Te same tytuły w różnych edycjach płytowych
(rozdział trzydziesty piąty)

Gdyby czynić próby wskazania jazzowej płyty wszech czasów (spośród najlepszych) to na pewno na liście propozycji znalazłby się album Duke’a Ellingtona i jego orkiestry zatytułowany „Masterpieces by Ellington” z 1950 roku.

Pierwszym wyborem dla fana jazzu jest (zapewne) arcydzieło z 1950 roku Duke’a Ellingtona i jego orkiestry- „Masterpieces by Ellington” (MSP Records). Ten wybór podyktowany jest wybitną jakością artystyczną muzyki zawartej na płycie, ale też fantastycznym brzmieniem płyty.

W sesji wzięli udział: Wendell Marshall (bas), Sonny Greer (perkusja), Billy Strayhorn I Duke Ellington (fortepian), Jimmy Hamilton, Johnny Hodges, Paul Gonsalves, Russel Procope (saksofony), Lawrence Brown, Quentin Jackson, Tyree Glenn (puzony), Mercer Ellington (flugelhorn),  Andrew Ford, William Anderson, Harold Baker, Nelson Williams, Ray Nance (trąbki), Yvonne Lanauze (wokal).
Michael Fremer dla Stereophile’a, w lutym 2015 roku napisał:
Wśród pierwszych nagrań ułożonych i wyprodukowanych, dla skorzystania z dłuższego czasu zawartego w LP, ten album został wydany w 1950 roku przez Columbia Records z klasycznym nadrukiem-  Masterworks, z okładką Stana Fraydasa i powielana dla wydania współczesnego. (Columbia wkrótce zastąpiła tę okładkę obrazem bardziej „nowoczesnym” i bardziej przyziemnym)… Uwolniony od 78rpm, singlowego trzyminutowego przymusu, Ellington mógł zdobyć się na nagrania o długości podobnej do tej, którą cieszy się jego publiczność koncertowa. Trzy z czterech nagrań, w tym ‘Mood Indigo’ i ‘Sophisticated Lady’ to znane klasyki Ellingtona rozciągnięte i uelastycznione do satysfakcjonującego skutku. Harmonicznie nasycony, przejrzysty dźwięk mono jest zadziwiający dla każdej epoki. Zostaną z pewnością Ci zapamiętane  i zastanawiasz się, jak i dlaczego nagrany dźwięk od tamtej się nie zmienił.”
Colleen ‘Cosmo’ Murphy z Classic Album Sundays wyrażał się tak- „I stały się obsesją arcydzieła Ellingtona, jedna z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem w zakresie muzyki i produkcji. Teraz mogę zobaczyć Ellingtona w pełni chwały!”. David W. Robinson, w ramach Positive Feedback- „Każdy aspekt nagrywania jest znacznie lepszydynamika, harmoniczne, pasmo przenoszenia, szczegół… wszystko po prostu wskoczyło na mnie! Zapis brzmiał jakby nagrania zostały wykonane rano… absolutnie świeżo brzmiące. To jest tak dobre, że nie ma znaczenia, że jest to nagranie mono! Słuchaj… a usłyszysz, że oszukują, że to nie jest mono. Tylko czekać, aż usłyszysz Yvonne Lanauze śpiewającą w ‘Mood Indigo’ po długim instrumentalnym wstępie… prawdziwy majstersztyk… Płyta z najlepszych, jakie kiedykolwiek słyszałem…”.
Ten album nie byłby możliwy do zrealizowania bez pewnego łańcucha zdarzeń- nagrany zaledwie pięć lat po upadku Niemiec w wyniku drugiej wojny światowej, kiedy zwycięstwo aliantów ujawniło postępy Niemców w nagrywaniu dźwięku taśmą magnetyczną. Siły alianckie podróżowały przez Niemcy podczas II wojny światowej, kiedy po raz pierwszy odkryły rejestratory dźwięku. Rejestratory magnetyczne były szeroko stosowane w niemieckich audycjach radiowych podczas II wojny światowej, chociaż w tamtym czasie były ściśle strzeżoną tajemnicą. Alianci wiedzieli o istnieniu przedwojennych magnetofonów, ale nie o wprowadzeniu polaryzacji o wysokiej częstotliwości i taśmy z podkładem PCV. Ich eksperci wywiadu wiedzieli, że Niemcy mają jakiś nowy rodzaj systemu nagrywania, ale nie znali pełnych szczegółów jego konstrukcji i działania, dopóki nie odkryto działających modeli magnetofonu podczas alianckiej inwazji na Niemcy w latach 1944-45. Żołnierze przekazali następnie Magnetophony Jackowi Mullinowi. amerykańskiemu inżynierowi dźwięku. Jack Mullin, służąc w US Army Signal Corps, przyjął dwa magnetofony marki Magnetophon i 50 waliz magnetofonowych szpul od niemieckiej stacji radiowej w Bad Nauheim koło Frankfurtu.

Przez kolejne dwa lata Mullin modyfikował i rozwijał te urządzenia, mając nadzieję na stworzenie komercyjnego systemu nagrywania, który mógłby być używany przez studia filmowe. Amerykański popularny wokalista Bing Crosby, niezadowolony z jakości istniejących nagrań sieciowych radiowych, został nakłoniony do zainwestowania w ten rozwój i wykorzystał technologię, zmodyfikowaną przez Mullina i początkującą firmę Ampex, do nagrywania swoich audycji radiowych w bardziej swobodnej atmosferze studia nagraniowego, co stanowiło znaczące odejście od ówczesnej normy transmisji na żywo dla publiczności w studiu. Koncern Ampex wkrótce stał się światowym liderem w rozwoju nagrywania przy pomocy taśmy. Ampex zrewolucjonizował przemysł radiowo- nagrywający. Słynny Model 200 magnetofonu firmy Ampex, opracowany został w oparciu o zmodyfikowane magnetofony używane przez Mullina. Pierwsze egzemplarze Ampexów w sprzedaży detalicznej osiągały cenę 4000$, prawie tyle ile kosztował w USA przeciętny dom jednorodzinny. Crosby dał jeden z pierwszych magnetofonów gitarzyście, który nazywał się Les Paul, co doprowadziło w efekcie do wynalazku Paula- nagrywania wielościeżkowego. Pierwsze rejestratory- model 200A, były dostarczane do ABC i oddane do eksploatacji w całym kraju. Ten fakt oznaczał pierwszy powszechne profesjonalne wykorzystanie nagrywania na taśmie magnetycznej. Współpraca  Mullina i firmy Ampex szybko doprowadziła do stereo dwuścieżkowego. Teraz jest całkowicie jasne, jak niewiele czasu potrzeba było od skonstruowania profesjonalnego magnetofonu do powstania audiofilskiej „magii”, która nie ma sobie równej do dziś. A przecież nie wolno nam też zapominać o tym, że standard pozwalający nagrywać po 20 minut z każdej strony LP pojawił się zaledwie paręnaście miesięcy wcześniej. 19 grudnia 1950 roku w Columbii 30th Street Studio, kiedy to inżynierowie dźwięku Fred Plaut i Harold Chapman zapisują na magnetofonie Ampex 200, przy użyciu taśmy 3M, sesję dla „Masterpieces by Ellington”. Należy zaznaczyć, że Columbia 30th Street Studio (nazywany „The Church”) był uważany przez wielu za najlepiej brzmiące pomieszczenie w swoim czasie, a inni uważają, że było to największe studio nagrań w historii. Tam też dokonano nagrań we wszystkich chyba gatunkach muzycznych, w tym Milesa Davisa „Kind of Blue” (1959 rok), Leonarda Bernsteina „West Side Story” (oryginalne nagranie Cast, z roku 1957), Pink Floyd „The Wall” (1979 r.)… „The Church” obejmowal „Studio C” i „Studio D” Columbii Records.

  • Pierwsze wydanie „Masterpieces by Ellington” ukazało się we wrześniu 1951 roku w postaci winylowego longplaya w ramach wytwórni Columbia (nr kat.– ML 4418). Materiał muzyczny nagrano 19 grudnia 1950 r. w Columbia 30th Street Studio.

LP w formacie 12″, wydaną przez wytwórnię Masterworks firmy Columbia jest jedną z najwcześniejszych tego typu płyt wydanych przez Columbia (1951). Pierwsze tłoczenie posiada ciemnozielone etykiety Columbia Masterworks. Album zawiera pełne wersje klasyków Ellingtona: „Mood Indigo” (1930), „Sophisticated Lady” (1933) i „Solitude” (1934). Pierwsze dwa utwory irozmaica wokal Eve Duke, nagrywającej pod pseudonimem Yvonne Lanauze, a w trzecim atrakcją jest kulminacyjne solo puzonisty Lawrence’a Browna. Kompozycja, „The Tattooed Bride” (1948), daje dłuższą możliwość pokazania swoich atutów klarneciście Jimmy’emu Hamiltonowi. Aranżacje stworzył zarówno Ellington, jak i jego wieloletni współpracownik- Billy Strayhorn.
Krytyk jazzowy Gary Giddins nazwał album „jednym z pierwszych prawdziwie innowacyjnych 12-calowych LP” [według:]. Zauważył, że „Ellington zrezygnował z formatu suite na rzecz ciągłych, długich utworów, które odzwierciedlały wyzwolenie, jakie umożliwiła płyta [w nowym formacie]. Żywiołowo leniwy, 15-minutowy utwór ‘Mood Indigo’ (na płycie Masterpieces ) jest przykładem nowo odkrytej wolności Ellingtona”. Biograf Ellingtona, John Edward Hasse, zauważa, że ​​„Mood Indigo” w tej zaktualizowanej wersji „przechodzi przez kilka metrum (jedna sekcja jest w rytmie walca), trzy tonacje i efektowne kontrasty w brzmieniach, gęstościach i barwach. Jaką różnorodność Ellington i Strayhorn mogliby wykrzesać z szesnastoosobowej orkiestry i ze znanej krótkiej piosenki!” Zauważa również, że „The Tattooed Bride jest uważane przez niektórych krytyków za jedno z najskuteczniejszych rozszerzonych dzieł Ellingtona”. Recenzja AllMusic autorstwa Bruce’a Edera stwierdziła: „Po raz pierwszy w swojej karierze nagraniowej Ellingtonowi udało się zignorować ograniczenia czasu trwania płyty 78 obr./min. wynoszące trzy minuty i jedną zmianę — on i zespół stanęli na wysokości zadania”.
Płyta Ellingtona z 1951 roku jest jedną z najlepiej brzmiących płyt jazzowych, jakie kiedykolwiek można było usłyszeć., a poza tym i  co ważniejsze, płyta ta należy do najważniejszych płyt LP, jakie kiedykolwiek wydano, bo przecierała szlak pozwolająca geniuszowi takiemu jak Duke Ellington w pełni (bez ograniczenia czasowego do trzech minut) wyrazić swój artyzm. Pomogli: legendarny inżynier dźwięku Fred Plaut i Harold Chapman. Aranżacje Ellingtona wciągają słuchacza w fantastyczny spektakl wspomagany przez nagranie, które jest tak bogate, głębokie i harmonicznie dobrze nasycone, że można mieć problem z ogarnięciem całego przedstawianego bogactwa podczas jednego posiedzenia.

