Rudolph „Rudy” Van Gelder (Prestige, Blue Note)

 

Był na pewno najważniejszym i najbardziej kreatywnym inżynierem dźwięku jazzu dla wielu muzyków, melomanów i audiofilów. Van Gelder nagrał kilka tysięcy sesji jazzowych, z których znacząca liczba to uznana klasyka.  Jego kariera realizatora nagrań trwała ponad pół wieku. Van Gelder rejestrował wielu. Wymienię niektórych- Johna Coltrane’a , Milesa Davisa , Sonny Rollinsa, Theloniousa Monka, Arta Blakey’a, Freddiego Hubbarda , Wayne’a Shortera,  Horace Silvera, Ike’a Quebeca, Granta Greena. Był współtwórcą sukcesu „A Love Supreme” Coltrane’a, “Saxophone Colossus” Sonny Rollinsa, czy “Song For My Father ” Horace Silvera, czy wreszcie „Relaxin „, „Steamin” I „Workin’” Milesa Davisa.
Rudy Van Gelder i Alfred Lion (producent Blue Note)
Van Gelder wykształcił się w Pennsylvania College of Optometry by przyjąć rolę okulisty. Nie wierzył, że mógłby zarobić na życie jako inżynier dźwięku li tylko. Pobierał również lekcje na trąbce, co w przyszłej pracy stało się bezcenne. Inżynierem dźwięku w pełnym wymiarze godzinowym stał się dopiero w roku 1959, ale już od 1946 roku, Van Gelder nagrywał w swoim studio, które umieścił w ‚domu rodziców w Hackensack w stanie New Jersey. w którym pomieszczenie reżyserskie zostało zbudowane w sąsiedztwie salonu, a ten służył jako pomieszczenie dla grających muzyków. W tym czasie zrealizował, mimo prowadzenia praktyki optometrycznej, w gorączkowym tempie, sesje z takimi artystami jak  Zoot Sims,  Bill Triglia, Sonny Igoe, Phil Urso, Lennie Tristano czy Howie Mann. Studio stało się popularne wśród nowojorskich muzyków ze względu na umiejętności Van Geldera. Szybkość realizacji też miała na tę popularność wpływ. A  prawdziwy urok studia tkwil w jego wyjątkowej atmosferze. Domowej, ale i pełnej tajemniczych zakamarków. Pianista Bill Taylor powiedział w pewnej rozmowie- „Rudy był pierwszym reżyserem, który tak naprawdę po prostu miał czas by zadbać o umieszczenie mikrofonu jak trzeba…” Jego innowacje techniczne były nierozerwalnie związane z jego miłością do jazzu. Muzycy doceniali ten dualizm- reżysera i melomana.
Jackie McLean i John Coltrane w studio Hackensack  (foto po lewej) i Rudy Van Gelder (foto z prawej strony)
Sucha akustyka tego miejsca wpłynęła na niepowtarzalne brzmienie zapisów Rudy’ego Van Geldera. Mówił- „Nigdy nie byłem naprawdę zadowolony z tego, co słyszałem. Zawsze zakłada się, że nagrania dokonywane przez wielkie firmy brzmiały lepiej niż to, co mogłem odtworzyć„. Jednym z przyjaciół Van Geldera był saksofonista barytonowy Gil Melle. To właśnie on przedstawił Van Geldera  Alfredowi Lionowi, producentowi Blue Note Records. Było to w 1953 roku. W ciągu kilku lat Van Gelder stal się nagrywającym nie tylko dla Blue Note, ale również dla niezależnych innych wytwórni- Prestige, Vox Records, Savoy Records. Bob Weinstock, właściciel Prestige, przypomniał w wywiadzie- „Rudy był atutem. Był kompetentny i nie tracił czasu. Gdy przychodził do studia to zawsze przygotowany… Wyprzedzał swoje czasy i był geniuszem, gdy przychodziło do nagrywania”. Van Gelder mówił o innych z branży- „Alfred (Lion, szef Blue Not) był sztywny jeśli chodzi o brzmienie Blue Note Records. Natomiast Bob Weinstock z Prestige był bardziej zrelaksowany, więc mogłem eksperymentować…”. Do końca lat pięćdziesiątych praca optyka była głównym źródłem zarobków. Jeszcze przed rokiem 60. stworzył dzieło życia: swoją własną pracownię w Englewood Cliffs. Wraz z przeniesieniem się do tego nowego studia, kilka kilometrów od pierwotnej lokalizacji, porzucił profesję okulisty na rzecz nagrywania w pełnym wymiarze