Rekomendowane wydawnictwa płytowe
(klasyka, rozdział pierwszy)

 

Zadania karkołomnego się podejmuję gdy przychodzi mi polecić jakąkolwiek płytę tzw. klasyczną, bo z reguły mamy do czynienia ze znakomitościami co najmniej, często geniuszami. Czas zweryfikował kompozytorów, poodrzucał ziarna od plew już dawno temu. Nam pozostaje wybierać interpretatorów takich jacy zdołają obudzić w nas emocje, pogłębią uczucia lub poszerzą naszą wyobraźnię. Zdaję sobie sprawę z tego, że tym lepsza jest percepcja sztuki im narzędzia, ją prezentujące, są na wyższym poziomie, więc będę na ten aspekt odbierania bodźców dźwiękowych zwracał uwagę.

Rozpocznę od baroku, choć ściśle chronologii nie będę ulegał, bo wolałbym porządkować prezentowane płyty według wydawnictw, wykonawców, kompozytorów lub najnowszych wyróżniających się edycji. Sposobów segregowania jest wiele i każdy równie dobry.

 

W nagraniach do płyty „Aquirre” trio Los Otros– Hille Perl (viola da gamba), Lee Santana (meksykańska cytra, teorba, jarana) i Steve Player (gitara, jarana, teorba, taniec), zasilił perkusista Pedro Estevan, na stałe grający z Jordi Savallem.

Do drugiej płyty w katalogu Los Otros, dobrano prawie 400-letnie dzieła kompozytora Sebastiana de Aguirre, gitarzysty i kompozytora pochodzenia hiszpańskiego, działającego w Maksyku w XVII wieku. Repertuar muzyczny meksykańskiej barokowej ery staje się łatwiejszy dla jej zrozumienia gdy słyszy się muzyków ludowych tamtego regionu, a zwłaszcza w okolicach Veracruz. Pewne gatunki meksykańskiej muzyki ludowej, zwłaszcza ich charakterystyczną barwę instrumentów, odnajdziemy na tej płycie wtopione w brzmienie viol da gamba i barokowych gitar. Muzyka na płycie jest wyłącznie instrumentalna i jak to często w Baroku i wcześniej bywało rękopisy Aguirre nie zawierały skończonych kompozycji lecz linie basu, akordy, a czasem  pomysły dla solówek, dawały podstawę do improwizacji. Zebrane utwory są bardzo urozmaicone pod względem formy i aranżacji- obok zbliżonych do „Follies of Spain”, są bardzo oryginalne, na przykład takie tytuły jak- „Canarios”, „La Oleada”, „Spanish Pavana” czy „Los Manos No Engañan” autorstwa Pablo Estevana. W „Canarios” instrumentem wiodącym są… Dłonie, klaszczące dłonie jednego z muzyków na tle gitarowych dźwięków. Podobne tło ma „La Oleada”, ale prym wiedzie trójkąt koncertowy. Ten niesamowity utwór pokazuje ile barw można osiągnąć z tak prostego instrumentu, które przemieniają się w linie melodyczne zgodne z tymi, które tworzy akompaniująca gitara. Powolny taniec- „Spanish Pavana”, rozpoczyna viola basowa, a po chwili dołączają pozostałe instrumenty z mocno zaznaczonym rytmem marsza przez bęben. Nagrania są doskonale zrealizowane, bez kompresji. Barwy instrumentów są naturalne w całym zakresie pasma częstotliwości (trójkąt w wysokich, a viola basowa w bardzo niskich). Rozdzielczość instrumentów doskonała co wyraziście pokazuje „wypełniony po brzegi” perkusyjny „Los Manos No Engañan”.  Polecam tę płytę również tym, którzy lubią sprzęt audio testować (szybko się nie znudzi, a pokaże wszystkie niedoskonałości systemu audio… Ideał!).

Jeszcze w baroku na czas jakiś pozostaniemy…

Szokujący pod względem jakości produkcji i jakości artystycznej jest zestaw pięćdziesięciu krążków CD w pakiecie „Telemann Edition”. Pudło płyt wydał Brilliant Classics (nr kat. 95150) w 2015 roku, udostępniając bogaty wybór ważnych dzieł kompozytora. Wszystkich nie sposób bo Georg Philipp Telemann, bardzo płodny twórca, skomponował ponad  3000 utworów, często znacznych rozmiarów.  W omawianym pakiecie liczba utworów i ich wybór dają zupełnie dobry pogląd na obraz dziedzictwa Telemanna, a te są jednymi z najlepszych dostępnych obecnie. To wydanie Telemanna powinno znaleźć się w każdej kolekcji muzycznej, bo i wartość artystyczna duża i jakość dźwięku wybitna. Cztery pierwsze płyty z zestawu to „Tafelmusik” (muzyka grana na ucztach), następne to koncerty na trąbkę, obój i inne instrumenty. Oprócz utworów dla stosunkowo dużych zespołów, Telemann Edition zawiera muzykę kameralną, a nawet solistyczną. Telemann poświecił muzyce wokalnej sporo utworów, więc godne pochwały było znalezienie rozsądnego wyboru w tym zestawie. W kantatach można łatwo rozpoznać jego własny, indywidualny styl. Znalezione tutaj (w box’ie) prace oferują inne spojrzenie na epokę, a także pokazują innowacyjność  formy, wykazują też liryzm. Fragmenty chóralne są dobrze wykonane, podane w sposób rozdzielczy, co dobrze służy muzyce. Telemann napisał też kilka oratoryjnych Pasji. W przeciwieństwie do Passions przeznaczonych do wykonywania czynności liturgicznych, nie były one ściśle powiązane z dosłownym tekstem Ewangelii. Najistotniejszym z nich dziełem jest „Passions- Oratorium”. Wybór do zestawu wykonanie zespołu L’Arpa Festante Monachium pod dyrekcją Wolfganga Schäfera jest doskonały, gdyż daje poczucie stylu Telemanna w tym ważnym dla barokowej muzyki nurtu. Pojawia się lżejsze brzmienie sekcji homofonicznych, zwłaszcza chórów, zaznaczając różnicę pomiędzy nimi a solistami. Cichy akustyczny zapis pozwala na wyraźne zrozumienie tekstu, co zrealizowane jest w taki sposób, że nie traci się jednocześnie kontaktu z instrumentalistami. Wszystko jest doskonale słyszalne. Nie polecać entuzjastycznie „Telemann Edition” byłoby naganne, bo oferuje solidne przedstawienie ważnych utworów, w doskonałej realizacji artystycznej i technicznej. Nagrania zasługują na pewno na częste słuchanie. Żeby nie było „zbyt słodko” firma Brilliant przyoszczędziła edytorsko, dołączając cienki zeszyt wyłącznie z ogólnymi informacjami (skrótowymi) o kompozytorze i gatunkach muzycznych reprezentowanych w zestawie.

Po 1953 roku, RCA Victor dokonał wielu nagrań, które są dziś utożsamiane z ich wczesną stereofoniczną wersją serii Living Stereo. Od początku Living Stereo oferowało szeroką gamę muzyki w wysokiej jakości dźwięku. Znacząca ich część oferuje muzykę, które są wybitnymi wyborami, a w wielu przypadkach są nadal najlepszymi! Filozofia nagrywania Living Stereo uwzględniała audiofilskie wymagania w stosunku do dźwięku. 6 października 1953 roku RCA przeprowadziło eksperymentalne sesje stereofoniczne w nowojorskim Manhattan Center z Leopoldem Stokowskim dyrygującym nowojorską orkiestrą podczas nagrywania „Roumian Rhapsody nr 1” George’a Enescu i walcu z opery Czajkowskiego „Eugene Onegin”. W grudniu odbyły się kolejne testy stereo z Pierre Monteux prowadzącym bostońskich symfoników. Parę miesięcy później RCA dokonała pierwszego komercyjnego nagrania stereofonicznego, nagrywając „Potępienie Fausta” Hectora Berlioza, które wykonała ponownie Boston Symphony Orchestra, prowadzona tym razem przez Charlesa Muncha. W tym czasie nagrywano równolegle monofonicznie jak i stereofonicznie. Inne wczesne nagrania stereo zostały wykonane przez Toscaniniego i Guido Cantelliego z NBC Symphony Orchestra, Arthura Fiedlera Boston Pops Orchestrą oraz Chicago Symphony Orchestrę pod dyrekcją Fritza Reinera. Początkowo RCA używało rejestratorów Ampex RT-21, podłączonych do mono-mikserów, z mikrofonami Neumann U-47 i mikrofonami wielokierunkowymi M-49/50. Później używano Ampexów 300-3, pracującą z szybkością mniejszą niż RT-21. Nagrania te były wydane na płytach winylowych z logo ‚Living Stereo” od roku 1958. Sony Music nadal wznawia te doskonale nagrania na CD.

RCA Living Stereo 60 CD Collection, Vol.1” wydane na 60-lecie serii Living Stereo 15.kwietnia 2014 roku (RCA nr kat. 541497) zawiera 60 płyt z kultowymi nagraniami znajdziemy same sławy- Jaschę Heifetza, Charlesa Muncha, Fritza Reinera, Leontynę Price,  Arthura Rubinsteina i innych… Lista jest długa, nagrania wspaniałe- arcydzieła fonografii, w kopertach oddających oryginalną grafikę pierwszych stron wydań LP  i 256-stronicową broszurą z dokładnymi informacjami o poszczególnych płytach. Trudno opisywać kilkadziesiąt płyt, ale jeśli mam spróbować zachęcić do kupna tego zestawu to opiszę w ten sposób- wszystkie płyty są nagrane i zremasterowane (a przecież z nędznego wydania nie zrobi żaden sztukmistrz audiofilskiej edycji) w sposób idealny albo zbliżony do ideału. Słuchający są zdziwieni, że muzyka brzmi jakby nagrywano ją wczoraj, gdy w rzeczywistości jest kilkudziesięcioletnia. RCA Records nie poprzestała na tym jednym pakiecie. W miesiąc później- 13.maja 2014, w sprzedaży był podobnie wydany box z płytami reprezentującymi ponownie najważniejszych wykonawców dla tej wytwórni-  Artura Rubinsteina,  Fritza Reinera,  Pierre’a Monteux’a,  Charlesa Muncha ale i  Byrona Janisa,  Gary’ego Graffmana,  Vladimira Horowitza, Josefa Kripsa… Trudno wszystkich wymieniać.

Niektóre z tych nagrań mogą być dostępne osobno lub jako część innych zestawów, jednak nie mam pewności czy będą tak doskonale brzmiały jak w przypadku tych remasterów. Jeśli jesteś, szanowny czytelniku, jednym z szczęśliwców, którzy interesują się muzyką klasyczną, ale do tej pory nie wiedzieli, od czego zacząć, to zestawy „Living Stereo” są fantastyczną okazją.. Symfonie, opery, recitale solowe, wszystko jest spektakularne. Kup, a otrzymasz idealne wprowadzenie do świata muzyki klasycznej za cenę nieadekwatną, bo gdyby wyceniono oba boxy dwa/trzy razy drożej to nadal byłyby okazją.

Czy można spodziewać się po kontrabasie instrumentu tak „ruchliwego” co mniejsze i o oktawę wyżej grające wiolonczele? Niezbyt wiele jest utworów, w których rolę główną im przewidziano. Niewiele nie znaczy, że w ogóle zapomniano o wirtuozach- kontrabasistach. Giovanni Bottesini, kontrabasista i kompozytor z okresu późnego romantyzmu, miał wyjątkowy talent do tworzenia kompozycji melodyjnych i jednocześnie wirtuozowskich. Nazwano go „Paganinim kontrabasu”.

Materiał „Music for double Bass & piano”, zagrany przez Stefano Sciascię (kontrabas) I Davida G. Leonardiego (fortepian), powstał w Rec. In Studio, Treviso, Włochy, w maju 1994 roku. Płyta była wydana po raz pierwszy przez włoską firmę Rivo Alto w roku nagrania, natomiast NewTon te nagrania odświeżył, inaczej opakował i ponownie sprzedał. I dobrze, że tak się stało bo ja dziś mogę z przyjemnością niekłamaną wielokrotnie ją odtwarzać. Bottesini w pełni wykorzystuje melodie bel canto w „Fantazjach” i „Wariacjach”, dając słuchaczom okazję do odkrywania popularnych oper w barwach kontrabasu, wespół z fortepianem. Obaj wykonawcy mają „ucho” do odtworzenia czarujących melodii. Kompozycje są w stylu brillant by muzycy mogli demonstrować  także wspaniałą wirtuozerię kontrabasisty akrobatyką instrumentalisty co tworzyłoby niechybnie wulgarny kitsch. Liryzm, tworzenie pięknej melodii, wydaje się najwyższym celem jego muzyki. Bottesini nie przekracza jednak cienkiej linii granicznej pomiędzy artyzmem a bezsensowną akrobatyką instrumentalną. Kontrabasista pokazuje też inną stronę instrumentu: jego zdolność do oddania tonu wiolonczeli. Utwory w tym atrakcyjnym recitalu włoskiego solisty i jego akompaniatora Stefano Sciascia i Davida Giovanniego Leonardiego należą do najlepszych interpretacji Bottesiniego.  Jakość dźwięku jest bardzo dobra, chociaż miałbym uwagę taką, że ciężar instrumentacji jest przesunięty w lewo- kontrabas umieszczony centralnie zajmuje przestrzeń pomiędzy głośnikami, natomiast fortepian pojawia się głównie w lewym kanale, tylko od czasu do czasu sięgający po środek sceny dźwiękowej. Wszelkie niuanse gry obu są dobrze oddane, ale więcej ich słychać w grze kontrabasisty, który wyraźnie jest priorytetowo potraktowany.

Zażartuję- po co słuchać kontrabasu udającego wiolonczelę, skoro można wybrać mnóstwo płyt z muzyką wiolonczelową od koncertów po nagrania solistyczne?  Wybór wykonawców też bardzo duży… Pierwszym nasuwającym się jest nieodżałowana Jacqueline du Pré, ale też Grigorij Piatigorski lub Mstisław Leopoldowicz Rostropowicz. Ja wybrałem amerykankę Alisę Weilerstein, bo nie gorsza, a mniej spopularyzowana.

Alisy Weilerstein „Solo” w wydaniu firmy Decca (nr kat.4785296, rok wyd. 2014) to oczekiwany wirtuozowski album na wiolonczelę solo. Weilerstein odsłania swoją technikę nie obawiając się konkurencji ze strony największych sław, o których wspomniałem parę zdań wcześniej. Amerykańska wiolonczelistka ostatnimi czasy przyciąga szeroką uwagę melomanów na całym świecie dzięki połączeniu naturalnej wirtuozostwa, precyzji technicznej z muzykalnością i niespożytą energią. Intensywność jej grania była regularnie chwalona, zresztą podobnie jak spontaniczne podejście do gry. Alisa Weilerstein jest gorącym orędownikiem muzyki współczesnej, czego dowodem jest ten jej pierwszy solowy album. Szkielet dysku tworzy bezapelacyjnie nowatorska „Sonata for Solo Cello, Op. 8” Kodaly’ego. Alternatywne strojenie niższych strun wiolonczeli w tym utworze eksperymentem wyprzedzającym swój czas, dzięki czemu teraz wiemy co można zrobić z tym instrumentem. Wiele dzieł Kodaly’ego opiera się na węgierskim folklorze, co podpowiedziało zapewne artystce wybór utworów dla pozostałej części albumu, od utworu argentyńskiego kompozytora Osvaldo Golijova do chińskiego kompozytora Bright Shenga. Kompozycje Shenga oparte są na siedmiu tradycyjnych utworach z Chin (Seasons, Guessing Song, The Little Cabbage, The Drunken Fisherman, Diu Diu Dong, Pastoral Ballade, Tibetan Dance). Golijov’s Omaramor to muzycznie zabawna fantazja inspirowana argentyńskimi tangami, natomiast utwór Gaspara Cassado, składający się z trzech tańców, cytuje pracę Kodaly’ego. Jako całość, jest to bardzo dobrze dobrany program, stanowiący przede wszystkim kolekcję dzieł inspirowanych muzyką ludową, ilustrujących jak kompozytorzy przetransponowali folklorystyczne wpływy na sztukę wysoką. Alisa Weilerstein naprawdę interesująco i z wyjątkową ekspresją pokazuje w najlepszym świetle dzieła kompozytorów. Do realizacji nagrań nie mam zastrzeżeń.

 

Tę część artykułu kończy postać wielka- Glenn Gould.  Dla jednych geniusz, a dla innych jedynie hochsztapler lub w najlepszym razie ekscentryk.

Ekscentryk? Na pewno był nim, ale nie muzycznym. Gould był znany ze swoich niezwykłych nawyków- nucił w czasie gry, wystarczająco głośno, by inżynierowie nagraniowi mieli problem z usunięciem niepożądanych efektów. Gould twierdził, że jego śpiew jest niekontrolowany przez niego. Prawdopodobnie ten zwyczaj wywodzi się z tego, że Gould był uczony przez matkę, aby „śpiewać wszystko, co grał”. Ten nawyk melomani nauczyli się odbierać z życzliwością, choć krytycy dość często krytykowali pianistę za to tło śpiewacze. Inny oryginalny zwyczaj to sytuowanie fortepianu na pewnej określonej dokładnie wysokości, on zaś siadał na wysokości 15 cali (38,1 cm) nad podłogą, a grał koncerty tylko wtedy, gdy siedział na starym krześle, który był zrobiony przez ojca. Nadal korzystał z tego krzesła nawet wtedy, gdy siedzenie było całkowicie zużyte (nie przeszkadzał mu brak siedziska w natchnionej grze). Zajmowanie bardzo niskiej pozycji przy fortepianie nie było jedynie wybrykiem, bowiem była konieczna przy wypracowanej przez niego specjalnej technice pianistycznej, która pozwalała mu stosować bardzo szybkie tempa bez utraty klarowności gry i odrębności dla każdej nuty. Nie lubił sali koncertowej, którą porzucił dość wcześnie, mając 31 lat, na rzecz intensywnej pracy w studio nagraniowym. Po prostu wolał intymność bycia z muzyką, jaką zapewniało mu studio nagrań. Wolał też kontrolować każdy dźwięk, w każdym momencie rejestracji zamysłu artystycznego, a manipulacje taśmą magnetyczną uznał za kolejną część procesu twórczego (choć inżynierowie wytwórni fonograficznej twierdzą, że nie potrzebował w takim stopniu cięcia i sklejania taśmy jak wielu innych pianistów). Już w pierwszych nagraniach „Goldberg Variations” Bacha , z 1955 roku, szokowało- „Co on gra? Dlaczego tak?”. Gdy to był powolny kawałek, on grał go zbyt szybko i vice versa, ale każde naciśnięcie klawisza cyzelował, nie było żadnej przypadkowości, każdą nutę umieszczał tak starannie jak nikt przedtem (może i potem też?). Steven Osborne, szkocki pianista, który jako jeden z nielicznych odważył się nagrać komplet Alkana (o nim też napiszę w innej części artykułu) powiedział w wywiadzie tak: „Jestem zafascynowany siłą osobowości Goulda, jego inteligencji, jego sprytem, i sposobem jakim był w stanie zrealizować swój własny świat wyzierający z jego gry. Mam wielki podziw jako pianista w jaki to robił. Mógł być bardzo ciekawy i zabawny, a jego poglądy mają jakość rozrywki. Był ekscentryczny, z pewnością, ale sposób gry, traktowania polifonii, powiedzmy Bacha, czyni go ciekawym zjawiskiem i zapewni sobie miejsce w panteonie najsłynniejszych interpretatorów Bacha.

Ale jestem jakoś sfrustrowany i podrażniony wynikiem jego nagrań. Sfrustrowany, bo wydaje się, że żyjemy w świecie wyłącznie Glenna Goulda. Powstaje pytanie, w jaki sposób komunikuje swoje emocje poprzez dźwięk instrumentu? Jest problem ze swoją motoryką, podejściem do tempa, choć nie ma problemu z jego brzmieniem. To nie tak, że nie jest to piękny dźwięk, tu raczej nie ma elastyczności w sposobie tworzenia melodii i harmonii, w tym co on gra. A podrażnienie? Pochodzi od manier i afektacji jego grania. Do czego dążę będąc słuchaczem? Do zapominania o wykonawcy, chcę tylko słuchać muzyki, a w grze Goulda, jest zbyt wiele zakłócających rzeczy by zapomnieć o wykonawcy. Nie jestem fanem ani członkiem klubu miłośników Goulda, więc tym bardziej jestem sfrustrowany faktem, że dla wielu ludzi jest on najważniejszym interpretatorem Bacha. Istnieje wiele innych osób, które są naprawdę godne uwagi w tej muzyce, a Gould z pewnością nie jest osobą, która gra muzykę Bacha w sposób, który jest bez znaków zapytania”. Czy Osborne ma wiele racji w tym co pisze? Przekonajcie się sami, choćby wsłuchując się w Bach, The Well- Tempered Clavier, Book I & II” z czterech płyt CD, wydanych przez Sony Classics (nr kat. 517970-2, nagrywane od 1962 do 1971 roku).

 


Kolejne rozdziały:

               

Dodaj komentarz