Porównanie trzech kabli AC z jednym w tle… Trudnym do pokonania.
(Część druga)

Ta część artykułu dotyczy problemu kabli pojawiających się na rynku audio jako produkty DIY, ale jednocześnie sprzedawanych niczym produkty wytwórców profesjonalnych. Korzyść dla kupującego widzę tylko jedną- mniej zapłaci, ale jednocześnie bez pewności, że wyrafinowana technologia kryje się za tym produktem. Najczęściej to tylko przebrandowane kable, które duże przedsiębiorstwa kablarskie (lub hurtownicy) sprzedają z bębna na metry i wtedy przepłacenie staje pewnością.

Garażowe „firmy” powstają codziennie i tylko nielicznym udaje się wejść z wartościowym produktem na rynek, próbując się na nim utrzymać. A przecież ten rządzi się innymi zasadami: konkurencyjności, popytu i podaży, gdzie należy wydawać pieniądze na koszty produkcji i inwestycji zanim się cokolwiek sprzeda, nie zapominając o podatkach. Tym samym cena produktu, jeszcze nie tak dawno miła dla klienta, gdy przedsiębiorca jako DIY’owiec sprzedawał pokątnie, musi wzrosnąć… Granicę pomiędzy produkcją typu DIY i profesjonalną zaciera specyfika rynku internetowego, gdzie ułatwiony kontakt i darmowy (niemal) marketing pozwala na całkiem pokaźną sprzedaż. Czy uczciwą? Chyba nie trzeba odpowiadać… Oczywiście nie wolno zapominać o tych nielicznych pasjonatach, którzy rzeczywiście wkładają wiele wysiłku w swoje hobby, eksperymentują i się wykosztowują dla osiągania satysfakcji nieskażonej komercją… Bywa, że zamieniają później hobby w pracę. Nie o ich produktach piszę w części drugiej artykułu.

Znajomemu audiofilowi zaproponowano zakup kabla AC firmy… Nie podam jej nazwy z dwóch powodów: firma się jakoś nazywa ale nie istnieje w spisie przedsiębiorstw i przez swoją nieuwagę (tak wolę myśleć) przyjęła nazwę już od lat wykorzystywaną przez przedsiębiorcę urządzeń audio ze Stanów Zjednoczonych. Mimo że firma de facto nie istnieje, nie sprzedaje też poprzez sieć dystrybutorów lub w sklepach, to cenę potrafiła wyznaczyć- 1500 €. Znajomy audiofil nie potrafił samodzielnie podjąć decyzji czy kupić, czy propozycję odrzucić, więc zwrócił się do mnie po pomoc. Opiszę jaki poziom produkt- nazwę go „NoName”, reprezentuje:
Jako że kabel NoName aspiruje do takich wytworów, które ekskluzywnymi mogą się stać (lub ma ukazywać tylko pozory ekskluzywności), zapakowany był do pudełka rzetelnie wykonanego przez stolarzy. Kabel jest trzyżyłowy z miedzi wysokiej czystości (czy na pewno?), o przekroju równym 2,5 mm2, bez ekranu, wyposażony we wtyczki Oyaide P-046e i C-046 (hologram świadczy o autentyczności wtyczek,  a za komplet takich wtyczek trzeba dopłacić 200 €).

  • Próba druga ma odpowiedzieć na pytanie- czy kabel z już wyznaczoną ceną producenta (całkiem niemałą, bo rzędu 2000 $), którego dane ograniczone są tylko do nazwy (i do tego mylącej) przedstawia już wysoki poziom techniczny?

Test oparłem o te same płyty co w części pierwszej artykułu czyli: Glenna Goulda „Bach: The Well-Tempered Clavier Book I & II”, „The Voice That Is!” Johnny’ego Hartmana oraz „King of the tenor” Bena Webstera.

  1. W „Prelude and Fugue No.1” fortepian Glenna Goulda ujawniał ograniczenia w wypełnieniu harmonicznymi wszystkich rejestrów fortepianu. Ponadto niższy zakres był znacznie uboższy niż wtedy gdy podpięty był poprzednik- Tara Labs (wolę nie odnosić do Demiurga bo można by posądzać mnie o zaniedbanie utrzymania w miarę wyrównanego zakresu cenowego porównywanych kabli, choć jak się później okaże znacznie tańszy Furutech Alpha3… Ale nie będę uprzedzał faktów) Wszystkie tony były jednobarwne, co powodowało nieujawnianie melodii (wspaniałych przecież) dzieł J.S.Bacha. Wolumen był mniejszy niż gdy wpinałem Tarę Labs. Przestrzenność (zwłaszcza głębia) nie zachwycała.
  2. Płytę Bena Webstera kabel NoName rozjaśnił. W „Tenderly” fortepianowa partia Oscara Petersona pojawiła sie jako mocno szklista, krótko wybrzmiewająca. Ben Webster grał niemelodyjnie, momentami ostro na instrumencie mniejszym niż gdy Tara Labs go przedstawiała (zresztą również w niezbyt udany sposób). Przy udziale kabla NoName instrument Webstera był tanim produktem podrzędnej fabryki. Teraz dźwięki tenoru nie były obłe, nie były zawoalowane, lecz wykrawędziowane ostro z drażniącym górnym zakresem częstotliwości. W „Jive at six”, trębacz, saksofonista altowy i tenor Bena Webstera zostali ściśnięci na małej przestrzeni. Przyznam, że nie chciało mi się słuchać dalszej części utworu, więc przerwałem test tuż po „wypowiedzi” solowej trębacza…
  3. „A Slow Hot Wind” i „Let Me Love You” Johnny’ego Hartmana nie był aż tak tragiczny dla opinii o kablu NoName. Nie, nie… Nie oznacza to, że kabel „dał wreszcie spektakl”- po prostu płyta „The Voice That Is!” jest tak świetnie nagraną, że jakoś się sama obroni nawet przed okropnym kablem za 1700 €. Płyta „jedynie” straciła na cieple, wolumenie instrumentów, realności z jaką się wcześniej odbierało fantastyczną grę Dicka Hafera na rożku angielskim i flecie.

Rzadko zdarza mi się testowanie drogich akcesoriów audio, które nie są firmowymi. W przypadku NoName jest tak, że chciałbym się podzielić z czytelnikami informacjami, ale niestety poza tym co i tak widzę czyli: wtyczkami Oyaide oraz poza szczątkowymi informacjami o konstrukcji kabla i jego ceną nie wiem nic. Ach… Zapomniałbym- wiem, że jest kiepski!

Wniosek po tym teście wysnuję taki:
Nie warto wierzyć opiniom roznoszonym niczym plotki na straganie, nie warto wierzyć forum’owym mało wiarygodnym recenzjom, nawet mi nie warto wierzyć (co już nie raz wyrażałem przy innych okazjach), bo one (te recenzje) mogą służyć tylko taniej promocji. Ktoś pomyśli, że w takim razie nikogo nie warto czytać… Nie, bywają przecież recenzenci, którzy latami pracy dziennikarskiej zapracowali by sugerować się ich zdaniem (nie bezkrytycznie!), ale… Profesjonaliści nie recenzują przedmiotów niewiadomego pochodzenia! Dlaczego? O tym napisałem już na wstępie.

 


Przejdź do części trzeciej artykułu >>

Powrót do części pierwszej artykułu >>

Artykuł również ukazał się na stronie