusji oraz Ricky Gardiner na gitarze prowadzącej; Bowie grał na gitarach, saksofonach i wielu innych instrumentach, choć jego rola jako muzyka była trzeciorzędna w porównaniu do pisania piosenek i śpiewania.

„Low” jest oceniany jako pierwszy i najlepszy przedstawiciel The Berlin Trilogy, z „Heroes” postrzeganym jako łatwiejszy i „Lodger” jako nieco mniej eksperymentalne dzieło. Płyta ma „dwie twarze”- na pierwszej stronie longplaya jest siedem krótkich, ostrych i z łatwo rozpoznawalnymi rytmami utworów gdzie głos Bowiego się pojawia, a na drugiej dłuższe, instrumentalne, refleksyjne kompozycje. Na obu stronach LP przewodzą dysonansowe syntezatory i inne elektroniczne instrumenty, W utworach krótszych- agresywnych, gitary są drapieżne, a syntezatory groźnie impulsywne, wokal Bowie’go jest aż do przesady dubbingowany. Instrumentalna część jest bardzo chłodna z prowadzącymi instrumentami elektronicznymi. Tu wpływ Eno jest wyraźny. Bowie zachęcał do eksperymentowania Briana Eno, który zainspirowany jego pomysłami je rozwijał. Jedną z bardziej pamiętanych utworów na płycie jest „Warszawa”- wspólne dzieło Bowiego i Eno. Jest to utwór głównie instrumentalny, ale w jego końcowej fazie można usłyszeć Bowiego śpiewającego kilka zwrotek w wymyślonym przez siebie języku. Bowie był w Warszawie dwukrotnie w 1973 i 1976. Za pierwszym razem tylko przejazdem. W kwietniu 1976, podróżując z Moskwy do Berlina Zachodniego, nieopodal stacji Warszawa Gdańska przespacerował się na plac Komuny Paryskiej, gdzie w księgarni kupił kilka płyt. Jedną z nich były nagrania polskich piosenek ludowych w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Początek utworu to motyw podsłuchany gdy syn producenta- Tony’ego Viscontiego, grał na pianinie parę nut uparcie powtarzanych. Eno wraz z nim „dograł” kilka następnych nut, komponując w ten sposób początek tego utworu. Środkowa, wokalna część utworu opiera się na motywie zaczerpniętym z utworu „Helokanie” Stanisława Hadyny (twórcę zespołu „Śląsk”). Utwór był wielokrotnie nagrywany i niemal na pewno znajdował się na jednej z płyt kupionych przez Bowie’go. W jego końcowej fazie utworu można usłyszeć Bowie’go śpiewającego kilka zwrotek w wymyślonym przez siebie języku. Bezsprzecznie płyta przecierała szlaki dla nowej awangardy rock’a. Choć początkowo album spotykal się z raczej z krytycznymi opiniami, „Low” stał się jednak powszechnie uznawany za jedno z najlepszych i najbardziej wpływowych dzieł Bowiego. Magazyn New Musical Expres uznał album za 14. najlepszy wszechczasów. Został również wymieniony jako jeden z 500 największych albumów Rolling Stone wszechczasów.

 

Punk eksplodował w Anglii pod koniec lat 70., pozostawiając zgliszcza, a wśród nich rodziły się „kwiaty”- niekoniecznie pachnące, niekoniecznie barwne, ale na pewno oryginalne. Joy Division to grupa wyjątkowa w ruchu post-punkowym- nie gniewna i tryskająca energią, lecz refleksyjna i ekspresyjna, wskazująca nową drogę dla melancholijnej muzyki alternatywnej w latach 80-tych. Joy Division włączyła syntezatory do instrumentarium (niedopuszczalne dla punkowego ruchu), melodie stały się chłodne i powściągliwie jednostajne, podkreślone przez pesymistyczne teksty wokalisty, Iana Curtisa. Joy Division okazał się tak samo ważny dla niezależnej muzyki w latach 80-tych jak Sex Pistols dla końca dekady poprzedzającej ekspansję nowej-fali rocka. ”Unknown Pleasures” było punkowo niechlujne, perkusista nie „trzymał” rytmu, wokal szwankował… Jednak mroczny, a nawet depresyjny klimat był mocno obecny, a może właśnie przez te niekorygowane przez realizatorów nagrań niedociągnięcia? Ten konsekwentny nastrój przykrywał ograniczenia techniczne muzyków Joy Division.

