Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział osiemnasty, część 2)

To że grupa heavy-metalowa bądź hard-rockowa nie odbiegła zbytnio od wzorców sprzed dwóch dekad nie oznacza, że to tylko popłuczyny, bowiem zauważyć można i najwyższe umiejętności techniczne i rozwinięcie myśli artystycznej tych, którzy przecierali jako pierwsi podobne ścieżki muzyczne.

 

Glenn Danzig, wokalista hardcorpwego Misfits, był zafascynowany ponurymi i krwawymi obrazami bytu; a więc naturalne wydaje się kroczenie drogą metalowego rocka, jako tej zmierzającej do skrajności. Po rozwiązaniu Misfits  Glenn Danzig założył formację pod nazwą Samhain, którą po czterech latach przemianował na Danzig. I właśnie ten zespół pozwolił Danzig’owi przejść na ciemniejszą stronę rzeczywistości, a pomógł mu w tym producent Rick Rubin z Def American. Obsesja frontmana mogła wydawać się nawet karykaturalna, ale teatralność poczynań Danziga sugerowała raczej to, że nie należało traktować postawę tego artysty aż tak poważnie. Złowieszczą i mroczną treść grupa ubierała w proste bluesowe schematy ubarwiane ciężkimi metalowych riffami. Współpracę z Rubinem Glenn Danzig zakończył wraz z wydaniem płyty „Danzig 4” w 1994 roku.

Ta płyta to prosty, bluesowy metal-rock z charyzmatycznym wokalem Glenna Danziga i przesadnie mrocznymi tekstami. Zespół przedstawia styl bardzo jednorodny i jednocześnie atrakcyjny, zwłaszcza w takich utworach jak „Twist of Cain”, „Am I Demon” i hit’owym „Mother”. Zestaw piosenek z 4-ki opiera się w całości na ciężkim metal-rock’u, bliskim death-rock’owi, przy czym riffy gitarzysty są szczególnie zadziorne, nasycone punkową energią. „Danzig 4” można uznać za jedną z najlepszych prac heavy metalowych z dekady lat 90-tych. Muzyka ze ścieżek 4-ki została świetnie zarejestrowana przez Ricka Rubina i jego kolegów w Ocean Way Studio i Sound City Studio. Instrumenty mają swoją „wagę”, są dobrze rozseparowane w przestrzeni i nasycone harmonicznymi tonami. Słuchanie ich jest zupełnie przyjemne, choć takie określenie nie przystaje dobrze do tego rodzaju muzyki.

 

Metallica, zespół założony w Los Angeles w 1981 roku przez Jamesa Hetfielda (wokal, gitara) i Larsa Ulricha (perkusja), jest jednym z najbardziej wpływowych zespołów heavy metalowych ostatnich dekad, inspirując całe pokolenia rock’owców początkowo thrash’em, a później heavy-metalowym brzmieniem. Debiutancki „Kill ‚Em All” z 1983 roku i „Ride the Lightning” wydany rok później zapoczątkowały akceptację stylu heavy-metalowego, wnosząc do thrash metalu formalne skomplikowanie i głębię wyrazu. Album „Master of Puppets” z 1986 roku, uznany za arcydzieło rocka, było podwójnie przełomowe…

Master of Puppets” jest pierwszą płytą grupy nagraną dla wytwórni Elektra Records. Nie tyle przedstawia rewolucyjną zmianę stylu muzycznego co raczej jest modyfikacją tego poznanego na ścieżkach dwóch poprzednich albumów- thrash metalu. „Master of Puppets” jest bardziej jednolity, i pod względem tematycznym (prawie każda piosenka dotyczy lęku przed bezsilnością wobec hipokryzji, bądź ludzkich popędów) i muzycznym (aranżacje są gęste i energiczne, zmienne pod względem faktury i tempa). Są krytycy, którzy nazwali trzeci album Metallici najlepszym albumem heavy metalowym, jaki kiedykolwiek został nagrany… Jeśli tak nie jest to z pewnością muzyka z tego albumu zbliża się do tego poziomu. Po wydaniu „Master of Puppets” tragedia napotkała zespół- ich autobus rozbił się podczas podróży po Szwecji. Cliff Burton, gitarzysta basowy zginął w tym wypadku. Gdy zespół uznał, że trzeba kontynuować karierę, wybrano Jasona Newsteda opróżnione miejsce basisty. Dwa lata później zespół wydał ambitny koncepcyjnie „… And Justice for All”, który trafił do Top Ten bez promocji ze strony radia i z małym wsparciem ze strony MTV. Metallica nie potrzebowała intensywnej promocji, była już „maszyną rozpędzoną” w głównym nurcie rockowym. W 1991 roku powstaje piąty album „Metallica”, o czarnej okładce (The Black Album).

Album stał się dla wielu „wrotami” do świata heavy-metalu. Dlaczego? Bo każda piosenka na tym albumie jest chwytliwa, nawet jeśli jest tylko rzemieślniczą robotą, a nie artystycznym dziełem. na poprzednich albumach Metallici łagodniejsze utwory sąsiadują z pełnymi agresji… Tu jest inaczej- zanikanie stylizacji thrash metalowej na rzecz wolniejszych ballad (choć nadal o ciężkim brzmieniu). Ślady thrashu zauważa się w szybszych piosenkach- „Holier Than Thou”, „Through the Never” i „The Struggle Within”, które mają (jak się wydaje) być źródłem energii, potrzebnej dla urozmaicenia całości materiału. Cała reszta jest rygorystycznie konstruowana pod wyraźną i atrakcyjną linię melodyczną, jak wybrany na singiel „Enter Sandman”. Album był ogromnym sukcesem komercyjnym, uzyskując status diamentowej płyty w Stanach Zjednoczonych, gdzie sprzedał się w liczbie ponad 16 milionów egzemplarzy. To najmocniejsza pozycja heavy-metalowa pod względem komercyjnym po dziś dzień. Przez wielu fanów uważana jest za najlepsze dokonanie zespołu.

 

Spojrzeć na karierę zespołu Van Halen można w sposób ograniczony do czasu pomiędzy rokiem 1978 (wtedy zespół wydał płytę debiutancką) a 1984 (w którym wydali album zatytułowany „1984”). Można bez jakiejś wielkiej straty (tak uważam) jeszcze mocniej ograniczyć omówienie twórczości braci Van Halen i jeszcze dwóch- Davida Lee Rotha i Michaela Anthony’ego, bowiem album „Van Halen” był jednym z najbardziej udanych debiutów w historii muzyki rockowej, niczym  debiut Led Zeppelin, The Jimi Hendrix Experience, Black Sabbath czy Guns N’ Roses.

Najkrótszy utwór na płycie- instrumentalny „Eruption” zawiera jedne z najlepszych nagranych 100 sekund gitarowego sola, które dawało nadzieję, że pojawił się wreszcie gitarzysta, na którego czekano od śmierci Hendrix’a. Pozostałe piosenki na tym albumie to zagrane ostro i w szybkim tempie, wzorcowo „uszyte”, hard-rock’owe kompozycje (z wyjątkiem „Ice Cream Man”), przypisane wszystkim czterem członkom zespołu. Oprócz nich są dwa covery- „You Really Got Me” (Raya Daviesa, z repertuaru The Kinks) i „Ice Cream Man” (blues’owego pieśniarza Johna Brima). Debiutancki album Van Halen udowadnia, że potrzeba prawdziwego talentu, aby naprawdę stworzyć trwałe dzieło sztuki, a to złożono z ponadczasowego i innowacyjnego brzmienia gitary z wydatnymi mięsistymi riffami, wzbogacanymi błyskotliwymi ultraszybkimi solówkami. Grę Eddiego Van Halena wspierała solidna baza rytmiczna, które uatrakcyjniały show rockmana z krwi i kości- Davida Lee Rotha, również świetnego autora piosenek. Piosenki, które można wysłuchać z płyty nadal brzmią witalnie, zaskakująco i… I naprawdę rewolucyjne. Płyta zdobyła wiele nagród – w 1978 uzyskała miano złotej i platynowej, a w 1996 diamentowej.

