Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział ósmy)

 

W każdym okresie, w każdym gatunku muzycznym pojawiali się i pojawiają artyści nietuzinkowi, tworzący dzieła odbiegające od standardów głównego nurtu. Najczęściej przepadają w gdzieś na dnie „rzeki” wydawanych płyt, ale są też takie które głęboko zapadają w pamięć melomanów, a wśród nich arcydzieła uznane przez krytykę, choć mniej popularne przez swoją inność albo trudny materiał do odbioru przez większą część słuchaczy. 

 

Był taki ktoś, który nazywał się Don Van Vliet, bardziej znany jako Captain Beefheart. Jego oryginalna intonacja schrypnietego głosu była wizytówką, dzięki której był bardzo łatwo rozpoznawalny. W 1967 roku, dla wydawnictwa Buddah, grupa Captain Beefheart and His Magic Band nagrywa swój pierwszy album- „Safe and Milk„.

Już od wstępu- od pierwszej sesji nagraniowej w studio Sunset, musiał potykać się o problemy. Perkusista Magic Band- John French, przypomina sobie, że trzeba było 70 podejść do „Sure ‚Nuff ‚N Yes I Do”. By zniwelować fałszujący początek i w ogóle inne niedociągnięcia. Zespół zmienił gitarzystę Dougoa Moonana na Rya Coodera (wielkiej klasy gitarzysta, grający we własnym, charakterystycznym stylu). Żeby nieszczęść (zamiana gitarzystów nie była nieszczęściem) było więcej producent Richard Perry nie umiał obsługiwać nowoczesnego sprzętu nagraniowego (w efekcie przeniesiono 8- ścieżek do 4-scieżek, do jakich przywykł ze studiów RCA). Don Van Vliet z kolei jako muzyk niespecjalnie był profesjonalnie przygotowanym, nawet nie wiedział początkowo czy słowa będą pasowały do muzyki, jedynie Ry Cooder i Alex St. Clair (gitarzyści) byli gotowi w 100%. Jerry Handle, który właśnie został ojcem, nie przygotował dwu utworów: „Abba Zaba” (na basie zagrał Cooder) i „Where There’s Woman” (na basie gra Alex St.Clair). Richard Perry zmuszony był pomagać Captainowi Beefheartowi zorganizować się i porządkować jego w ostatniej chwili napisane teksty do już nagranej muzyki, a gdy wreszcie dochodziło do nagrań wokalnej części to producent pokazywał wokaliście, w którym miejscu ma zacząć śpiewać i którą część tekstu. Jakoś się udało ukończyć nagrania po miesiącach udręki i… Efekt nie był zły, nawet uwzględniając straty rozdzielczości i zwiększenia szumów spowodowane ograniczeniem ilości ścieżek.

Ry Cooder w wywiadzie z 1983 r. powiedział: „Wciąż myślę, że Safe as Milk to dobra płyta…A naprawdę jest dobra taśma- Master (…). Natomiast beznadziejne było miksowanie (…). Beefheart twierdzi, że Hank Cicalo zrobił i zmiksował album bardzo dobrze… Ale potem ktoś jeszcze powtórnie go zmiksował. Musi być w tym coś z prawdy, bo wszystkie zagraniczne wersje albumu brzmią o wiele lepiej od dość mętnej wersji amerykańskiej, a wtedy posyłano za granicę niezmiksowane wersje albumu i każda filia robiła własny miks!” (remiks z 1999 roku- Buddah Records/BMG 74321 69175 2, jest bardzo udany!).

Po przesłuchaniu „Safe as Milk” można uznać płytę za co prawda opartą na bluesie, ale jednak komercyjną- o wyraźnych przebojowych liniach melodycznych. Kilka nagrań wskazuje nowy kierunek- awangardowy i mało przystępny dla  większości słuchaczy, którego apogeum usłyszymy w nagraniach z następnego albumu „Trout Mask Replica”.

Trout Mask Replica” – nowatorski album grupy Captain Beefheart and His Magic Band został szybko nagrany w marcu 1969 roku, chyba dzięki temu, że był bardzo długo przygotowywany, prawie rok.

Beefheart wymagał od swoich muzyków niemożliwego (tak by się wydawało), otóż muzycy mieli grać taki rodzaj muzyki, jaki przed nimi nie powstał. Nie wyobrażali sobie nawet, że można tak grać jak wymagał Captain, bo to miały być zlepki instrumentalnych improwizacji muzyków wykonujących swoją partię rytmiczną i w swojej tonacji, jednak czasami wszyscy muzycy coś wspólnego z tego „bałaganu” wyławiali. Beefheart częściej recytuje swoje teksty niż je śpiewa. Nie jest ta plyta łatwa w odbiorze, nawet dziś, a może nawet dziś trudniejsza się wydaje niż na przełomie lat 60. i 70., kiedy młodzi fani rocka wciąż poszukiwali niszy muzycznej, z którą będą mogli się utożsamiać.

Następne albumy zespołu „The Spotlight Kid”, „Clear Spot” i „Bluejeans & Moonbeams” (wydane w 1972 i 1974 roku) miały umożliwić zaistnienie na rynku komercyjnym, a w efekcie zraziło tych melomanów, którzy widzieli w nich awangardowych muzyków, a nie przysporzyło nowych.

Te płyty są podobne- krótsze utwory o bluesowym charakterze, były w przewadze. Atrakcyjny nadal był swoisty śpiew Cptaina Beefheart, który ubarwiał nienadzwyczajne kompozycje. Dopiero w 1980 r. zespół wydał album „Doc at the Radar Station”, który mógł  dorównać arcydziełom grupy z przełomu lat 1969/1970. Następna- „Ice Cream for Crow’” też utrzymała wysoki poziom. To była ostatnia ich płyta.

 

W latach pięćdziesiątych Don Van Vliet  (Captain Beefheart) mieszkał w Lancaster (Pennsylvania, USA) i do tego miasta właśnie przeniosła się rodzina kilkunastoletniego Franka Zappy, który miał już wówczas za sobą pierwsze doświadczenia muzyczne-  jako 14-latek był perkusistą w grupie The Ramblers, która wykonywała głównie utwory Little Richarda, a poza tym komponował i wykonywał z orkiestrą szkolną awangardowe utwory w stylu swojego mistrza Edgara Varèse’a. Bratnie dusze muszą się spotkać, więc i Zappie i Van Vlietowi się to udało- zostali przyjaciółmi. Najpierw Zappa pomógł Beefheartowi przy Trout Musk Replica”, prowadząc prace producenckie, a później Captain Beefheart zaśpiewał i zagrał na płycie Franka Zappy „Hot Rats” (omówiłem tę płytę w artykule- „płyty polecane (jazz)” (http://wpszoniak.pl/portfolio/plyty-polecane-jazz-2/), spotkali się przy dziele muzycznym przy okazji nagrań do płyty „Bongo Fury”.

Ten album obaj firmowali. Nagrań dokonano w czasie koncertów 20 i 21 maja 1975 roku w siedzibie Armadillo World w Austin, w Teksasie. Część utworów to studyjne wykonania, które zostały nagrane wcześniej- w styczniu 1975 (podczas sesji, które w efekcie dały „One Size Fits All” i „Studio Tan” ). Captain Beefheart, w swojej jedynej trasie z zespołem Zappy, bierze udział w kilku partiach śpiewanych i na harmonijkę ustną. To ostatni album, w którym usłyszymy wysoce techniczny jazz- fusion  w wykonaniu Mothers of Invention, której początek można odtworzyć wraz z „Over-Nite Sensation” (vide- „płyty polecane (rock)”).

Na album składają się utwory o mocnej budowie blues-rockowej, są bardziej surowe niż szczytowe osiągnięcia stylu Zappy. Captain Beefheart z charakterystycznym ostrym wokalem nigdy wcześniej nie brzmiał lepiej, a zespół akompaniujący jest fantastyczny, choć musi powstrzymać swoje aspiracje by w uproszczony sposób przedstawiać muzykę Beefhearta. Zappa- gitarzysta na tym albumie jest wytrawnym bluesmanem, który przede wszystkim jest dostarczycielem podstawowych riffów i pomysłów melodycznych. Album rozpoczyna urozmaicona, ze zmiennymi tematami muzycznymi i tempem, a nawet stylistyką „Debra Kadabra”, która przeradza się w „Carolina Hard-Core Ecstacy”. Typowy dla stylistyki Zappy utwór w charakterze wodewilowy z mocno urozmaiconą instrumentacją, z fantastycznym solem gitarowym Zappy jako zwieńczenie tej kompozycji. Później parę utworów z domieszką hard rocka, country i bluesa aż wreszcie „Advance Romance”,  najdłuższy utwór albumu, epicki 11-minutowa kompozycja, która pomału przeradza się w instrumentalnego twardego blues-rocka z odważnym solo Zappy na gitarze, jedynie Beefheart na harmonijce „upiera się” przy bluesie gdy przerywa improwizacje Zappy. Obu muzyków wspiera świetna rytmiczna praca Terry’ego Bozzio i Tom’a Fowlera. Na koniec rarytas- „Muffin Man”, opowieść Zappy o szalonym naukowcu przeradza się w temat… Przebojowy? A jeśli nie przebojowy to na pewno atrakcyjny, na tle którego gitarzysta Zappa pokazuje, że jest równy najlepszym.

 

Gdyby zmieszać barwę głosu i intonację Captaina Beefhearta, z aranżacjami Franka Zappy z okresu „Freak Out”, podeprzeć sekcją rytmiczną The Jimi Hendrix Experience i to włożyć do „garnka” blues-rocka to otrzymalibyśmy coś na kształt Edgar Broughton Band z debiutanckiej płyty „Wasa Wasa”.

„Wasa Wasa” to debiutancki album zespołu psychodelicznego rocka Edgar Broughton Band  (Edgar Boughton – śpiew, gitara prowadząca, Arthur Grant – gitara basowa, Steve Broughton – bębny, instrumenty perkusyjne). Album wydał Harvest (SHVL 757) w 1969 roku, a wyprodukowany przez Petera Jennera.

Płyta w znacznej części oparta jest o harmonie bluesowe grane w konwencji hard-rocka, grane przez „brudną” gitarę elektryczną na tle motorycznej sekcji rytmicznej. Edgar Broughton śpiewa demoniczną intonacją, zachrypniętym głosem w sposób mroczny. Odstaje od reguły „American Boy Soldier”, który jakby wyjęty został z „Freak Out” Franka Zappy. Broughton przestawia w nim rozmowę decydenta z wojskowej komisji poborowej z młodzieńcem, niezdecydowanym co do swojej przyszłości. „American Boy Soldier” jest jednym z najbardziej oryginalnych protest-songów w historii muzyki rockowej. Edgar Broughton Band to jedna z tych grup, które obok głównego nurtu tworzyły muzykę bardzo stylową (bo o oryginalności nie ma co wspominać). Ten brytyjski zespół pozostawił po sobie trwały ślad w postaci kilku niezapomnianego „Wasa Wasa”.

 

Inna grupa spoza głównego nurtu- Patto, prezentowała muzykę z pogranicza jazzu i rocka (nie fusion-jazz). Krytycy i fani lubili nazywać taki styl progressive rock. Zespół założyło czterech muzyków- Mike Patto (wokale), Ollie Halsall (gitara elektryczna, gitara akustyczna, fortepian, wibrafon), Clive Griffiths (bas) i John Halsey (perkusja).

Niedoceniany zespół w debiutanckim albumie „Patto” zawarł taką muzykę, że można zupełnie bezpiecznie umieścić go wśród najlepszych albumów jazzowo-rockowych, jaki kiedykolwiek został nagrany przez brytyjski zespół. Gardłowy, w barwie ostry, wokal Mike’a Patto współgra z emocjonalnym dźwiękiem jaki był przez zespół tworzony. Ollie Halsall, gitarzysta, który niejako cały czas komentuje słowa wokalisty, a gdy staje przed wibrafonem budzą się inne nastroje- nostalgiczne.  Budowa utworów jest albo złożona, posiada części o różnej „temperaturze”, grane w różnym tempie (przykładowo „The Men”), albo bardziej konwencjonalna- rock’n’rollowa (przykładem niech będzie „Hold me Back”).

Czy będą to od wstępu progresywne utwory czy prostsze rockowe kompozycje,  w każdym znajduje się część przeznaczona dla improwizowanych popisów. Kompozycje nie są banalne.. To płyta, po którą sięgało się chętnie na początku lat 70. I teraz też się sięga bez oporów. Wydanie LP i japońskiego CD mini LP jest graficznie atrakcyjne, ponadto faktura tektury (przypominająca skórę zwierzęcą) jest miła w dotyku.

 

Manfred Mann co miał zdobyć to już zdobył do połowy lat 60.- okupował listy przebojów (szczyt osiągnęły przeboje- „Do Wah Diddy”, „Pretty Flamingo” i „Mighty Quinn” a innych 14 dobrze sobie radziło), płyty się świetnie sprzedawały, a koncerty również… Chyba mu powodzenie u fanów obrzydło, bo w 1969 roku porzucił pop dla jazz-rocka, granego w składzie: Mike Hugg (wokal, fortepian elektryczny), Manfred Mann (organy), Bernie Living (sax alt), Steve York (bas) i Craig Collinge (perkusja), powiększonym o: Clive’a Stevensa (tenor sax ), Carla Griffithsa (tenor sax), Dave’a Coxhilla (barytonowy sax), Geralda Drewetta (puzon) i Sonny’ego Corbetta (trąbka). Grupę nazwano- Manfred Mann Chapter Three.

Pomiędzy niezbyt wyrafinowanym przebojem „Do Wah Diddy Diddy” a jakąkolwiek kompozycją z pierwszej płyty „Chapter Three vol I” jest przepaść przeogromna. Głos Hugga, ze ściśniętego gardła wydobywany, specyficzny (przypomina mi syczenie węża) i nieprzyjemnej barwie, świetnie pasowało do klimatu utworów (jak z horroru).

Muzycznie- dziwadło bez gitary, za to z obszernymi częściami improwizowanymi przez szalonego saksofonistę (grającego w stylu Ornette Colemana lub Alberta Aylera) na tle wcale niemałej sekcji dętej. Inni instrumentaliści mają też swój czas na pokaz umiejętności improwizatorskich, choć rzadziej. W czasach, gdy wielcy jazzu szukali inspiracji w muzyce rock, gdy amerykańskie zespoły o podobnych preferencjach (Blood, Sweat and Tears , Chicago) wprowadzały z sukcesem komercyjnym sekcje blach, a w kompozycje atonalność, Chapter Three zaledwie dwie płyty wydał. W 1971 roku Mann przedstawił publiczności Manfred Mann’s Earth Band, grupę o składzie bez „dęciaków”.

 

Album, o którym można tylko jedno powiedzieć- arcydzieło. Album, którego producentem nie był muzyk lecz malarz. Album, który nie daje się zakwalifikować- rock to, czy punk, a może jeszcze coś innego? „Velvet Underground and Nico” sześć lat musiał być sprzedawany by wreszcie osiągnąć status „złotej płyty”, a przecież perły w nim tkwiły- „Femme Fatale”, „Sunday Morning”, „Venus in Furs” czy „The Black Angel’s Death Song”.

„The Velvet Underground & Nico”, debiut płytowy zespołu The Velvet Underground oraz współpracującej z nim wokalistki Nico. Wydany w 1967 roku przez Verve Records. A nagrany został podczas trasy promującej projekt Andy’ego Warhola- Exploding Plastic Inevitable. Na płycie jest utwór- „Heroin”. Był on powodem wycofania płyty z wielu sklepów muzycznych. Wiele stacji radiowych odmówiło prezentacji płyty, a czasopisma nie zamieszczały reklam. Jednak to co miało być grobem dla nagrań stało się wyrzutnią do popularności (przynajmniej w niektórych kręgach publicznych). Zespół zyskał rozgłos dzięki kontrowersyjnym tematom jakie podejmowali i nowatorskim koncertom, mimo to wydawnictwu Verve, nie udało się wypromować płyty. Paradoksem jest to, że mimo małej popularności albumu po wydaniu, stał się on jednym z najbardziej wpływowych albumów w historii muzyki rock (i około tego stylu). Magazyn Rolling Stone umieścił album na pozycji 13. listy 500. Najlepszych albumów wszech czasów. The Velvet Underground był inny niż typowe zespoły rocka- brzmienie było brudne, gęste, brutalne, o garażowym zabarwieniu („I’m Waiting for the Man”), dopiero punk-rock dekadę później przedstawi podobne. Zespól był elastyczny do tego stopnia, że gdy akompaniowali niemieckiej piosenkarce- Nico, stawali się nawet ckliwi, a przynajmniej grający słodko marzycielski pop („Sunday Morning”), albo dyskretni i delikatni jak w „Femme Fatale”.

Andy Warhol zaprojektował okładkę i odgrywał ważną rolę w produkcji krążka. Jednak trudno uwierzyć, że wyprodukował album. W każdym razie jest jedynym wspomnianym na okładce producentem. Prawdopodobnie obecność Andy’ego Warhola jako producenta sprowadzała się do podpisania czeków, bo jego prestiż pozwalał Velvet Underground na rejestrowanie materiału bez kompromisu, co byłoby niemożliwe w przypadku debiutanta bez takiego wsparcia. Kilka albumów rockowych jest równie ważnych, jak The Velvet Underground i Nico, jednak ten album góruje nad nimi- trudno sobie wyobrazić inną interpretację tych utworów, inną instrumentację, inny śpiew, a nawet okładkę!

 


 Kolejne rozdziały:

                 

 

 

Dodaj komentarz