  • Reedycja japońska „Masterpieces by Ellington” z serii „Master Sound”, wydana 12 grudnia 1998 przez SME Records (nr kat.– SRCS 9511) jest dostępna (obecnie wyłącznie w serwisach aukcyjnych) jako mini replika LP z OBI i japońską wkładką.


Recenzja AllMusic, autorstwa Bruce’a Edera, tak oceniła wersję japońską „Masterpieces by Ellington” z końca XX wieku: „Co zadziwiające, Columbia Records potrzebowała aż do samego końca 1950 roku, dwóch lat od ery LP i przejścia z nagrywania płyt na taśmy magnetyczne, aby Duke Ellington and His Orchestra mógł wejść do studia i nagrać płytę długogrającą. Po raz pierwszy w swojej karierze nagraniowej Ellington mógł zignorować trzyminutowe ograniczenia czasu trwania płyty 78 rpm — on i zespół stanęli na wysokości zadania, wydając rozszerzone (ponad 11 minut) ‘nieocenzurowane aranżacje koncertowe’ utworów ‘Mood Indigo’, „Sophisticated Lady” i „Solitude”, uzupełnione o jeden wspaniały, nowszy utwór „The Tattooed Bride”. A minęło 15 lat od boomu na płyty CD, zanim Masterpieces By Ellington otrzymało traktowanie, na jakie zasługuje. Sony Music of Japan wydało ponownie to klasyczne nagranie w 1998 roku, zremasterowane przy użyciu 20-bitowego cyfrowego systemu Super Bit Mapping tej firmy, a rezultaty są zdumiewające- zespół brzmi, jakby był w tym samym pomieszczeniu co słuchacz, a dotyczy to podwójnie fortepianu i solistów (w tym wokalistki Yvonne Lanauze) w ‘Mood Indigo’. Nawet w tym dostojnym towarzystwie, ‘The Tattooed Bride’ jest swingującym wirtuozowskim utworem, który, jak wszyscy obecni musieli wiedzieć, nie mógłby zostać uchwycony w ten sposób w żadnej epoce przed tą sesją – była to również jedna z ostatnich sesji z udziałem klasycznego składu Ellingtona z Johnnym Hodgesem, Lawrence’em Brownem i Sonnym Greerem, zanim ich odejście zmieniło brzmienie zespołu, a więc jest to podwójnie cenny utwór (podobnie jak cały album), wśród ostatnich napisanych specjalnie dla tego składu. A teraz wszystko brzmi przynajmniej dziesięć lat później niż faktyczna data nagrania, zapakowane w odtworzenie oryginalnego projektu okładki z lat 50. wielkości płyty CD. Nie ogłoszono jeszcze wydania w USA, ale jest warte 20 dolarów jako import. (Import japoński)
Fakt, ta edycja brzmi wzorcowo. Ocena brzmienia albumu określona jako „wzorcowe” jest uzasadniona, bo prezentowana płyta słuchaczom szukającym wzorcowych dźwięków pomagających konfigurowaniu sprzętów audio nie budziła wątpliwości co do jej wysokich wartości.  Przede wszystkim każdy z instrumentów brzmi prawdziwie i pod względem barwowym (dźwięki są pełne harmonicznych) jak i krągłości tonów. Dla wielu słuchaczy nie przeszkadza fakt, że mają do czynienia z formatem monofonicznym, bo wolumen instrumentów jest naturalnie dużym budujący scenę muzyczną zajmującą dużą przestrzeń w pokoju odsłuchowym. Muzycznie każda nuta to arcydzieło kompozytorskie- jest wstawiona w jedyne odpowiednie miejsce na pięciolinii, wykonawczo… No cóż- wirtuozi nie potrafią źle zagrać!

Czy można stworzyć jakiś inny remaster, który zachwyci mocniej? Odpowiedź na to pytanie można znaleźć słuchając longplaya wydanego, bądź płytę w formacie SACD, oba nośniki wyprodukowane w 2014 roku przez firmę Analogue Productions.

  • 200 gramowy winylowy longplay „Masterpieces by Ellington”, wydany w grudniu 2014 roku przez firmy Analogue Productions, Columbia Masterworks i Sony Music Commercial Music Group. Wznowienie z 2021 roku jest 180-gramowym zestawem podwójnych płyt możliwymi do odtworzenia z prędkością 45 obr./min. Obie edycje zremasterował Ryan K. Smith [1] w Sterling Sound z oryginalnych taśm analogowych nagranych na magnetofonie Ampex 200, przy użyciu taśmy magnetycznej 3M-111 poruszającej się z prędkością 15 cali na sekundę.


Chad Kassem, właściciel Analogue Productions wydał 200-gramowe tłoczenie winylowe QRP Masterpieces Ellingtona [w oparciu o: ], jednego z najmniej znanych, ale prawdopodobnie najlepszych i najlepiej brzmiących albumów Duke’a, które spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem i świetną sprzedażą. W 2021 roku wydał je w wersji 45 rpm, a podczas gdy 33 było zaskakujące, nowa wersja — rozłożona na dwóch płytach LP, aby pomieścić szersze rowki — zapiera dech w piersiach. Szokujące jest to, że ten album został nagrany w 1950 roku. Skupiając się na brzmieniu- poza tym, że jest w mono, ten album brzmi tak żywo, realistycznie i kolorowo, jak najlepsze współczesne nagranie. LP Analogue Productions 33 1/3 rpm i  LP 45 rpm brzmią jeszcze lepiej miż doskonała wersja japońska z 1998 roku. Więcej blasku w fortepianie Ellingtona, więcej drewna w basie Wendella Marshalla, więcej oddechu, stroika i romantyzmu w saksofonie altowym Johnny’ego Hodgesa, więcej siły w twardym klarnecie Jimmy’ego Hamiltona. Każdy z muzyków w sekcjach dętych brzmi bardziej wyraźnie; każdy słyszy więcej gry Duke’a. A soliści — wystarczająco namacalni w 33 1 / 3 rpm — są holograficzni przy 45. Krótko mówiąc, 45 pozwala nam usłyszeć więcej muzyki, więcej szczegółów, więcej ludzkiej obecności; przenosi nas bardziej kompletnie w przeszłość. Oryginalnym inżynierem dźwięku (choć wówczas niewymienionym) był Fred Plaut, który później nagrał „Kind of Blue”, „Sketches of Spain”, „Time Out”, ścieżkę dźwiękową z Broadwayu do West Side Story i wiele innych klasyków Columbii z tej epoki. Jeśli audiofil ma już jedno z innych wznowień Acoustic Sounds tego albumu (33 1/3 rpm LP lub, jeśli winyl nie jest ulubionym medium, SACD), to jest on w dobrej sytuacji. CD wydane przez SME Records brzmi fantastycznie, ale jeśli kocha się tę muzykę, jeśli chce się jej słuchać w najbardziej wykwintnym dźwięku, jaki jest dostępny, to LP 45. (obok wersji SACD, jak się okaże) jest najlepszym wyborem


Fred Kaplan w amerykańskim magazynie w 2014 roku uznał płytę „Masterpieces by Ellington” za „Najlepszy album, jaki kiedykolwiek nagrał Duke Ellington — czyli jeden z najlepszych albumów jazzowych — jest również jednym z jego najmniej znanych.” A dalej pisał o płycie: „Przyciągnął niewielką uwagę po wydaniu w 1951 r. i nie spotkał się ze szczególnym uznaniem, gdy został ponownie wydany na płycie CD w 2004 r., po dziesięcioleciach w zawieszeniu. […] Od lat 30., a zwłaszcza 40., Ellington był znany ze swoich awanturniczych harmonii i krzyżujących się rytmów. Elegancki, charyzmatyczny mężczyzna, był zaszczycony i zdziwiony, gdy krytycy muzyki klasycznej, którzy traktowali jego muzykę jak szelmostwo, byli zachwyceni, porównując go do Coplanda lub Strawińskiego. Ale muzyka na Masterpieces wykracza daleko poza wszystko, co do tej pory napisał. […] Ellington komponował z myślą o członkach swojego zespołu, dostosowując aranżacje do ich indywidualnych stylów i mocnych stron. Kiedy zmieniał się personel, zmieniała się również muzyka, w sposób subtelny lub znaczący. Po Masterpieces pięciu członków odeszło (choć kilku wróciło), a Ellington zmienił się, aby to dostosowywać. Nigdy nie będzie innego takiego albumu — chociaż nadal pisał z myślą o LP: nie tyle długie aranżacje, co suity lub zbiory o spójnych tematach. (Ellington produkował jazz zorientowany na albumy na długo przed pojawieniem się rocka zorientowanego na albumy). Wielu uważa jego sesje w latach 40. za lata szczytowe… ale Masterpieces Ellingtona przewyższa je wszystkie. […] Jakość dźwięku na płycie CD ‘Masterpieces by Ellington’ była znakomita, nie tylko jak na sesję nagraną w grudniu 1950 r., ale w porównaniu z niemal każdym innym standardem. Puściłem to kiedyś producentowi high-end audio i był oszołomiony. Gdyby nie było to mono (stereo pojawiło się na rynku dopiero pod koniec lat 50.), założyłby, że to współczesne nagranie audiofilskie. […] Jak to możliwe, że tak jest w przypadku 64-letniego nagrania? Cóż, stare nie zawsze znaczy złe. Taśma magnetyczna, wynaleziona przez Niemców, została przywrócona Stanom Zjednoczonym po II wojnie światowej, zaledwie kilka lat przed tą sesją. (Wcześniej płyty były cięte bezpośrednio na wosk lub dysk) A wczesne marki taśm były w stanie absorbować szeroki zakres dynamiki i pełne spektrum częstotliwości. Inżynier dźwięku sesji, Fred Plaut, był niezwykle utalentowany; później nagrał ‘Kind of Blue’ Milesa Davisa i wiele innych klasycznych utworów jazzowych firmy Columbia. (Nie jest tak sławny jak, powiedzmy, Rudy Van Gelder z Blue Note, ponieważ Columbia nie wymieniła technicznych informacji o autorach na odwrocie swoich albumów). Analogue Productions wydało setki świetnie brzmiących albumów jazzowych i popowych w ciągu ostatnich kilku dekad. Jego właściciel, Chad Kassem, nalega na mastering z oryginalnych taśm, na najlepszych 180-gramowych dziewiczych winylach. W ciągu ostatnich kilku lat zmontował to, co wielu inżynierów uważa za najlepszą na świecie tłocznię płyt LP. (W obliczu odrodzenia się winylu, tłocznia jest stale poszukiwana przez wiele wytwórni, nie tylko jego, mimo że pobiera więcej niż wiele innych). Słucham reedycji Kassema odkąd je tworzy. Są inni audiofile wykonujący podobną pracę, w szczególności Music Matters Jazz, firma z siedzibą w Los Angeles, która zajmuje się wyłącznie albumami Blue Note. ‘Masterpieces by Ellington’ plasuje się wśród najbardziej ekscytujących reedycji ze wszystkich, a poza tym jest to niezbędna muzyka.”

  • Hybrydowy SACD „Masterpieces by Ellington”, został wydany przez Analogue Productions / Columbia Masterworks w 2014 roku. Ta edycja w stosunku do wyżej opisanych pozycji jest bogatsza o bonusowe utwory:
  1. „Vagabonds”, nagrany w Columbia’s 30th Street Studio 11 grudnia 1951 r., w składzie: Francis Williams, Harold Baker, Willie Cook, Clark Terry, Ray Nance (trąbka). Quentin Jackson, Britt Woodman i Juan Tizol (puzony). Willie Smith, Russell Procope. Jimmy Hamilton, Paul Gonsalves, Harry Carney (saksofon i klarnet). Duke Ellington, fortepian. Wendell Marshall (kontrabas) Louie Bellson (perkusja).
  2. „Smada” i „Rock Skippin’ At The Blue Note”, nagrane w Columbia’s 30th Street Studio 7 sierpnia 1951 r., w składzie: zespołu stanowią Nelson Williams, Harold Baker, Ray Nance, Andrew Ford (trąbka). Quentin Jackson, Britt Woodman, Juan Tizol (puzony). Willie Smith (saksofon altowy, saksofon sopranowy). Russell Procope (saksofon altowy, klarnet). Jimmy Hamilton (saksofon tenorowy, klarnet). Paul Gonsalves (saksofon tenorowy). Harry Carney (saksofon barytonowy). Billy Strayhorn (fortepian). Wendell Marshall (kontrabas). Louie Bellson (perkusja). Uwaga: pogłos słyszany w tych dwóch utworach pochodził z oryginalnych nagrań.


Nagrania zremasterował Ryan K. Smith w Sterling Sound, z oryginalnych taśm analogowych. Głębia i przestrzeń, bogate harmonie barwne tworzą szeroką i dobrze zdefiniowaną przestrzeń dźwiękową. Barwy orkiestry jako całości, jak również poszczególne instrumenty, dają przyjemność słuchową, a co wrażliwszym dostarczą powody do pojawienia się gęsiej skórki. Reedycja na SACD tej płyty to jedna z ulubionych dla fanów jazzu, a na pewno ulubiona spośród płyt Duke’a Ellingtona. W audiofilskim świecie stawiany  wśród najlepszych albumów jazzowych w historii. Każdy aspekt nagrania SACD w stosunku do poprzednich edycji CD jest o wiele lepszy: dynamika, harmoniczne, odpowiedź częstotliwościowa, szczegółowość, transjentowa reakcja… wszystko po prostu się uwidoczniło. Nagranie brzmiało absolutnie świeżo. Bez zawoalowania. Bez stłumienia. Właściwie jest tak dobre, że nie ma znaczenia, że ​​to nagranie mono!

Jednak… „Dźwięki nie są tak oszałamiające jak na LP — nie ma aż tak trójwymiarowej obecności, bujnego ciepła ani łoskot perkusji — ale jest bardzo blisko. Bardziej istotne, podejrzewam, jest to, że brzmi znacznie lepiej niż Columbia Legacy CD z 2004 roku. SACD Analogue Productions kosztuje tyle samo co LP. CD Columbia można kupić dużo taniej i brzmi całkiem nieźle. Ale pozwólcie, że przedstawię argumenty za SACD (choć, powtórzę, jeśli wolisz winyl, kup LP). Po pierwsze, SACD ma znacznie szerszy zakres dynamiki, na cichych i głośnych końcach spektrum. Po przesłuchaniu obu płyt jedno po drugim jasne jest, że Columbia CD została skompresowana. Nie mocno: przed wysłuchaniem LP, a teraz SACD, nie zgadłbym, że została w ogóle skompresowana; znakomity Mark Wilder, który zmasterował tę edycję w DSD, ma subtelny akcent. Ale za realistyczną dynamikę, prawdziwy dźwięk rogów, basu i perkusji, trzeba wydać dodatkowe dwie dziesiątki $. Jeśli chodzi o ‘prawdziwe brzmienie’, SACD brzmi również bardziej realistycznie: twardy klarnet Jimmy’ego Hamiltona, seksowny saksofon altowy Johnny’ego Hodgesa, wybuchowy (yah-yah-yah!) puzon Tyree Glenna, pełen duszy bas Wendella Marshalla — wszyscy są tu obecni w pełnej, misternie splecionej fakturze. Zremasterowany przez Ryana Smitha ze Sterling Sound z oryginalnych taśm analogowych, album to przyjemność i skarb, przebijany (ponownie) tylko przez płytę LP. Jedno zastrzeżenie: opakowanie jest żenujące. Być może Chad Kassem, właściciel Analogue Productions, spieszył się, żeby to wydać, ale broszura (choć ozdobiona pięknie odtworzoną okładką) nie wymienia muzyków ani inżynierów dźwięku; ani nie wspomina (to ważne), że trzy ‘bonusowe utwory’ (które pojawiły się również na płycie Columbia CD) zostały nagrane podczas dwóch późniejszych sesji, w 1951 r., z innym inżynierem dźwięku (Haroldem Chapmanem, nie Fredem Plautem, który nagrał oryginalne cztery utwory w 1950 r.) i z kilkoma różnymi muzykami (Hodges, Glenn i perkusista Sonny Greer opuścili zespół po dacie z 1950 r.). Nie jest to wcale tak dobre, muzycznie ani dźwiękowo. Chad odnotował te fakty na stronie internetowej i powiedział mi, że zostaną one w pełni opisane w notatkach dołączonych do kolejnych wydań. (Obecne wydanie, liczące 1000 egzemplarzy, jest prawie wyprzedane.) Tymczasem, jeśli już kupiłeś SACD, wydrukuj stronę internetową i miej ją pod ręką. Muzyka, dźwięk i oczywiście swing to rzeczy najważniejsze i wszystkie są po prostu wspaniałe”- według recenzjiFreda Kaplana w  (26 stycznia 2015)
Jeszcze łaskawiej o wersji SACD płyty „Masterpieces by Ellington”, wyraził się recenzent magazynu : „…Wersja winylowa wydana przez Analogue Productions zachwyciła już fanów i krytyków muzycznych, takich jak Michael Fremer, ale monohybrydowa płyta SACD w niczym nie jest gorsza: nowo odkryty zakres dynamiki jest przytłaczający. Ale ‘Masterpieces By Ellington’ jest wybitny nie tylko dźwiękowo, ale także muzycznie. Choć jest to jedna z jego mniej znanych płyt, jest jedną z najlepszych płyt jazzowych…”

 

 

Album studyjny Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga o tytule „Ella And Louis” pojawił się w formacie analogowym w październiku 1956 roku. Płytę, którą wyprodukował Norman Granz, wydała wytwórnia Verve Records (nr kat.- MG V-4003). Nagrywanie rozpoczęło się 16 sierpnia 1956 roku w studio Capitol (Hollywood)

„Ella and Louis”, album studyjny Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga, nagrany został z towarzyszeniem Kwartetu Oscara Petersona. Album „Ella and Louis”, był pierwszym z trzech, które Fitzgerald i Armstrong nagrali razem dla Verve Records. Później pojawiły się „Ella and Louis Again” z 1957 roku oraz „Porgy and Bess” z 1959 roku. Norman Granz, założyciel wytwórni Verve, wybrał jedenaście ballad dla Fitzgeralda i Armstronga, granych głównie w wolnym lub umiarkowanym tempie. Chociaż Granz wyprodukował album, Armstrong miał decydujący głos w kwestii utworów i instrumentów klawiszowych. Sukces albumu „Ella and Louis” powtórzyły „Ella and Louis Again” oraz „Porgy and Bess”. Wszystkie trzy zostały wydane jako „The Complete Ella Fitzgerald & Louis Armstrong” przez wytwórnię Verve.
Recenzje albumu „Ella and Louis” z 1956 roku były bardzo pozytywne, a krytycy chwalili zaskakujące, ale skuteczne połączenie czystego, pełnego wdzięku wokalu Fitzgeralda z szorstkim, ciepłym stylem Armstronga. Krytycy chwalili nieprzemijającą jakość albumu, jego czarujący i ponadczasowy klimat oraz znakomite, pełne smaku wsparcie ze strony Tria Oscara Petersona. Recenzenci początkowo uważali, że duet jest niekompatybilny na papierze, ale byli mile zaskoczeni, jak dobrze ich tak różne głosy się uzupełniały, tworząc magiczną symbiozę. Występ Pani Fitzgerald opisano jako znakomity, z „czystością stylu” i „miękkim mistrzostwem frazowania”, a Armstronga nazywano „niezrównanym męskim wokalistą jazzowym”, podkreślając świeżość utworów, wydobywającą to, co najlepsze w jego kunszcie muzycznym. Akompaniament w wykonaniu Oscar Peterson Trio (z Buddym Richem w niektórych utworach) chwalono za „smakowitość, dyskrecję i stanowczość”, zapewniając doskonałe wsparcie bez przytłaczania wokalistów. Album został doceniony za swój swobodny, umiarkowany swing i pogodną aurę, która do dziś pozostaje ponadczasowa i czarująca. Wiele recenzji wskazywało na to, że było to ogromne osiągnięcie jazzu i dowód ogromnego talentu i chemii obu artystów. Björk wybrała ten album jako jeden ze swoich ulubionych w artykule dla magazynu „Q” z 1993 roku . „Uwielbiam sposób, w jaki Ella i Louis współpracują” – zauważyła. „Byli przeciwieństwami w sposobie śpiewania, ale mimo to doskonale się uzupełniali i szanowali”.
Od czasu pierwszego wydania „Ella and Louis”, czyli od 1956 roku, wyprodukowano 201 wersji płytowy w tym ponad 100 w formacie analogowym.

Przykładem analogowej (udanej) reedycji „Ella and Louis” jest 180-gramowy longplay wydany w 2012 roku przez wytwórnię WaxTime [2].



Recenzje reedycji „Ella & Louis” z 2012 roku są niezwykle pozytywne, chwaląc klasyczny duet jako „dream team” jazzowych wokalistów. Audiofile zauważyli doskonałą jakość dźwięku i wierność reedycji, szczególnie na winylu 45 rpm Analogue Productions, podczas gdy inni podkreślali wartość obszernego box setu „Cheek To Cheek” bądź innych audiofilskich edycji np. wytwórni WaxTime. Muzyka jest uznana za klasyczną i ponadczasową, przyjemną dla ucha przez pokolenia. Wielu recenzentów wspomina o jej przydatności do tworzenia przytulnej lub romantycznej atmosfery. Recenzja z 2012 roku w ramach magazynu Stereophile z sierpnia tego samego roku nazwała tłoczenie Ella & Louis Again 45 obr./min „wspaniałym wydaniem”.

Znakomitym przykładem jak różnie może brzmieć ten sam materiał muzyczny wysłuchiwany z płyt CD wydanych w różnej technologii jest „Ella and Louis” wydany przez Verve Records, o nr katalogowym 825 373-2, następna to określona jako Rubidium Atomic Clock na złotym podkładzie, w formie mini LP, o nr. seryjnym UCCU-9513. Trzecia, 24-bitowa edycja K2HD, Universal Music (nr kat.- 85 39325 3). Obie ostatnie edycje (z wymienionych) wydano wyłącznie w Japonii.
Wszystkie wersje są monofonicznymi wersjami. Wybór materiału wydaje się idealny- nie nudzi się nawet po wielokrotnym przesłuchaniu (ja tak właśnie odróżniam wybitne osiągnięcia w sztuce od tych co po pierwszym razie „zaspakajają nasze potrzeby”). Czysty wokal Fitzgerald kontrastuje z Armstrongową chrypą przy idealnej intonacji obojga… Czy może być coś bardziej atrakcyjnego? W trakcie wyśpiewywania tekstu muzycznego oboje nadają balladom rodzaj melodii przepięknej zwłaszcza poprzez zmianę modulacji głosu dla oddania emocji. Te emocje przypominają opowiadanie baśni przez rodziców swoim dzieciom przy zapalonym kominku w czas zimowy. Delikatny i szczery przekaz muzyków zasługuje na miejsce w każdym domu, na każdej półce płytowej. No tak, ale w jakiej wersji kupić tę piękną „opowieść”?
Jeśli ma być tanio to trzeba szukać remasterowanej wersji CD „Ella and Louis” z 1985 roku, wydanej przez Verve Records (nr kat.– 825 373-2). Nagrania zostały zremasterowane przez Dennisa Drake’a w PolyGram Studios

Recenzje zremasterowanych reedycji „Ella and Louis” z 1985 roku są niezwykle pozytywne. Krytycy chwalą ponadczasowe duety Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga oraz subtelne wsparcie kwartetu Oscara Petersona. Te reedycje słyną z doskonałej jakości dźwięku, co czyni je niezbędnymi dla fanów artystów i jazzu wokalnego. Recenzenci konsekwentnie opisują album jako ponadczasowy, a jeden z nich nazwał go jednym z niewielu nagrań z tamtej epoki, które „z pewnością przetrwają dekady”. Kwartet pod wodzą Oscara Petersona, w którego skład wchodzą Herb Ellis na gitarze, Ray Brown na basie i Buddy Rich na perkusji, zapewnia „mocny, wysmakowany, dyskretny” akompaniament, który idealnie wspiera wokale. Wiele ostatnich reedycji jest chwalonych za jakość dźwięku- wyróżniają się szczególnie czystym, dynamicznym brzmieniem, wiernie oddającym oryginał, choć w jednej z recenzji odnotowano „delikatne sybilanty tu i ówdzie”, ale stwierdzono, że nie psują one ogólnego wrażenia przy słuchaniu muzyki.
Dostępnych jest wiele wersji, w tym CD i płyty winylowe, o zróżnicowanej jakości dźwięku. Jednak reedycje audiofilskie są szczególnie polecane dla uzyskania najlepszych wrażeń słuchowych.

Znakomitym przykładem świetnie brzmiącego materiału muzycznego „Ella and Louis” w formacie CD jest płyta na złotym podkładzie, w formie mini LP, o nr seryjnym UCCU-9513. Tę jedną z ostatnich edycji z roku 2004 wydano wyłącznie w Japonii.


Remaster wersji „Gold” z 2004 roku (tak mi będzie wygodniej odróżniać tę od wersji K2), jest zbliżony do wyżej opisanej wersji z 1985 roku, z tą jedynie różnicą, że wyższe rejestry wersji „gold” są bardziej wygładzone lub zaokrąglone (niektórzy tak tę większą łagodność wyższych częstotliwości nazywają) Ograniczę się więc do porównania wersji wydanych w Japonii- „Gold’ i K2HD.

Ella Fitzgerald, Louis Armstrong – Ella And Louis” wydany w 2005 roku przez wytwórnię Lim (nr kat– LIM UHD 045 LE) w formacie K2HD, został poddany procesowi masteringu w wysokiej rozdzielczości 24 Bit / 100 kHz.


Jeśli się porówna wersję „Gold” z K2 to przede wszystkim zauważa się większy wolumen instrumentów w wersji K2 od pierwszych taktów „Can’t We Be Friends” gdy pojawia się fortepian, był on też lepiej nasycony harmonicznymi. I Ella Fitzgerald i Louis Armstrong byli bliżej słuchacza. Trąbka Armstronga również lokowała się bliżej i zabierała więcej przestrzeni pomiędzy głośnikami. W wersji K2 utwory nie były prezentowane muzykalniej i na pewno mniej łagodnie, ale za to prawdziwiej.  Ja w rzeczywistości koncertowej nie słyszę ani łagodności, a nie wygładzonej góry… Natomiast brudy emisyjne czy artykulacyjne owszem, a nawet pewną kanciastość tonów zwłaszcza wyższych częstotliwości. W obu wersjach sybilanty, tak obecne w śpiewie Armstronga, nie „żyły własnym bytem”- były naturalne, a więc ta niezaokrąglona góra pasma w wersji K2 jej nie zaszkodziła, zresztą żaden wysoki ton na płycie nie drażnił. Pozornie K2 wydaje się głośniejszą płytą, bardziej angażującą.

Mój odbiór, wskazujący na moje brzmieniowe preferencje nie do końca pokrywa się z ogólnym odbiorem muzycznym słuchaczy. Recenzje japońskiego wydania płyty CD „Ella & Louis” z 2004 roku (werska „Gold”) pokrywają się z niezmiennie pozytywnym odbiorem oryginalnego albumu z 1956 roku, „Ella and Louis”, chwaląc „wzniosłe” występy duetów, chemię między dwoma kultowymi artystami i doskonałą jakość dźwięku. Album jest ceniony za prezentację artystów w najlepszym wydaniu, a wielu uważa występy Fitzgeralda za szczególnie mocne, często wspominając o ogólnej wysokiej jakości albumu.

Nagranie jest często opisywane jako charakteryzujące się znakomitym brzmieniem, szczególnie w porównaniu z oryginalnymi wersjami ich innych wspólnych projektów. Kontrast między „gładką jak jedwab” interpretacją Elli Fitzgerald a „gardłowym, szorstkim pomrukiem
Armstronga to często wskazywany atut, który dodaje albumowi atrakcyjności. Niektórzy recenzenci zwracają uwagę na względny niedobór solówek trąbkowych Armstronga na albumie, choć wielu z kolei zauważa, że ​​jego krótkie solówki są wybitne. Wielu uważa, że ​​to relaksujące, radosne i niezbędne do słuchania jazzu doświadczenie, uznaje je za idealną płytę na przytulny czas. Barwy są naturalne, wysokie tony gładkie i zaokrąglone. Tę wersję się słucha bardzo przyjemnie. Reedycje z 2013 roku i 2026 wyróżniają się atrakcyjnym opakowaniem, które często obejmują grube tekturowe okładki, pełnokolorową grafikę i audiofilską wewnętrzną kopertę.
Recenzje płyty K2HD „Elli And Louis” z 2005 roku są bardzo pozytywne, chwalą doskonałą jakość dźwięku i klasyczne wykonanie muzyczne. Recenzenci podkreślają wzniosły wokal Elli Fitzgerald, znakomitą trąbkę i wokal Louisa Armstronga oraz płynne połączenie ich głosów. Mastering K2HD jest szczególnie chwalony za udoskonalenie i tak już legendarnego nagrania. Recenzenci nazywają album „pozycją obowiązkową” dla fanów jazzu, „zachwycającym” i „magicznym” doświadczeniem słuchowym.

Najwartościowszym wydaniem płyty „Ella And Louis”, pod względem jakości dźwiękowej, stał się produkt wytwórni Analogue Productions z roku 2012 (nr kat.- B0015627-06). Album, w formacie Hybrid Mono SACD, został masteringowo przygotowany przez George’a Marino z oryginalnych taśm master na winyl i PCM w Sterling Sound.

Recenzje reedycji albumu „Ella & Louis” wydawnictwa Analogue Productions są niezwykle pozytywne, chwalą jakość dźwięku i wierność oryginalnym nagraniom. Krytycy podkreślają doskonały mastering płyty oraz żywe, otwarte brzmienie, które oddaje intymną atmosferę i dynamiczne detale oryginalnej sesji. Mastering płyty jest określany jako „doskonały” i „czysty”, oferując „mocny” dźwięk, jednocześnie zachowując wierność brzmieniu epoki. Niektórzy zauważają nieco „jaśniejsze” lub „bardziej otwarte i przewiewne” brzmienie w porównaniu z oryginalnymi płytami LP, prawdopodobnie ze względu na mniejszą kompresję.
Reedycje w przypadku LP mają grube tekturowe okładki z wysokiej jakości laminacją, a płyty są dostarczane w audiofilskich plastikowych koszulkach wewnętrznych. Dokładne detale z epoki: Etykiety i czcionki zostały odtworzone tak, aby były „dokładnie zgodne” z oryginalnymi wydaniami Verve.

 


[1] Ryan K. Smith (RKS) – starszy inżynier masteringu w Sterling Sound Nashville . Pracował w Livewire Production & Recording (Nowy Jork) w latach 1995 – 1999 i w Right Track Recording 1999 – 2002.

[2] Wax Time Records to wytwórnia płytowa specjalizująca się w wydawaniu wysokiej jakości reedycji klasycznego jazzu i bluesa na płytach winylowych, często w limitowanych edycjach kolekcjonerskich. Wydawnictwa tej firmy są zazwyczaj tłoczone z 180-gramowego, „czystego” winylu, a często używają techniki DMM (Direct Metal Mastering) dla uzyskania lepszej jakości dźwięku


Kolejne rozdziały: