Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział dziewiętnasty, część 1)

Każdy z opisanych niżej bluesmanów ma olbrzymią ilość znakomitych nagrań na swoim koncie. Trudno wybrać najlepsze, więc niech te, które wybiorę, będą jedynie pretekstem by o znakomitych muzykach wspomnieć. Uwzględniam też dwie pozycje kompilacyjne, bo dzięki nim mogę wspomnieć o większej ilości bluesmanów, tym bardziej że obie są warte tego by próbować je zdobyć.

 

The Cobra Records, działająca w latach 1956-1958 była jedną z nielicznych, która promowała wyłącznie twórców bluesowych, głównie trzech Otisa Rusha, Magic Sama i Buddy Guy’a. Ci muzycy byli w awangardzie całej rzeszy artystów bluesowych reprezentujących nowe brzmienie nazwane West Side Sound. Wydawnictwo Cobra Records mieściła się właśnie na West Side w Chicago. Współwłaściciel wytwórni- Eli Toscano, zwrócił się do Williego Dixona z propozycją pracy w Cobrze. kiedy wytwórnia płytowa, Abco Records, nie była nim zainteresowana. Dixon dołączył do Cobra Records. Zajmował wiele stanowisk: łowcy talentów, producenta, aranżera, autora tekstów, basisty, a przede wszystkim stał za tzw. „artystyczną wizją” firmy.  Pierwsze nagranie dla wytwórni- singiel Otisa Rusha „I Can’t Quit You Baby” stał się hitem w 1956 roku, zajmując miejsce szóste na liście przebojów rhythm & bluesowych magazynu Billboard. Rush nagrał kolejne siedem singli, określanych jako „momenty definiujące chicagowskiego bluesa”. Pozostali: Magic Sam i Buddy Guy, wydali swoje single parę miesięcy później. Cobra wydała single i innych artystów, w tym Ike’a Turnera i kilku weteranów bluesa. Po dwóch latach kłopoty finansowe doprowadziły do bankructwa. Katalog płyt firmy Cobra przejął Capricorn Records i ta wytwórnia wydala w roku 1993. dwupłytową kompilację „The Cobra Records Story: Chicago Rock & Blues 1956-1958

W box’ie, mieszczącym dwa krążki CD, zmieszczono 50 utworów, co może się wydawać całkiem dużą ilością, ale gdy usłyszy się materiał muzyczny to okaże się, że chciałoby się ich więcej. Cobra Records przez trzy lata swojej aktywności wyprodukowała znakomitą i nowoczesną muzykę bluesową. Znakomitości jak: Otis Rush, Buddy Guy, Magic Sam i Willie Dixon, są na ścieżkach dwóch płyt reprezentowani, a obok nich pojawiają się mniej znani wykonawcy: Louis Myers & the Aces, the Clouds czy Little Willie Foster. Nie ma choćby jednego utworu w tym zestawie, który byłby gorszy niż doskonały chicagowski blues. Recenzent AllMusic napisał: „Dźwięk [na płytach] waha się od bardzo dobrego do doskonałego, […] adnotacja w dołączonej książeczce jest bardzo dokładna, więc wiesz dokładnie, który członek zespołu robi na tobie wrażenie w każdej chwili…” Mimo, że Cobra Records działała krótko to w historii muzyki odcisnęła mocne piętno, bo choćby już najwcześniejsze ich nagranie „I can quit you baby” (utwór spopularyzowany przez Led Zeppelin) stało się uznanym klasykiem. Nowoczesna instrumentacja, ostre gitarowe brzmienie i żarliwe wokale są mocno przekonujące. Słychać w grze Buddy Guy’a i Magic Sama emocje, ekspresję i wielkie umiejętności techniczne. Ike Turner’s Kings of Rhythm, Harrold Burrage, Jimmy Kelly czy Betty Everett, również dobrze reprezentują bluesa, ale i gospel.
Ten zestaw płyt zawiera świetny materiał- świetny pod względem muzycznym. Niestety nie w każdym przypadku jakość dźwięku jest satysfakcjonująca, ale jeśli potraktuje się je jako zabarwienie archiwalne to łatwo o tych usterkach zapomnieć. Nagrania są surowe ale bliskie sercu.

 

Cztery dekady od czasu współpracy z Cobra Records Buddy Guy nie jest ortodoksyjnym bluesmanem lecz flirtuje z rockiem… Świetnie tę sytuację opisał Stephen Thomas Erlewine (z AllMusic), gdy recenzował płytę „Heavy Love”: „Najwyraźniej Buddy Guy działa według  teorii „Jeśli nie możesz ich pokonać, dołącz do nich”. Tracąc komercyjną pozycję wśród młodych  Johnny’ego Langa i Kenny’ego Wayne Shepherda, Guy zatrudnił ich producenta, Davida Z. i ruszył, by nagrać album z głośnym, szalonym blues-rockiem. Puryści będą wzdrygać się na bezkompromisowe koncesje komercyjne, jakie Guy robi na Heavy Love- z pewnością obejmują „Midnight Train”, ale jest to duet z Johnnym Langiem, który uzupełnia psychodeliczne liźnięcie „I Just Wanna Make Love to You”, bądź cover ZZ Top („I Need You Tonight”, który słyszałem gdzie indziej. Mimo to Heavy Love jest dobry w porównaniu do współczesnego elektrycznego bluesa z epoki post- Stevie Ray Vaughan, zwłaszcza że Guy po raz kolejny wnosi kilka palących solówek. To prawda, że jego gra może przeskakiwać zbyt blisko rocka wg smaku niektórych, ale każdy, kto chce nieskrępowany, twardy rockowy album Buddy Guy’a, nie będzie rozczarowany Heavy Love.”

Ten album jest rzeczywiście pełen fuzji rocka i bluesa, z gitarą Guy’a w roli głównej. Jego ton jest nasycony efektami charakterystycznymi dla rocka (wah, overdrive), ale przecież zawsze był to styl Buddy Guy’a. Płyta była nominowana do nagrody Grammy…

 

B.B. King jest ponadczasowym (wybitnym) wokalistą i gitarzystą, więc coś z jego dorobku powinno się znaleźć na półce płytowej u każdego słuchacza, niekoniecznie blues-fana (ci zwykle mają całą kolekcję albumów Kinga). Zarekomenduję dwie płyty- jedną koncertową a drugą studyjną, które oddzielają więcej niż trzy dekady.
Materiał muzyczny „Live at the Regal” został nagrany 21 listopada 1964 roku w Regal Theatre w Chicago, a wydany przez ABC-Paramount w 1965 (King miał wtedy 40 lat).

B.B. King’owi towarzyszył niewielki zespół (dwa saksofony, fortepian, bas i perkusja). Dla King’a wokalisty, z racji szerokiej skali, nie było większych problemów by zmieścić się w linii melodycznej- był naprawdę w świetnej formie, gdy bez wysiłku śpiewał raz to falsetem a innym razem w jego regularnym zakresie. Jego gra gitarowa była wzorcem dla wielu, nie posiadał tylko jednej umiejętności- nie potrafił śpiewać i grać na gitarze w tym samym momencie, ale to przeszkoda niezauważalna. „Live at the Regal” jest jednym z wielkich albumów bluesowych, bo obok niezaprzeczalnej wirtuozerii wykonawców, świetnych kompozycji wydarzyło się coś jeszcze tamtej nocy, coś wyjątkowego, zaczął zyskiwać białą publiczność, również poza wielkimi ośrodkami miejskimi. Album ten w 2005 roku został wybrany do wpisania w  The National Recording Registry [1]. Album znalazł się w wyborze Roberta Christgaua „Basic Record Library” z lat 50. i 60. opublikowanych w Christgau’s Record Guide: Rock Albums of the Seventies (1981) oraz w 1001 albumach Roberta Dimery’ego “You Must Hear Before You Die” (albumy, które musisz wysłuchać przed swoją śmiercią).

Blues on the Bayou” (MCA Records, z roku 1998)- trzydziesty szósty album studyjny w katalogu B.B. Kinga, jest debiutem bluesmana w roli producenta.

B.B. King napisał w informacji płytowej: „Spośród wielu nagrań, które Lucille [„imię” gitary]  i ja mieliśmy przyjemność nagrywać przez lata, ten jest szczególnie bliski memu sercu. To także jedno z najbardziej zrelaksowanych i dla mnie satysfakcjonujących […] Nikt nie mówił nam, co mamy robić. Nikt nie musiał nam mówić, co robić.” Dodał: „… zespół grający na tym albumie jest jego najlepszym w historii i że trafił do studia z myślą o utrzymaniu prostej muzyki („Czułem potrzebę powrotu do podstaw.”). Płyta została nagrana w cztery dni: „Znaleziono kilka starych piosenek. Napisałem kilka nowych. […] Wszystko na żywo, wszystko prawdziwe. Bez overdubów, bez high-tech trików.”
„Blues on the Bayou” to jeden z najsilniejszych, współczesnych albumów B.B. Kinga od wielu lat. Bez udziału specjalnych gości, po prostu King i jego zespół, grający jak na na scenie koncertowej- zarejestrowany „na żywo”. Rezultat pokazuje, że King w wieku 73-lat, ma wiele jeszcze do powiedzenia i że „zbiornik” pomysłów muzycznych nie został opróżniony. Album zdobył w 2000 roku nagrodę Grammy za najlepszy tradycyjny album bluesowy…

 

John Lee Hooker, ikona bluesa, geniusz boogie, wielka gwiazda muzyki bluesowej, debiutował w 1959 roku i od tego czasu zyskał wielkie grono wielbicieli. Kilka piosenek jego autorstwa odniosło komercyjny sukces („Boom, Boom”, „Baby Lee”, „Dimples”, „I Love You Honey”, „No Shoes”), popularność rosła w postępie geometrycznym, szczególnie po tym, jak nawiązał współpracę z blues-rockowym zespołem Canned Heat (vide artykuł: „płyty polecane (rock, rozdz.1”), którego efektem był masowo sprzedający się podwójny album „Hooker’n Heat” w 1970 roku. John Lee Hooker ponownie był odkrywany przez pokolenie, które poznawało go dzięki dzieleniu sceny muzycznej z popularnymi artystami rocka- Carlosem Santaną, Bonnie Raitt, Georgem Thorogoodem, Los Lobos, Robertem Crayem, i Charliem Musselwhite’m. Hooker przypomniał o sobie serią albumów z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. z nowymi materiałami bądź ponownie nagranych wersji utworów z wczesnego etapu swojej kariery.

The Healer” z 1989 roku, wydany przez Silvertone Records, powstał w wyniku współpracy z Bonnie Raitt, Charlie’go Musselwhite’a, Los Lobos i Carlosa Santany.

„I’m in the Mood” zdobył nagrodę Grammy za najlepszy tradycyjny utwór bluesowy. Wyprodukowany przez Roya Rogersa z Delta Rhythm Kings oraz producent wykonawczego Mike’a Kappus’a, który był projektodawcą przedsięwzięcia, który miał pozwolić Hooker’owi przeżyć koniec jego życia w komforcie. „The Healer” był w centrum zainteresowania mediów… Przede wszystkim ze względu na uczestniczące w sesjach  supergwiazdy show-biznesu, w każdym razie cel był osiągnięty- płyta nieźle się sprzedawała.

Następnym albumem, który był wspólnym dziełem paru znakomitości- Hookera, Carlosa Santany, Vana Morrisona, Charlesa Browna i Booker T. Jonesa, był „Chill Out” wydany przez Point Blank Records w 1995 roku.

John Lee Hooker z lat 90. wzbogacony o zawsze trafną gitarę Carlosa Santany, głosem Vana Morrisona, pianistyką Browna   wypełniony porusza się w nieskazitelnej, najnowocześniejszej technologii nagraniowej. Na płycie nie odnajdziemy surowej żywości Hookera z wczesnego okresu… Czasy się zmieniają! A więc jeśli posłuchamy Johna Lee Hookera bez obciążenia wspomnieniami to okaże się, że muzyka na płycie jest znakomita, ale czy na pewno jego? Hooker pozwolił swoim gościom przysłonić swoje talenty. Plany zabezpieczenia finansów zasłużonego dla boogie się udały, mało tego- doceniono te nagrania bo przyznano nagrodę Grammy dla najlepszego tradycyjnego albumu bluesowego. Hooker czas spędzał relaksując się w kilku swoich domach.  Nic w takim razie nie wymusiło organizacji sesji nagraniowych dla „Do not look back” z 1997 roku, płyty która był współprodukowana przez Van Morrisona i Mike’a Kappusa.

I ta płyta otrzymała nagrodę Grammy (w kategorii Best Traditional Blues Album w 1998 roku). Van Morrison nie tylko był producentem, bo słychać go w 4 duetach. Dwaj panowie Hooker i Morrison współpracowali kilkakrotnie wcześniej… Morrison. Który zawsze jest bardzo zaangażowany w to co robi, tu śpiewa hipnotycznie, intrygująco co jedynie (jak przypuszczam) mogło nieźle „napędzić” starego „wyjadacza”- Hookera. Czuje się też i to, że Morrison jako producent wiedział jak wydobyć co najlepsze z artyzmu. Legendarny bluesman, brzmi bardzo inspirująco- „Dimples” (pierwszy utwór na płycie), jest budowany konsekwentnie w odpowiednim nastroju i tenże nie mija-  co podpowiada, że Hooker dobrze się czuje w towarzystwie świetnego muzyka jakim jest Van Morrison. Zresztą i w duetach to samo się słyszy- obaj śpiewacy po prostu bardzo się lubią. Gdy na ścieżce dźwiękowej Hooker pozostaje sam to raczej woli tempa wolne, choć odwagi mu nie brakuje gdy „zabiera się” za kompozycję Hendrixa. Płyta „Do not look back” jest przemyślanym i przekonującym dziełem, a poza tym świetnie się tego słucha.

 

Ważny dla kościoła nurt na południu Stanów Zjednoczonych, określany jako soul blues ma swojego mistrza. Jest nim wokalista Mighty Sam McClain, jeden z oryginalnych mistrzów z lat 60., kiedy ta muzyka cieszyła się popularnością większą niż kiedykolwiek wcześniej i później. McClain kontynuuje tradycję wielkich wokalistów Bobby’ego Blanda, Solomona Burke’a, Otisa Claya, Jamesa Carra i najpopularniejszego Otisa Reddinga. Mimo wysokich umiejętności fani bluesa musieli czekać aż do lat przełomu lat 80. i 90. by móc kupić  jego doskonałe nagrania, zwłaszcza wysoko cenioną produkcję audiofilskiej wytwórni Audioquest (Mighty Sam McClain miał wtedy około 50 lat, a pierwsze nagrania się pojawiły gdy ukończył 43 lata). McClain nie nagrał swojego pierwszego albumu studyjnego pod własnym nazwiskiem, dopiero gdy skończył 50 lat, przyznawał się do własnego nazwiska. Szerzej znanym zaczął być z pierwszą nagraną płytą dla Audioquest- „Give It Up to Love” (1992). Ta i następne: „Keep on Moving” (1995) i “Sledgehammer Soul and Down Home Blues” (1996), otrzymały entuzjastyczne recenzje od krytyków, a ostatni tytuł nominowany do W.C. Handy Award.

Z płyty wyziera McClain- twórca bardzo naturalny. Ma władzę nad uczuciami i dlatego każdy szept, krzyk czy jęk, są szczere. Głęboki, potężny wokal McClaina, z wyczuciem interpretuje samodzielnie napisane utwory, a jako twórca nie ma głupich utworów, nie ma utworów źle formalnie skonstruowanych. Zespół towarzyszący jest bardzo kompetentny i zasługuje na duże pochwały. To bez wątpienia jedna z wielkich płyt soulowych. Jakość audiofilska nagrań często nie idzie w parze z artystyczną, tu jest inaczej, więc to, że większość utworów była popularnym próbnikiem wśród sprzedawców produktów Audioquest. Ścieżki dźwiękowe zostały nagrane w domenie analogowej bezpośrednio na dwuścieżkową taśmę. Zarówno dźwięk elektryczny, jak i akustyczny są zrealizowane z dbałością o każdy szczegół, ale taki który służy przede wszystkim muzyce. Nagrania są niskim poziomie hałasu, świetnej dynamice i bardzo realistyczny.

 

Joe Louis Walker, podobnie jak McClain potrzebował sporo czasu, aby wydać swój debiut- „Cold Is the Night”, w 1986 roku (miał wtedy 37 lat). Późno rozpoczęta, ale długa kariera Walkera doprowadziła go w 2013 r. the Blues Hall of Fame. Walker twórczo w równym stopniu łączy bluesa, soul i gospel, a w jego przypadku taka mieszanka brzmi elektryzująco. Są krytycy którzy uznali „Silvertone Blues” najlepszym wydawnictwem bluesowym z 1999 roku i nic dziwnego, bo jest to płyta piękna dla ucha. Bluesowi „puryści”, którzy chcą wciąż „powracać do korzeni”, mogli być szczególnie szczęśliwi przesłuchując ten album.

W każdej dekadzie można zaobserwować co jakiś czas renesans muzyki granej na sposób akustyczny, również akustycznego bluesa. Jeden z najbardziej szanowanych elektrycznych bluesmanów, Joe Louis Walker, zdecydował się nagrać materiał „bez użycia prądu”.12-piosenek z „Silvertone Blues” prezentuje żarliwą mieszankę bluesa z Delty Mississippi i bluesa chicagowskiego. J.L. Walkerowi towarzyszą Alvin Youngblood Hart  (gitara), Joe Thomas (akustyczny bas),  Chris Sandoval (perkusja),  James Cotton (harmonijka) I Kenny „Blues Boss” Wayne (fortepian). Dla Walkera korzenie bluesa nie są zagadką, bo dekadę spędził z Spiritual Corinthians (grupą gospel), po czym grał bluesa w stylu chicagowskim, rhythm & bluesa w stylu wytwórni Stax, akustycznego country-bluesa, soul-bluesa… Chyba nie było takiego stylu, którego by nie próbował. Joe Louis Walker w nagraniach z „Silvertone Blues”, zapewnia sobie reputację jednego z najbardziej wszechstronnych muzyków bluesowych drugiej połowy XX wieku oraz najbardziej sprawnych, bo ścieżki dźwiękowe nagrano na żywo w studiu. Powstała muzyka jest surowa i emocjonalna i taki blues powinien być!

 

W południowo-zachodniej XVII wiecznej Luizjanie, w środowisku zamieszkałym przez napływowych Francuzów, Hiszpanów, Irlandczyków, Niemców Indian i czarnych niewolników, wyewoluował styl wynikający z syntezy tradycyjnej muzyki kreolskiej, niektórych wpływów muzyki Cajun i tradycji afroamerykańskich, w tym R&B, bluesa, jazzu i gospel. Tę muzykę nazwano Zydeco (w języku francuskim- Zarico), bądź le musique Creole. Muzyka spokrewniona z bluesem grana była (jest) w szybkim tempie, przez akordeonistę w roli instrumentalisty wiodącego i z nadającego rytm perkusisty, grającego najczęściej na tarce do prania. Pierwotnie ta muzyka grana była na zabawach tanecznych, najczęściej w miejscach gdzie zbierały się rodziny i ich przyjaciele. Czasami muzyka była wykonywana w ośrodkach wspólnoty Kościoła katolickiego. W połowie lat 50. regionalne stacje radiowe nieco spopularyzowały Zydeco za sprawą Cliftona Cheniera („The King of Zydeco”). Rolę wiodącą stylu Zydeko, po śmierci Chanier’a, przyjął Stanley Joseph Dural, który stał się na przełomie wieków najpopularniejszym muzykiem Zydeco. Warto posłuchać wyboru nagrań z trzech albumów: „Ma’Tit Fille”, „Hey Good Lookin” i „Where There Smoke There Fire” pod wspólnym tytułem- „The Essential Zydeco Collection”. Materiał przygotowała firma- Mango Records w roku 1993. Autor- Stanley Joseph Dural, „ukrywa się” pod pseudonimem- Buckwheat Zydeco.

Muzykę Buckheat’a Zydeco warto poznać, mimo że prosta, bo uśmiech na twarzy zagościć może, bo jest harmonijna jej struktura, bo szalony rytm wywoła poruszanie stopami i podrygiwanie kolan.

 

Reverend Blue, Harmonica-Blowin’ Slim, Little Boy Blues, Willie Williams, ‚Biscuit’ Miller i wreszcie Sonny Boy Williamson II… Wszystkie te pseodonimy należały do Alexa ‚Rice’ Miller’a albo do Forda… Kto to wie? Ale czy to ważne? Najważniejsze, że był, że tworzył, że grał wspaniale na harmonijce i śpiewał. Ach- a skąd ta „II” przy pseudonimie najdłużej używanym? Bo używał go już wcześniej inny harmonijkarz– John Lee ‚Sonny Boy’ Williamson. Pierwsza sesja nagraniowa Williamsona miała miejsce w 1951 roku dla Lillian McMurry z Trumpet Records z siedzibą w Jackson, Mississippi. Kiedy firma Trumpet zbankrutowała w 1955 r., kontrakt na nagrania Williamsona został przekazany wierzycielom, którzy odsprzedali go Chess Records z Chicago. Podczas lat związanych kontraktem z Chess Records i póżniej Williamson cieszył się wielkim uznaniem. A on po prostu pisał i śpiewał jedne z największych bluesów jakie kiedykolwiek wyryto na czarnych płytach gramofonowych. Jego gra na harmonijce była pełna rytmicznych wybuchów i potężnego zadęcia. Jego piosenki, pełne dowcipu, najczęściej miały autobiograficzne teksty. Wytwórnia Lucas Records Digital wydała w 1969 roku (cztery lata po śmierci artysty) ciekawą płytę- „Bummer Road” z zarejestrowanym Sonny Boy Williamson’em podczas sesji nagraniowych dla Chess Records .

To płyta właściwie tylko dla fanów bluesa, bo w tym wydawnictwie jest pokazany legendarny harmonijkarz i wokalista „bez szminki”, który nie tylko jest muzykiem w studio ale i z krwi i kości człowiekiem dla którego przekleństwa były ubarwieniem wizerunku. Wizerunku muzyka, któremu nakazywano wielokrotne powtarzanie ujęć (takie 11 minut męczarń zostało umieszczone na płycie) jak każdemu innemu, choć przecież producent miał z nie byle kim do czynienia. Rice Miller jest wspierany przez doskonałych: Otisa Spanna (piano), Luthera Tuckera (gitara), Freda Belowa (perkusja), Roberta „Jr.” Lockwooda (gitara) i Willie Dixona (bas). Każdy utwór. gorący od energii i napięcia artystycznego, tworzy naprawdę wspaniałą płytę bluesową.

 

Niezrównany wokalista, zdolny gitarzysta, dobry tekściarz, i lider zespołów bluesowych, które były szkolą dla młodych zdolnych bluesmanów- Muddy Waters, był jednym z pionierów elektrycznego bluesa i tym samym „ojcem chrzestnym” blues-rocka. Był też jedną z najważniejszych postaci chicagowskiego bluesa, który spróbował wiejskiego bluesa z Południa Stanów Zjednoczonych przedstawić w elektryczny sposób, tak jak tego oczekiwali nowi słuchacze. W 1946 roku nagrał swoje pierwsze płyty dla Columbia Records, a następnie dla Aristocrat Records (później przemianowana na Chess Records), wytwórni prowadzonej przez braci Leonarda i Phila Chess, Bracia Chess nagrywali Watersa z zaufanymi lokalnymi muzykami, a ma koncertach zatrudniał zespół, w skład którego wchodziły sławy: Little Walter na harmonijce, Jimmy Rogers na gitarze i Baby Face Leroy Foster ma perkusji (później zastąpiony przez Elgina Evansa) i w ten sposób Waters i jego grupa mogła być traktowana jako najpotężniejszy zespołu bluesowy w mieście (no… Nie tylko). W niedługi czas później dołączył do zespołu Otis Spann, który wspaniale grał na fortepianie, I nawet wtedy gdy Little Walter i Jimmy Rogers odeszli (na początku lat 60.) grupa Watersa utrzymała wysoki poziom. Jeszcze w latach 50. Waters wydał mocne pozycje bluesa elektrycznego: „Rollin’ and Tumblin”, „I’m Ready”, „I’m Your Hoochie Coochie Man”, „Mannish Boy”, „Trouble No More” czy „Got My Mojo Working”. Z tego okresu (1964) pochodzi “Folk Singer” i choć rock and roll odciągało uwagę od bardziej tradycyjnych form bluesowych Waters powrócił do korzeni, porzucając na moment „elektryczne granie” na rzecz muzyki akustycznej.

Ten akustyczny album Watersa nadal brzmi świeżo, może dlatego, że gdy poziom profesjonalny jest mocno wysforowany to łatwiej taką produkcję zaakceptować, niezależnie od momentu jego powstania. Z wyśmienitymi- Willie Dixon’em na basie smyczkowym, Clifton’em James’em na perkusji i Buddy Guy’em na drugiej gitarze akustycznej. Prawdziwa magia bijąca z dziewięciu utworów i pięciu bonusowych- dynamika, złożoność harmoniczna, faktura instrumentalna, wigor w głosie Watersa i poczucie tego, że czterech muzyków tworzą jedność, stawia płytę wśród najlepszych produkcji Muddy Watersa, ale też bez wątpienia jest jednym z największych albumów bluesowych, jakie kiedykolwiek powstały w czasach nowożytnych.

 

Blues Delty nie ma żadnego związku z ujściem rzeki Missisipi. Ta niepoprawna nazwa jest zwyczajową, używaną przez mieszkańców równinnej części stanu Missisipi, na której znajdowały się plantacje bawełny. Ten teren jest od wschodu ograniczony jest rzeką Yazoo, a od zachodu rzeką Missisipi, ale z przyległościami na terenie stanu Arkansas z najważniejszym miastem Delty- Clarksdale założonym w 1882 r. i liczącym ok. 20 tys. mieszkańców. Blues był muzyką graną do tańca w domach uciech, a ten był nazywany juke-house (stąd często określano styl jako delta-juke). Słowo juke [2] pochodzi z zachodniej Afryki (skąd głównie pochodzili niewolnicy), gdzie określało coś złego, niemoralnego, nierządnego. Później poszerzyło swoje znaczenie i odnosiło się nawet do tańczenia i zabawy aby w końcu utrwalić się w postaci juke-box, czyli szafy grającej. Styl bluesa Delty (termin synonimiczny z bluesem Missisipi) charakteryzuje się symbiotycznym wprost związkiem głosu z gitarą. Partia gitary ma taki sam udział w brzmieniu i nastroju typowego bluesa jak śpiew – a większy od tego, co dokładnie znaczą słowa. Bluesa-delty grali Son House, Charley Patton, Robert Johnson, Muddy Waters i Howlin’ Wolf. Miejski blues chicagowski jest właściwie zelektryfikowanym, rozwiniętym bluesem Delty. Sam blues Delty także się zelektryfikował (np. R.L. Burnside), ale tematycznie pozostał dalej bluesem wiejskim, gdy blues chicagowski jest w treści całkowicie miejski.

Gitarzysta, piosenkarz i autor tekstów R.L. Burnside był jednym z wzorców bluesa delta-juke. muzyka Burnside’a jest czystym bluesowym połączeniem country w stylu Delta-juke i mocno zrytmizowanym bluesem. Jako gitarzysta lubił grać techniką slajd. Jego najwcześniejsze nagrania zostały zarejestrowane w 1967 roku przez dziennikarza George’a Mitchella, który wraz ze swoją żoną, podczas letniej wycieczki do Mississippi, nagrywali krajowych artystów bluesowych. Sześć piosenek, granych na gitarze akustycznej użyczonej przez Mitchella, zostało wydanych w Arhoolie Records po dwóch latach; dziewięć innych jest na późniejszych płytach. Później odbywały się dla różnych firm sesje nagraniowe, ale po ich wydaniu Burnside nie odnosił wielkich sukcesów, dopiero lata 90., kiedy przekroczył wiek 60. lat, przyniosły uznanie, a w następstwie popularność.
Album „Acoustic Stories”, wydany przez M.C. Records w 1997 roku (nagrany w 1988), jest w zgodzie z tytułem jest zestawem całkowicie akustycznym.

Burnside (wokal i gitary) na tym albumie jest surowy, porywający, głęboki, nawiedzony, hipnotyczny i bliski korzeniom sięgającym do Delta-blues, a pomaga mu tylko jeden muzyk-  John Neremberg (harmonijka). Materiał w większości jest autorstwa R.L. Burnside’a poza paroma: „When My First Wife Left Me”, „Hobo Blues” I „Meet Me In The Bottom” Johna Lee Hookera oraz „Kindhearted Woman Blues” Roberta Johnsona. Złe doświadczenia życiowe (np to, że w w ciągu jednego roku przy końcu lat 40. jego ojciec, dwaj bracia i dwaj wujowie zostali zamordowani w jednym mieście- Chicago), trudy życia (przez wiele lat dzielił czas na pracę fizyczną i granie muzyki) mają swoje odbicie w jego utworach i prawdopodobnie i w stylu ich przedstawiania. Album jest niesamowicie atrakcyjnym wybudzeniem stylu Delty-blues, z całą jego duszą.

Nagrany w 2000 r., “Wish I What in Heaven Sitting Down” daje do myślenia, bo Burnside nie opuszcza „Missisipi,”, jest nadal ziemską surowy, jest dalej bluesmanam jak John Lee Hooker czy wczesny Muddy Waters, ale cała otoczka- instrumentarium, aranż to już nic innego jak twór samplingu i scratchingu… Bez Burnseeda byłby to czysty hip-hiop. jaką kraj Mississippi -blues. Ale Burnside z pewnością nie ma wpływu na miasto, a ta płyta będzie jego uznaniem dla Johna Lee Hookera Brzmienie jest ciężkie, dość wymuszone i nienaturalne, ale też szalenie ciekawe, wciągające i nastrojowe.

R.L Burnside jest jednym z ostatnich najprawdziwszych wykonawców surowego brzmienia country bluesa z Missisipi a jednocześnie najnowocześniejszym artystą crossoverowym, bo tak chyba należy odczytywać to co brzmi z płyty. 73 lata ciężkich doświadczeń emanuje z dojrzałego głosu Burnside’a.  Jego głos obniżył się, nabrał głębi, a jego frazowanie stało się bardziej szczegółowe i emocjonalne niż kiedykolwiek wcześniej. Pomimo swoich niedoskonałości, może bardziej wątpliwości jakie budzi aranż, „Wish I What in Heaven Sitting Down” jest ogólnie atrakcyjnym dokumentem Burnside’a w XXI wieku.

 

Człowiek wielu talentów, jeden z największych w środowisku bluesowym, Willie Dixon, był amerykańskim basistą, wokalistą, autorem teksów i producentem w Chess Records i Checker Records. Records. Współpracował z takimi muzykami jak: Chuck Berry, Muddy Waters, Howlin’ Wolf, Otis Rush, Bo Diddley, Little Walter, Sonny Boy Williamson, Koko Taylor, Little Milton, Led Zeppelin, Eddie Boyd, Jimmy Witherspoon, Lowell Fulson, Willie Mabon, Memphis Slim, Johnny Winter, ale przede wszystkim był twórcą wielu standardów bluesowych, które wpłynęły na twórczość takich zespołów jak The Rolling Stones, Cream czy Led Zeppelin. Każdy z blues-fanów i rock-fanów zna albo autorskie wykonania, albo interpretacje popularnych pieśniarzy, takie utwory jak: „Little Red Rooster”, „Hoochie Coochie Man”, „Evil”, „Spoonful”, „Back Door Man”, „I Just Want to Make Love to You”, „I Ain’t Superstitious”, „My Babe”, „Wang Dang Doodle” i „Bring It On Home”. Dixon był jednym z tych profesjonalnych twórców piosenek bluesowych, którzy odnosili sukcesy dość wcześnie- wraz z utworzeniem wydawnictwa braci Chess na początku lat 50. do momentu sprzedaży firmie GTR,  a ta odsprzedała prawa do nagrań firmie All Platinum Records. Kiedy popadła w kłopoty All Platinum Records dorobek Chess Records trafił pod opiekę MCA. Ta poważna firma  rozpoczęła wznawianie nagrań dokonanych dla Chess, a nawet produkowanie tych jeszcze niewydanych. Dixon został pierwszym producentem i autorem piosenek Chess records, który został uhonorowany kolekcją zestawu nagrań wydaną przez MCA. Pudełkowy zestaw o tytule „Willie Dixon, The Chess Box” pojawił się w sprzedaży w 1988 roku.

Na okładce pudła, które zmieściłoby analogowe płyty winylowe, widnieje imię i zdjęcie Williego Dixona, ale w rzeczywistości jest to zbiór występów 13 różnych artystów dwu firm- Chess i Checker, zarejestrowanych między 1951 a 1969 rokiem. Wszystkie 36 piosenek zostało napisane przez Dixona, który był również producentem większości utworów, grał też na basie. Lista utworów jest wystarczająca do przekonania niedowiarków o wielkości Dixona jako kompozytora przebojowych singli, ale też genialnych standardów bluesowych. Występy Howlin’a Wolfa, Muddy Watersa, Little Waltera, Lowella Fulsona, Koko Taylor, Otisa Rush’a, Bo Diddley’a, pokazują jak bardzo nowatorskim autorem był Dixon, a utwory z Dixonem w roli wokalisty są bodaj najmniej znanymi kolekcjonerom dokonaniami wielkiego bluesmana. Skoro Dixon nie był wykonawcą większości materiału, to raczej starał się dopasować swoje kompozycje do stylów i wrażliwości sporej ilości muzyków, stąd zróżnicowanie dźwiękowe ścieżek zawartych na płytach zestawu, co nie jest przeszkodą w słuchaniu jeśli się pamięta co jest powodem ich wydania. Pod względem technicznym dźwięk jest nienaganny, utrzymuje wysokie standardy nawet dziś. Informacyjna broszura autorstwa Dona Snowdena, zawiera 12 stron treści z kompletną informacją opisującą każdy utwór dwupłytowego zestawu.

 

 


[1] The National Recording Registry to lista nagrań dźwiękowych, które są „ważne kulturowo, historycznie lub estetycznie i / lub informują lub odzwierciedlają życie w Stanach Zjednoczonych”. Nagrania zachowane na tej liście tworzą rejestr nagrań wybieranych corocznie przez National Recording Preservation Board w celu trwałego zachowania w Bibliotece Kongresu.

[2]  Opis stylu delta-blues (pisany kursywą) wg.  


Przejdź do części 2 artykułu >>

Kolejne rozdziały: