Te same tytuły w różnych edycjach płytowych
(rozdział jedenasty)
Artykuły blogowe w tym dziale dotyczą różnic brzmieniowych tych samych tytułów wydanych w innym czasie, na bazie innego masteringu bądź remixu. Zwykle te różnice są łatwo rozpoznawalne, ale by to było możliwe sprzęt audio powinien być dobrze skonfigurowany (tu dotykamy sensu audiofilizmu), a o to już trudniej. Jednak niżej przedstawię trzy różne edycje płyty „Boogie With Canned Heat”, której dwa wydania prezentują wyjątkowo duże zróżnicowanie brzmieniowe, wyraźnie słyszalne na dowolnym systemie stereo oraz wersje mono i stereo płyty „Times They Are A-changin’” Boba Dylana, które nie dość, że różnie brzmią to… Ale o tym niżej.

Alan Wilson i Bob Hite, dwóch przyjaciół z zespołu, Canned Heat byli wiodącymi muzykami jednego z najlepszych „białych” zespołów bluesowych z przełomu let 60. I 70. ubiegłego stulecia.

Na fotografii LP z 2023 roku (Elemental Music – 620906)
i dołączoną płytę CD w formacie SHM-CD z 2017 roku (Liberty – UICY-78382)
Bob Hite stylowo śpiewał wysokim tembrem, Alan Wilson grał po mistrzowsku na harmonijce ustnej, równie dobrze grał na gitarze i śpiewał matowym niższym głosem. Do składu grupy Canned Heat dobrano jeszcze znakomitych: Henry’ego Vestine’a (gitara prowadząca, później zastąpił go Harvey Mandel), Larry’ego Taylora (bas) i Adolfa „Fito” de la Parrę (perkusja). Ci muzycy nagrali w 1968 „Boogie with Canned Heat”, swoją drugą płytę w katalogu Liberty Records (nr kat.- LST-7541, na fotografii wyżej). Na płycie pojawiają się standardy bluesowe lub rythm & blues’owe „ubrane” w formę boogie woogie obok ich własnego materiału. Przykładami tej stylistyki mogą być- „Amphetamine Annie”, ostrzeżenie o niebezpieczeństwach czyhających na nadużywających amfetaminy, oraz kończący płytę „Fried Hockey Boogie” to już czysta muzyka bez treści- muzyczny jam w stylu boogie. Muzycy Canned Heat lubili oddawać się długim „psychodelicznym” improwizacjom, w których mogli sobie pozwolić na zademonstrowanie swojej inwencji twórczej bez specjalnych ograniczeń. Utwór – „On the Road Again”, stał się wielkim hitem. Ta piosenka jest mocno zmienioną wersją pieśni Floyda Jonesa z 1953 roku o tym samym tytule. Ten oryginalnie zaaranżowany utwór rozpoczyna Al Wilson dźwiękami azjatyckiego tanbura i nawet wtedy gdy dołącza delikatnie gitara dźwiękami gamy nie wiadomo czego się spodziewać po tym początku. Wydarzyć się może wszystko! I gdy tak sobie myślimy cały zespół uderza początkiem riffu, który będzie uparcie powtarzany do końca gdy znowu utwór wygasi motyw znany ze wstępu. Wilson gra na tanburze, gitarze, harmonijce i śpiewa. Wszystkie role wypełnia kurczowo trzymając się linii melodycznej. Stara się by jego falset barwą był zbieżny z harmonijką, grającą niskimi tonami. Reszta instrumentów nadaje puls w unisono granym powtarzanym motywie. Jedynie harmonijce pozwolono na improwizacje trzymane jednak w ryzach natrętnej melodii. Canned Heat zdecydował się nagrać „On the Road Again” jako demo już w kwietniu 1967 roku w RCA Studios w Chicago z perkusistą Frankiem Cookiem. Ta wersja trwała ponad 7 minut, z dodanymi solówkami na harfie i gitarze. Podczas nagrywania „Boogie With Canned Heat” zespół nagrał go ponownie, tym razem z nowym perkusistą Adolfo „Fito” de la Parra w studiu Liberty Records w Los Angeles we wrześniu 1967 roku. Inne wyróżniające się kawałki na albumie to „World in a Jug”, „Amphetamine Annie” i 11-minutowy plus „Fried Hockey Boogie”, który zespół przerobił na „Woodstock Boogie” kiedy grali na festiwalu w sierpniu 1969 roku.
Gdyby mnie zapytać o najdoskonalsze utwory jakie rock stworzył to „On the Road Again” byłby wśród dziesięciu najlepszych, bo to kwintesencja rockowego rozumienia muzyki- u podstawy jest blues (w przypadku Canned Heat w równym stopniu boogie woogie), wzbogacony psychodeliczną wizją, z doskonałymi zharmonizowanymi solówkami gitarzystów lub grających na innych instrumentach melodycznych i z mocno zaznaczonym, równo mierzonym rytmem, dla nadania utworom pulsu.
Od momentu kiedy wydano LP w 1968 roku, firma mająca prawa do „Boogie With Canned Heat” wielokrotnie wznawiała lub remasterowała materiał muzyczny zgromadzony w czasie sesji nagrań w Liberty Studios. Wersji LP pojawiło się od 1968 roku około 75 z wszystkich 105..



Atrakcyjną płytą LP jest limitowana do 2000 egzemplarzy edycja, która została wydana 20 października 2023 roku przez Liberty (nr kat.– LST-7541). 140-gramowy krążek jest wykonany z czerwonego, półprzezroczystego winylu.
Recenzje „Czerwonego” wydania „Boogie With Canned Heat” są bardzo pozytywne. Słuchacze doceniają znakomite, bluesowe brzmienie albumu i oryginalne utwory. Sam winyl jest często opisywany jako czysty, a jego ogólna jakość jest uznawana za dobrą, wydanie to jest cenione za swoją „trwałość” i „niezwykle dobrze znoszące upływ czasu”. Ogólne wrażenia budzą zadowolenie z edycji limitowanej i odkrycia pełnego potencjału albumu, wykraczającego poza pojedynczą piosenkę. Zauważalne jest to, że recenzje tego wydania albumu „Boogie With Canned Heat”, jako że jest reedycją klasycznego wydawnictwa z 1968 roku, koncentrują się na nieprzemijającej jakości oryginalnego albumu z 1968 roku, podkreślając jego kultowe utwory, takie jak „On the Road Again” i „Fried Hockey Boogie”. Wiele recenzji omawia jakość dźwięku wersji CD lub cyfrowej, a te dotyczące albumu LP z 2023 roku chwalą jakość techniczną tego produktu.
Po wydaniu na CD w 2005 roku sześć utworów pierwotnie wydanych na singlach zostało włączonych do płyty jako utwory bonusowe. W 2012 roku „Boogie with Canned Heat” zostało zremasterowane i wydane na CD przez Iconoclassics Records z oryginalnymi 10 utworami i 6 dodatkowymi utworami. Wydanie japońskiego oddziału Liberty pojawiło się w sprzedaży w 2017 roku


Ta fantastyczna płyta może być różnie postrzegana przez różnych realizatorów remasterów. W edycji wydanej w 2000 roku przez EMI Plus (nr kat. 724357609524), w ramach serii „The Originals” (na wyżej przedstawionych fotografiach). Ta charakteryzuje się potężnym rockowym brzmieniem z wyrazistymi instrumentami rytmicznymi, harmonijką kosztem wycofania wokalu (może bardziej wtopienia w brzmienie instrumentów). Poszczególne utwory posiadają różny wolumen, jakby powstawały na innych sesjach nagraniowych, a nawet jakby były kompilacją nagrań zebranych z różnych płyt. Przykładem na tę wadę jest utwór „Turpentine Moan”, który robi wrażenie utrzymania za wszelką cenę stylistyki retro. Całość realizacji ma odpowiednią selektywność, ma też naturalne barwy… Nie ma przede wszystkim- ciepła. Ten aspekt brzmienia płyty ma japońska limitowana edycja SHM-CD (Super High Material CD) z roku 2017, której okładka jest repliką amerykańskiego pierwszego wydania winylowego. Płytę wydała wytwórnia Liberty / Universal Music (nr kat. UICY-78382).

Ten remaster charakteryzuje się kompletnie innym brzmieniem- instrumenty w stosunku do wokali są wycofane. Brzmienie przypomina wersję analogową, którą znam z winylowych edycji. To powrót do źródła, ale czy wolę ten przekaz? Nie wiem… Gdy słucham wersji z 2017 doceniam ciepło brzmienia, melodyjność i nie brakuje mi czegoś do czego przywykłem słuchając wersji EMI Plus- brutalnej siły hard rocka, bo i ona jest, lecz w postaci ekspresji.


W jednym zdaniu Canned Heat wykorzystał jako platformę stary folk bluesowy styl grany przez takie legendy jak John Lee Hooker, wzbogacił go o elementy jazdy boogie i podał mu psychodeliczny klimat. Muzyka zawarta na „Boogie With Canned Heat” to standardowy blues rock z elementami boogie i przesycony psychodelicznym klimatom, podobnie jak to robili mu współcześni: Steppenwolf, Grand Funk Railroad, Paul Butterfield czy John Mayall & The Bluesbreakers. Jednak Canned Heat bardziej przekonywał do swojej muzyki, wydawała się ona bardziej ona szczera.
Odpowiedzialny za remaster wersji SHM-CD, inż. Akihito Watanabe, pokazał jak należy przygotować ścieżki muzyczne by słuchacz miał i możliwość wnikania w szczegół, i odnajdywania cudownych linii melodycznych, i podziwiania bogactwa wysublimowanych improwizacji, i wchłaniania specyficznego bluesowego klimatu, bo te dobrodziejstwa zakodowane w cyfrowym medium zostały zagubione w płytowych edycjach poprzednich (pomijam dobrze zrealizowane wersje analogowe).


Trudno określić coś co gra po prostu tak jak fan muzyki rockowej oczekiwałby od zespołu doskonale prezentującego się w klubie o dobrej akustyce. Dużo łatwiej na tle porządnie zrealizowanej płyty wypunktować słabości tej gorszej realizacji (lub odwrotnie), w tym przypadku albumu wydanego przez wytwórnię EMI+:w ramach serii „The Originals”:
- „Evil Woman”- cover standardu bluesowego Larry’ego Weissa – zabrzmiał ostro, z osuszonymi wyższymi składowymi częstotliwości. Nienasycona perkusja i jej talerze (nieprzyjemnie ostre) pojawiają się tu na pierwszym planie. Wokal Boba Hite’a pozbawiony alikwotów, co prawda o sporym wolumenie, pobrzmiewa chropawo.
W edycji SHM-CD nagranie jest uporządkowane- perkusja ma swoje miejsce wśród innych bez wysuwania się przed nich. Talerze tak nienaturalne w wersji EMI w tej edycji są stonowane i okrągłe. Wokal stał się miękki i bogaty barwowo. - „My Crime”- inspirowany klasykiem „Hoochie Coochie Man” Muddy’ego Waters’a – niżej jest strojony. Wokal nadal jest brudny ale w mniejszym stopniu niż w utworze poprzedzającym.
Niższe strojenie tego utworu przesłużyło się nowszemu masterowi. Utwór stał się szalenie ciepły i melodyjny. Doskonale też słychać jak delikatny i nonszalancki styl Alana Wilsona oraz bezpośredni i mocny styl Henry’ego Vestine’a doskonale się uzupełniają. - „On The Road Again” – autorstwa chicagowskiego bluesmana Floyda Jonesa i Alana Wilsona – w wersji EMI po wstępie zagranym na instrumencie zwanym tamburą pojawiają się inne instrumenty rozpoczynające bardzo energicznie jednoakordowy riff boogie, który powinien tworzyć hipnotyczną atmosferę. Jednak w tej wersji jej nie tworzy z dwóch powodów: remaster z 2000 roku wyraźnie podkreśla rytm jako najważniejszego elementu muzyki boogie [1] (zapominając, że ważniejszy jest puls utworu, a to nie to samo co rytm [2]). Perkusja stała się najgłośniejszym instrumentem. Wszystkie instrumenty są właściwie pozbawione alikwotów i przedstawione zbyt jasno, przez co mocno traci naturalność ich barw, no i w konsekwencji muzykalność utworu.
Remaster wykonany przez Pana Watanabe zapewnia niższe strojenie ogólne od perkusji po harmonijkę ustną. Instrumenty są fantastycznie wypełnione harmonicznymi. Na czoło wysuwają jedynie harmonijka gdy ma swoją partię do odegrania i wokal, czyli akcent tu postawiono nie na rytm, a na kołyszący puls właśnie. Hipnotyczny, napędzający, rytm połączony z ciepłym falsetem Alana Wilsona, dają rozkosz uszom i wywołują natrętną reakcję ciała słuchacza, który od pierwszych taktów utworu kołysze się jak puls boogie mu nakazuje. - „World In A Jug” – autentyczny R&B, autorstwa muzyków Canned Heat – monumentalny, lekko rozstrojony, wznoszący się riff gitarowy w utworze z płyty EMI jest zbyt dosadny i dość brudny barwowo.
Wersja z płyty SHM-CD jest czystsza, jednak nie potraktowana higienicznie, bo ciepła barwa dźwięków, która charakteryzuje całość tej edycji płytowej zostałaby utracona. - „Turpentine Moan”, to jeden z utworów, w których oprócz pięcioosobowego zespołu gra muzyk gościnny. W tym utworze partię fortepianu wykonał Sunnyland Slim (Albert Luandrew, amerykański pianista bluesowy). Na płycie EMI utwór przedstawia się jako obcy wtręt, o barwach archiwalnej realizacji lat 30., nagranej w głuchej akustycznie sali. Ścieżka ta ma mały wolumen, stłoczony na małej scenie między głośnikami.
Slide guitar Wilsona w „Turpentine Moan” jest tu prawdziwym klejnotem, ale to dopiero słychać w edycji z 2017 roku. Inż. Akihito Watanabe wyrównał wolumen i dynamikę tej piosenki z pozostałymi utworami na płycie. Już nie robi wrażenia dziwnego archiwalnego nagrania. - „Whiskey Headed Woman No. 2” – autorstwa Boba Hite’a – w wersji z 2000 roku w stosunku do nowszej zabrakło specyficznego bluesowego klimatu, a nawet melodyjności.
- „Amphetamine Annie”- inspirowana twórczością Alberta Kinga, piosenka o nadużywaniu amfetaminy – bas, który od wstępu powinien nadawać puls piosence w edycji EMI jest zbyt płytki by mógł skutecznie to robić. Pojawiające się chórki są krzykliwe- nieprzyjemne dla słuchacza. Edycja z 2017 roku naprawiła sytuację dociążając brzmienie i czyszcząc nagranie z brudów.
- „An Owl Song” – kompozycja Alana Wilsona – to wg. magazynu Rolling Stone „jest prawdopodobnie najsilniejszym wokalnym wyjściem Ala Wilsona do tej pory – jego wyjątkowo wysokie nucenie, żłobiące w rytm kopiącej, dudniącej sekcji rytmicznej”. W edycji wcześniejszej utwór został zaprezentowany stylowo (przede wszystkim dzięki wokaliście), choć z mało wyrazistą sekcją dętą przy jednocześnie narzucającą się harmonijką ustną. W edycji później zrealizowanej Alan „The Owl” Wilson śpiewa miękkim, czułym i delikatnym głosem, co dodaje intensywności piosence i sprawia, że jest to piękny utwór. W tej edycji (z 2007 roku) powtarzające się linie i partie instrumentów, a przede wszystkim doskonała i subtelna (w tej edycji) harmonijka ustna) tworzą hipnotyczne tło, idealne dla Wilsona do czułego śpiewu.
- „Marie Laveau” – hymn kreolski , autorstwa Henry’ego Vestine’a -. jest godna uwagi ze względu na udaną interakcję między gitarzystami: Wilsonem i Vestine’m, którą niestety w edycji EMI przykrywa dudniący, przeciągnięty nienaturalnie bas. Podobnie potraktowana jest sekcja dęta i fortepian. W edycji SHM-CD warstwy instrumentalne został zrównoważone, co umożliwiło wsłuchanie się też w ciekawy dialog harmonijki Wilsona i gitary Vestine”a.
- „Fried Hockey Boogie” – autorstwa Larry’ego Taylora – 11-minutowy jam, w którym każdy członek zespołu jest przedstawiany przez Hite’a i ma szansę na odegranie solówki, zanim w kulminacji Bob Hite nie podpowie: „…Nie zapomnij o boogie!„. Pokaz umiejętności muzyków Canned Heat podczas długiego jamu, w obu edycjach dobrze się prezentuje, poza pierwszym wejściem perkusisty Adolfa de la Parry, którego szybkie uderzenia w hi-hat na wstępie jamu w wersji z 2000 roku brzmią nienaturalnie szeleszcząco. Trudno sobie wyobrazić by słabo nagrany jam dał słuchaczom wgląd w to, jak dobry był zespół na scenie. Granie na żywo wzbogacało ich kreatywność i pozwalało każdemu członkowi pokazać zakres swojego talentu.
Na pewno dzięki występom na festiwalach Monterey Pop i późniejszemu festiwalowi w Woodstock, albumy Canned Heat, zwłaszcza „Boogie With Canned Heat”, zbudowały reputację pięciu muzyków: Boba Hite’a, Alana Wilsona, Henry’ego Vestine’a, Larry’ego Taylora i Adolfa de la Parry, jako najwyższej klasy białego zespołu bluesowego późnych lat 60-tych i pierwszych lat 70.. Płyta, która dała hitowy singiel „On the Road Again” oraz takie utwory jak: „Fried Hockey Boogie” i „Amphetamine Annie”, stała się podstawą wczesnego podziemnego radia FM. Nie stałoby się tak gdyby brzmienie Canned Heat nie dawało wrażenia działającej idealnej machiny, tak w studio jak na koncertach, oraz tego, że inżynierowie nagrań byli bardzo im pomocni. A to, że w sposób zróżnicowany brzmieli na płytach różnych wydań… No cóż- dla każdego coś miłego!
![]()
„[The Times They Are A-Changin’]… to album, na którym wielkie idee – sprawiedliwość, równość, miłość – ujawniają się w codziennych sytuacjach. Podobnie jak w przypadku pierwszych kilku albumów Boba [Dylana], Times jest prezentowany w konfiguracji solowej – tylko głos, gitara i harmonijka. Pierwszy z jego albumów, na którym znajdują się wyłącznie oryginalne utwory, ma kilka piosenek, które łatwo kwalifikują się jako klasyki. Otwierający utwór tytułowy to nie tylko jedna z jego najbardziej znanych kompozycji, ale rodzaj nieoficjalnego hymnu ruchu praw obywatelskich – porywający i poruszający nawet dzisiaj, wystarczająco ogólny, by być uniwersalnym, ale nigdy nie czujący się pustym lub niejasnym. […] Pierwsze cztery piosenki same w sobie biegną szerokim spektrum. Utwór tytułowy jest pieśnią bojową; ‘Ballad of Hollis Brown’ jest straszny i oszczędny; ‘With God on Our Side’ jest zmęczony i spustoszony; a ‘One Too Many Mornings’ jest jedną z zaledwie kilku piosenek, które zamieniają epickość na intymność — ściszoną, uroczą i smutną, uroczo powściągliwą i mile widzianą w swoim powrocie do ‘Don’t Think Twice, It’s Alright’. Reszta dalej wytycza te różne ścieżki, i chociaż wszystko jest oddane w surowej czerni i bieli, czerwona krew płynie w żyłach tych piosenek. […] być może na swój sposób ‘Times’ rozwija ideę, że Dylan może zrobić wszystko, nawet jeśli to, co chce tu zrobić, nie jest tak swobodne, jak wcześniej. Płyta jest pod tym względem niezrównana; jeden z najlepszych albumów o zmianach społecznych.” [recenzja autorstwa Josha Hursta]
Wczesne, akustyczne albumy Boba Dylana najmocniejsze korzyści wynoszą z wersji mono, bo edycje stereo brutalnie rozdzielają elementy wokalu, gitary i harmonijki zwłaszcza na debiutanckim albumie „The Freewheelin’ Bob Dylan” i na późniejszych: „The Times They Are a-Changin’” i „Another Side of Bob Dylan”. Jeśli chodzi o materiał elektryczny, np. z „Blonde on Blonde” brzmi bardziej słodko, odważniej i bardziej energicznie. Z kolei „John Wesley Harding” w mono brzmi ostrzej i mocniej.

Dylan – podobnie jak The Beatles i wszyscy im współcześni – nie traktował miksów stereo jako niczego innego niż ukłon w stronę elitarnej części rynku płytowego, aż do końca lat 60.. Miksy mono były nadzorowane i zatwierdzane przez artystę, miksy stereo wykonywane były na marginesie przez osoby trzecie. Albumy od debiutu „The Freewheelin’ Bob Dylan” do „John Wesley Harding” są w mono prezentowane w sposób, w jaki artysta chciał, aby je usłyszeli jego fani. Czterech dekad potrzebowała wytwórnia Columbia, aby wersje mono pierwszych 9. albumów Boba Dylana powróciły na półki sklepowe w postaci boxu:
- „Bob Dylan – The Original Mono Recordings”, wydany został w 2010 roku przez wytwórnie Columbia / Legacy. Nagrania z zestawu zremasterował Mark Wilder.

Pięknie zapakowany zestaw– eleganckie etui zawiera płyty CD w postaci imitacji oryginalnych okładek, z dbałością o szczegóły, a w przypadku „The Times They Are a-Changin’” odzwierciedlając oryginalną, szorstką fakturę oryginalnej okładki. Czy Dylan potrzebował poprawy brzmienia, skoro jego albumy były regularnie remasterowane w latach 2003-2009? Podejście Dylana do nagrania płyty było nieco inne niż tworzenie idealnego albumu, raczej chodziło mu o nagraniu utworu z odpowiednią dawką energii, czy emocji. Dylan starał się uchwycić to, co nazywał „tym cienkim, dzikim, energetycznym brzmieniem”. Katalog płyt w mono Boba Dylana został zremasterowany właściwie nie tak dawno i brzmiał świetnie. To inne spojrzenie na Dylana i trzeba pamiętać, że stereo było czymś w rodzaju nowości w latach 60., monofoniczna wersja albumu była uważana przez artystów za oryginalną. Jedną z najlepszych rzeczy, jakie robi ten zestaw, jest poprawa miksów na najwcześniejszych płytach Dylana, gdy jest tylko on z gitarą i harmonijką. Poprzednie wcielenia miały tę ostrą separację kanałów, która była dość nieznośna. Głos Dylana był w lewym kanale, a jego gitara w prawym. Ten wybór produkcyjny był całkowicie nielogiczny, biorąc pod uwagę, że Dylan grał i śpiewał w tym samym czasie.


Na fotografiach wyżej: „The Times They Are a-Changin’” z zestawu „The Original Mono Recordings”
Recenzje box setu „The Original Mono Recordings” Boba Dylana są niezwykle pozytywne, chwaląc doskonałą jakość dźwięku, a krytycy zwrócili uwagę na wciągające, mocne i ciepłe brzmienie. Recenzenci podkreślali wartość oryginalnych miksów mono, które przywróciły zamierzoną równowagę brzmieniową wczesnych albumów, wysokiej jakości opakowanie z replikami okładek płyt winylowych oraz historyczną dokładność odzwierciedlenia oryginalnych zamierzeń artystycznych Dylana. Choć niektórzy uważali box set za drogi, większość zgodziła się, że jest warty zakupu przez oddanych fanów i audiofilów. Miksy mono są opisywane jako wciągające, zapewniające bardziej spójne i mocne wrażenia słuchowe w porównaniu z miksami stereo. Dźwięk jest ciepły i klarowny, pozwalając słuchaczom usłyszeć subtelne detale, zwłaszcza głos Dylana i instrumenty, takie jak gitara akustyczna czy harmonijka ustna. Reedycje te są postrzegane jako wierne odzwierciedlenie pierwotnych zamierzeń brzmieniowych Dylana, ponieważ spędził on znaczną ilość czasu nadzorując miksy mono.
- Album winylowy „Times They Are A-changin’” Boba Dylana, który po raz pierwszy wydany został w 1964 roku, pojawiał się w ponad 270. wersjach, w postaci LP 190 razy. 11. kwietnia 2025 roku Sony Legacy oddał do sprzedaży kolejną winylową reedycję: 140- gramową, monofoniczną, wersję. Jako producenta wymieniono, jak w wersji pierwszej, Toma Wilsona.



Na fotografiach wyżej: LP z 2025 roku z dołączonym CD, z 2005 roku (Columbia – CK 94240)
Winylowa reedycja albumu Boba Dylana „The Times They Are A-Changin’”, nie jest zupełnie nowym nagraniem lecz nowym wydaniem winylowym oryginalnego klasyka z 1964 roku, czasami z datą premiery „2025-04-11”. Album zawiera utwory napisane przez Dylana podczas protestu przeciwko wojnie w Wietnamie. Album odniósł sukces krytyczny i komercyjny i pomógł Dylanowi ugruntować pozycję wiodącej postaci amerykańskiego odrodzenia folku..
- Zremasterowane amerykańskie wydanie „The Times They Are A-Changin’” z czerwca 2005 roku, zostało przygotowane do sprzedaży przez wytwórnię Columbia (nr kat. – CK 94240).


Recenzje wydanej w 2005 roku płyty Boba Dylana „The Times They Are a-Changin’” odzwierciedlają ponadczasową moc i aktualność albumu, chwaląc jego prowokujące do myślenia teksty z czasów walki o prawa obywatelskie, mocną narrację i kultową jakość dźwięku, która pozwala głosowi Dylana rezonować przez całe dekady. Zarówno fani, jak i krytycy podkreślają nieprzemijającą zdolność albumu do łączenia się ze słuchaczami z różnych pokoleń, a jego społecznie nośne tematy i poruszające narracje pozostają mocne i aktualne do dziś. Ikoniczna jakość dźwięku tej reedycji jest uznawana za bardzo dobrze nagraną, oddającą istotę i autentyczność epoki oraz potężny przekaz Dylana.
[1] Boogie to powtarzający się, kołyszący rytm lub shuffle, „groove” lub wzór używany w bluesie, który pierwotnie był grany na pianinie w muzyce boogie-woogie. Charakterystyczny rytm i wyczucie boogie został następnie dostosowany do gitary, kontrabasu i innych instrumentów.
[2] Rytm muzyki podporządkowany jest zwykle pewnemu regularnemu pulsowi, zbudowanemu z elementów akcentowanych i nieakcentowanych. Dzięki temu można rytm porządkować w segmenty nazywane taktami. O tym ile w takim takcie będzie nut, czyli jednostek podstawowego pulsu decyduje metrum Puls definiowany jest też jako regularnie powtarzające się wydarzenie muzyczne, które może wywoływać stukanie stopą lub rytmiczne klaskanie.
