Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział ósmy)
W każdym okresie, w każdym gatunku muzycznym pojawiali się i pojawiają artyści nietuzinkowi, tworzący dzieła odbiegające od standardów głównego nurtu. Najczęściej przepadają w gdzieś na dnie „rzeki” wydawanych płyt, ale są też takie które głęboko zapadają w pamięć melomanów, a wśród nich arcydzieła uznane przez krytykę, choć mniej popularne przez swoją inność albo trudny materiał do odbioru przez większą część słuchaczy.
![]()
Był taki ktoś, który nazywał się Don Van Vliet, bardziej znany jako Captain Beefheart. Jego oryginalna intonacja schrypnietego głosu była wizytówką, dzięki której był bardzo łatwo rozpoznawalny. W 1967 roku, dla wydawnictwa Buddah, grupa Captain Beefheart and His Magic Band nagrywa swój pierwszy album- „Safe and Milk„.


Już od wstępu- od pierwszej sesji nagraniowej w studio Sunset, musiał potykać się o problemy. Perkusista Magic Band- John French, przypomina sobie, że trzeba było 70 podejść do „Sure 'Nuff 'N Yes I Do”. By zniwelować fałszujący początek i w ogóle inne niedociągnięcia. Zespół zmienił gitarzystę Dougoa Moonana na Rya Coodera (wielkiej klasy gitarzysta, grający we własnym, charakterystycznym stylu). Żeby nieszczęść (zamiana gitarzystów nie była nieszczęściem) było więcej producent Richard Perry nie umiał obsługiwać nowoczesnego sprzętu nagraniowego (w efekcie przeniesiono 8- ścieżek do 4-scieżek, do jakich przywykł ze studiów RCA). Don Van Vliet z kolei jako muzyk niespecjalnie był profesjonalnie przygotowanym, nawet nie wiedział początkowo czy słowa będą pasowały do muzyki, jedynie Ry Cooder i Alex St. Clair (gitarzyści) byli gotowi w 100%. Jerry Handle, który właśnie został ojcem, nie przygotował dwu utworów: „Abba Zaba” (na basie zagrał Cooder) i „Where There’s Woman” (na basie gra Alex St.Clair). Richard Perry zmuszony był pomagać Captainowi Beefheartowi zorganizować się i porządkować jego w ostatniej chwili napisane teksty do już nagranej muzyki, a gdy wreszcie dochodziło do nagrań wokalnej części to producent pokazywał wokaliście, w którym miejscu ma zacząć śpiewać i którą część tekstu. Jakoś się udało ukończyć nagrania po miesiącach udręki i… Efekt nie był zły, nawet uwzględniając straty rozdzielczości i zwiększenia szumów spowodowane ograniczeniem ilości ścieżek.
Ry Cooder w wywiadzie z 1983 r. powiedział: „Wciąż myślę, że Safe as Milk to dobra płyta…A naprawdę jest dobra taśma- Master (…). Natomiast beznadziejne było miksowanie (…). Beefheart twierdzi, że Hank Cicalo zrobił i zmiksował album bardzo dobrze… Ale potem ktoś jeszcze powtórnie go zmiksował. Musi być w tym coś z prawdy, bo wszystkie zagraniczne wersje albumu brzmią o wiele lepiej od dość mętnej wersji amerykańskiej, a wtedy posyłano za granicę niezmiksowane wersje albumu i każda filia robiła własny miks!” (remiks z 1999 roku- Buddah Records/BMG 74321 69175 2, jest bardzo udany!).
Po przesłuchaniu „Safe as Milk” można uznać płytę za co prawda opartą na bluesie, ale jednak komercyjną- o wyraźnych przebojowych liniach melodycznych. Kilka nagrań wskazuje nowy kierunek- awangardowy i mało przystępny dla większości słuchaczy, którego apogeum usłyszymy w nagraniach z następnego albumu „Trout Mask Replica”.
„Trout Mask Replica” – nowatorski album grupy Captain Beefheart and His Magic Band został szybko nagrany w marcu 1969 roku, chyba dzięki temu, że był bardzo długo przygotowywany, prawie rok.

Beefheart wymagał od swoich muzyków niemożliwego (tak by się wydawało), otóż muzycy mieli grać taki rodzaj muzyki, jaki przed nimi nie powstał. Nie wyobrażali sobie nawet, że można tak grać jak wymagał Captain, bo to miały być zlepki instrumentalnych improwizacji muzyków wykonujących swoją partię rytmiczną i w swojej tonacji, jednak czasami wszyscy muzycy coś wspólnego z tego „bałaganu” wyławiali. Beefheart częściej recytuje swoje teksty niż je śpiewa. Nie jest ta plyta łatwa w odbiorze, nawet dziś, a może nawet dziś trudniejsza się wydaje niż na przełomie lat 60. i 70., kiedy młodzi fani rocka wciąż poszukiwali niszy muzycznej, z którą będą mogli się utożsamiać.
Następne albumy zespołu „The Spotlight Kid”, „Clear Spot” i „Bluejeans & Moonbeams” (wydane w 1972 i 1974 roku) miały umożliwić zaistnienie na rynku komercyjnym, a w efekcie zraziło tych melomanów, którzy widzieli w nich awangardowych muzyków, a nie przysporzyło nowych.

Te płyty są podobne- krótsze utwory o bluesowym charakterze, były w przewadze. Atrakcyjny nadal był swoisty śpiew Cptaina Beefheart, który ubarwiał nienadzwyczajne kompozycje. Dopiero w 1980 r. zespół wydał album „Doc at the Radar Station”, który mógł dorównać arcydziełom grupy z przełomu lat 1969/1970. Następna- „Ice Cream for Crow’” też utrzymała wysoki poziom. To była ostatnia ich płyta.
![]()
W latach pięćdziesiątych Don Van Vliet (Captain Beefheart) mieszkał w Lancaster (Pennsylvania, USA) i do tego miasta właśnie przeniosła się rodzina kilkunastoletniego Franka Zappy, który miał już wówczas za sobą pierwsze doświadczenia muzyczne- jako 14-latek był perkusistą w grupie The Ramblers, która wykonywała głównie utwory Little Richarda, a poza tym komponował i wykonywał z orkiestrą szkolną awangardowe utwory w stylu swojego mistrza Edgara Varèse’a. Bratnie dusze muszą się spotkać, więc i Zappie i Van Vlietowi się to udało- zostali przyjaciółmi. Najpierw Zappa pomógł Beefheartowi przy Trout Musk Replica”, prowadząc prace producenckie, a później Captain Beefheart zaśpiewał i zagrał na płycie Franka Zappy „Hot Rats” (omówiłem tę płytę w artykule- „płyty polecane (jazz)” (http://wpszoniak.pl/portfolio/plyty-polecane-jazz-2/), spotkali się przy dziele muzycznym przy okazji nagrań do płyty „Bongo Fury”.
Ten album obaj firmowali. Nagrań dokonano w czasie koncertów 20 i 21 maja 1975 roku w siedzibie Armadillo World w Austin, w Teksasie. Część utworów to studyjne wykonania, które zostały nagrane wcześniej- w styczniu 1975 (podczas sesji, które w efekcie dały „One Size Fits All” i „Studio Tan” ). Captain Beefheart, w swojej jedynej trasie z zespołem Zappy, bierze udział w kilku partiach śpiewanych i na harmonijkę ustną. To ostatni album, w którym usłyszymy wysoce techniczny jazz- fusion w wykonaniu Mothers of Invention, której początek można odtworzyć wraz z „Over-Nite Sensation” (vide- „płyty polecane (rock)”).


Na album składają się utwory o mocnej budowie blues-rockowej, są bardziej surowe niż szczytowe osiągnięcia stylu Zappy. Captain Beefheart z charakterystycznym ostrym wokalem nigdy wcześniej nie brzmiał lepiej, a zespół akompaniujący jest fantastyczny, choć musi powstrzymać swoje aspiracje by w uproszczony sposób przedstawiać muzykę Beefhearta. Zappa- gitarzysta na tym albumie jest wytrawnym bluesmanem, który przede wszystkim jest dostarczycielem podstawowych riffów i pomysłów melodycznych. Album rozpoczyna urozmaicona, ze zmiennymi tematami muzycznymi i tempem, a nawet stylistyką „Debra Kadabra”, która przeradza się w „Carolina Hard-Core Ecstacy”. Typowy dla stylistyki Zappy utwór w charakterze wodewilowy z mocno urozmaiconą instrumentacją, z fantastycznym solem gitarowym Zappy jako zwieńczenie tej kompozycji. Później parę utworów z domieszką hard rocka, country i bluesa aż wreszcie „Advance Romance”, najdłuższy utwór albumu, epicki 11-minutowa kompozycja, która pomału przeradza się w instrumentalnego twardego blues-rocka z odważnym solo Zappy na gitarze, jedynie Beefheart na harmonijce „upiera się” przy bluesie gdy przerywa improwizacje Zappy. Obu muzyków wspiera świetna rytmiczna praca Terry’ego Bozzio i Tom’a Fowlera. Na koniec rarytas- „Muffin Man”, opowieść Zappy o szalonym naukowcu przeradza się w temat… Przebojowy? A jeśli nie przebojowy to na pewno atrakcyjny, na tle którego gitarzysta Zappa pokazuje, że jest równy najlepszym.
![]()
Gdyby zmieszać barwę głosu i intonację Captaina Beefhearta, z aranżacjami Franka Zappy z okresu „Freak Out”, podeprzeć sekcją rytmiczną The Jimi Hendrix Experience i to włożyć do „garnka” blues-rocka to otrzymalibyśmy coś na kształt Edgar Broughton Band z debiutanckiej płyty „Wasa Wasa”.


„Wasa Wasa” to debiutancki album zespołu psychodelicznego rocka Edgar Broughton Band (Edgar Boughton – śpiew, gitara prowadząca, Arthur Grant – gitara basowa, Steve Broughton – bębny, instrumenty perkusyjne). Album wydał Harvest (SHVL 757) w 1969 roku, a wyprodukowany przez Petera Jennera.
Płyta w znacznej części oparta jest o harmonie bluesowe grane w konwencji hard-rocka, grane przez „brudną” gitarę elektryczną na tle motorycznej sekcji rytmicznej. Edgar Broughton śpiewa demoniczną intonacją, zachrypniętym głosem w sposób mroczny. Odstaje od reguły „American Boy Soldier”, który jakby wyjęty został z „Freak Out” Franka Zappy. Broughton przestawia w nim rozmowę decydenta z wojskowej komisji poborowej z młodzieńcem, niezdecydowanym co do swojej przyszłości. „American Boy Soldier” jest jednym z najbardziej oryginalnych protest-songów w historii muzyki rockowej. Edgar Broughton Band to jedna z tych grup, które obok głównego nurtu tworzyły muzykę bardzo stylową (bo o oryginalności nie ma co wspominać). Ten brytyjski zespół pozostawił po sobie trwały ślad w postaci kilku niezapomnianego „Wasa Wasa”.
![]()
Inna grupa spoza głównego nurtu- Patto, prezentowała muzykę z pogranicza jazzu i rocka (ale nie fusion-jazz!). Krytycy i fani lubili nazywać taki styl progressive rock. Zespół założyło czterech muzyków- Mike Patto (wokale), Ollie Halsall (gitara elektryczna, gitara akustyczna, fortepian, wibrafon), Clive Griffiths (bas) i John Halsey (perkusja).



Niedoceniany zespół w debiutanckim albumie „Patto” zawarł taką muzykę, że można zupełnie bezpiecznie umieścić go wśród najlepszych albumów jazzowo-rockowych, jaki kiedykolwiek został nagrany przez brytyjski zespół. Gardłowy, w barwie ostry, wokal Mike’a Patto współgra z emocjonalnym dźwiękiem jaki był przez zespół tworzony. Ollie Halsall, gitarzysta, który niejako cały czas komentuje słowa wokalisty, a gdy staje przed wibrafonem budzą się inne nastroje- nostalgiczne. Budowa utworów jest albo złożona, posiada części o różnej „temperaturze”, grane w różnym tempie (przykładowo „The Men”), albo bardziej konwencjonalna- rock’n’rollowa (przykładem niech będzie „Hold me Back”).
Czy będą to od wstępu progresywne utwory czy prostsze rockowe kompozycje, w każdym znajduje się część przeznaczona dla improwizowanych popisów. Kompozycje nie są banalne.. To płyta, po którą sięgało się chętnie na początku lat 70. I teraz też się sięga bez oporów. Wydanie LP i japońskiego CD mini LP jest graficznie atrakcyjne, ponadto faktura tektury (przypominająca skórę zwierzęcą) jest miła w dotyku.
![]()
Manfred Mann co miał zdobyć to już zdobył do połowy lat 60.- okupował listy przebojów (szczyt osiągnęły przeboje- „Do Wah Diddy”, „Pretty Flamingo” i „Mighty Quinn” a innych 14 dobrze sobie radziło), płyty się świetnie sprzedawały, a koncerty również… Chyba mu powodzenie u fanów obrzydło, bo w 1969 roku porzucił pop dla jazz-rocka, granego w składzie: Mike Hugg (wokal, fortepian elektryczny), Manfred Mann (organy), Bernie Living (sax alt), Steve York (bas) i Craig Collinge (perkusja), powiększonym o: Clive’a Stevensa (tenor sax ), Carla Griffithsa (tenor sax), Dave’a Coxhilla (barytonowy sax), Geralda Drewetta (puzon) i Sonny’ego Corbetta (trąbka). Grupę nazwano- Manfred Mann Chapter Three.

Pomiędzy niezbyt wyrafinowanym przebojem „Do Wah Diddy Diddy” a jakąkolwiek kompozycją z pierwszej płyty „Chapter Three vol I” jest przepaść przeogromna. Głos Hugga, ze ściśniętego gardła wydobywany, specyficzny (przypomina mi syczenie węża) i nieprzyjemnej barwie, świetnie pasowało do klimatu utworów (jak z horroru).

Muzycznie- dziwadło bez gitary, za to z obszernymi częściami improwizowanymi przez szalonego saksofonistę (grającego w stylu Ornette Colemana lub Alberta Aylera) na tle wcale niemałej sekcji dętej. Inni instrumentaliści mają też swój czas na pokaz umiejętności improwizatorskich, choć rzadziej. W czasach, gdy wielcy jazzu szukali inspiracji w muzyce rock, gdy amerykańskie zespoły o podobnych preferencjach (Blood, Sweat and Tears , Chicago) wprowadzały z sukcesem komercyjnym sekcje blach, a w kompozycje atonalność, Chapter Three zaledwie dwie płyty wydał. W 1971 roku Mann przedstawił publiczności Manfred Mann’s Earth Band, grupę o składzie bez „dęciaków”.
![]()
Album, o którym można tylko jedno powiedzieć- arcydzieło. Być może jeden z najbardziej wpływowych albumów wszech czasów. Punk, new wave, goth – nazywasz to; większość każdego alternatywnego gatunku rocka zawdzięcza swoje narodziny tej płycie i tej grupie. Ta płyta o tytule „Velvet Underground and Nico” jest zróżnicowaną kolekcją garażowych rockowych, popowych, rozebranych R&B i piosenek miłosnych. Okładka albumu autorstwa Andy’ego Warhola (który również jest uznawany za producenta) pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych w historii. Trzydzieści lat po debiucie ta płyta wciąż nie straciła swojej mocy. Album, który nie daje się zakwalifikować- rock to, czy punk, a może jeszcze coś innego? „Velvet Underground and Nico” sześć lat musiał być sprzedawany by wreszcie osiągnąć status „złotej płyty”, a przecież perły w nim tkwiły- „Femme Fatale”, „Sunday Morning”, „Venus in Furs” czy „The Black Angel’s Death Song”. Oryginalny album wyprodukowany został przez Toma Wilsona i Andy’ego Warhola z The Velvet Underground. Dyrektorem inżynierii oryginalnego albumu był Val Valentin. Inżynierią oryginalnego albumu zajął się Omi Haden, TTG Hollywood.

„The Velvet Underground & Nico”, debiut płytowy zespołu The Velvet Underground oraz współpracującej z nim wokalistki Nico. Wydany w 1967 roku przez Verve Records. A nagrany został podczas trasy promującej projekt Andy’ego Warhola- Exploding Plastic Inevitable. Na płycie jest utwór- „Heroin”. Był on powodem wycofania płyty z wielu sklepów muzycznych. Wiele stacji radiowych odmówiło prezentacji płyty, a czasopisma nie zamieszczały reklam. Jednak to co miało być grobem dla nagrań stało się wyrzutnią do popularności (przynajmniej w niektórych kręgach publicznych). Zespół zyskał rozgłos dzięki kontrowersyjnym tematom jakie podejmowali i nowatorskim koncertom, mimo to wydawnictwu Verve, nie udało się wypromować płyty. Paradoksem jest to, że mimo małej popularności albumu po wydaniu, stał się on jednym z najbardziej wpływowych albumów w historii muzyki rock (i około tego stylu). Magazyn Rolling Stone umieścił album na pozycji 13. listy 500. Najlepszych albumów wszech czasów. The Velvet Underground był inny niż typowe zespoły rocka- brzmienie było brudne, gęste, brutalne, o garażowym zabarwieniu („I’m Waiting for the Man”), dopiero punk-rock dekadę później przedstawi podobne. Zespól był elastyczny do tego stopnia, że gdy akompaniowali niemieckiej piosenkarce- Nico, stawali się nawet ckliwi, a przynajmniej grający słodko marzycielski pop („Sunday Morning”), albo dyskretni i delikatni jak w „Femme Fatale”.
Andy Warhol zaprojektował okładkę i odgrywał ważną rolę w produkcji krążka. Jednak trudno uwierzyć, że wyprodukował album. W każdym razie jest jedynym wspomnianym na okładce producentem. Prawdopodobnie obecność Andy’ego Warhola jako producenta sprowadzała się do podpisania czeków, bo jego prestiż pozwalał Velvet Underground na rejestrowanie materiału bez kompromisu, co byłoby niemożliwe w przypadku debiutanta bez takiego wsparcia. Kilka albumów rockowych jest równie ważnych, jak The Velvet Underground i Nico, jednak ten album góruje nad nimi- trudno sobie wyobrazić inną interpretację tych utworów, inną instrumentację, inny śpiew, a nawet okładkę!
Od 1967 roku zostało wydanych ponad 250 reedycji winylowych „The Velvet Underground & Nico”, które mogą zadowolić wszelkie gusty fanów muzyki lub kolekcjonerów płytowych. Dlaczego użyłem alternatywy „lub”? Bo dla przykładu: „The Velvet Underground & Nico”, wydane w 2008 roku przez Vinyl Lovers (nr kat.- 999051), w postaci „Picture Disc Collectible”, z reguły nie osiągają takiej samej jakości dźwięku jak zwykłe płyty winylowe. Są one produkowane głównie dla efektu wizualnego.

Limitowana edycja w formie „Picture Disc” z 2008 roku (i podobne z następnych dekad XXI wieku) albumu „The Velvet Underground & Nico” jest poszukiwana przede wszystkim jako wizualnie efektowny przedmiot kolekcjonerski z kultowym rysunkiem banana Andy’ego Warhola bezpośrednio na winylu. Choć chwalona za walory estetyczne i historyczne znaczenie, jakość dźwięku na picture discach bywa gorsza niż na standardowym czarnym winylu, często z większym szumem powierzchniowym. Recenzje różnych reedycji z tego okresu, w tym edycji specjalnych, zazwyczaj chwalą dźwięk za uchwycenie surowej, „brudnej” i eksperymentalnej esencji oryginału z 1967 roku, choć niektórzy puryści preferują oryginalne wydania ze względu na głębię brzmienia. Płyta „Velvet Underground & Nico Picture Disc” (wydanie Vinyl Lovers/Universal) to efektowny wizualnie przedmiot kolekcjonerski z kultowym nadrukiem Andy’ego Warhola przedstawiającym banana. Choć oferuje żywą estetykę, recenzje użytkowników i opinie audiofilów często wskazują, że podobnie jak większość płyt picture disc, może ona charakteryzować się wyższym poziomem szumów lub niższą jakością dźwięku w porównaniu z wysokiej jakości reedycjami na czarnym winylu. Atrakcyjność wizualna: Oryginalna grafika Warhola znajduje się bezpośrednio na płycie, co czyni ją niezwykle atrakcyjną dla kolekcjonerów. Chociaż niektórzy słuchacze uznają dźwięk za akceptowalny, inni mogą zauważyć zniekształcenia, które są cechą charakterystyczną formatu, a nie samego miksu.
Chociaż wiele płyt „picture disc” cierpią na problemy z dźwiękiem, to wydanie jest generalnie dobrze oceniane za zapewnienie wspaniałych, nostalgicznych wrażeń podczas słuchania przełomowego albumu. Wydanie z 2008 roku jest częścią długiej serii reedycji, w tym edycji z okazji 45. i 50. rocznicy, które również miały specjalne opakowanie. Mimo braku komfortu podczas słuchania nagrań z płyty „jak z obrazka”, kolekcjonerzy wysoko cenią płytę jako „niezbędną” do uzupełnienia kolekcji nagrań Velvet Underground.
Inną ciekawą edycją winylową jest płyta „The Velvet Underground & Nico” wydana w 2012 roku z okazji 45. rocznicy. Okładka tej edycji posiada odklejaną nakładkę w kształcie banana…
Album „The Velvet Underground and Nico” dziś uważany jest niemal za świętego grala i stawiany na równi z takim rockowymi dziełami jak „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band The Beatles” czy „Pet Sounds” zespołu The Beach Boys. W 45 rocznicę wydania „The Velvet Underground and Nico” ukazał się aż w 4 wersjach: super deluxe, new deluxe, original album remaster oraz LP, zawierających m.in. wersje stereo i mono zremasterowane z oryginalnych taśm, wcześniej niepublikowanych nagrań, a także zapisy z prób w Warhol’s Factory.



Winylowa reedycja z okazji 45. rocznicy wydania The Velvet Underground & Nico z 2012 roku jest powszechnie chwalona za zremasterowany, wysokiej jakości dźwięk, z miksami stereo, które zapewniają czystsze, bardziej agresywne i szczegółowe brzmienie. To chwalone przez krytyków wydawnictwo, jest komplementowane za opakowanie- zawiera kultową, odklejaną okładkę w kształcie banana, co czyni je definitywnym, wartościowym dodatkiem dla fanów, pomimo drobnych uwag dotyczących delikatności okładki. Krytycy i słuchacze generalnie zgadzają się, że dźwięk jest najwyższej klasy. „The Velvet Underground and Nico” często określany jako „niezbędny” album dla fanów rocka, a ten, wydany z okazji 45. rocznicy, jest uważany za doskonały sposób na zapoznanie się z legendarnym albumem, łącząc historyczne znaczenie z nowoczesną jakością dźwięku.
Podobnie należy traktować reedycje CD wydane z tej samej okazji- 45. rocznicy, w USA i Europie. Na przykład pozycja wydana w EU przez Polydor (nr kat. – B0017493-02) w roku 2012, zremasterowana przez Kevina Reevesa w Sterling Sound.



Wydana w 2012 roku z okazji 45. rocznicy płyta „The Velvet Underground & Nico” to chwalona przez krytyków reedycja, która zapewnia większą klarowność klasykowi z 1967 roku, zachowując jednocześnie jego istotną szorstkość. Remaster wzmacnia brzmienie instrumentów, nie usuwając charakterystycznej dla albumu surowej, hałaśliwej faktury. Jakość dźwięku albumu jest chwalona za wyróżnianie instrumentów przy jednoczesnym zachowaniu klimatu lo-fi oryginalnego albumu. Dla porówniania: miks mono posiada agresywne brzmienie, oferujące inne, „duszne” doznania w porównaniu z wersją stereo. Wydanie z okazji 45. rocznicy z powodzeniem podnosi poziom wrażeń słuchowych, oferując zarówno kontekst historyczny, jak i wysokiej jakości brzmienie jednego z najbardziej wpływowych albumów rockowych. Krytycy i fani chwalą tę reedycję za jej głębię, a wielu nazywa ją „pozycją obowiązkową” ze względu na docenienie historycznego znaczenia nagrań.
W 1997 roku w sprzedaży pojawiła się limitowana edycja.24-karatowej złotej płyty kolekcjonerskiej „The Velvet Underground and Nico” wydanej przez audiofilską wytwórnię Mobile Fidelity Sound Lab (nr kat.- UDCD 695).

Wydanie „The Velvet Underground & Nico” na nośniku Mobile Fidelity Sound Lab (Ultradisc II w 24-karatowej oprawie typu- Gold), jest powszechnie uważane za audiofilskie, o wysokiej jakości masteringu, przełomowe nagranie z 1967 roku. Oferuje szczegółową, otwartą scenę dźwiękową, która przewyższa wiele standardowych reedycji CD, prezentując surowe, eksperymentalne miksy z lepszą klarownością, choć niektórzy puryści nadal preferują oryginalne tłoczenia winylowe. Wydanie MoFi z 1997 roku charakteryzuje się otwartością, szczegółowością i przewagą w wysokim paśmie w porównaniu z innymi wersjami cyfrowymi, w tym nawet japońskim SACD. Jako wydanie Ultradisc, dążyło do uzyskania ciepłego, analogowego brzmienia, zapewniając bardziej wyrafinowane wrażenia słuchowe, charakterystyczne dla nagrań studyjnych lo-fi/surowych. To wydanie jest częścią serii UDCD (UDCD 695), która jest niezwykle poszukiwana przez kolekcjonerów ze względu na doskonały mastering i opakowanie. Zawiera standardowy miks stereo albumu, który zawiera kultowe, kontrowersyjne i przełomowe utwory stworzone w erze Factory Andy’ego Warhola.
Chociaż niektórzy audiofile preferują miks mono ze względu na jego surową energię, stereofoniczna złota płyta CD MoFi z 1997 roku pozostaje doskonałą cyfrową, nieremasterowaną opcją, pozwalającą doświadczyć złożonych, szorstkich i melodyjnych warstw albumu w wysokiej jakości.
Wśród wszystkich 464. wydanych wersji „The Velvet Underground and Nico” bogato reprezentowane są egzemplarze wyprodukowane w Japonii. Jest ich 41 (LP i CD), a wśród nich 38 wersji cyfrowych, na przykład z lat 1998 i 2009 (kolejno na fotografiach niżej)


Japońskie wydanie płyty The Velvet Underground & Nico, zwłaszcza w formacie SHM-CD (często kojarzone z limitowanymi edycjami o wysokiej wierności brzmienia) jest wysoko cenione za wyjątkową klarowność dźwięku, oferujące czystsze i bardziej szczegółowe brzmienie w porównaniu ze starszymi, bardziej płaskimi wydaniami CD. Uchwycono na nim chropowatą, awangardową fakturę albumu, w tym wyraźną separację altówki Johna Cale’a od przejmującego wokalu Nico, bez usuwania zbędnego szumu wzmacniacza ani studyjnego ciepła. Format Super High Material (SHM-CD) wykorzystuje specjalistyczną podstawę z poliwęglanu, co pozwala na lepsze, bardziej precyzyjne formowanie wgłębień, a co za tym idzie lepszą rozdzielczość dźwięku. Płyta jest powszechnie chwalona za to, że sprawia, że chaotyczne, eksperymentalne momenty albumu wydają się bardziej obecne. Wiele z tych wydawnictw z lat 2008/2011/2012 korzysta z remasteringu, który podkreśla surową energię oryginalnego miksu, zamiast go nadmiernie wygładzać, zachowując „niebezpieczeństwo” i „chropowatość” albumu. Wersje SHM-CD są uważane za jedne z ostatecznych, przyjaznych audiofilom sposób na słuchanie klasyka z 1967 roku, ponieważ podkreśla zarówno popowe utwory, jak i mroczniejsze, momenty eksperymentalne.
Druga dekada XXI wieku obfitowała w szereg nowych wersji „The Velvet Underground & Nico”. Spośród prawie 60. wydań cyfrowych z tego czasu na wyróżnienie zasługuje CD w formacie Hi-Res UHQCD – MQA. Ta edycja otrzymała transfer DSD z oryginalnych amerykańskich analogowych taśm-matek, na których pracował Brett Zinn w Mountain Digital Studios w 2018 roku. Materiał muzyczny był edytowany w DSD przez Manabę Matsumurę w Universal Music Studios, Tokio, również w 2018 roku.

Japońskie wydanie UHQCD + MQA płyty „The Velvet Underground & Nico” (nr kat.- UICY-40203) zawiera transfer z analogowych taśm-matek, zapewniający wysokiej jakości, autentyczne i szczegółowe wrażenia słuchowe. Ta edycja, często nazywana płytą CD Hi-Res, zachowuje surowy, chropawy i lo-fi charakter nagrania z 1967 roku, dzięki czemu idealnie nadaje się dla audiofilów poszukujących maksymalnej głębi brzmienia bez sztucznego czyszczenia. Transfer DSD wydobywa niuanse brzmienia nagrania, takie jak separacja w „Sunday Morning”, intensywne akcenty w „Heroin” i delikatne niuanse wokalu Nico.
Technologiacznie rzecz ujmując ta edycja wykorzystuje materiał Ultimate High Quality oraz technologię Master Quality Authenticated (MQA). Płytę można odtwarzać na standardowych odtwarzaczach CD, ale do pełnego dekodowania w wysokiej rozdzielczości wymagany jest odtwarzacz zgodny ze standardem MQA. To wydanie jest uważane za jeden z najlepszych sposobów na wysłuchanie albumu w jego najczystszej formie. Udoskonala ono poprzednie wydania CD, zwiększając klarowność często chaotycznej i niskiej jakości produkcji, co czyni je szczególnie polecaną wersją dla kolekcjonerów i fanów.
Kolejne rozdziały:
