Meloman i audiofil- para nierozłączna?

 

Wśród melomanów nie wszyscy bywają audiofilami. Oczywiście nie ma obowiązku nimi być- melomanami, czy tym bardziej audiofilami, jednak obie pasje są tak piękne, że co rusz kogoś namawiam do wejścia na grząską ścieżkę kosztownych tych pasji. Dlaczego wymieniam obie niejako w komplecie? Bo są uzupełniającymi się, choć meloman obejdzie się bez audiofilskiego spaczenia, natomiast odwrotna sytuacja- audiofilizm głuchych na piękno muzyki, może jedynie budzić nadzieję, że rzesza melomanów się dopiero powiększy, ale o takich hobbystach w dalszej części artykułu wspominać nie zamierzam. Wracam więc do opowieści o melomanach, którzy chcieliby dokonywać takich zmian w systemie audio by coraz częściej bywać na „koncertach” w swoim własnym pomieszczeniu odsłuchowym, w którym nie trzeba by narzekać na złe realizacje większości płyt gromadzonych latami z nadzieją na doznania artystyczne.

Taką historię opowiadaną przez Galena Carola (*) wyczytałem: „Kiedy miałem 18 lat, tuż po szkole średniej, poszedłem do pracy w lokalnym sklepie ze sprzętem z najwyższej półki (nie używaliśmy tego terminu, ale skoro były tam  McIntoshe, Klipsche, Marantze itd., to  sądzę, że pasowałby ten opis dzisiaj). Właściciel sklepu był dobrym przyjacielem Paula Klipscha i Paul od czasu do czasu odwiedzał go. Pan Klipsch był pilotem i posiadał mały prywatny samolot, którym latał regularnie. Powiedziano mi, że zamiast używać słuchawek do monitorowania transmisji radiowych, Paul wolał średnio-tonowy głośnik (lub, jak to nazwał- squawker) z Klipschorna [nazwa znakomitych zestawów głośnikowych]. Mogę sobie wyobrazić, jak głośno musiało być słuchanie radia z winy hałaśliwości silnika! Biorąc pod uwagę to, i jego dość zaawansowany wiek, jestem pewien, że Paul miał „zerowe” słuchanie wysokich częstotliwości. Podczas jednej z wizyt Paul i reszta ekipy w sklepie rozmawiali i rozkoszowali się melodiami, kiedy Paul wstał z krzesła i krzyknął: „Słyszałeś to? Zagraj jeszcze raz!”. Wstawiliśmy kasetę i odtworzyliśmy jeszcze raz tę sekcję, a Paul Klipsch ponownie wykrzyczał, co usłyszał- reszta z nas zmagała się z tym, co opisywał. Po kilku próbach mogłem wykryć niewielkie zniekształcenie, które on natychmiast słyszał. Oto ja- z nieskazitelnymi 18-letnimi uszami, usiłując usłyszeć drobiazgi, które dżentelmen zbliżający się do 70-tki wybierał w jednej chwili. To była wspaniała lekcja i nauczyła mnie, że „słuchanie” było bardziej wyuczoną umiejętnością niż wrodzoną zdolnością określoną przez zasoby fizjologiczne. Subtelności, które może dostarczyć system wysokiej rozdzielczości, nie powinny być traktowane jako zdarzenia o wysokiej częstotliwości, wymagające rozpoznania i docenienia słuchu nietoperza. Raczej, wielki system ujawnia przyjemności słuchowych łatwo dostrzeganych i cieszących ludzi o szerokim zakresie słuchu. Audiofile, którzy nauczyli się „słuchać”, łatwo słyszą i doceniają niuanse, które może zaoferować system wysokiej rozdzielczości. Nie wymaga słuchania 20 Hz – 20 000 Hz, aby docenić i cieszyć się wysokiej jakości systemem audio”. (*)

Umiejętność, wspominana przez Galena Carola, nabywana jest z czasem wieloletniego przebywania w środowisku muzycznym od pokoju poczynając, a kończąc na sali w filharmonii. Właściwie, ta umiejętność oceniania przez porównanie sama przychodzi jeśli słuchacz ma wystarczającą pamięć słuchową, którą chyba (ale tu pewności nie mam) też można wyćwiczyć (jak umiejętność zapamiętywania przez uczenie się wierszy na pamięć). Postraszyłem wieloletnią nauką, co może zniechęcić jedynie, więc złagodzę wyrok- można szybciej, jeśli jakiś doświadczony audiofil będzie na tyle życzliwy, by nowicjuszowi podpowiadać na co zwracać uwagę, gdy dwa przedmioty audio porównać zamierza. Załóżmy też, że ja przez chwilę stanę się takim życzliwym i doświadczonym jednocześnie audiofilem (wiem, że to nieskromne z mojej strony uważać siebie za doświadczonego, ale ostatecznie to tylko „założenie”) i opiszę na co zwracam uwagę słuchając to czy tamto, co stać się może „kierunkowskazem” dla zagubionych. Na pewno na wstępie powinniśmy zadać sobie pytanie na co chcemy zwrócić uwagę przede wszystkim, a więc wkraczamy na terytoria zajęte przez własne preferencje.

Mogą nimi być:

  • alikwoty, rodzaj i natężenie tonów składowych, a więc- barwy instrumentów,
  • wolumen instrumentów,
  • dynamika,
  • rozdzielczość i selektywność (**)
  • budowanie sceny 3D
  • muzykalność, jako subtelna pochodna trzech elementów- barwy (naturalnej), rozdzielczości i dynamiki.

Jeśli uświadomimy sobie jakie preferencje nami rządzą to łatwo też będzie ustalić jakie płyty należałoby przesłuchiwać podczas testów. Jako że fortepian obejmuje po organach najszerszy zakres częstotliwości, bo od od A2 = 27,50 Hz (niżej niż kontrabas) do c5 = ok. 4.186,01 Hz (podobnie do fletu piccolo) i przez fakt powszechności (znajomości brzmieniowej) tego instrumentu traktuję dobrze zrealizowaną płytę z muzyką fortepianową solową jako pierwszy wybór i to taką, o której wiem, że fałszywie brzmiące systemy audio odtworzą znacząco gorzej niż te dobrze skonfigurowane. Takimi płytami mogą być- „Erik Satie: The Early Piano Works”, „Chopin: Mazurki” (vide- „nagrania jakościowo wybitne„, płyty Glenna Goulda („Haydn Piano Sonatas”, „The Well- Tempered Clavier, Book I & II”), płyty Alicii de Larrochy wydane przez EMI (vide- „płyty polecane (klasyka)”) lub inne traktowane w sposób klasyczny, które nie są w żaden sposób preparowane (odradzam muzykę fortepianową prezentowaną przez muzyków rockowych czy nawet jazzowych). Sprzęt audio powinien oddać brzmienie instrumentu w taki sposób by złudzenie powstało słuchania pianisty z odległości nie większej niż z 4-5 metrów bez użycia mikrofonów (ważne jest częste słuchanie rzeczywiste w różnych warunkach akustycznych, z niewielkiej odległości, dla utworzenia i utrwalenia w pamięci obrazu dźwiękowego tego instrumentu) poza tym odtworzony fortepian powinien różnicować barwy poszczególnych podzakresów wysoko, średnio i nisko- tonowych (zwłaszcza w realizacjach Alicii de Larrochy łatwe do wychwycenia). Jeśli ten trudny dla sprzętu audio test pozytywnie zostanie przez słuchacza oceniony, to może przystąpić do następnego etapu- do odtworzenia płyt, dla kontroli, z sonatami skrzypcowymi, w których następuje zderzenie (z audiofilskiego punku widzenia) gry fortepianowej ze skrzypcową. O brzmieniu fortepianu wyżej wspomniałem, a skrzypce to przecież brzmienie strun i pudła rezonansowego… Dla wielu systemów audio nie do odtworzenia prawidłowego takie „karkołomne” zestawienie tych dwóch tak odmiennych brzmieniowo instrumentów. Jakie płyty wybrać do tego testu? Wiernie zrealizowanymi są płyty duetu Hagai Shaham/Arnon Erez (vide- „płyty polecane cz. 9 (klasyka)” oraz „płyty polecane cz. 3 (klasyka)”) Obaj instrumentaliści są nagrywani z blisko usytuowanych mikrofonów, więc żaden szczegół gry skrzypka i pianisty nie umknie, poza tym barwy obu instrumentów są bardzo naturalne- fortepian rozświetlony a skrzypce o głębokim, ciemnym brzmieniu, z domieszką matowości. Żeby mieć pewność, że system audio nie fałszuje barw naturalnych chyba każdemu przychodzi do głowy wypróbowanie brzmienia braw z jakiejś dobrze nagranej płyty koncertowej, ale jeśli żądacie konkretu to wybrałbym „klaśnięcia” z  „Aquirre” w wyk. Los Otros (vide- „płyty polecane cz-1 (klasyka)”), albo z płyty „Flamenco” Pepe Romero (Philips 422069-2 Lim). Na tych samych płytach uwidoczni się też wolumen instrumentów, niejako przy okazji, bo tenże związany jest ściśle z wypełnieniem w harmoniczne tony. Niuansowanie dynamiczne i transjenty (***) wypróbować można na tych samych płytach fortepianowych jakie wymieniłem, a szczególnie na płytach  Alicii de Larrochy. Badanie rozdzielczości i selektywności wymaga większych składów instrumentalnych, więc wybór olbrzymi się jawi, ja od pewnego czasu takie zadanie powierzam nagraniom skrzypaczki Bomsori Kim z  Warsaw Philharmonic Orchestra pod dyr. Jacka Kasprzyka (Warner Classics 0190295763220)… Chyba nie trzeba uściślać, że „zlepione” instrumenty orkiestry, albo nawet całe jej grupy to zły znak , bo i scena dźwiękowa w obrazie muzycznym się nie zbuduje. Skoro wspomniałem o scenie muzycznej to nie tylko o tej która sięga poza głośniki na szerokość, ale i w głąb oraz wysokość. Scena dźwiękowa to nie tylko aspekt jaki należy wyłącznie do techniki stereo, albo wielokanałowej… Od płyt monofonicznych również oczekiwać należy rozbudowanej sceny 3D! A więc wybierzmy z realizacji w mono na przykład płyty sygnowane przez Rudolpha Van Geldera (vide- „producenci płytowi (RVG)”), natomiast z płyt stereo jakąkolwiek jazzową lub klasyczną, która sprawdziła się w testach poprzednio opisanych. Jeśli wszystkie dotychczasowe próby dały wynik zadowalający to o muzykalność systemu można być spokojnym, bo jak widać wszystko co wpływa na dobry dźwięk, jaki pojawi się z głośników, jest ze sobą ściśle powiązane…

Czyżby? Ano nie, bo poza selektywnością, która może „obyć się” bez pozostałych aspektów świetnego brzmienia, jednak ten- choćby najświetniejszy, ale osamotniony pośród złych aspektów pozostałych nie może być traktowany pozytywnie. Ostatnią próbą jest przesłuchanie utworów wokalnych, bo może się zdarzyć, że choć instrumenty brzmią naturalnie to wokal niestety niedomaga. Do tej próby wybieram nagrania z albumu „Ella and Louis” Elli Fitzgerald i Louisa Armstrong (vide- „nagrania jakościowo wybitne cz.1„), a w ramach niego należy szukać odpowiedzi na pytania: o zawoalowanie dźwięku, trójwymiarowość, bogactwo tembru, o odrywanie się nadmiernych sybilantów, o wolumen głosów oraz różnicowanie barw.

Skoro płyty zostały wybrane to można przystąpić do procedury testowania. Jednak zanim zacznie się owa ważna dla audiofili chwila to „rozgrzejmy” element próbowany (vide- „parametry kabli”). Jak długo „rozgrzewać”? Właściwie parę godzin, co najmniej dwie godziny w przypadku sprzętu wcześniej używanego, a co najmniej 200 w przypadku nowego. W czasie testu, gdy porównuje się na przykład dwa kable, to ten drugi, który akurat nie jest podłączony do słuchanego systemu powinien „pracować” w innym, niejako równolegle. Ten wstęp pozwoli dać tę samą szansę testowanym przedmiotom dla pokazania dużej części ich potencjału. Można zrobić coś karkołomnie przeciwnego w przypadku porównywania dwóch przedmiotów tego samego rodzaju- wstawiać w układ sprzętowy „zimne” po parę minut… Zastrzec się muszę, że ta metoda, choć czas oszczędza, na pewno jest mniej skuteczna, albo nawet w efekcie prowadząca do mylnych wniosków. „Rozgrzany” element sprawdza się w ten sposób, że ze wzmożoną uwagą odsłuchiwać należy fragment utworu, dobrze poznany dzięki wielokrotnym powtórzeniom „krytycznego momentu” muzycznego. Dla przykładu załóżmy, że wybierzemy płytę „Ella and Louis”- na wstępie pojawia się fortepian, którego fakturę, barwę i wolumen staramy się zapamiętać. Później pojawia się Ella Fitzgerald, której tembr głosu zapisujemy w pamięci i to, że pojawia się on sporo powyżej głośników. Następnie Louis Armstrong śpiewa potężnie z wyraźnymi sybilantami i niżej usadowiony, jakby siedział gdy Fitzgerald stoi. Słuchamy aż do pojawienia się trąbki Louisa- sprawdzamy czy jest o dużym wolumenie, czy nie za bardzo rozświetlona… Po prostu realna. Ci audiofile, którzy nie zapamiętują łatwo (wcześniej wspominałem, że to chyba kwestia tylko ćwiczeń by posiąść tę zdolność) zmuszeni są do powtórzenia fragmentu dwa/trzy razy. Ten sam fragment (a nie całość utworu czy płyty, bo utrudniłoby zapamiętanie istotnych dla porównań szczegółów) należy odtworzyć z systemu, do którego włączony został element następny, porównywany z pierwszym. Dla pewności wysnuwanych wniosków należy powtórzyć ten proces w odwrotnej kolejności (najpierw zbadajmy element nr 2, a później element nr 1).

Tak więc, jeśli przyjdzie taki czas, że konieczna stanie się wymiana jakiegoś elementu audio na inny i trzeba będzie decydować, któryż to model ma być godnym następcą starzejącego się elementu (najczęściej moralnie) instrukcja powyższa może być przydatną. Z dodaniem nowego sprzętu, który wcześniej nie był stosowany w układzie jest zresztą podobnie. Nie ma co wierzyć recenzentom, opiniom forumowych  społeczności czy mnie, bo jeśli nawet są uczciwie formułowane to jednak badane w kompletnie innych warunkach technicznych (w tym i akustycznych) niż te, do których dopiero trafią… To tylko wskazówki, że coś jest warte by rozważyć zakup. Decyzja powinna zapadać po badaniu odsłuchowym przez siebie dokonanym, najlepiej w swoim systemie audio, we własnych warunkach akustycznych.

Uwagi dodatkowe:

  • Wzmacniacze półprzewodnikowe, a zwłaszcza przedwzmacniacze, wymagają odpowiednio długiego czasu rozgrzewania (wg instrukcji producenta), aby mogły spełniać swoją rolę na swoim poziomie. Sprzęt lampowy może brzmieć dobrze po znacznie krótszym czasie, więc zadbajmy o to żeby elektronika półprzewodnikowa zostala rozgrzana przez co najmniej kilka godzin (najlepiej przez noc) przed poważnym jej ocenianiem.
  • Porównując dwa elementy, upewnij się, że ich polaryzacje są takie same (vide- „fazowość i polaryzacja” http://wpszoniak.pl/portfolio/fazowosc-i-polaryzacja/). Zwróć szczególną uwagę na ten szczegół podczas porównywania lampowych urządzeń i półprzewodnikowych sprzętów. Wiele przedwzmacniaczy lampowych (i niektórych wzmacniaczy lampowych) odwraca fazę absolutną, podczas gdy większość tranzystorów nie odwraca. Błędem jest porównywanie przedwzmacniacza lampowego, który odwraca fazę absolutną z jednostką półprzewodnikową, która tego nie robi.
  • interakcja z komponentem, nazywane również synergią, czyli- w jakim stopniu element badany, wtapia się w inny sprzęt? To ważne pytanie, na które nie można łatwo odpowiedzieć, ale i tak znaczenia nie ma dla potencjalnego nabywcy przyczyna, która powoduje, że coś „nie gra”. Ci bardziej skrupulatni i uparci mogą próbować zmian pochodnych i w ten sposób doszukiwać się zgrania zestawu. Systemy audio są złożone z wielu elementów, a dźwięk każdego z nich wpływa na ten globalny. Właśnie w synergii układu, lub jej braku, upatruję to, że najczęściej jakieś elementy przedstawiają się inaczej w domach audiofili niż u recenzentów.

Na koniec powtórzę- ufaj (proszę) swoim uszom!

 


(*) Przetłumaczone przeze mnie (nie chwalę się, lecz raczej usprawiedliwiam możliwe przekłamania) ze strony-  

(**) Należy uściślić co kryje się pod pojęciem- selektywność, a co pod słowem- rozdzielczość. Otóż selektywność to umiejętność rozdzielania poszczególnych dźwięków tak, aby się ze sobą nie zlewały, nie maskowały się wzajemnie. Rozdzielczość- to ukazanie faktur, wahań dynamiki, różnicowanie (cieniowanie) barwowe.

(***Transjent (wg encyklopedii PWN)– fizyczny stan przejściowy wzbudzonego, wymuszonego drgania mechanicznego lub akustycznego (także innego rodzaju, np. elektrycznego) zaczynający lub kończący właściwy sygnał (stan ustalony drgania); wpływają na barwę dźwięku; dwa dźwięki identyczne w stanie ustalonym są obiektywnie oceniane jako różne, jeśli ich transjenty nie są jednakowe; trudność wiernego odtworzenia transjentów w przetwornikach elektroakustycznych (np. głośnika) wpływa często na złą jakość reprodukowanego przez nie głosu.

Dodaj komentarz