godzin. Konstrukcja nowego studia była inspirowana twórczością modernistyczną architekta Franka Lloyda Wrighta, co w efekcie dało halę na podobieństwo kaplicy z wysokimi spadzistym sufitami. Z Englewood Cliffs korzystali również inni-  Impulse, Verve ale przede wszystkim Blue Note oraz Prestige. Nagrania Rudy;ego Van Geldera były podziwiane za ich wierność, aż do efektu pozorów „obecności muzyków”, przejrzystość i ciepłe brzmienie. Ale też nie był wyłącznie chwalony- dla przykładu Alfred Lion krytykował okazjonalne nadużywanie pogłosów… Oczywiście byli też i tacy, którzy odmawiali nagrywania u Van Geldera, na przykład- Charles Mingus. Jednak Mingus reprezentował mniejszość.  Jak on to robił? Jak tworzył płyty, które stawały się klasykami?
Van Gelder nie ułatwiał ciekawskim poznania swoich metod zapisu, pozostawiając fanów przy spekulacjach na temat użytych technik. Ale są zdjęcia, które mogą wyjaśnić choćby pewne szczegóły. Przede wszystkim używał świetnych mikrofonów (które często przykrywał, żeby nie można było ich zidentyfikować), dodawał pogłos, ograniczał equalizację do minimum i dbał o czysty sygnał ścieżkowy. 

Na zdjęciu Herbie Nichols w Hackensack: mikrofony nad fortepianem to pojemnościowy Neumann U47 i wstęgowy RCA 44

Cel Van Geldera był jeden- chciał uchwycić w nagraniach ducha ludzkiego i aby zapisane dźwięki były „ciepłe i jak najbardziej realistyczne”. I takie też były! Wcześniejsze nagrania jazzowe przedstawiały muzyków w taki sposób by słuchaczowi zdawało się, że dzieli ich pewna większa odległość. Inżynier nagrań z Hackensack znalazł sposób- „podejścia do muzyków bliżej”, by ukazać jazzmanów z poczuciem bezpośredniości. Opowiadał w ten sposób: „Kiedy ludzie mówią o moich albumach, często słyszę, że postarałem się odtworzyć poczucie przestrzeni w ogólnym obrazie dźwiękowym” i dodawał: „Konkretne mikrofony umieszczałem w miejscach, które pozwalały muzykom brzmieć jakby grali w różnych miejscach w pomieszczeniu, które w rzeczywistości nimi były. To dodawało wymiaru i głębi”. Van Gelder starał się więc o bardziej intymny dźwięk dla małych grup jazzowych. Wymagało to umieszczenia mikrofonu bliżej instrumentu w celu uchwycenia subtelności, których  tradycyjne techniki nagrywania nie odebrałyby. Kiedy Van Gelder początkowo używał mikrofonów Neumanna (U47) dźwięk stawał się zniekształcony, nie  nadawał się do dalszej obróbki. Przyszedł z pomocą przyjaciel Van Geldera- S. Rein, który był w stanie zmienić konfigurację obwodów U-47, co czynił z niego idealnym przy nagrywaniu z małej odległości. Wynik był świetny- powstał dźwięk szczegółowy i ciepły. Taki, że dla wielu będzie wzorcem do naśladowania, ale dla niewielu do opanowania. Różnica w dźwięku jest łatwa do wychwycenia, choćby przy porównywaniu nagranych albumów Milesa Davisa przy udziale Van Geldera i bez niego. W przeciwieństwie do wielu inżynierów dźwięku, Rudy Van Gelder był zaangażowany w każdym aspekcie dokonywania zapisów- od przygotowania nagrań po końcowy etap procesu, w którym muzyka z taśmy była przenoszona na płytę. Mówił- „Zawsze chciałem mieć kontrolę nad całym łańcuchem zapisu” Dopowiadał- „Dlaczego nie? Miały moje imię!”. Van Gelder był znany nie tylko ze swoich umiejętności inżynierskich, ale także z przesadnej pedanterii, czego przykładem jest jego nacisk by pracować w rękawicach. „Byłem facetem, który robił wszystko: ustawiał krzesła, prowadził kable po podłodze, ustawiał mikrofony, pracował przy konsoli…”, wspominał w 2012 roku i kontynuował: „Nie chciałem, aby obsługując wszystkie studyjne przedmioty, traktować brudnymi rękami kosztowne urządzenia reżyserskie”.
Umarł licząc 91 lat. Uczestniczył przez ponad półwiecze swojej działalności w tysiącach sesji jazzowych, a spośród nich można doliczyć się około 150. zaliczonych do klasyki tego gatunku. Miał też znaczący udział w ponownym masteringu nagrań analogowych Blue Note, aby przywrócić je do pierwotnego stanu. Ta linia reedycji nagrań jest znana jako seria „The Rudy Van Gelder Edition”. Van Gelder pracował, aby przywrócić wierność oryginałom, a przede wszystkim duszę nagrań i ciepło. Dokładnie według swoich upodobań sprzed wielu lat.
To co do tej pory napisałem to głownie opinie tych, którzy się zetknęli z inżynierem nagrań Blue Note i Prestige. Chyba nie ma nikogo wśród melomanów jazzu, którzy nie mogliby  skonfrontować zamierzeń Rudy’ego Van Geldera z tym co wysłuchują z własnych systemów audio, gdy po jego produkcje sięgają. Mam sporo płyt nagranych na przełomie lat 50. i 60. W tym te zrealizowane w studio RVG. Spróbuję opisać wrażenia na przykładzie trzech płyt- „Workin’” Milesa Davisa, „Saxophone Colossus” Sonny’ego Rollinsa i „Cool Struttin” Sonne’go Clarka.
To co do tej pory napisałem to głownie opinie tych, którzy się zetknęli z inżynierem nagrań Blue Note i Prestige. Chyba nie ma nikogo wśród melomanów jazzu, którzy nie mogliby skonfrontować zamierzeń Rudy’ego Van Geldera z tym co wysłuchują z własnych systemów audio, gdy po jego produkcje sięgają. Mam sporo płyt nagranych na przełomie lat 50. i 60. W tym duża część to te zrealizowane w studio RVG. Spróbuję opisać wrażenia na przykładzie trzech płyt- „Workin’” Milesa Davisa, „Saxophone Colossus” Sonny’ego Rollinsa i „Cool Struttin” Sonne’go Clarka.
Workin’ Milesa Davisa:
wydany przez Prestige w roku 1959 o nr kat. PRLP 7166. Producentem był Bob Weinstock. Album pochodzi z dwu sesji z 11 maja i 26 października 1956 roku w RVG Studio, Hackensack, New Jersey. Jeden z czterech, które arcydziełami tamtego okresu się zdają, pozostałe to Relaxin’, Steamin’ oraz Cookin’.
Na wstępie płyty pojawia się Red Garland. Jego fortepian brzmi wyśmienicie. Klawisze „pojawiają się” blisko, sięgają linii bazowej głośników. Gdy słyszymy pierwsze dźwięki trąbki Davisa i kontrabasu Chambersa, Red Garland miejsce im robi, bo Van Gelder wycofuje go tłumiąc głośność fortepianu. Do głosu zostaje dopuszczony Philly Jo Jones, perkusita gra miotełkami. Delikatnie miotełki uderzają, wtórując fortepianowi w tej samej odległości od słuchacza. Ich głośność zwiększa się dopiero gdy mają swój solowy czas dla siebie. To charakterystyczne lawirowanie głośnością przez Van Geldera każe nam słuchać tego co w danej chwili najistotniejsze, ale też czytelność odsłuchu wzrasta. Mamy cały czas wrażenie, że każdy z instrumentalistów szanuje drugiego, a poza tym, mimo że wycofując sekcję rytmiczną gdy gra Davis lub Coltrane na tenorze, mamy w pamięci duży instrument, bo przed chwilą się taki pojawiał. Barwy instrumentów są rzeczywiście ciepłe jak chciał Van Gelder, chyba przez to, że podbarwienia się nie pojawiają, że barwy naturalne słyszymy, jakie znamy z koncertów klubowych dobrze zrealizowanych w znakomitej piwnicznej akustyce, ze sporą ilością grubych kotar i rozpraszaczy w postaci stolików, krzeseł, lamp, obrazów powieszonych na ścianach. Płyta tak znakomicie jest zrealizowana, że nie pamięta się o tym, że z mono mamy do czynienia. Zresztą gdy na koncertach słuchacz bywa w sporej odległości od muzykujących to też bardziej obraz mono niż stereo do niego dociera.
Powyżej opisałem wrażenia z odsłuchu płyty CD o nr. katalogowym- VICJ-5095, w wersji mono, 20bit K2 Super Coding. „Cool Struttin” Sonne’go Clarka nagrany 05 stycznia 1958 w Van Gelder Studio , Hackensack. W tym samym roku wdany przez Blue Note Records. Nr. kat. BST 1588. Producentem by Alfred Lion.
Można łatwo zauważyć zgodność z  „The  50/50 System” w wersji pierwszej gdy Rudy Van Gelder umieszczał trąbkę i saksofon w lewym kanale, fortepian środkowo, a kontrabas i perkusję w prawym kanale. Barwowo jest chłodniejsza niż te wcześniejsze płyty monofoniczne. Nie mam pewności- może są bardziej neutralne? Instrumenty mniej są nasycone harmonicznymi, a ich wolumen jest nieco mniejszy niż w przypadku opisywanej wcześniej płyty Milesa Davisa. Różnica jednak nie jest znacząca, bo przyjemnie się jej słucha mimo wszystko. Podobnie jak w Workin’ gdy solistą stawał się trębacz lub saksofonista, pianista był wycofywany (lekko wyciszany). W każdym razie, ten znak firmowy Van Geldera, podkreślania głośnością solisty i tu się mocno zaznaczył, a nawet jeszcze otrzymał dodatkowy atrybut- można było go „rozszerzyć”. Na przykład Poul Chambers gdy smyczkiem gra solo w tytułowym utworze zajmuje nie tylko prawy kanał, ale wkracza częściowo w środek pomiędzy głośniki. Co zyskujemy wraz z wersją stereo. Najchętniej napisałbym- „nic”. Bo wolę wersje mono foniczne najczęściej. Rozdzielczość jest ciut lepsza gdy gra cały zespół. Jednak wysycenia i ciepła mono nic nie zdoła zastąpić!
Omawianą płytą była koreańska limitowana edycja o nr. katalogowym- EKJD- 0295 (nr z serii limitowanej- 0016) 
„Saxophone Colossus” Sonny’ego Rollinsa, nagrany 22 czerwca 1956 w Van Gelder Studio, Hackensack. W tym samym roku wydał płytę o nr. katalogowym- PRLP 7079 Prestige Records. Producentem był Bob Weinstock. 
To niekwestionowane arcydzieło z tamtego czasu, zaliczone do najlepszych albumów jazzowych wszech czasów, jest wyraźnie „dzieckiem” Rudy’ego Van Gdldera. Sonny Rollins (saksofon tenorowy) i Max Roach (perkusja) sobie nie przeszkadzają, kontrabasista Doug Watkins też. Pianista Tommy Flanagan gra w tle, oczywiście poza mentami gdzie solowo gra- wtedy ustawiony jest pierwszoplanowo. Każdy z instrumentów ma „swoją masę”, zwłaszcza perkusja nisko strojona. Całość jest nie tyle ciepła co brutalna lub siłowa. Jednak charakterowi kompozycji lub interpretacji muzyków zawdzięczam tę niepewność- jak ją odbierać, jak określić barwę dźwięku? Wspaniały longplay pod każdym względem! Przesłuchiwałem wersję mono o nr. katalogowym VICJ-60261 (20bit K2 Super Coding).
Trzy płyty- dwie mono różnych producentów i jedna stereofoniczna… A charakter nagrań ten sam lub bardzo zbliżony. Charakter jaki chciał uzyskiwać Rudy Van Gelder…

Dodaj komentarz