 

Koniec lat 80. to czas dominacji muzyki disco i pop-metalu, a więc Guns N’Roses, który wnosił na scenę muzyczną surowe rock’n’rollowe brzmienie nie mógł liczyć na szybką i łatwą karierę. Stało się inaczej…

 

Według Stephena Thomasa Erlewine’a z portalu AllMusic Appetite for Destruction”, debiutancka płyta Guns N’Roses, powinna być przedstawiona w następujący sposób: „Nie byli miłymi chłopcami: mili chłopcy nie grają rock and rolla. Byli brzydcy, mizoginiczni i gwałtowni; byli też zabawni i czasami wrażliwi, jak pokazał ich przełomowy hit „Sweet Child O ‚Mine”. Podczas gdy Slash i Izzy Stradlin zaciekle wypluwał gitarowe riffy godne Aerosmith lub The Stones, Axl Rose wykrzyczał swoje opowieści o seksie, narkotykach i apatii w wielkim mieście. Tymczasem basista Duff McKagan i perkusista Steven Adler byli zwariowaną sekcją rytmiczną, która utrzymywała muzykę jako luźną i potężną. Muzyka Guns N’Roses była dobitna i szorstka, z solidną, twardą, bluesową podstawą; była mroczna, obskurna, brudna i uczciwa- wszystko, co powinno dać dobry hard-rock i heavy-metal. W zespole było coś odświeżającego, co mogło sprowokować wszystko, od oddania do nienawiści, zwłaszcza, że obie strony miały jednakową rację. Nie było hard-rockowego zespołu tak surowego czy utalentowanego od lat, dodali dodatkową wartość o pierwotnej wściekłości […] W latach 80-tych i 90-tych, po prostu nie było bardziej interesującego zespołu, ale z powodu tarć wewnątrz zespołu i pojawienia się alternatywnego rocka, Rose w końcu odszedł […] Guns N’Roses wydał swoją pierwszą EP-kę w 1986 roku, co doprowadziło do zawarcia umowy z Geffen; w następnym roku zespół wydał swój debiutancki album, „Appetite for Destruction”. Zaczęli budować swoją karierę dzięki licznym występom na żywo, ale album zaczął się sprzedawać prawie rok później, kiedy MTV zaczęło wyświetlać „Sweet Child O ‚Mine”. Wkrótce zarówno album, jak i singiel trafilo na pierwsze miejsce list przebojów, a Guns N ‚Roses stał się jednym z największych zespołów na świecie. Ich debiutancki singiel „Welcome to the Jungle” został ponownie wydany i trafił do pierwszej dziesiątki, a „Paradise City” też poszło w jego ślady.” „Appetite for Destruction” pokazuje niezwykłe predyspozycje Axla Rose’a, szczególnie w „It’s So Easy”. Tak w latach przełomu lat 80. i 90., jak dziś zachwycają riffy Slasha, ot choćby intro w „Sweet Child O’Mine”. Na płycie demonstruje również swoje nieprzeciętne umiejętności basista Duffa McKagana. Album Guns N’Roses z 21 lipca 1987 doczekał się kilku wznowień– od standardowej wersji CD, przez wzbogacone o dodatkowy kompakt edycję Deluxe, aż po zwiekszone wydanie noszące tytuł „Appetite for Destruction: Locked N’ Loaded”, zawierające m.in. płytę EP „Live Like A Suicide”, 96-stronnicową książkę czy mnóstwo gadżetów. Co ważne, wydawnictwo zawiera pierwszy remaster z oryginalnych taśm analogowych. Oryginalna okładka albumu, oparta na obrazie Roberta Williamsa „ Appetite for Destruction” , przedstawia robota gwałciciela, który ma zostać ukarany przez metalowego mściciela, ale gdy kilku dystrybutorów plyt odmówiło sprzedaży albumu z taką okladką, wytwórnia Geffen poszła na kompromis, zastępując kontrowersyjną okładkę obrazem przedstawiającym celtycki krzyż i czaszki pięciu członków zespołu (zaprojektowany przez Billy White Jr., pierwotnie jako tatuaż), każda czaszka reprezentuje jednego członka zespołu: Izzy’ego Stradlina górna czaszka; Stevena Adlera  lewa czaszka,  Axla Rose środkowa czaszka, Slasha dolna czaszka, a Duff’ego McKagana czaszka  prawa. Zdjęcia użyte na odwrocie albumu i notatek liniowych zostały zrobione przez Roberta Johna , Marca Cantera, Jacka Lue, Leonarda McCardie i Grega Freemana. Oryginalna okładka jest dołączona do japońskiej reedycji  z 2006 roku o nr kat. UICY-94334 (na fotografii niżej).


Czemu tak starannie traktowane jest to dzieło? Bo jest arcydziełem rocka, bo został wpisany na listę w książce „1001 Albums You Must Hear Before You Die” (”1001 albumów które musisz usłyszeć zanim umrzesz”), a w 2003 został sklasyfikowany na 62. miejscu listy 500 albumów wszech czasów magazynu Rolling Stone. Magazyn Q nazwał album „jednym z najlepszych w historii metalu”.

 

King’s X to grupa nie „ze świecznika”, ale na pewno należy do tych znakomitych i szanowanych. Grupę tworzą trzej znakomici muzycy- basista Doug Pinnick, gitarzysta Ty Tabor i perkusista Jerry Gaskill (cała trójka również pełni role wokalistów), którzy opierają swoje dzieła o mieszankę melodyjnych harmonii, riffów typowych dla heavy-metalu i „penetrację” rocka progresywnego oraz na jednymi z najlepszych i najbardziej emocjonalnych wokali na świecie. Ich atrakcyjny styl, z nieznanych powodów, nigdy nie ułatwił przebicie się do głównego nurtu akceptowanego przez szerszą publiczność. Dziś mają w swoim katalogu płytowym 12 płyt długogrających dobrze ocenianych przez krytykę. King’s X wydał debiutancki album “Out of the Silent Planet” w 1988 roku. Pomimo świetnych recenzji publiczność nie wykupiła masowo nakładu, bowiem w tym czasie wielogatunkowy styl grupy mógł wydawać się nie na czasie, a inaczej określając- zbyt zachowawczy. Wraz z drugą ich płytą- „Gretchen Goes to Nebraska” (Megaforce Worldwide, z roku 1989) wokół King’s X zrobił się pewien szum medialny, zwłaszcza istotny dla społeczności metalowców, bo członkowie Anthrax i Living Color chwalili ich w prasie.

„Gretchen Goes to Nebraska” jest albumem koncepcyjnym opartym na opowiadaniu napisanym przez perkusistę Jerry’ego Gaskilla Materiał z płyty zawiera liryczne tematy chrześcijańskie („Over My Head”), z krytyką televangelismu [1] włącznie („Mission”). Dalej kwestionuje religię w odniesieniu do oskarżenia Giordano Bruna o głoszenie herezji i skazanie go na spalenie żywcem na stosie („Pleiades”). Muzycznie album obejmuje różne style mieszczące się w stylistyce hard-rock’owej, mocniej wprowadzając elementy gospel i psychodelii. Nie ma słabego miejsca na płycie, a to co często jest piętą achillesową wielu zespołów rockowych- słabszy wokal, tu jest mocną stroną, bo King’s X jest obdarzony dwoma niesamowitymi wokalistami: Doug Pinnick brzmi niczym solista chóru gospel, natomiast Ty Tabor fantastycznie odkrywa melodię w swoim głosie. Łatwość z jaką obaj wokaliści potrafią harmonijnie współpracować nie jest powszechna. Ci sami również pełnią rolę gitarzysty i basisty…  I jako instrumentaliści są świetnie zsynchronizowani. Ten trzeci- perkusista też potrafi śpiewać. I robi to nie gorzej niż jego koledzy.
A więc dlaczego nie stali się tak wpływowymi jak Gans N;Roses, Living Colour czy Pearl Jam, pomimo niezaprzeczalnych walorów ich propozycji muzycznych, jak i technicznych walorów? Możliwe, że nikt po obu stronach Atlantyku nie zwracał baczniejszej uwagi na grupę, bo byli zapowiadani jako chrześcijański zespół rockowy (gdy muzycy King’s X twierdzili, że byli tylko zespołem złożonym z chrześcijan), a może mieliby szczycić się większym sukcesem gdyby nie ujawniony homoseksualizm Pinnicka? Metalowy zespół, którego frontman jest afro-amerykańskim gejem? Trudno bez ryzyka wydawać duże pieniądze na promocje takiej trójki muzyków… Tak czy siak-  King’s X i wytwórnia Megaforce Worldwide pod tytułem „Gretchen Goes to Nebraska” wydali jeden z największych albumów nurtu progressive-metal’u wszech czasów.