Closer”, następna ich płyta wydana przez Factory Records w 1980 roku, eksploruje podobne obszary w treści i muzyce, ale porzucając już całkowicie punk. W „Closer” muzycy wzbogacają brzmienie o syntezatorowe dźwięki i zwalniają tempo narracji. Cold wave grupy Joy Division zachowuje charakterystyczne elementy- oszczędność brzmienia oraz motoryczność linii basu i perkusji. Utwory z „Closer” są  zdehumanizowane- snute opowieści przez Iana Curtisa, jego głos, są pozbawione uczuć, ale sama muzyka nie jest pozbawiona emocji- jest bardzo niepokojąca.

Oba studyjne wydawnictwa prezentują ciężki, depresyjny i mroczny klimat. To komplet. Ian Curtis jest szczery, a muzycy, choć niedoskonali technicznie, budują nastrój destrukcji bardzo przekonująco. Obie płyty stały się arcydziełami nurtu post-punkowego.

 

Ultravox pojawił się na scenie rockowej w jako jeden z najbardziej wpływowych zespołów electro-popu wczesnych lat 80-tych. Jednak gdy zaczynali, jeszcze w latach 70., czerpali pełnymi garściami z tego co oferował glam-rock spod znaku Roxy Musik i synth-popu Davida Bowie’go i Kraftwerk. Za sprawą czwartej płyty z katalogu grupy- „Vienna” z roku 1980., Ultravox porzuca glam-rock’ową konwencję na rzecz synth-pop’u. Ten ruch opłacał się, mimo że pierwsze single z tego albumy: „Sleepwalk” i „Passing Strangers”, były niezauważone. Jednak kiedy wydano na singlu utwór tytułowy grupa stała się bardzo rozpoznawalną w jedną dobę, windując „Viennę” na szczyt list przebojów w Wielkiej Brytanii i robiąc zamieszanie na listach w Ameryce. Monotonny w narracji „Mr X” przypomina skąd wzorce są czerpane. Szaleńczy „Western Promise” nadają albumowi różnorodności.

Album o mocno schłodzonej urodzie- „Vienna”, zasługuje na dołączenie do każdej kolekcji płytowej, bo to album, który przynosi bardzo wysokiej jakości piosenki- przebojowe, ale na pewno nie prostacko łatwe.  Nagrania zdominowane przez syntezator, bas i perkusję, podkreśla tekst tak udanie, że aż buduje obrazy w wyobraźni. Nie tworzy szczęśliwego obrazu- natykamy się na wszechobecny, niepokojący nastrój. i za konsekwentnie. Zasługuje na dołączenie do każdej rozmowy o najsilniejszych albumach nowej fali z lat ’80. Całości dopełnia oryginalny projekt okładki Petera Saville’a i fotografie Antona Corbijna.

 

The Cure z reguły prezentował ponure pieśni, również pamiętany z powodu upiornego wyglądowi wokalisty Roberta Smitha- głównej postaci w grupie. To jeden z zespołów, który zasiał nasiona by mógł wzrastać gotycki rock. Grupa aranżowała w taki sposób, by na pierwszym planie, niczym w „ścianie dźwięku”, prym wiodły potężne warstwy gitar i instrumentów klawiszowych. Zespół ewoluował przez lata, rozpoznając rejony  new wave, cold wave, gothic rock… Ich twórczość najczęściej zawierała elementy prekursorskie, ale łagodzone wpływami estetyki muzyki pop. Ich brzmienie było łatwo rozpoznawalne, które nadaje ich muzyce oryginalności. Przeważa nastrój rozgoryczenia, muzyką przepełniona jest mrokiem. Płyty wyróżniały się bogactwem brzmień i nastrojów- od refleksyjnych i melancholijnych ballad, poprzez monumentalne epickie stylizacje po bezpretensjonalne miłosne w treści piosenki. Teksty Smitha, często inspirowanymi literaturą, mówią o poszukiwaniu sensu w życiu, uczuciach, wierze, naturze człowieka. The Cure w latach 80. stał się wręcz zespołem kultowym o mocnej odrębności wobec reszty sceny rockowej.
W maju 1987 Fiction Records wydał album “Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”, który był wielkim przebojem na wyspach brytyjskich I w USA. Nagrany został przez Roberta Smitha (gitara, instrumenty klawiszowe, wokal), Simona Gallupa (gitara basowa, przez wielu krytyków uznany za najlepszego basistę rocka), Porla Thompsona (gitara, instrumenty klawiszowe), Lola Tolhursta (instrumenty klawiszowe) i Borisa Williamsa (perkusja). W dwóch utworach na saksofonie grał Andrew Brennan.

Zespół The Cure pisał masami- materiału na album było więcej niż 40 ścieżek. W efekcie wykorzystano w pierwszym wydaniu płytowym 17 utworów. Zestaw był bardziej przystępny, ale i bardziej ambitny niż którykolwiek z poprzednich albumów The Cure. Ten podwójny album pokazuje Roberta Smitha poszerzającego sposób narracji o intensywniejsze wykorzystanie brzmień gitarowych oraz (co prawda tylko okazjonalne)  instrumentu dętego. Mimo że eklektyczny to muzyka jest spójna- nie tworzy bałaganu stylistycznego. Płyta ma wyraźną strukturę- dwudzielną. Otóż między ciemniejszymi introspekcyjnymi utworami pojawiają się lżejsze w odbiorze (wręcz popowe) oferty. Im bardziej introspekcyjne są utwory tym bardziej one są agresywnymi, a nawet brutalnymi obrazami. Te mile uszom utwory pop łagodzą mrok innej stylistyki- tej chłodnej. Całość jest świetnie wyważona. „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” jest zapierającym dech w piersiach wydawnictwem, któremu warto poświęcić czas.

 

Björk ulegała na wstępie do kariery solowej wielu wpływom- na nastoletniej Björk robił wrażenie punk, później jazz fusion gdy śpiewała w grupie Exodus  i Tappi Tíkarrass, gothic rock z czasów KUKL, a na koniec rock alternatywny podczas współpracy z zespołem The Sugarcubes. Te doświadczenia mocno procentowały po podjęciu decyzji o usamodzielnieniu się.  Już pierwszy solowy album „Debut” (pomijam fakt, że jako 11-latka wydała w Islandii płytę „Björk”), zdobył uznanie wśród krytyków i publiczności (w Stanach Zjednoczonych otrzymał status złotej płyty). Drugi album- „Post” wydany w czerwcu 1995 roku powstał we współpracy z Nellee Hooper, Tricky’m, Grahamem Masseyem z 808 State oraz producentem Howie B.


Producenci zainspirowali Björk do stworzenia materiału w wielu stylach: techno, trip hop i house, słyszy się też muzykę ambient, industrial-music, a nawet jazz. Björk w większości utworów zamierzała oddać tempo miasta, kulturę miejską i podziemną kulturę klubową. Björk jawiła się jako prekursor, wyprzedzająca mody muzyczne zwłaszcza w zakresie użytej w nagraniach technologii. Była (i jest) ambitna i ekscentryczna, szalenie wyrazista artystycznie, w bardzo oryginalny sposób znajduje możliwość wyrażania ważkich emocji, takich jak miłość, pożądanie czy tęsknota. Album otwiera „Army of Me”, utwór graniczący z rockiem industrialnym- to agresywny utwór techno-pop z elementami trip hopu. Tekst piosenki jest o przekonywaniu, że kto jest pełen użalania się nad sobą, nie zdobędzie tego co życie oferuje. „Hyperballad”, zawierający spektrum stylów elektronicznych i orkiestrowych, zawiera słowa, które mówią o „sztuce nie zapominania o sobie”. „The Modern Things” to „upiorna melodia”, która jest przykładem dla relacji między teraźniejszością a przeszłością. Następny utwór „It’s Oh So Quiet” zaskakuje, bo to utwór amerykańskiej piosenkarki Betty Hutton, wydany w 1951 roku (cover niemieckiej piosenki „Und jetzt ist es still” z 1948 roku), w jazzującej aranżacji big band’owej. Björk powiedziała o tej piosence, że zdecydowała się ją włączyć do plyty, „aby upewnić się, że album będzie tak schizofreniczny jak to możliwe, że każda piosenka będzie szokująca”. „Enjoy”, piosenka dotycząca związków między seksem a strachem, jest mrocznym i obłąkańczym techno. „You’ve Been Flirting Again” jest próbą opisania natury flirtu, z reguły dwuznacznego, przy czym żartobliwość tytułu piosenki kontrastuje z powagą jej słów. „Isobel” to piosenka trip-hop’owa z udziałem sekcji orkiestry symfonicznej, z tekstem dotyczącym Isobel, kobiety wychowanej w lesie, która znajduje w mieście ludzi „trochę zbyt mądrych”. Isobel ucieka z powrotem do natury. Tekst tego utworu traktuje o dualizmie między rozumem i emocjami, między intuicją a intelektem. „Possibly Maybe” to mieszanka trip hopu i chilloutowej muzyki, w treści jest poetyckim przedstawieniem wzlotów i upadków miłości. „I Miss You”- house music bazujący na rytmie wywodzącym się z Afryki i dający podstawę pod melodię podkreślaną jazzową sekcją dętą. „Cover Me” refleksyjny cichy moment płyty z akompaniamentem klawesynu. Album kończy się eksperymentalnym „Headphones”, ambientowym utworem, który zawiera studyjne brzmienia, opisane przez Björk jako „bicie serca, senne zanurzenie w ciężkim stanie przedświtu”. „Post” został uznany za jeden z najlepszych albumów w 1995 roku przez liczne publikacje, a od tego czasu został uznany za jeden z najlepszych w historii przez wiele wydawnictw, w tym Entertainment Weekly i Rolling Stone.

 

Portishead, w składzie: Beth Gibbons (wokal), Geoff Barrow (perkusja, syntezatory, programowanie) i Adrian Utley (gitary, basowa gitara, organy), uważani za jednego z pionierów muzyki trip hop, wywalczyli swoją niebagatelną pozycję na rynku muzycznym tuż po wydaniu swojego pierwszego albumu „Dummy” z 1994 roku.

Debiutancki album Portishead jest syntezą przygnębiających ścieżek dźwiękowych, mrocznych breakbeat’ów inspirowanych hip-hopem, doskonale poznanego przez frontmana Geoffa Barrowa oraz wokalistki (Beth Gibbons) umieszczonej w klasycznej formule- autorskiej wypowiedzi. Zaczynając od użytego niecodziennego thereminu (instrument elektroniczny) i wojennych bitów w „Mysterons”, przez „Sour Times”, postmodernistycznej pieśni opartej o sample z „The Danube Incident” Lalo Schifrina do „Glory Box” wyczarowana jest przez znakomitą grę gitarową Adriana Utleya oraz klawisze Barrowa schłodzona atmosfera, która staje się idealnym podkładem dla Gibbons, wokalistki łączącej poetycką melancholię z niewinnością jaką jej głos przedstawia. „Dummy” to płyta definiująca grupę, a poza tym to jeden z najważniejszych debiutów lat 90.
Na następny album- „Portishead” fani musieli czekać aż trzy lata. Zapewne nie chcieli żadnych zmian ani w formie, ani stylu i dostali czego oczekiwali- delikatny, drżący, dziewczęcy głos wokalistki w wyrafinowanych kompozycjach o powolnych narkotycznych rytmach z hipnotycznymi samplami.

Na pierwszy rzut oka Portishead nie różni się rzeczywiście niczym od debiutu, ale jego dźwiękowe tekstury są inne. Geoff Barrow i Adrian Utley nadali płycie mglisty, senny charakter. Jest mroczniejsza, a głos Beth Gibbons bardziej dramatyczny. To imponująca kontynuacja, która ujawnia więcej i więcej przy każdym następnym słuchaniu. Ważne jest nie tylko to, jak dobrze napisana jest płyta, ale także jak dobrze wykonana… W przeciwieństwie do wielu trip-hopowych wykonawców Portishead jest tak samo spektakularny na koncertach (w opinii krytyków) co udowadnia ich album koncertowy nagrany rok później. Muzyka jest progresywna w prawdziwym sensie tego słowa, jest piękna i trafnie zinstrumentowana. W treści to instynktowny przekaz: o zwątpieniu w siebie, o potrzebie miłości, strachu przed samotnością. „Portishead” jest arcydziełem.

 

Pierwsze dwa albumy Tricky‚ego, „Maxinquaye” (z 1994 r.) i „Pre-Millennium Tension” (z 1996 r.), były innowacyjnymi mieszankami narkotycznego piękna, które ma swoje korzenie w trip-hopie zapoczątkowanym przez Massive Attack (Tricky był muzykiem tej grupy). Wymienione płyty Tricky’ego są błyskotliwe, wizjonerskie i bardzo przekonujące. To samo też odnosi się do „Angels with Dirty Faces” na których znaleźć można gęsty, apokaliptyczny zestaw bitów i natrętnych dźwięków, które tworzą intrygującą opowieść muzyczną.

Na albumie są wspaniałe dzieła, na przykład „Broken Homes” zmysłowy duet Polly Jean Harvey z Trickym, albo „6 Minutes” wybudowany w paranoicznym nastroju… Gardłowy szept Tricky’ego „Angels with Dirty Faces” niepokoi, a wokale damskie ten niepokój koją, zresztą Tricky w większości utworów oddaje obowiązki wokalne długoletniej partnerce Martinie Topley-Bird. Trip-hopowy styl Tricky’ego układa wyrafinowane ponure melodie, skrajnie niepokojące. Trzeba odwagi by słuchać Tricky’ego.

 

Eminem (Marshall Bruce „Eminem” Mathers III) był pierwszym białym raperem (od czasu Beastie Boys), który zasłużył na szacunek krytyków i równocześnie świetną sprzedaż swoich płyt odnotował. Eminem okazał się jednym z największych MC swojego pokolenia. Jest zręcznym i nieprzewidywalnym wokalistą, zdolnym do długich intrygujących narracji, a dzięki swojemu producentowi Dr Dre muzyka była niebanalnie melodyjna i taneczna. Czwarty album z jego dyskografii- „The Eminem Show” trafił na 317. miejsce listy 500 albumów wszech czasów magazynu Rolling Stone.

Eminem jest znakomitym autorem tekstów i hip-hop’owcem oczywiście, poza tym świetnym showmanem, który posiadł wielkie poczucie humoru i dobre zrozumienie ironii. „Business” z fantastycznym beat’em, w poważnym tonie „White America”, „Cleaning Out My Closet” z tekstem adresowanym do matki, która zaniedbywała go gdy był dzieckiem, w „Square Dance” zdaje się cierpieć z powodu kryzysu tożsamości; inne teksty to przejmująca krytyka administracji Busha… A więc wiele tematów- złe dzieciństwo, nienawiść do rodziców, burzliwy związek ze swoją byłą żoną, krytyka hipokryzji Ameryki i jej rządu, zawiera ten album.  Produkcją nagrań jest oszczędna, funky, płynna, żywiołowa i bardzo rytmiczna. Płyta jest dowodem na to, że Eminem jest artystą bardzo ważnym.

 


Kolejne rozdziały: