Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział siódmy)

 

Ciąg dalszy rozdziału (poprzedniego) o muzykach rockowych, którzy jazz „przemycali”…

 

Muszę się do czegoś przyznać- mam szczególny sentyment do grupy Chicago, która potrafiła być jednocześnie rockowa, popowa i jazzowa. Potrafiła wplatać długie improwizacje w utwory by po chwili rzucić na kolana przebojem nietuzinkowym. Z pierwszych siedmiu płyt (najlepszych) cztery były podwójnymi albumami, jeden pięciopłytowym pudłem, a jeno trzy pojedynczymi. Trzy albumy- „Chicago V”, „Chicago VI” i „Chicago VII” omówiłem w artykule „płyty edytorsko wyjątkowe”. Trochę statystyki- Chicago sprzedało ponad 40 milionów sztuk płyt w samych Stanach Zjednoczonych, 23 osiągnęło status złota, 18 platyny i 8 zostało albumami wieloplatynowymi. Muzycy tego zespołu ulokowali pięć albumów i 19 singli na na szczycie listy Billboardu. W roku 2016 zostali wybrani do Rock and Roll Hall of Fame, a w 2017 r. członkowie zespołu- Peter Cetera, Robert Lamm i James Pankow zostali wybrani do Songwriters Hall of Fam. Mało jest zespołów, które mogłyby się szczycić takimi osiągnięciami. Karierę rozpoczęli od wydania znakomitej „Chicago Transit Authority” w 1969 roku.

W składzie  Chicago Transit Authority znaleźli się- klawiszowiec Robert Lamm , gitarzysta Terry Kath i basista Peter Cetera (oni też występowali jako wokaliści), James Pankow , Lee Loughnane i Walter Parazaider grali na instrumentach dętych (puzon , trąbka i saksofon , klarnet i flet) oraz perkusista Danny Seraphine. W tym czasie Lamm, Kath i Pankow byli głównymi kompozytorami zespołu. Umiejętności Terry’ego Katha jako gitarzysty były tak duże, że sam Jimi Hendrix stał się fanem gry Katha. Zgodnie z oryginalnymi zapiskami do albumu, solowy utwór Katha („Free Form Guitar”) powstało bez użycia pedałów co wydawało.

Styl muzyczny CTA to eklektyczna mieszanka muzyki jazzowej, klasycznej i twardego rock & rolla. W rok od zawiązania się zespołu producent James William Guercio (wczesniej nagrał dwie udane płyty Blood, Sweat & Tears), z Columbia Records, stał się jednym z pierwszych i znaczących zwolenników Chicago Transit Authority (Chicago). W dość krótkim czasie grupa zaczęła tworzyć materiał, który wypełniłby pierwszy tytuł. W kwietniu 1969 roku byli gotowi do nagrań. Wydany w kwietniu 1969 roku, był natychmiastowym hitem. Album początkowo nie wygenerował żadnych hitowych singli, a grupa była postrzegana jako album mocno kolektywny, ale potencjał był- „Does Anybody Really Know What Time It Is?”, „Beginnings” i „Questions 67 and 68” i niezapomniana interpretacja „I’m a Man”  Steve’a Winwooda, całkiem dobrze sobie radziły na listach przebojów, choć nie na ich szczycie. Po sukcesach ich późniejszych albumów, pierwszy album pozostawał na listach przebojów w rekordowym czasie 171 tygodni i uzyskał certyfikat złota (a później platynowej i podwójnej platyny). Już podczas trasy koncertowej promujacej album, z obawy przed konsekwencjami prawnymi, muzycy zdecydowali się skrócić nazwę zespołu do słowa „Chicago”.

W następnym roku znowu podwójny album wydają- „Chicago” (czasami nazywany „Chicago II”). Musieli być nieźle naładowani pomysłami…

Chicago II”, z roku 1970, potwierdza, że umiejętności muzyków tak instrumentalne jak kompozytorskie są bardzo solidne. Potwierdzała też, że złożona stylistyka ich twórczości może być z sukcesem kontynuowana- jazz z ciężkim elektrycznym rockiem świetnie współgrają. Nie tylko jazz i rock jest wykorzystywany na dwóch płytach tego albumu, bo septet umiejętnie łączył i inne pozornie rozbieżne style np. klasykę i pop. Efekt ich pracy to jedne z najlepszych i utwory muzyki pop tamtych czasów, no… Może ten bardziej jednak wyrafinowany. Album przyniósł wybitne pop’owe hity- „Make Me Smile”, przejmujący „Colour My World” i niezapomniany „25 or 6 to 4”, który był pierwszym utworem zespołu, która dotarł do pierwszej piątki najlepiej sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych. Nagranie to zawiera solo gitary elektrycznej, wykorzystującej pedał wah-wah. Robert Lamm opisał proces tworzenia w środku nocy. Tytuł utworu to czas, w którym piosenka powstała: 25 lub 26 minut przed godziną 4. nad ranem. Teorie spiskowe mówią, że unikalne sformułowanie tytułu utworu- „25 lub 6 do 4” kryje odniesienie do ilości leków lub jakieś mistyczne aluzje. Niby bzdury kompletne, ale też konsekwencje były- piosenka została zakazana w Singapurze z powodu „domniemanych aluzji do narkotyków”.

Obok krótkich chwytliwych utworów pojawiają się zaaranżowane niczym orkiestrowe kompozycje klasyczne o głębokiej treści muzycznej jak „Poem for the People” czy czteroczęściowy „It Better End Soon”. Oryginalność instrumentalna Terry’ego Katha (gitary) wyróżnia się zwłaszcza gdy jest uwolniony z „obroży” instrumentacji, a ona kontrastuje z sekcją dętą zwłaszcza- Lee Loughnanem (trąbka), Walterem Parazaider’em (saksofon tenorowy) i Jimmy Pankowem (puzon). Peter Cetera (bas/wokal) debiutuje jako autor, w balladzie „Where Do We Go from Here”. Ten zestaw prognozował dalszy rozwój artystyczny (a może i sukcesy komercyjne?)…

Prognozy czasem się spełniają, jak w przypadku grupy Chicago. Dwa poprzednie albumy były materiałem, który wymagał dużych umiejętności instrumentalnych od członków zespołu. Z trzecią płytą po raz kolejny grupa musi użyć tak samo dużej sprawności. Wcześniejsze sukcesy zespołu wywoływały duże oczekiwania w związku z wydaniem „Chicago III”, a muzycy (jakby na przekór) większą część albumu przeznaczyli dla trzech utworów wieloczęściowych: Roberta Lamma „Travel Suite”, Terry’ego Katha „An Hour in the Shower” i Jamesa Pankowa „Elegy”. Długie utwory, z dużym przewidzianym czasem na improwizowane sola instrumentalistów nie mogły być hitami choćby dlatego, że radio ich nie tolerowało.

Top Ten wyłowiło jednak ekspresyjne „Free”, wyodrębnione z „Travel Suite”, poza tym- „Lowdown”, „What Else Can I Say”, „Free Country”, bardzo melodyjne mogły sobie dobrze radzić na listach przebojów. Mimo że „Travel Suite” jest przede wszystkim kompozycją Lamma, to zarówno solo perkusyjne „Motorboat to Mars” Danny’ego Seraphine’a , jak i akustyczny eksperymentalny „Free Country”, uatrakcyjniaja stosunkowo prostą kompozycję. W 1971 roku melomani otrzymali nie gorszy produkt niz na poprzednich dwóch albumach plytowych. Wszystkie albumy wydała Columbia Records, a produkował je James William Guercio (nawet dziś należy uznać je za doskonałe).

Do albumu dołączano plakat (w wersji japońskiego mini LP również) zespołu ubranego w mundury wojen amerykańskich stojących przed polem krzyży, reprezentujących tych, którzy zmarli w trwającej (w czasie wydania płyty) wojnie w Wietnamie.

Nazwisko producenta- Guercio, łączy grupę Chicago z inną- Blood, Sweat & Tears. Łączyła ona, jak Chicago, elementy muzyki rockowej i jazzowej w ramach tzw. jazz-rocka, zresztą to właśnie BS&T była jednym z zespołów przyczyniających się do nazwania nowego nurtu przez krytyków.  Cechą charakterystyczną grupy było wzbogacenie typowego kwartetu rockowego o  sekcję instrumentów dętych (dwie trąbki, saksofon, puzon lub flet) co dawało w niektórych momentach efekt przypominający jazzowy big band.

Po podpisaniu kontraktu z Columbia Records (w 1967 roku) grupa wydała „Child Is Father to the Man”. Oryginalnym pomysłem było wykorzystanie na okładkę montaż fotograficzny, przedstawiający członków zespołu z dziećmi o twarzach ich samych.  Już w czasie realizacji tej płyty narastały konflikty, wynikające z różnic artystycznych wśród członków założycieli, co zaowocowało kilkoma zmianami personalnymi. Bobby Colomby (perkusista) i Steve Katz (gitarzysta) radzili by Al Kooper zajął się wyłącznie grą na klawiszowych instrumentach i komponowaniem, natomiast obowiązki wokalne miał objąć ktoś o mocniejszym głosie (tak się stało gdy zaangażowali Davida Claytona-Thomasa). W efekcie Al Kooper odszedł z zespołu. Stał się producentem płyt dla wytwórni Columbia (produkował np. płyty Lynyrd Skynyrd). Trębacze- Randy Brecker i Jerry Weiss, również zostali zastąpieni, przez Lewa Soloffa i Chucka Winfielda. Randy Brecker dołączył do zespołu Horace’a Silvera (znakomity pianista ery jazzowy) z bratem Michaelem, później bracia tworzyli w The Brecker Brothers. Jerry Weiss gdzieś się zagubił. Tę pierwszą płytę można traktować jako jeden z najważniejszych albumów eklektycznego rocka. Utwory Koopera, Harry Nilssona, Randy Newmana, Carole King i paru jeszcze, są bogato aranżowane z sekcją dętą i chórem, zagrane przez wirtuozów. Czuć wpływ estetyki hippie. To dobra płyta, ale nie wygenerowała przebojów…

Za to drugi ich album- „Blood Sweat & Tears”, miał ich aż nadto!

Grupę BS&T tworzyło teraz pięciu z ośmiu oryginalnych członków i czterech nowych, w tym piosenkarz David Clayton-Thomas. Pierwszy skład był zdominowany przez śpiewaka, kompozytora, klawiszowca i aranżera w jednej osobie- Al Koopera. Można w płycie „Blood, Sweat & Tears” doszukać się pewnych podobieństw do pierwowzoru, bo to też mieszanka muzyki klasycznej, jazzowej i rockowej, a interakcja pomiędzy instrumentami dętymi i klawiaturą nadal występowała, choć odgrywana przez różne osoby. Album zawierał trzy utwory, które znalazły się na szczycie list przebojów: „Happy”, „Spinning Wheel” i „When I Die” , ale i „God Bless the Child „, „Smiling Phases” mogły się bardzo podobać. Blood, Sweat & Tears osiągnął sukces komercyjny wraz z podobnymi jemu zespołami- Chicago i Electric Flag, nie potrafił przyciągnąć do siebie reprezentantów kontrkultury w czasach, kiedy kierownictwa wytwórni nagraniowych widziały w protestującej co rusz młodzieży wielki potencjał  komercyjny. Gorzej było- zespół, który odbył w maju i czerwcu 1970 r. tournee po Europie pod auspicjami Departamentu Stanu USA. Należy przypomnieć, że wszelkie (dobrowolne) powiązania z rządem były w tym czasie bardzo niepopularne. Obecnie wiadomo, że Departament Stanu zażądał od nich reprezentowania rządu USA  w zamian za większą tolerancję przy wydawaniu wizy kanadyjskiemu wokaliście Davidowi Clayton-Thomas’owi. Nie ma powodu doszukiwać się teorii spiskowych gdy przesłucha się płytę następną- „BS&T 3”. Słychać, że grupa wypalać się zaczyna… To już nie tak imponujący zestaw jak na płycie drugiej. David Clayton-Thomas śpiewał z entuzjazmem, zespół tworzył świetne aranże, były następne hity- „Hi-De-Ho” i „Lucretia Mac Evil”. Jednak płyta jako całość nie była przekonująca w takim stopniu jak poprzednia. Kryzys nadchodził wielkimi krokami. Płyta „BS&T 4” była pozbawiona kompozycji, które mogły zachwycić, zaciekawić choćby lub roztańczyć. David Clayton-Thomas odszedł od zespołu…

W podobnej konwencji, przypominające szczytowe osiągnięcia BS&T, Chuck Mangione tworzył muzykę do filmu „Children Of Sanchez”. Ależ to był hit roku 1978! To nie istotne, że niewielu kinomanów film oglądało, muzyka broniła wspaniale się bez pomocy obrazów. Chuck Mangione (jazzowy trębacz i kompozytor) pod koniec lat 70. cieszył się uznaniem wśród muzyków jazzowych, ale też szanowano go jako kompozytora- utwór „Chase the Clouds Away” został hymnem letnich igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 roku. Główny motyw muzyczny (balladowy, o bardzo chwytliwej linii melodycznej), przewijający się przez cały album, pojawia się już na wstępie w 15. minutowej uwerturze, śpiewanej w dużej części kompozycji (przez Dona Pottera). Melodyjny motyw przeradza się w zrytmizowany grany unisono przez perkusistę i sekcję dętą (trzy rogi francuskie, trąbka, flugelhorn i puzon) atak niczym wystrzały karabinu maszynowego, łagodzony po chwili długą partią solową Chucka Mangione na flugelhornie, a w drugiej części pojawiają się ich wariacje. „Lullabye”, powolny i melancholijny, tło dla refleksji przetworzy się w kolejne trzy utwory dynamiczne z powracającym motywem głównym. Te utwory sugerują teatralność kompozycji (może bardziej przypominają, że to muzyka ilustracyjna). Część pierwszą kończy nostalgiczny „Consuelo’s Love Theme”.  Część drugą rozpoczyna energiczny o wyraźniejszej harmonii  jazzowej. Cudownie poetycki „Death Scene” tworzy nastrój przygnębienia, żalu. Następny utwór ten żal rozwiewa, jest radośniejszy, a nawet taneczny niczym tło dla karnawałowych hulanek. Utwory kończące są takimi, które nadzieję mogą (w treści swojej) dawać. Bardzo to piękna płyta, nam zapewnia przyjemność, a Chuckowi Mangione nieśmiertelność.

Mały fragment wywiadu z perkusistą Jamesem Bradley’em dla Modern Drummer powinien wyjaśnienić dlaczego tak niewielu oglądało film „Children Of Sanchez”:

[…]
SF (Scott K Fish): Co się stało z filmem Children of Sanchez ?
JB (James Bradley, Jr): Ten, który wyprodukował i wyreżyserował film, chciał sprzedać go dużej firmie. Nikt tego nie chciał, jak sądzę. Album za to sprzedawał się naprawdę dobrze. Płyta po trzech tygodniach osiągnęła złoto i nadal się sprzedaje…
[…]

 

W Wielkiej Brytanii jazz-rock nie rozwijał się tak prężnie jak w USA, ale parę znakomitości jednak znajdziemy. Najbliższym stylowi zapoczątkowanemu przez BS&T był septet o nazwie- If. Tworzyli go  wokalista J.W. Hodkinson, saksofonista I flecista Dick Morrissey, saksofonista i flecista Dave Quincy, gitarzysta Terry Smith, pianista i organista John Mealing, basista Jim Richardson i perkusista Dennis Elliott.

If była  jedną z najbardziej cenionych grup lat siedemdziesiątych (zawiązała się w 1969 roku), jednak nie tą wiodącą, nie tą z pierwszego szeregu, pomimo dobrej sprzedaży płyt i zapełnionych miejsc w czasie koncertów. Ich albumy produkowane były przez Lwa Futtermana, który wcześniej wyprodukował m.in. amerykańskie gwiazdy jazzowo-soulowe: Brother Jack McDuff i JJ Jackson w firmie Island Records. IF można traktować jako odpowiedź Brytyjczyków na „atak” pionierskich amerykańskich zespołów Blood, Sweat and Tears i Chicago. Różnica była taka, że IF nie miał w składzie trąbki lub puzonu, a zamiast tego dwóch saksofonistów, grających również na fletach. Zespół na żywo, pod wpływem jazzowych grup, był prawdopodobnie jedynym zespołem jazzowo-rockowym, który wprowadził solówki wszystkich członków zespołu, a nie tylko instrumentów głównych.

Innym stylistycznie zespołem brytyjskim, ale nadal bliskim jazz-rock’owi było Colosseum, założone przez byłych członków The Graham Bond Organization i The Bluesbreakers- perkusistę Jona Hisemana i saksofonistę Dicka Heckstall-Smitha. Nic dziwnego, że utworem otwierającym debiutancką płytę był „Walking in the Park” Grahama Bonda. Dwie pierwsze płyty „Those Who Are About to Die Salute You” I “Valentyne Suite” (obie z 1969 roku) stylistycznie bardzo podobne, bo I skład personalny był jednakowy, jeśli nie wliczać zmiany na stanowisku gitarzysty. Obie płyty to „rozpędzony” (tak określę) jazz-rock, bez solówek improwizowanych charakterystycznych dla jazzu, ale harmonie były jak najbardziej jazzowe. Obie atrakcyjne, bo linie melodyczne jasno określone, a nawet (nie boję się tak określić) przebojowe. Przed i w czasie nagrań do trzeciej ich płyty- „Daughter of Time”, wokalista i gitarzysta James Litherland zostaje zastąpiony przez Dave’a „Clem” Clempsona, na basie zagra najpierw Louis Cennamo, a później  Tony Reeves, a śpiewem zajmie się od tej pory Chris Farlowe. Te zmiany powodują, że brzmienie staje się cięższe, lekko klasycyzujące i odchodzące nieco od stylu jazzowego. Ten skład staje się stabilniejszy i bez zmian personalnych w roku 1971 nagrywają siebie na „żywo”, w czasie koncertów na Manchester University i w Big Apple w Brighton. Podwójny album nosi tytuł: „Colosseum Live”.

Relacja z tych koncertów jest niebywała. To jeden z najlepszych (zarejestrowanych) koncertów rockowych. Jest też dowodem, że umiejętności improwizatorskich i wysokiej klasy muzyków nie tylko należy szukać w jazzie czy klasyce ale i wśród rockowych wykonawców. Cały materiał płytowy został zagrany ekspresyjnie, z pasją, z żarem. Na dwu płytach czuć przede wszystkim bluesa w rhythm’n’blues’owym graniu. Improwizacje jakie pojawiają się na „Colosseum Live” są konsekwentne, tworzone w sposób logiczny na gęstej strukturze instrumentalnej. Słychać idealne zgranie instrumentalistów- nie zagłuszają siebie nawzajem, mimo intensywnego i napędzonego do granic rytmicznego przedstawienia.  „Lost Angeles” (ten utwór wydaje się szczytowym osiągnięciem zespołu w ramach tego albumu), który urósł do przeszło 15. minut, rozpoczyna organowa introdukcja Dave’a Greenslade’a, która przetwarza się w tętniący temat napędzany rytmem podawanym przez lidera-  Jona Hisemana. Gdy do gry włącza się Chris Farlowe, przynosi treść nie optymistyczną o upadłym mieście na pustyni. Konwulsyjna gra uspakaja się wraz z wysunięciem na plan pierwszy wibrafonu, w środkowej części utworu, a ten z kolei pozwala gitarzyście rozpocząć długą solową improwizację. Zanim to jednak nastąpi Farlow snuje na tle wibrafonu i gitary opowieść przesiąkniętą rozpaczą. Sześć minut sola gitarowego może znudzić, ale nie tym razem… Clem Clempson interesująco buduje atrakcyjne linie melodyczne, które są wspierane tętnieniem sekcji rytmicznej (ach ta stopa Hisemana!), coraz bardziej się rozpędzającej aż do epilogu bardzo zabałaganionemu (planowo oczywiście). To tylko przykład, pozostałe utwory nie są mniej wciągające! Grupa w tym fantastyczny składzie nagrała tylko ten jeden album, a nawet gorzej- po jej wydaniu rozwiązała się.

 

Jest taki zespół rockowy, którego nazywano „najwybitniejszą, niewidzialną grupą świata” (magazyn Rolling Stone nazwał ich „doskonałym antybohaterem muzycznym dla lat siedemdziesiątych”). Koncertował tenże tylko przez pierwsze dwa lata z dziesięciu z pierwszego okresu aktywności (od 1971 do 1981 roku) i drugiego (od 1993 do dziś). Wyjątkowi perfekcjoniści- Donald Fagen (śpiew, instrumenty klawiszowe) oraz Walter Becker (śpiew, gitara basowa, gitary), dobierali pozostałych współpracujących muzyków zależnie od projektu. Ach zapomniałbym! Ta grupa (duet?) to Steely Dan, który reprezentował najwyższego poziomu styl, w którym twórcy zmieszali rockowy rytm ze stylami jazzowymi, latynoskimi, rhythm’n’bluesa, boogie i popu. Ufff… Czy zostały jakieś inne nurty do zmieszania? Chyba tak, ale mało ich.

Pierwszy album „Can not Buy a Thrill” cechuje się optymistycznym „miękkim” stylem rockowym. Choć to dopiero zapowiedź późniejszych dokonań grupy, to już doskonała!

„Can not Buy a Thrill”  został wydany w Stanach Zjednoczonych przez ABC Records w 1972 r. a w Wielkiej Brytanii przez firmę Probe Records w styczniu 1973 r. Album nieźle (jak na debiutanta) sobie radził na listach najlepiej sprzedawanych albumów- w roku wydania na 17 miejscu Billboard Top Albums, w rok później zdobył certyfikat złotej płyty, a parę lat później platynowego krążka za 1000 000 sprzedanych egzemplarzy w USA (wydane przez Stowarzyszenie Przemysłu Nagraniowego Ameryki, w skrócie- RIAA).

Erlewine, krytyk portalu All Music, napisał, że piosenki „podważają tradycyjne konwencje” i są „ściśle skonstruowane, z powiązanymi akordami i wdzięcznie przenikającymi melodiami…”. Lester z BBC Music powiedział, że album jest tak „w pełni ukształtowany … że prawie nie wierzysz, że to ich debiut”. W 2003 roku magazyn Rolling Stone umieścił to wydawnictwo na liście 500 największych albumów wszechczasów.

Następna- „Countdown to Ecstasy”, jak poprzedniczka, która była ciepło przyjęta po jego wydaniu, otrzymała doskonałe recenzje od krytyków muzycznych.

„Countdown to Ecstasy” to zestaw granych w umiarkowanym tempie, wyrafinowanych zwięzłych pieśni rockowych, bądź rhythm’n’blues’owych. Zawierają też wyraźne harmonie inspirowane jazzem, co już miało zostać normą w ich przypadku. Agresywne riffy fortepianowe, ostre solówki gitarowe na ich tle, mocno zaznaczony rytm to też jest to co charakteryzuje styl grupy i to nie ważne czy w tym składzie personalnym czy innym. „Countdown to Ecstasy”  zajmuje się również tematami podobnymi do tych z płyty „Can not Buy a Thrill”. Penetruje tematy bulwersujące, dla przykładu- nadużywanie narkotyków, zawiść klasową. W „King of the World” autor podąża za jedynym ocalałym z eksplozji jądrowej, a w „Show Biz Kids” ocenia styl życia mieszkańców Los Angeles, a „Your Gold Teeth” opisuje przebiegłą kobietę, która korzysta ze swej atrakcyjności. Dziennikarz muzyczny Rob Sheffield napisał, że teksty Donalda Fagna i Waltera Beckera na tym albumie przedstawiają Amerykę jako „wielki Las Vegas, z gangsterami i jakimiś guru, którzy okradają”.

„Countdown to Ecstasy”, to pierwszy album z trylogii wraz z „Pretzel Logic” (1974) i „Katy Lied”

Pretzel Logic” został wyprodukowany przez Gary’ego Katza. Wymieniam tego producenta, bo wykonał naprawdę wspaniałą robotę w przypadku każdej z do tej pory opisanych płyt Steely Dan. Kompozycje dostarczyli wyłącznie Walter Becker i Donald Fagen. „Pretzel Logic” z założenia miał mieć (i ma) krótsze utwory i mniej instrumentalnych wypełnień niż album z 1973 roku „Countdown to Ecstasy”.

Od tej płyty rdzeniem grupy byli Walter Becker i Donald Fagen, natomiast pozostali muzycy mieli być dobierani do każdego projektu odrębnie. Takie rozwiązanie nie tylko od wstępu wycinało niezgodę czy ograniczało konflikty ale i można było mieć nadzieję na lepsze dopasowanie instrumentalistów do koncepcji autorów. Poczuciem humoru autorzy płyty się co rusz wykazują gdy na słuchaczu wymuszają odkrywanie, że przecież zna  linię  melodyczną basu z „Rikki Don’t Lose That Number” (motyw zaczerpnięty z „Song for My Father” Horeca Silvera), albo że „Parker’s Band” zawiera rytmy Charlie’a Parkera, albo to co gra Jeff Baxter na gitarze w „East St. Louis Toodle-oo” to dokładne odwzorowanie sola instrumentalisty z bandu Duke’a Ellingtona. Niektóre piosenkii zawierają dodatkowe instrumentarium- sekcje skrzypiec, banjo, dzwony i waltornię. Krótkie sola instrumentalne są treścią podporządkowane kompozycji, a nie ku demonstrowaniu umiejętności muzyków.

Jeff Baxter, ekspert wśród gitarzystów elektrycznych o szerokich zainteresowaniach, czujący się dobrze w  kręgach rockowych i jazzowych. Na jednej z bardziej konwencjonalnych piosenek- „Pretzel Logic” improwizuje bez odwoływania się do jednego gotowego schematu bluesowego. Jego technika instrumentalna jest imponująca, która pozwala wynieść na wyższy poziom dynamiczny i emocjonalny piosenki grupy, w efekcie sprawia, że jest on główną siłą instrumentalną Steely Dan. Stroną rytmiczną, tak istotną dla twórczości Steely Dan zajmują się wyjątkowi fachowcy- Jeff Porcaro i Jim Gordon. Muzycy Steely Dan (plus wielu grających okazjonalnie na ich płytach) prezentują brzmienie bardzo wyrafinowane, które nie ma oczywistego poprzednika w muzyce pop, ani też nie ma odpowiednika godnego konfrontowania z mistrzami. Ten zespół nigdy nie był konwencjonalny.

Warto wspomnieć o Fagenie jako wokaliście- jest bowiem równie skuteczny, jak niezwykły. Dysponuje głosem o barwie nosowej, który wydaje się być bogatszy w wyższym zakresie  niż w niższym, Fagen nie ma „wielkiego głosu”, ani o dużej skali, ale potrafi jego śpiew zaciekawić, staje się też kolejnym elementem rytmicznym.

Stworzony na fundamencie jazzującego ” Pretzel Logic”, materiał zamieszczony na „Katy Lied” Walter Becker i Donald Fagen zaczęli polegać wyłącznie na muzykach studyjnych (nie gra w żadnym z utworów Jeff Baxter), co daje nieskazitelne brzmienia albumu,  do czego zmierzali zresztą przez cały czas twórczy. Zazwyczaj takie „wypolerowane” brzmienie marnowało „życie” piosenek, ale to (całe szczęście) nie dotyczy „Katy Lied”, bo perfekcja tu nie zabija ekspresji. Każdy utwór jest świetny, choć brakuje jednak oryginalnego brzmienia Baxtera- jeśli pojawia się solo gitary w jakimś utworze to jest znacznie bardziej rockowe, twardsze. „Katy Lied” jest rockową wersją „Pretzel Logic”, równie atrakcyjny i płynny ale i mocniejszy.  Jest to kolejny świetnie zapisany materiał pośród płyt rocka, a tym samym i rocka lat siedemdziesiątych.

 

Grupę Steely Dan i Toto łączy nazwisko perkusisty- Porcaro. Obie grupy były zbliżone i stylistycznie i to, że studio nagrań było ich żywiołem. Toto założone zostało w 1970 roku przez muzyków sesyjnych- Jeffa Porcaro (perkusja), Davida Paicha (inst.. klawiszowe, aranże), Davida Hungate’a (bas), Steve’a Lukathera (gitara), Steve’a Porcaro (klawiszowe instrumenty) i Bobby’ego Kimballa (śpiew). Ten skład (właściwie trzon zespołu) przetrwał aż do 1982, kiedy to wydano znakomity album „Toto IV”.

Toto miał bardzo udany debiut, następne dwie pozycje z ich katalogu nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Columbia Records postawiła warunek- albo czwarta ich płyta będzie przebojowa albo… Czy stała się przebojem pod presją wytwórni? Oto odpowiedź- „Toto IV” otrzymała sześć nagród Grammy w 1983 roku, w tym tytuł: „Album Roku”, „Producenta Roku” oraz „Nagrodę Roku” dla „Rosanny” (utworu otwierającego album). „Rosanna” w rankingu Billboard Hot 100 osiągnęła pozycję numer 2 i przez pięć tygodni się na tej pozycji utrzymała, natomiast zamykający album utwór Africa”, znalazł się na szczycie rankingu Hot 100.

Zespół powrócił do formuły, która pomogła im odnieść sukces przy wydaniu pierwszego albumu, a mianowicie nie był monolityczny, korzystał z różnych stylów muzyki pop/rock. Wykorzystali też wielu dodatkowych muzyków sesyjnych, by dźwięk bardziej wypolerować, by był pełniejszy od poprzednich albumów. Nagranie trwało wiele miesięcy przełomu 1981 i 1982 roku, zespół do cna wykorzystał znacznie większy niż przeciętny budżet nagrań jaki otrzymali od wytwórni.  No cóż, nie zawsze presja szkodzi sztuce!

 

 


Kolejne rozdziały:

               

Dodaj komentarz