 

Nazywali się Southern Death Cult, później Death Cult a na koniec The Cult. Trzech muzyków: Ian Astbury (wokal), Billy Duffy (gitara) i Jamie Stewart (bas), tworzyło trzon grupy w początkowym okresie kariery i jednocześnie w apogeum swojej popularności- w drugiej połowie lat 80.. W tym czasie przewinęło się czterech perkusistów: Nigel Preston, Mark Brzezicki, Les Warner i Mickey Curry. Później było jeszcze gorzej, stałymi muzykami byli już tylko Ian Astbury i Billy Duffy. Początkowo byli pod wyraźnym wpływem post-punka, później stali się hard-rock’owym zespołem z psychedelicznymi akcentami. „Dreamtime”, pierwszy album grupy, ukazał się jesienią 1984 roku, wraz z singlem „Spiritwalker”. Debiutancka płyta sprzedawała się nieźle- osiągnęła 21 miejsce na listach przebojów w Wielkiej Brytanii. Zespół udanie kontynuował hardrockowy kierunek swojego zwiastuna- singla „She Sells Sanctuary”, na płycie „Love”, która zajęła 4 miejsce listy najlepiej sprzedających się albumów w Wielkiej Brytanii. Trzeci album- „Electric”, był w dużej części efektem producenckiej pracy Ricka Rubina.

Rubin, który w tamtym czasie znany ze współpracy ze Slayerem i Beastie Boys, zabrał The Cult do Nowego Jorku, zarezerwował czas w Electric Ladyland Studios, udostępnił muzykom kilka wypożyczonych instrumentów i nakazał: „Grajcie i bawcie się!”. Powstały w ten sposób mocny rock’n’rollowy album, który grupie zyskać zupełnie nową grupę fanów. Zamiast gotyckich napuszonych brzmień, grupa brzmiała świeżo- riffowe gitarowe granie, skondensowane solówki, namiętne wokale, poparte przez silnie brzmiącą sekcję rytmiczną. Istotną rolę pełni Billy Duffy, który otrzymał sporo czasu dla rozwinięcia swoich interesujących solówek. Drugim wyróżniającym się muzykiem jest Astbury, który udanie wpisuje się w rock’n’rollowy styl. Jamie Stewart na basie i Les Warner na perkusji, grają prosto i solidnie, ale nigdy na pierwszym planie, preferując „stawianie konstrukcji nośnej” dla Duffy’ego i Astbury’ego. „Electric” może być uznanym za doskonały rock’n’rollowy album. który zasługuje na to, by stawiać go obok „Highway To Hell” (AC/DC) i „Appetite For Destruction” (Gans N;Roses) w panteonie bogów rock’n’roll’a. Niestety, The Cult nigdy nie zdoła zbliżyć się do doskonałości tego dzieła… Dziś jest jednym z wielkich zapomnianych.

 

Bracia Chris i Rich Robinson w 1989 roku utworzyli The Black Crowes– zespół sięgający do tradycji rock and rolla i rhythm and bluesa amerykańskiego Południa. Taki konglomerat stylów nazwano southern rock. Już pierwsza płyta „Shake Your Money Maker” (Def American, z 1990 r.) osiągnęła sukces komercyjny w USA i Europie. Dwa lata później grupa ponownie weszła do studio, nagrywając album „The Southern Harmony and Musical Companion”.

Album osiągnął najwyższe miejsce na liście albumów Billboard 200, wydźwigany sukcesami znakomitych singli: „Remedy”, „Thorn in My Pride”, „Sting Me” i „Hotel Illness”. Każdy z tych tytułów osiągnął szczyt listy przebojów. Black Crowes w nagraniach z drugiego albumu pozostaje wierny swoim chwytliwym korzeniom bluesowym, które fani mieli okazję poznać już na debiutanckiej płycie, jedynie dodając motywy gospel, bluegrass i soulu. Gdy „Shake Your Moneymaker” prezentował bezbłędny rockowy atak, „The Southern Harmony and Musical Companion” stworzył dźwięk lepiej dopracowany- perfekcyjny, a poza tym eksperymentował przy jednoczesnym zachowaniu hard rockowej wrażliwości. „The Southern Harmony and Musical Companion” to jedno z najbardziej udanych i zdecydowanie najbardziej chwalonych wydawnictw w dyskografii zespołu.

Następna płyta „Amorica” (American Recordings, z 1994 roku) to powtórne nagranie wcześniejszego projektu Black Crowes zatytułowanego „Tall”.

Black Crowes podczas nagrania tego albumu czerpał inspirację z najbardziej zrelaksowanych i jednocześnie rytmicznych utworów z poprzedniego albumu, jednak tym razem trudniej znaleźć piosenki nadające się na potencjalnie przebojowe single, choć utwory zdają się być najlepszymi, jakie zespół kiedykolwiek napisał, sięgając po funky blues-rocka, zorientowanego na jam. Po fantastycznym debiucie i niezwykle udanym drugim albumie wielu się zastanawiało czy The Black Crowes będą w stanie utrzymać wysforowany poziom. „Amorica” co prawda nie zawiera mnóstwa przebojów, ale poziom muzyczny czy w warstwie tekstowej został podniesiony. Grupa ewoluowała- rockowy atak ich debiutanckiego „Shake Your Moneymaker” został zredukowany, a wpływy muzyki gospels z drugiego albumu zniknęły. Hard-rock (nadal mocno wykorzystywany) dzieli czas na płycie z rock-balladą. Album jest świetną całością, jest lepszy niż potraktowanie jako zbioru pojedynczych utworów, inaczej określając- brakuje atrakcyjności komercyjnej. To może nie jest najlepsze dzieło The Balck Crowes, ale na pewno ostatni ich świetny album.

 

Trzech przyjaciół z dzieciństwa: Jökull Júlíusson (wokal, gitara), Davíð Antonsson (perkusja) i Daníel Ægir Kristjánsson (bas). na obrzeżach Reykjaviku, stworzyli Kaleo. Dołączył do nich Rubin Pollock (gitara, śpiew). Mieszanką bluesa, folku, country i rocka, zadebiutowali w 2012 roku na festiwalu muzycznym Icelandic Airwaves, a nagrali swoje pierwsze single w następnym roku. Wynik podpisania kontraktu z Sena, największą w Islandii wytwórnią płytową to debiut płytowy, który stał się „złoty” w ich ojczystym kraju. „Kaleo” miał pięć hitów numer jeden co dało im możliwość odbycia europejskiej trasy koncertowej. Wydanie akustycznego singla „All the Pretty Girls” (w 2014 r.) stało się punktem zwrotnym, bo muzycy podpisali lukratywny kontrakt z Atlantic Records. Kontrakt wymusił stały pobyt w USA (w Austin w Teksasie) i tam rozpoczęli pracę nad materiałem, z którego powstała następna płyta- „A / B

Gdy słucha się już pierwszego utworu z „A / B”- dynamicznego „No Good”, trudno nie zauważyć wpływów amerykańskiego bluesa czy blues rocka z lat 60.. Obok ostrych rockowych kompozycji pojawiają się melodyjne, liryczne ballady („All the Pretty Girls”). Fantastyczny w roli wokalisty i naprawdę dobry gitarzysta Jökull Júlíusson jest też autorem wszystkich utworów na płycie. Płyta została nagrana w Nashville, a piosenki z „A/B” pojawiły się na ścieżkach dźwiękowych takich seriali TV jak „Vinyl” czy „Blind Spot”. Czterej muzycy z Kaleo pokazują, że muzyka tak naprawdę nie ma przypisanej daty, że może być ponadczasowa… Pod warunkiem, że jest wystarczająco wysokiej jakości artystycznej!

 

 


[1] Telewangelizm to prowadzenie nauczania, ewangelizacji za pomocą mediów jak radio lub telewizja.


Powrót do części 1 artykułu >>

Kolejne rozdziały: