Rekomendowane jazzowe wydawnictwa płytowe
(rozdział pierwszy)

 

Pytano mnie: Jakie płyty CD mógłbym polecić audiofilom? Wybieranie płyt szczególnie dobrych artystycznie i brzmieniowo nie jest takie trudne, bo jest ich bardzo dużo, niezależnie od tego czy jazz, klasykę lub rocka będą reprezentowały. Przedstawię parę tytułów z listy moich ulubionych nagrań, a zacznę od jazzu.

Pierwszym wyborem jest arcydzieło z 1950 roku Duke’a Ellingtona i jego orkiestry- „Masterpieces by Ellington” (MSP Records). Mogę polecić tylko tę płytę, której jestem pewny i znaną mi z wielokrotnych odtworzeń w różnych warunkach akustycznych i z różnych systemów audio. Ta wersja to z japońskiego oddziału Sony Music, w formie limitowanego mono mini LP, o nr seryjnym SRCS 9511, z 1998 roku.

W sesji wzięli udział: Wendell Marshall (bas), Sonny Greer (perkusja), Billy Strayhorn I Duke Ellington (fortepian), Jimmy Hamilton, Johnny Hodges, Paul Gonsalves, Russel Procope (saksofony), Lawrence Brown, Quentin Jackson, Tyree Glenn (puzony), Mercer Ellington (flugelhorn),  Andrew Ford, William Anderson, Harold Baker, Nelson Williams, Ray Nance (trąbki), Yvonne Lanauze (wokal).
Nagrania zremasterował Ryan Smith w Sterling Sound, z oryginalnych taśm analogowych. Głębia i przestrzeń, bogate harmonie barwne tworzą szeroką i dobrze zdefiniowaną przestrzeń dźwiękową. Barwy orkiestry jako całości, jak również poszczególne instrumenty, dają przyjemność słuchową, a co wrażliwszym dostarczą powody do pojawienia się gęsiej skórki. Reedycja na CD tej płyty to jedna z moich ulubionych a na pewno ulubiona spośród płyt Duke’a Ellingtona. Wydany w 1950 roku, był pierwszym LP Ellingtona w ramach nowego medium. W audiofilskim świecie stawiany  wśród najlepszych albumów jazzowych w historii. Oto parę opinii, w moim tłumaczeniu:
Michael Fremer dla Stereophile’a, w lutym 2015 roku napisał:
Wśród pierwszych nagrań ułożonych i wyprodukowanych, dla skorzystania z dłuższego czasu zawartego w LP, ten album został wydany w 1950 roku przez Columbia Records z klasycznym nadrukiem-  Masterworks, z okładką Stana Fraydasa) i powielana dla wydania współczesnego. (Columbia wkrótce zastąpiła tę okładkę obrazem bardziej „nowoczesnym” i bardziej przyziemnym) … Uwolniony od 78rpm, singlowego trzy minutowego przymusu, Ellington mógł zdobyć się na nagrania o długości podobnej do tej, którą cieszy się jego publiczność koncertowa. Trzy z czterech nagrań, w tym „Mood Indigo” i „Sophisticated Lady” to znane klasyki Ellingtona rozciągnięte i uelastycznione do satysfakcjonującego skutku. Harmonicznie nasycony, przejrzysty dźwięk mono jest zadziwiający dla każdej epoki. Zostaną z pewnością Ci zapamiętane  i zastanawiasz się, jak i dlaczego nagrany dźwięk od tamtej się nie zmienił.”
Colleen ‘Cosmo’ Murphy, Classic Album Sundays wyraża się tak- „I stały się obsesją arcydzieła Ellingtona , jedna z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem w zakresie muzyki i produkcji. Teraz mogę zobaczyć Ellingtona w pełni chwały!”.
David W. Robinson, Positive Feedback- „Każdy aspekt nagrywania jest znacznie lepszy … dynamika, harmoniczne, pasmo przenoszenia, szczegół… wszystko po prostu wyskoczyło na mnie! Zapis brzmiał jakby zostały wykonane rano … absolutnie świeże brzmiące. To jest tak dobre, że nie ma znaczenia, że jest to nagranie mono! Słuchaj… a usłyszysz, że oszukują, że to nie jest mono. Tylko czekać, aż usłyszysz Yvonne Lanauze śpiewającą w , „Mood Indigo” po długim instrumentalnym wstępie… prawdziwy majstersztyk… Płyta z najlepszych, jakie kiedykolwiek słyszałem…”.
Ten album nie byłby możliwy do zrealizowania bez pewnego łańcucha zdarzeń- nagrany zaledwie pięć lat po upadku Niemiec w wyniku drugiej wojny światowej, a zwycięstwo aliantów ujawniło postępy Niemców w nagrywaniu taśmą magnetyczną. Jack Mullin, służąc z US Army Signal Corps w ostatnich miesiącach II wojny światowej, otrzymał dwa rejestratory wysokiej jakości oraz 50 waliz magnetofonowych szpul taśm do zapisu , które wpadły w ręce Amerykanów po zdobyciu niemieckiej radiostacji w Bad Nauheim. Niemieccy inżynierowie udoskonalili technikę wykorzystania zmiennego prądu polaryzacji – po dodaniu niesłyszalnego sygnału wysokiej częstotliwości (od 40 do 150 kHz), następowała poprawa jakości dźwięku audio poprzez zmniejszenie zniekształceń i szumów.

Tenże żołnierz- Jack Mullin, stał się amerykańskim pionierem w dziedzinie zapisu dźwięku na taśmie magnetycznej. Przedstawiał rejestratory w Radio Centrum w Hollywood w 1947. Później demonstracją zajął się piosenkarz Bing Crosby, co doprowadziło do użycia taśmy magnetycznej do nagrywania programów radiowych. Crosby stał się pierwszą gwiazdą, używającą taśmy do prenagrywanych audycji radiowych. W 1948 roku Crosby zainwestował $ 50,000 w lokalną firmę elektroniczną-  Ampex. Ten koncern wkrótce stał się światowym liderem w rozwoju nagrywania przy pomocy taśmy. Ampex zrewolucjonizował przemysł radiowo- nagrywający. Słynny Model 200 magnetofonu firmy Ampex, opracowany został w oparciu o zmodyfikowane magnetofony używane przez Mullina. Pierwsze egzemplarze Ampexów w sprzedaży detalicznej osiągały cenę 4000 $, prawie tyle ile kosztował w USA przeciętny dom jednorodzinny. Crosby dał jeden z pierwszych magnetofonów gitarzyście, który nazywał się Les Paul (kojarzycie to nazwisko ze słynnym gitarowym modelem Gipson Les Paul?), co doprowadziło w efekcie do wynalazku Paula- nagrywania wielościeżkowego. Pierwsze rejestratory- model 200A, są dostarczane do ABC i oddane do eksploatacji w całym kraju. Ten fakt oznaczał pierwszy powszechne profesjonalne wykorzystanie nagrywania na taśmie magnetycznej. Współpraca  Mullina i firmy Ampex szybko doprowadziła do stereo dwuścieżkowego (skracam historię by nie zanudzać). Teraz jest całkowicie jasne, jak niewiele czasu od powstania profesjonalnego magnetofonu, powstała audiofilska „magia”, która nie ma sobie równej do dziś. A przecież nie wolno nam też zapominać o tym, że standard pozwalający nagrywać po 20 minut z każdej strony LP pojawił się zaledwie paręnaście miesięcy wcześniej. 19 grudnia 1950 roku w Columbii 30th Street Studio, inżynierowie dźwięku Fred Plaut i Harold Chapman zapisują na magnetofonie Ampex 200, przy użyciu taśmy 3M, sesję dla „Masterpieces by Ellington”. Należy zaznaczyć, że Columbia 30th Street Studio (nazywany „The Church”) był uważany przez wielu za najlepiej brzmiące pomieszczenie w swoim czasie, a inni uważają, że było to największe studio nagrań w historii. Tam też dokonano nagrań we wszystkich chyba gatunkach muzycznych, w tym Milesa Davisa „Kind of Blue” (1959 rok), Leonarda Bernsteina „West Side Story” (oryginalne nagranie Cast, z roku 1957), Pink Floyd „The Wall” (1979 r.)… „The Church” obejmowal „Studio C” i „Studio D” Columbii Records.
Columbia Records przekształciła dawny kościół (Adams-Parkhurst Memorial Presbyterian Church, poświęcony w 1875 roku) w studio nagraniowe  w 1949 roku. Studio miało wysokość około 30 metrów, powierzchnię użytkową tez jakieś 30m*30m, ale pomieszczenie reżyserskie, na drugim piętrze, było ciasne- 2,5m*4m. Później została przeniesiona na parter. No i w takich warunkach, po raz pierwszy w karierze, Duke Ellington mógł zrezygnować z ograniczeniem do 3 minut. Duke i jego zespół postarał się nie zawieść, co nie było trudne zważywszy, że orkiestra zapełniona była muzykami doskonałymi i doskonale zgranymi ze sobą. Można oczywiście odróżnić wśród muzyków tych znakomitszych od znakomitych, ale po co? Powstały swingujące arcydzieła, naprawdę wyjątkowe, dzięki wszystkim uczestnikom sesji!

 

Lista płyt rekomendowanych przez mnie nie może być wyłącznie zbiorem najlepiej zrealizowanych… To będą na pewno płyty, które są doskonałe artystycznie i pod pewnymi względami wartościowe audiofilsko. Choć niekoniecznie wszystkie aspekty brzmieniowe można by uznać za wzorcowe, będą wartościowe dla audiofila podsłuchującego bardziej sprzęt niż wspaniałość kompozycji… Taką płytą, która spełnia podane przeze mnie kryteria, jest „John Coltrane and Johnny Hartman”.
John Coltrane może i słyszał Hartmana śpiewającego w Apollo Theater zanim wspólnie stworzyli płytę wydaną przez Impuls Records w 1963 roku… Nie wie tego nikt. W każdym razie spotkali się w jednym studio Englewood Cliffs, gdzie miksowaniem zajmował się Rudy Van Gelder. Zanim doszło do sesji nagraniowej, gdy producent Bob Thiele zapoznał Hartmana z życzeniem Coltrane’a by coś razem stworzyli, ten wspaniały wokalista balladowy, z zadziwiająco głębokim barytonem i doskonałej intonacji, powątpiewał w dobry efekt, bo nie uważał się za wokalistę jazzowego. Czy mógłby dobrze uzupełniać muzycznie Coltrane’a, który wówczas, w 1963 roku, miał juz reputację wiodącego saksofonisty na arenie jazzowej? Thiele zdołał zachęcić Hartmana by posłuchał występu Coltrane’a w klubie Birdland w Nowym Jorku i dopiero po koncercie zdecydował czy jest szansa na wypracowanie muzyki rokujacej nadzieję na sukces. Hartman zrobił o co prosił producent. Kiedy klub został zamknięty po ostatnim gościu Coltrane, pianista McCoy Tyner i Hartman spróbowali kilka piosenek razem zagrać i zaśpiewać. 7 marca 1963 roku, Coltrane i Hartman weszli razem do studio i nagrali 10 piosenek na album dla Impulsu. Wybrano jedynie 6, najlepszych według autorów płyty. Jeszcze przed sesją, jeszcze na dobre nie zaczęli, a jeszcze w drodze do studia zmieniali repertuar, bo akurat spodobała się piosenka Nat King Cole’a, którą usłyszeli w radio. Był to utwór „Lush Life” Billy’ego Strayhorna, który jest pierwszym utworem na stronie „B” longplaya. Jak się później okazało Johnny Hartman był jedynym wokalistą, z którym ten wielki saksofonista nagrał płytę.

Czy zauważacie w tej płycie ciepłą wymianę zdań pomiędzy barytonem a tenorem?  Jeden drugiego nie chce przekrzykiwać, nie chce powiedzieć więcej niż to potrzebne, bo przecież chce słuchać i być słyszanym. Gdy Hartman śpiewa  Coltrane milczy lub cicho wtóruje, gdy Coltrane dochodzi do głosu, to Harman zamienia się w słuch. Nie znam innej płyty Johna Coltrane’a, w której by z taką delikatnością akompaniował innemu muzykowi. Obaj się w siebie wsłuchują by za chwilę uzupełnić wypowiedź drugiego w sposób inspirujący zapewne, bo my- słuchający tych opowieści, zostajemy pochłonięci treścią do takiego stopnia, że nie zauważamy początków utworów, ani ich końców… Jeno zatrzymanie płyty nam oznajmia, że koniec nadszedł. Płyta jest doskonała, więc nie jest żadną uciążliwością wysłuchanie jej po raz wtóry, trzeci i jeszcze, i jeszcze… Ten album z sześcioma romantycznymi balladami to najpiękniejsze pół godziny muzyki jakie słyszałem na jednej płycie CD. Co stanowi o jej uroku? Zapewne i to, że sekcja rytmiczna, stale współpracująca z Coltranem- Elvin Jones na perkusji, Jimmy Garrison na basie i McCoy Tyner na fortepianie, wypełniają swoją rolę dając puls dźwiękami basu, delikatnie uderzając miotełkami akcentują nastroje, a klawisze uzupełniają linię basową oraz melodycznie prowadzą akompaniament akordowy. Spośród tych sześciu starannie dobranych utworów z płyty szczególnie upodobałem sobie trzy z nich: „My One and Only Love” Guy Wooda i Roberta Mellina, Irvinga Berlina „They Say It’s Wonderful” i „You Are Too Beautiful”, napisany przez Rodgersa i Harta. Mógłbym dodać jeszcze „Lush Life” Billy Strayhorna, do tej listy, no i… Jeszcze pozostałe dwa- „Autumn Serenade” Petera DeRose i Sammy Gallopa oraz „Dedicated to You” Sammy Cahna, Saula Chaplina, Hy Zareta. Frazowanie Hartmana jest nieskazitelne w każdym z tych utworów. Według wielu melomanów „John Coltrane and Johnny Hartman” jest najważniejszą i najpiękniejszą płytą w dyskografii Hartmana. John Coltrane natomiast w tym samym roku, z tą samą sekcją rytmiczną, dla tej samej wytwórni nagrał „A Love Supreme”, która uznana została za najważniejszą obok „Kind Of Blue” Milesa Davisa płytę w historii jazzu. Nie miłe naszym uszom ballady lecz zapis modalnego jazzu. Nie oznacza to, że grał gorzej… Grał po prostu inaczej- akompaniował. Tak jak akompaniuje pianista w sonatach skrzypcowych- na warunkach równorzędnych.

Czy to arcydzieło tłumi zalety dwóch następnych płyt, które wokalista nagrał tuż po wspólnej z Coltrane’em –  „I Just Dropped by to Say Hello” i „The Voice That Is!”?.Tak, mimo że są bardzo dobre obie. No cóż, trudno dorównać ideałowi, zresztą to, że coś jest „Mona Lisą” nie powoduje niechęci do mondranowskiej „Kompozycji Nr III. Czerwony, niebieski, żółty i czarny”.

To również świetnie zagrane i nagrane zestawy ballad, które łatwo polubić. Nawet w „I Just Dropped by to Say Hello” wokaliście towarzyszy podobny skład instrumentów, z małą różnicą- rozszerzony o gitarę. Natomiast w „The Voice That Is!” dużą rolę odgrywają dodatkowe instrumenty perkusyjne oraz inne niż tenor instrumenty stroikowe.
Omawiane trzy płyty dla firmy Impuls łączy wspólna nić w postaci producenta Boba Thiele oraz fakt, że nagrań dokonano w studio Rudego Van Geldera. Wiem po sobie i innych, których głos Hartmana przekonuje, że na jednej płycie z jego udziałem się zazwyczaj nie kończy, bo technika wokalna i możliwości głosowe to obiektywne zalety, ale repertuar może rozbić się o gust potencjalnego słuchacza. Wybrałem do zestawu polecanych nagrań tylko pewniaki… Nie sądzę żeby utwory, które są standardami mogły kogokolwiek zniechęcić do zakupu, a przecież takie właśnie znakomite kompozycje Hartman wybrał do realizacji.

 

“Study In Brown” nagrane przez Clifforda Browna (trąbka), Harolda Landa  (saksofon tenorowy), Richiego Powella (fortepian), George’a Morrowa (kontrabas) i Maxa Roacha (perkusja) dla EmArcy w 1955 roku.  Album to przede wszystkim zbiór kompozycji członków zespołu. Utwory- „Lands End”, autorstwa saksofonisty Harolda Landa i „Sandu” Browna to w tej chwili standardy jazzowe . „George’s Dilemma”, również znany jako „Ulcer Department” Clifforda Browna, zawiera jedną z najbardziej cenionych solówek jazzowych. Trzy utwory są autorstwa nie członków zespołu lecz Billy’ego Strayhorna- „Take the ‚A’ Train”, Ray’a Noblego- „Cherokee” oraz Jacka Murraya i Bena Oaklanda- „If I Love Again”.

„Study In Brown” posiada swoje miejsce w sercach fanów jazzu na całym świecie za ich piękne kompozycje, za ich logikę w budowaniu melodii i za spójność brzmieniową zespołu, który je  wykonuje. Zespół Roacha i Browna to maszyna, w której tryby są idealnie dobrane w taki sposób, że gdy Land zrezygnował ze współpracy, a zastąpił go sam Sonny Rollins, to już nie był tak doskonały mechanizm.
W 1955 roku, technologia muzyczna była na szczycie swoich monofonicznych możliwości, dając w efekcie doskonale zrealizowany produkt. Nie znam audiofila, którego nie zachwycił „George’s Dilemma”, zaczynający się od uderzeń w duży talerz perkusyjny- ride… Odtworzona jest jego masa i barwy. Napisałem w liczbie mnogiej, bo zróżnicowane barw wystąpiło w zależności od miejsca uderzenia przez perkusistę. Później następowały kolejno improwizacje Landa, Browna i Powella. Wszystkie instrumenty świetnie nasycone harmonicznymi. Słucha się ich za każdym przesłuchaniem z równym zainteresowaniem, bo są tak doskonale harmonijnie wypływające jedna po drugiej z całym bogactwem cudownych melodii. Moment, w którym uderzenia w gaszony hi-hat  równoważą swoją chrapliwością czyste barwy fortepianu wygrywającego arabskie wzory to jeden z takich momentów na które czekam i za każdym razem jestem nieszczęśliwy, że mają swój koniec.

Wcześniejszy album „Clifford Brown and Max Roach” z 1954 roku również przykładem doskonałego zbioru kompozycji przedstawiających uczestników sesji nagraniowej jako zespół muzyków zgranych idealnie. Wszyscy grają nuty nieprzypadkowe… To przemyślany album. W którym każda następna kompozycja jest jakby kontynuacją poprzedniej. Na płycie są „cztery wielkie spektakle Browna”- dwa utwory które stały się po pewnym czasie standardami- „Daahoud” i „Joy Spring”, nieszablonowe „Parisian Thoroughfare” oraz piękne „Joy Spring”. W „Parisian Thoroughfare” Buda Powella (brata pianisty z zespołu Brawna i Roacha) muzycy oddają, swoją grą na instrumentach, bardzo realistycznie zgiełk ulicy… Ja widzę oczyma wyobraźni za każdym razem skrzyżowanie ulic w centrum wielkiego miasta, coś na kształt tego co można usłyszeć w „An American in Paris” George’a Gershwina w wykonaniu Boston Pops Orchestra dla RCA Victor. Nie trzeba znać tytułu utworu by się zorientować o czym opowiadają muzycy.
Utwór „Joy Spring” został skomponowany przez Browna na cześć jego żony, którą nazwał jego „Wiosenną radością”. Starał się nią udowodnić tezę, że jazz nie jest gorszy w dziedzinie kompozycji od swojej konkurentki- muzyki klasycznej.
Album jest wciąż bardzo dobrze przyjmowany przez krytyków, którzy plasują go wśród najlepszych 100 płyt jazzu (miejsce 34.). W 1999 roku album został wprowadzony do Grammy Hall of Fame. Nie wiem jakich zaszczytów mogliby się doczekać gdyby ich karierę nie przerwała tragedia- śmierć Richarda Powella i Clifforda Browna w wypadku samochodowym w 1956 roku.  Zespół grał tylko 2½ roku, a  pozostawił muzykę ze wszystkimi bogactwami hard bopu.

 

Polityka wydawnicza decydentów wydawnictw czasami jest niezrozumiała i nie ma nic wspólnego z zaspokojeniem potrzeb słuchaczy w nagrania co się sztuką mogą zwać. Otóż w roku 1964 Blue Note wydała płytę „Sidewinder” Lee Morgana, która odniosła komercyjny sukces na tyle duży, że uznano wydanie tytułu z tego samego roku „Tom Cat” za biznesowo nieodpowiedzialne. Wstrzymano jego wyprodukowanie. „Przypomniano” sobie o niej dopiero 17 lat później.

To dopiero początek zamieszania wokół płyty, bo dziś w sklepach widuje się trzy wydania- tzw. niebieskie (okładka oryginalna i alternatywna) oraz czerwone. Fotografia przedstawia wszystkie- najbliżej prawej strony umieszczona jest okładka z lat 90. Niebieska położona bliżej centrum to edycja z 2006 roku, a czerwona wersja odnosi się do RVG Edition (RVG to skrót od Rudy Van Gelder) z 2008 roku. Ostatnia reedycja jest z na nowo zaprojektowaną okładką., bo i tak nikt nie widział oryginału, albo go w ogóle nie było. Zdecydowano wykorzystać fotografię Francisa Wolffa z sesji gdy grał z zespołem The Jazz Messengers w 1960. roku. Czarno białe zdjęcie podbarwiono by nadać charakterystyczny styl okładek Blue Note’u.
Album rozpoczyna utwór tytułowy, męskim pochodem w niskim rejestrze fortepianowym przez McCoy Tynera, unisono z basem. Te pierwsze akordy są tak charakterystyczne, że nie sposób zapomnieć, że akurat pochodzą z tej, a nie innej, płyty. Te pierwsze powtarzane akordy służyć są najpierw podstawą dla sekcji dętej a później dla solowej improwizacji Morgana, która nabiera w pewnym momencie szybszego pulsu i rozkołysania. Kolejni instrumentaliści (saksofonista Jackie McLean i puzonista Curtis Fuller) mają dokładnie tę samą szansę na rozwinięcie skrzydeł… I tak się dzieje! Jedynie pianista musi budować linie melodyczne co prawda na podstawie tego samego schematu lecz granego przez bas. To ramowa kompozycja, więc koniec należy do Tynera „kroczącego” tytułowego kota w „ciemną uliczną otchłań” wyciszenia. Niesamowita kompozycja, rozwijana kolejno przez instrumentalistów w zdyscyplinowany sposób, mogłaby być muzyczną ilustracją do filmu grozy. „Exotique” zaczyna się smutnym lamentem.  Ale po minucie przeradza się w bardziej optymistyczne, jaśniejszy i szybszy powtarzany miły uszom motyw, który da podstawę do improwizatorskich zdolności Morgana i McLeana. Pod koniec utworu, gdy obaj odważnie doprowadzają do agresywniejszej gry, podejmuje wyzwanie puzonista, a po nim pianista. Utwór zmierza ku końcowi gdy Morgan w wysokich rejestrach ostro grozi pozostałym pozwalając perkusiście (Art Blakey) na chwilę solowych uderzeń. Koniec następuje wtedy gdy wszyscy zgodnie grają aż do ich wyciszenia. Zespół się rozpędził na dobre, więc w trzecim utworze- „Twice Around”, długo się nie krygują. Szybko i w szybkim tempie przystępują do prowadzenia instrumentalnych wypowiedzi… Czwartą odsłoną jest utwór w wolnym tempie- „Twilight Mist”. Rozpoczyna go zapowiedź ballady, podana przez Tynera, by już po chwili Morgan ją rozwijał w tęskny sposób. Są nuty żalu, z odrobiną nadziei, którą wyrazi po minucie. Jednak nie staje się optymistyczną opowieścią- uczucia się mieszają .  Płytę zamyka „Riggarmortes,” , kompozycja której nie przypiszę żadnej treści, bo jej nie odbieram w emocjonalny sposób. Nie jest gorsza od poprzednich. Chyba jest po prostu rozkołysanym hard bopowym schematem, wdzięcznym pretekstem do zbudowania odrębnych,  już wolnych od treściowych czy formalnych ograniczeń wypowiedzi czysto muzycznych. A właściwie, czemu jej nie przypisać treści wesołkowatej, gdzie muzycy niczym przekupki plotkują na błahe tematy? Niby czemu tego nie robić?  Pojęcia nie mam jak można było odłożyć arcydzieło hard bopu odłożyć na półkę…

 

Tylko jeden instrument- fortepian, nagrano na „Thelonious Alone in San Francisco”,  21 i 22 października 1959 roku w Fugazi Hall (San Francisco). Wydano dzięki Riverside Records. Wyprodukował płytę Orrin Keepnews.

Thelonious Monk miał w czasie sesji nagraniowej studio Fugazi Hall w San Francisco do swojej wyłącznej dyspozycji. Nie był niczym krępowany. Warunki stworzono mu idealne dla zarejestrowania dziesięciu utworów w ciągu dwóch dni. Wtedy, przy końcu lat 50. był uznanym wirtuozem, artystą „pełną gębą”, z którym niewielu muzyków ważyło się na towarzyszenie mu w jego, najczęściej nieprzewidywalnych, impresjach fortepianowych, które mogła podpowiadać tylko jego niepohamowana wyobraźnia. Monkowi przypisuje się zasadniczy wkład w tworzenie be-bopu, a więc i dał podwaliny, na których można było wesprzeć nowoczesny jazz. Takiemu artyście nie dać swobody w czasie sesji nagraniowej?! Orrin Keepnews wiedział jak ułatwić Monkowi stworzenie arcydzieła. Do niego należało zadbanie tylko o stronę techniczną nagrania… Monk zagrał, a Keepnews nagrał. Przyglądanie się technice gry pianisty jest ułatwione gdy płyta przedstawia wybrzmiewanie fortepianu solo. I ta płyta taka jest. „Thelonious Alone in San Francisco” to druga z trzech płyt solowych Monka. Doskonała realizacja płyty, pomaga w zrozumieniu Monka-artysty, bo słychać każdy szczegół jego gry, a tym samym jego pełnego panowania nad instrumentem.  Wszystkie naciśnięcia klawiszy są doskonale słyszalne, zresztą nucenie (pomruki, to chyba lepsze określenie) czy tupanie pianisty też jest świetnie zarejestrowane. Pomimo plotek, które mu towarzyszyły w całej jego karierze, że brakowało mu klasycznego wyszkolenia i techniki pianistycznej, Monk nad fortepianem panuje i to eksponuje ku rozpaczy zawistników. Olśniewa pasażami, zaskakuje zwrotami melodycznymi, umiejętnie wykorzystuje znaki przystankowe albo zawieszenia w ciszy, gra „obok”, a nawet atonalnie… Całość kompozycji jest logiczna i harmonijna. Frapuje, zaciekawia i nie nudzi! Każdy fan jazzu powinien (wydaje mi się) wykorzystać to, że Monk kiedyś, przed laty, wzniósł się na jeszcze wyższy poziom artystyczny niż nas przyzwyczaił innymi doskonałymi produkcjami. A audiofilom, którzy dziwnym zrządzeniem losu, pominęli fakt nagrania przez Monka swoich improwizacji w doskonałych warunkach akustycznych, doradzę- naprawcie bląd! W tym przypadku nie potrzeba jakichś edycji bogatszych niż te spotykane w popularnych sklepach płytowych.  Każda edycja zabrzmi dobrze. Pamiętajcie- ta płyta jest prawdziwym skarbem, którego nie można przegapić.

Dodam, że niektórzy melomani twierdzą, że „Thelonious Alone in San Francisco” jest najlepszą płytą Monka jaką kiedykolwiek wyprodukowano. Jest portretem muzyka w szczytowej dyspozycji artystycznej, a nas zachęca by po prostu usiąść dla podziwiania pracy jego i odpowiedzialnych za dźwięk.

 


Kolejne rozdziały:

                

Dodaj komentarz