Test paneli akustycznych (część 5)
Zestaw dyfuzorów Schroedera 1D

 

Sześć paneli można ułożyć w dwóch rzędach poziomych jak części 5 testów. Nie polubiłem tego układu (co nie skreśla tego ustawienia z potencjalnie dobrych), więc spróbowałem różnych konfiguracji paneli firmy Audioform typu N17.4 i N11.2. ułożonych parami w pionie. Ten test dał wiele do myślenia…

Panele ustawiałem na cztery sposoby które nazwałem układami: A,B,C i D. Przedstawiam je niżej na kolejnych fotografiach. Do testu wybrałem trzy płyty CD: Theloniousa Monka „Alone in San Francisco” (Riverside, 1959 rok), Bena Webstera „King of the Tenors” ( Verve, 1953 rok) i  Johnny’ego Hartmana “The Voice That Is!” (Impulse!, 1964 rok).

Żeby nie mylić pamięci słuchowej ograniczyłem odsłuchy tylko do pojedynczych utworów z każdej z tych płyt, spodziewając się zmian jedynie subtelnych. Było jednak inaczej (o czym niżej napiszę), ale już powziętej decyzji co do procedury odsłuchów mimo wszystko nie zmieniłem.

 

  • Układ A i B:

Układ A tworzyły trzy pasy- nad zestawem czterech paneli N17.4 (z węższymi kanałami) umieściłem dwa panele N11.2 (z szerszymi kanałami). Ten przyjąłem jako bazowy, bo tylko w nieznaczny sposób zmieniał charakter przekazu muzycznego w stosunku do tego co usłyszałem w czasie testu „paneli akustycznych (część 3)„. Ta zmiana dotyczyła wzbogacenia składowych górnej średnicy z zakresu rozpraszanych częstotliwości- były one „błyszczące” w sposób akceptowalny, bez podejrzewania ich o wnoszenie czegoś więcej do dźwięków niż jest to zapisane na płycie CD, ale w odniesieniu do rzeczywistości znanej mi z sal koncertowych zbyt bogate jednak.

Układ B, zestawiony z sześciu paneli N17.4 ustawionych w poziomie symetrycznie, mocno mnie zdziwił…

  • „Blue Monk” Theloniousa Monka z płyty „Alone in San Francisco” zabrzmiał nisko, potężnie. Dźwięk był rozdzielczy i z większym wolumenem niż w przypadku układa A. Lubię te wymienione w poprzednim zdaniu aspekty brzmienia, ale… Było „ale” niestety. Klawisze wyższych rejestrów nie „błyszczały”, nie pokazywały alikwotów zbyt bogatych. Z niecierpliwością oczekiwałem co pokaże:
  • Utwór „A Slow Hot Wind”, z płyty “The Voice That Is!” Johnny’ego Hartmana. Potwierdził obawy- wszystkie instrumenty, od marimby po rożek angielski, były zbyt „duże”, zbyt „ciężkie”. Wokal nie dawał nadziei… Hartman śpiewał nie wspaniałym barytonem lecz basem! Całość przekazu muzycznego była zbyt powoli przedstawiana (bez odpowiedniego tempa). Szukałem potwierdzenia w trzecim spektaklu:
  • Ben Webster grał na saksofonie tenorowym  „Tenderly” z płyty „King of the Tenors”. W momentach, w których „sięgał” po niższe nuty mój niewielki pokój odsłuchowy potęgował bas do rozmiarów niedorzecznych.

Układ B, przypuszczam, mógłby być mile widzianym w systemach niezrównoważonych- zbyt jasnych. Jednak pewności mógłbym nabrać dopiero wówczas gdybym mógł to sprawdzić…

 

  • Układ A i C:

Układ C to przełożone panele N11.2, tak by tworzyły środkowy pas. Oba zewnętrzne pasy (górny i dolny) tworzą panele N17.4. Obraz muzyczny tego układu bardzo mnie usatysfakcjonował:

  • W utworze „A Slow Hot Wind” Johnny Hartman na powrót stał się wokalistą o aksamitnym barytonie, ale też się przybliżył nieco. Podobnie było z instrumentami tak melodycznymi jak rytmicznymi- były o nieco większym wolumenie, pełniejsze, dociążone z bardziej wiarygodnym bogactwem wyższych zakresów częstotliwości (nieco stonowane, okrąglejsze niż w przypadku układu A).
  • Monk na płycie „Alone in San Francisco” potwierdzał obserwacje poczynione przy słuchaniu Hartmana z zespołem. „Alone in San Francisco” jest płytą, na której Thelonious Monk gra solo. Brzmienie jego instrumentu było masywne, z barwną górą pasma częstotliwości i lekko tępymi najwyższymi tonami. Audiofilskie „smaczki” jak rytmiczne uderzenia stopy pianisty o podłogę nabrały naprawdę dużej masy i były odrębnym „żywotem” (wcześniej częściej były tylko tłem- a nawet stapiały się z dźwiękami fortepianu).
  • Ben Webster nie „zniżał” się do poziomów nieadekwatnych dla tenoru w utworze otwierającym album „King of the Tenors”. Nie dudnił, ale był jednocześnie masywniejszy. Brzmienie altu, trąbki i tenora w „Jive at Six” było rozdzielcze. Te trzy instrumenty zajmowały sporą przestrzeń na wysokości z okolic dwóch metrów. Mimo że ta płyta jest monofoniczną szybko się zapominało, że pochodzi z początków lat 50.

Przyznać się muszę do pewnej słabości- zawsze pragnąłem, pragnę i będę pragnął dociążonego dźwięku z barwnym górnym rejestrem… W układzie C otrzymuję to przekładając jedynie panele!

 

  • Układ A i D:

Układ D można nazwać mieszanym, przypominającym pola szachownicy. Jaki skutek dla obrazu dźwiękowego przyniósł?

  • Słuchając Hartmana łatwo się odkrywało, że przekaz jest zrównoważony. Nie był jednak ani tak bogaty w górnych rejestrach jak układzie A lub C ani tak dociążony jak w przypadku B i C. Gdyby zacząć od takiego układu, bez próbowania innych (a szczególnie- C) konfiguracji, to można by cudownie spędzać czas z muzyką- od klasycznej po rocka. Ale wcześniej zaznałem czegoś atrakcyjniejszego!
  • Monk grał „Blue Monk” podobnie jak wtedy gdy ścianę zajmowały tylko cztery panele N17.4 (vide- „Test paneli akustycznych (część 3)„)- bardzo dobrze z zachowaniem umiaru w każdym aspekcie charakteryzującym przekaz dźwiękowy.
  • Ben Webster mógł się, również podobać, ale skoro można było przy pomocy paneli wycisnąć więcej „soku” artystycznego z tej samej płyty to… Wybieram inny układ dla podniesienia emocji na wyższy poziom.

 

  • Układ A i E:

Układ E również na swój sposób mieszany, bo dwa zewnętrzne pasy (górny i dolny) wypełniają przeciwsobnie ustawione komplety paneli z wąskimi i szerokimi kanałami, natomiast środkowy to wyłącznie panele N17.4.  Ten układ również dał świetny dźwięk, lecz inny niż dzięki układowi C. Otóż różnicę można było usłyszeć w zakresie wyższej średnicy i najwyższych składowych częstotliwości- te zakresy były lepiej kontrolowane, pełniejsze, ale mniej rozświetlone, mniej mieniące się… Zacząłem odczuwać niepewność, którą z opcji (ewentualnie) wybrać? Inne odsłuchiwane płyty podpowiedziały: te z muzyką klawesynową, z fletami piccolo, dzwonkami czy czelestą.

 

  • EPILOG:

Którą opcję rzeczywiście wybrałem? Odpowiedź okazała się prostsza niż można się było spodziewać, a przyniósł ją… Producent paneli. Pomógł odpowiedzieć na to trudne pytanie dostarczając podstawy do kompletu Schroeder’ów 1D. Wysokość tych podstaw jest obliczana na podstawie kubatury pomieszczenia, a że ja dość opieszale potraktowałem wymóg przekazania danych o moim pokoju to i na szybkie dostarczenie podstaw nie mogłem liczyć.

To odwlekanie było celowe- dzięki niemu miałem czas zorientowania się jaki wpływ na scenę muzyczną mają różne układy paneli i jak inaczej się zachowują gdy są ułożone wbrew zaleceniom producenta.  Odwlekanie leżało też w moim charakterze, bo duszę mam niepokorną, dla której zalecenia firm są tylko informacją, którą należy sprawdzić we własnym środowisku akustycznym. Z powyższych opisów opcji „A”, „B”, „C”, „D” i „E” wynikało, że trzy z nich mogły być zastosowane w moim pomieszczeniu odsłuchowym, jednak każda miała inne zalety, które budziły pewien niepokój- „Czy na pewno najlepszą opcję wybrałem?”. Przyznać się muszę, że często przy wyborach audiofilskich kieruję się instynktem, który najczęściej mnie nie zawodził… W przypadku wyboru usytuowania zestawu paneli 1D moje przypuszczenia okazały się pomyłką. Ustawienie sześciu paneli na wysokości wyznaczonej przez podstawę i całość oddalona od ściany o 2 cm (dystans zalecany przez producenta) pokazało jak wielką różnicę robi wybór instynktowny poparty tylko odsłuchem, a obliczonym położeniem (też popartym odsłuchem).

Każda z płyt biorących udział w testach pokazywała jednoznacznie, że układ bazowy „A” wyniesiony 44 cm ponad poziom podłogi (jak na fotografii wyżej) poprawił dźwięk w paru aspektach: stonował sybilanty, górny zakres częstotliwości stał się znacznie bardziej wygładzony (ale nie na tyle żeby dźwięk stawał się nienaturalny), ten zakres wzbogacił się o dalsze harmoniczne i dzięki temu bardziej przybliżył instrumenty do słuchacza (ich wolumen tylko nieznacznie się zwiększył) ukazując je w przestrzeni bardziej precyzyjnie. To co się wydarzyło wraz z podniesieniem zestawu paneli (o te niby niewiele znaczące 30 cm) wywołało efekt, który mogę określić jako przekroczenie magicznej granicy pomiędzy dobrym dźwiękiem cyfrowym, a dobrym brzmieniem analogowym.

 

Wnioski po serii testów mam takie:

  • Jeśli zechcecie kiedykolwiek decydować o akustycznej adaptacji pomieszczenia odsłuchowego to do wyboru są dwie drogi:
    a) Poprzez wypożyczenie większej ilości paneli (różnych typów) niż  wcześniej się planowało i z tej liczby dobieranie optymalnego zestawu (niekoniecznie wykorzystując pełną ilość planowanych paneli). Taką drogę ja wybrałem i właśnie tę opisałem w cyklu testów.
    b) Zdać się na kompleksową usługę specjalistycznej firmy, zajmującej się profesjonalnymi adaptacjami akustycznymi  (posiadającej mocne rekomendacje).
  • Dobrze, że w ramach paru różnie rozmieszczanych paneli można doszukiwać się „lepszego”, które będzie w zgodzie z własnymi preferencjami! Inaczej rzecz ujmując- nie można zadowolić się pierwszym sukcesem jaki napotkamy przy ustawianiu paneli, bo może inny układ być znacznie korzystniejszym.
  • Błędem poważnym jest sugerowanie się krążącymi w sieci Internet opiniami w tej materii, bo elementy adaptacji akustycznej (ich rodzaj, ilość i wielkość), przede wszystkim zależą od wymiarów pomieszczenia w jakim mają być rozmieszczone.
  • Nie wolno zapominać, że adaptacja akustyczna nie powinna mieć na celu ukrywania jakichś zakresów częstotliwości, które słuchaczowi wydają się drażniące lecz li tylko porządkowanie wielu odbić, obniżenie pogłosu oraz zapobieganie powstawaniu efektu filtra grzebieniowego. Skuteczność tych zabiegów przekłada się na większy komfort słuchania muzyki.
  • Wykonanie prawidłowej adaptacji akustycznej nie jest lekarstwem na cale zło- to tylko warunek konieczny (a nie warunek wystarczający) dla zbliżania się do celu, jakim jest imitacja koncertu muzycznego.

Uwagi ode mnie:
Powtórzę: konkretnych wniosków wysnutych po serii testów czterech i sześciu sztuk paneli firmy Audioform nie można traktować jako uniwersalnych, sprawdzających się w każdych warunkach mieszkaniowych. Testy miały jedynie na celu zainteresowanie tematem, a w konsekwencji uzmysłowienie, że warto eksperymentować aż do osiągnięcia upragnionego „lepszego grania”. Mnie się udało, czego i Wam życzę.

 


Przejdź do części szóstej testów (paneli firmy Audioform) >>
Powrót do części czwartej testów (paneli firmy Audioform) >>
Powrót do części trzeciej testów (paneli firmy Audioform) >>
Powrót od części drugiej testów (paneli firmy Audioform) >>
Powrót do części pierwszej testów (paneli akustycznych WaveFuser Wood) >>

Dodaj komentarz