Test pełnego systemu audio, który powinien dać odpowiedź:
„Czy pieniądze grają?”

 

Zawsze uważałem, że „pieniądze nie grają” i nadal tak uważam, ale teraz z pewnym zastrzeżeniem… Na pewno dobrego „dźwięku” kupić nie można, ale dobra jakość poszczególnych elementów audio pomaga, a ta wyższa jakość techniczna kosztować musi. Poza tym, choć trzeba zapłacić (jednak), to też trzeba naprawdę mocno się postarać by z systemu audio popłynęła muzyka.  A co to jest ta „muzyka”? Skoro o niej wspominam to dobrze skorzystać z okazji by wyjaśnić, że to struktury dźwiękowe o świadomie dobranych częstotliwościach i amplitudach oraz ciszą pomiędzy nimi, składające się z rytmu, melodii oraz harmonii. Szerzej- muzykę (*) tworzą: melodyka, rytmika, harmonika, dynamika, agogika, artykulacja i kolorystyka. Całkiem sporo elementów jest potrzebnych dla odebrania pełni tego co kompozytor i muzyk zawarł w nagraniu, a przede wszystkim niuanse dynamiczne, artykulacyjne i kolorystyczne, zresztą pozostałe elementy tworzące dzieło muzyczne są też ważne. Te z kolei, aby mogły wybrzmieć w domowych warunkach wymagają bardzo pieczołowicie skonfigurowanego sprzętu audio, wliczając w tenże system udaną adaptację akustyczną pomieszczenia, w którym muzyki się oczekuje. Zastanawiałem się, dlaczego w tak niewielu przypadkach udaje się audiofilowi (i melomanowi zarazem) poskładać udanie sprzęt audio i to niezależnie od poniesionych kosztów. Wydaje mi się, że diabeł tkwi w szczegółach, ale nie tylko:

  • Konfigurowanie składowych audio-systemu na zasadzie kolejnego korygowania tego co słuchacza „boli” przez usuwanie, tonowanie lub wyciszanie jest błędem- na przykład dobieranie kabli z zawoalowaną górą pasma częstotliwości, żeby poskromić te ostro brzmiące rejestry, zapominając o tym, że te zafalowania nie muszą powstawać w torze elektrycznym, bo mogą pochodzić na przykład z niedopracowanej akustyki pomieszczenia. Przy czym raz „wycięta” góra pasma jest już nie do odzyskania, nawet stosując w dalszej części toru audio jakieś elementy dające jaśniejsze brzmienie (żeby trzymać się tego konkretnego przykładu korekcji przez „usuwanie”).
  • Wystarczy zaniedbać mały element toru audio, z pozoru nieistotny, by zniweczyć cały wysiłek włożony w układanie zestawu, który miał być wartościowym (na przykład źle dobrana, albo precyzyjniej- marnej jakości, wtyczka w jednym z kabli zasilających, albo złe rozmieszczenie okablowania zasilającego i sygnałowego).
  • Nieużywanie elementów aktywnych i pasywnych, które nie tyle powściągają co przeciwnie- otwierają przestrzeń muzyczną, prowadzi jedynie do nierównomierności w odtwarzaniu użytecznego zakresu częstotliwości (na przykład zbyt jasno brzmiący system pojawia się wtedy, gdy nie równoważy go niższa średnica i dół pasma w wystarczająco wyeksponowany sposób)
  • Źle porozmieszczane ustroje akustyczne lub źle podobierane proporcje pomiędzy elementami pochłaniającymi a rozpraszającymi też są powodem złego brzmienia systemu audio (porada profesjonalnego akustyka może okazać się zbawienna).
  • Wpływ wibracji na komponenty audio (w obwodach, obudowach i podstawach), które mogą przedostać się z ziemi (przez podpory), wewnętrznie generowane przez urządzenia takie jak transformatory i transport dysków CD lub przejęte z ciśnienia akustycznego w pokoju odsłuchowym, jest przyczyną poważnej degradacji dźwięku.
  • Dobieranie sprzętów na zasadzie- „wszystko co najlepsze musi dać synergię pomiędzy poszczególnymi elementami audio”, może też okazać się „ślepym zaułkiem”.

Jeśli się przyjrzeć tym wyżej wypisanym podstawowym zasadom to wszystkie są tak samo istotne, niezależnie od ceny zestawów i zawsze będą działały na korzyść, jeśli się do nich zechce ten i ów stosować.

Wrócę do pytania jakie sobie zadałem na wstępie artykułu- „Czy pieniądze grają?”. Żeby to sprawdzić odwiedziłem przyjaciela z kręgu audiofilskiego, który wydał duże pieniądze na podstawowy sprzęt audio i ten dodatkowy w postaci okablowania „zaniedbując” adaptację akustyczną (jak na fotografii na wstępie artykułu). Wielu uważa, że (umowne) 50% sukcesu w poszukiwaniu dobrego brzmienia leży po stronie przygotowania pokoju pod względem akustycznym. I ja nie jestem odmiennego zdania, pod warunkiem, że nie będzie się przykładało do tego elementu całości systemu procentowej miary. W każdym razie nie spotkałem się z dobrym dźwiękiem gdy adaptację akustyczną pominięto. Do tej pory się nie spotkałem…

System, w który się wsłuchiwałem składał się z (podam orientacyjne ceny, bo chcę sprawdzić zachowanie drogiego systemu):

  • odtwarzacza CD- Krell KAV-280 (5500$)

  • wzmacniacza zintegrowanego Boulder 865 (17500$)

  • dwóch par zespołów głośnikowych firmy MartenMiles (15000$) i Getz (25000$)

  • okablowania firmy Sablon:
  1. Komplet 3 szt. Kabli zasilających Audio Grand Corona (po 1500$ sztuka)
  2. Kabel głośnikowy Audio Panatela (2500$)

  • dystrybutora prądu Cogitari firmy Verictum (6500$)
  • Interkonektu Jorma Origo XLR (2700$)

Sumacyjny koszt wymienionego sprzętu to 64200$ (można więc zaliczyć system do bardzo drogich skoro po przeliczeniu kosztuje około 237,000 zł). Czy okazał się tym wyjątkiem, który gra co najmniej poprawnie nawet wówczas gdy, któraś z istotnych zasad, mówiących o zgubnym wpływie: złej akustyki, drgań, fal RFI/EMI, została zaniedbana?
Test był przeprowadzany na wielu płytach CD, ale dla łatwiejszego opisania wrażeń ograniczę się do czterech tytułów: „Push the Sky Away” Nicka Cave’a i The Bad Seeds (Bad Seed Ltd, 2013 rok), „Świat wg Nohavicy” (różni wykonawcy grali dla wytwórni Agencja Warsztat Antoniego w 2008 roku), „Someday My Prince Will Come” Milesa Davisa (Columbia, 1961 rok) i „New Morning” Boba Dylana (Columbia, 1970 rok).

  1. Albumu „Push the Sky Away” Nicka Cave’a nie mam na swojej półce z płytami, więc mogłem odnieść to co usłyszałem tylko do tego co zapamiętałem słuchając jej u innych melomanów i gdy w systemie testowanym podmieniony został na moment jeden z kabli zasilających. Nie kupiłem tej płyty dlatego, że wydawała mi się źle nagrana… Gdy słuchałem na innych systemach (pełnych- z adaptacją akustyczną włącznie) słyszałem nalot cyfrowy, który drażnił. System Krell-Boulder-Marten (tak go będę od tej chwili nazywał), mimo że teoretycznie nie mógł być poprawny, przedstawił utwór otwierający album- „We No Who UR” wspaniale. „Cyfrowe” zabarwienie przemieniło się w naturalne analogowe. Byłem zdziwiony. Oczywiście organy czy nawet perkusja mogły być uznane za ten instrument, który ma prawo zabrzmieć cyfrowo, ale nie wokal Cave’a, czy chórki w refrenach! Inne systemy (te przeze mnie słuchane) nie poradziły sobie z tym nagraniem należycie w przeciwieństwie do systemu Krell-Boulder-Marten. W czasie opisywanego testu wokale brzmiały ciepło, a może nawet niczym z odtwarzanej płyty winylowej.
  2. „Starszy Pan” z podwójnego albumu „Świat wg Nohavicy” śpiewany przez Zbigniewa Zamachowskiego jest mi doskonale znany z odtworzeń u tego samego audiofila, gdy posiadał zespoły głośnikowe firmy Harbeth (SHL5, P3ESR, 30.1) współpracujące z różnymi wzmacniaczami (między innymi- Audio Research czy Jef Rowland). Wszystko się zmieniło… Oprócz walorów akustycznych pomieszczenia- te są nadal „niezrobione”. Przedtem (a pamięć muzyczną mam dobrą) gitara, która nadaje melodię we wstępie brzmiała znacznie ubożej, a Zamachowski (choć naturalnie przedstawiany na Harbeth’ach) zawsze „cierpiał” z powodu swoich wyeksponowanych sybilantów, a nawet „odrywających się” od reszty głosek. Teraz… Gdy nie ma Harbeth’ów, nie ma Jefa Rowlanda, nie ma listwy zasilającej Oyaide i paru jeszcze sprzętów pan Zamachowski może być dumnym ze swojego śpiewania. Wciąga słuchacza w opowieść przepiękną… Czy potrzebuję tu cokolwiek precyzować? Chyba nie, zresztą pozostały dwa nagrania z dwóch płyt do omówienia.
  3. W tajemnicy Wam szepnę, że nigdy u mojego przyjaciela audiofila (który wydał ostatnio 64200$ na sprzęt audio) nie podobały mi się fortepiany. A teraz? Teraz mi się podobają. Płytę „Someday My Prince Will Come” Milesa Davisa (Columbia, w wersji stereo, 1961 rok) rozpoczyna Wynton Kelly. Fortepian w lewym kanale brzmi w nasycony sposób, jest o dużym wolumenie i wyraźnie osadzony w przestrzeni gdzie krótki pogłos jest tylko po to by słuchacz mógł wyobrazić sobie studio w jakim nagranie jest realizowane. Kontrabas Paula Chambersa nisko i chrapliwie (inaczej brzmi niż z innych sprzętów w tym samym pokoju odsłuchowym) nadaje puls, a gdy Miles Davis zaczyna grać to jest nie tylko pełnia barw, nie tylko powietrze przechodzące przez rurę instrumentu, jest przede wszystkim muzyka. Każda nuta jest z sensem przedstawiana. Dopiero w bezpośredniej konfrontacji (o czym niżej napiszę) to, że z muzyką ma słuchający do czynienia staje się oczywiste. Żadnej ostrości, wszystko słyszalne i takie… Przyjemne!
  4. Podobnie traktuję początek „If Dogs Run Free” z płyty „New Morning” Boba Dylana- najpierw słucham bardzo uważnie solo na pianinie na wstępie utworu. To naprawdę test wypełnienia w harmoniczne dla systemu audio. Gdy po paru chwilach Dylan melorecytuje, a Maerethy Stewart onomatopejami mu wtóruje, zaczyna się spektakl o jakich niejeden nagrywający artysta może jedynie pomarzyć, bo nastrój teatru muzycznego może stać się realnym… Ale tylko wtedy gdy audiofil się postara o to żeby systemowi audio niczego nie zabrakło by ten spektakl odwzorować. Jeden audiofil musi bardzo się natrudzić żeby nagrania z „New Morning” mogły zadziwiać, a inny nie musi, bo wystarczy, że kupi wzmacniacz Boulder 685, dwie sztuki Marten’ów nazwie Getz, Krella KAV-280 i połączy te sprzęty kablami Sablona z dystrybutorem prądu Verictum Cogitari. 

Można to ostatnie zdanie z punktu 4. Potraktować jako wniosek, ale wolę go jednak rozszerzyć, bo trudno „przejść” obojętnie obok takiego doświadczenia jakie dane mi było przeżyć.

Testy początkowo miały inny cel niż odpowiadanie na kłopotliwe pytanie o pieniądze- wybór zestawów głośnikowych firmy Marten, który w układzie Krell/Boulder/Jorma/Sablon/Verictum stworzy układ synergiczny, bo przecież żaden doświadczony audiofil nie wskaże w ciemno, że na pewno ten droższy (znacznie droższy) będzie łatwiejszym i lepszym „partnerem” dla pozostałych urządzeń, które właśnie wymieniłem. Wychodziłem z założenia, że szanująca swój dorobek firma nie zechce „zepsuć” niżej wycenianego w stosunku do droższego. Na pewnym pułapie cenowym to byłby błąd marketingowy, jak sądzę. Oba modele brzmią inaczej- najogólniej rzecz ujmując linia o nazwie Getz jest w sposobie prezentowania muzyki bardzo „dostojna”, szalenie muzykalna, wielu odebrałoby je jako kojące, ale przecież gdy słucha się gry filharmoników (gdziekolwiek) to instrumenty akustyczne tak właśnie brzmią- ciepło, bo z pełnym wybrzmieniem strun i pudeł rezonansowych. Jednocześnie jako zestaw głośnikowy o konstrukcji zamkniętej charakteryzują się wzorową odpowiedzią impulsową, co przekładało się na świetnie kontrolowane niskie rejestry zakresu częstotliwości. Tańszy model- Miles 5, jest konstrukcją wentylowaną, łatwiejszą do wysterowania przez wzmacniacze. To dobra wiadomość dla posiadaczy wzmacniaczy o mniejszej wydajności. Zestawy te, sądząc po „lżejszym” brzmieniu, wydają się korzystniejsze dla fanów rocka czy jazzu. Napisałem „wydają się”, bo gdyby nie bezpośrednie porównanie obu modeli w tych samych warunkach to wydawałyby się idealne dla wszystkich gatunków muzycznych.  Porównałbym ten „karkołomny” wybór z decydowaniem, która z edycji płyt „Ella and Louis” jest lepsza- ta na złotym podkładzie Verve UCCU-9513 czy K2Hd wydana przez Universal Music (nr.: 85 39325 3). Te dwa różne wydania kosztują nieporównywalnie (wydanie Verve bywa dwa razy droższe), ale brzmią tylko nieznacznie inaczej, ale wystarczająco wyraziście, że jest powód do zastanawiania co uważamy za lepsze dla nas. Podobnie jest w przypadku podejmowania decyzji zakupu Martenów- wybór pomiędzy zespołami Miles i Getz zostawiłbym  gustowi muzycznemu melomana (audiofila).
Test, który wyżej opisałem obudził we mnie pewne refleksje:

  1. W przypadku wyboru pomiędzy zespołami głośnikowymi, w tym konkretnym przypadku, „pieniądze nie grają”, bo to decydowanie o tym jak ma się prezentować brzmienie systemu, które ma zadowolić gust muzyczny kupującego. To jedynie wybór pomiędzy jednym dobrem i innym dobrem, a cena to tylko pochodna od zastosowanej technologii przez producenta.
  2. W przypadku gdy system kpi sobie ze mnie i z całej rzeszy audiofilów, bo mimo że doświadczenie podpowiada iż brzmienie powinno być zniszczone przez jakieś niedopatrzenie lub niedoróbkę całość jednak gra wspaniale, muszę przyznać, że „pieniądze grają„. Sceptycy powiedzą- to przypadek. Możliwe, że przypadek, ale jednak się zdarzył! Takiego przypadku nie doświadczyłem szukając przyczyn „złego” grania systemów tańszych, więc… Czas zweryfikować swoje poglądy.
  3. Dodatkowy wniosek pojawił się taki: akustyka ma znaczenie, ale nie aż takie jakby się chciało by mogła w równym stopniu „pieniądze” zastąpić przy budowie systemu audio.

Ode mnie dla niektórych:
Powyższe refleksje nie przekonają zapewne tych wszystkich, którzy lubią zawistnymi być, gdy inny ktoś może sobie pozwolić na wydawanie mnóstwa pieniędzy na swoje hobby. Tych pozostawiam w ułudzie, że „pieniądze nie grają„.

 

 

*) wg  na elementy dzieła muzycznego składają się:

  • Melodyka – zespół cech melodii charakterystycznych dla danego stylu, epoki, grupy kompozytorów, np. melodyka barokowa, melodyka w utworach Fryderyka Chopina. Melodyka to element dzieła muzycznego, który porządkuje następstwo dźwięków o różnych wysokościach i różnym czasie trwania. Rozróżnia się dwa podstawowe rodzaje melodyki – wokalną i instrumentalną. Te z kolei na kantylenową, ornamentalną i deklamacyjną w przypadku wokalnej i figuracyjną w przypadku Instrumentalnej.
    Ze względu na kierunek gry wyróżnia się melodykę: wznoszącą (melodia rozwija się do góry), opadającą (melodia rozwija się w dół), łukową (melodia wznosi się i opada, bądź odwrotnie), falującą (melodia na przemian wznosi się i opada wiele razy) i opartą na repetycjach dźwięku (tremolo). Poza tym wyróżnia się też melodykę: diatoniczną (o dźwiękach w określonej skali), chromatyczną (gdy pojawiają się dźwięki obce dla skali). W przypadku śpiewu można wyodrębnić melodykę: sylabiczną (na jeden dźwięk przypada jedna sylaba), melizmatyczną (na jedną sylabę przypada kilka dźwięków; najczęściej łączy się ona z melodyką figuracyjną lub kantylenową) i deklamacyjną (melorecytacja).
  • Rytmika wiąże się z metrum, wyznacza miary czasu, porządkuje przebiegi rytmiczne przy pomocy regularnie powtarzających się akcentów. Rodzaj rytmiki wpływa na charakter muzyki, jest ona rodzajem pulsacji.
  • Harmonika określana jest przez użytą w utworze skalę dźwiękową, fakturę (np. monodia, homofonia, polifonia) oraz – jeśli faktura utworu pozwala na takie określenie– przez sposób łączenia wielodźwięków. W niektórych dziełach współczynnik harmoniczny jest dominujący (np. w dziełach z okresu klasycyzmu) w niektórych jest równouprawniony z innymi czynnikami, np. czynnikiem melodycznym (np. w dziełach okresu późnego baroku), w niektórych dziełach, albo nie jest on jeszcze rozwinięty (w literaturze renesansowej), a w innych– nie odgrywa on istotnej roli.
    Od IX do XVI w panowała harmonika modalna. Opierała się ona na ośmiu skalach kościelnych, charakteryzowała się specyficznym łączeniem akordów i prowadzeniem głosów, stosowaniem charakterystycznych dla tej epoki technik kompozytorskich, np. organum, discantus, gymel, a także fauxbourdon (równoległe prowadzenie tercji i sekst). Według harmoniki funkcyjnej dur-moll, bodaj w kulturze europejskiej najpopularniejszej, były tworzone dzieła od XVI mniej więcej do końca XIX wieku. Opiera się ona na dwóch skalach: durowej i molowej; na I, IV i V stopniu tych skal budowane są trójdźwięki, odpowiednio: tonika, subdominanta i dominanta; trójdźwięki poboczne budowane są na pozostałych stopniach (II, III, VI, VII). Między akordami istnieją ściśle określone stosunki. Dysonanse są rozwiązywane na konsonanse, a głosy muszą być prowadzone według określonych reguł (nie stosuje się np. równoległych kwint i oktaw, zakazane jest ukośne brzmienie półtonu oraz następstwo niektórych akordów, np. subdominanty po dominancie). Później w wieku XX, aż po dziś dzień, nie było jednego, wspólnego wszystkim kompozytorom epoki systemu– kompozytorzy używali współbrzmień według indywidualnych, przez siebie opracowanych reguł. Znaczącym wkładem w rozwój harmoniki było stworzenie w latach 20. XX wieku dodekafonii. Na przełomie wieków XX i XXI pojawiła się harmonika sonorystyczna- charakteryzuje ją odejście od wszelkich systemów dźwiękowych, w szczególności odejście w ogóle od systemu równomiernie temperowanego; używa się wszystkich możliwych współbrzmień i wysokości dźwięków, które traktowane są dowolnie jako plamy dźwiękowe (spuścizna impresjonistów początku XX wieku).
  • Dynamika określa siłę dźwięku. Większość instrumentów muzycznych cechuje się możliwościami wydobycia dźwięków o zróżnicowanej głośności- głośno (forte) i cicho (piano), a te oba odcienie występują w kilku stopniach natężenia. Dobór natężenia dźwięku w dużej mierze zależy od interpretacji i od umiejętności technicznych muzyków. Na przykład- kontrastowanie pomiędzy pp i ppp (pp-bardzo cicho, ppp- możliwie najciszej) wymaga dobrego opanowania instrumentu i jest niezwykle trudne dla początkujących instrumentalistów. Podobnie wydobycie fff wymaga często użycia znacznej siły, ale przy zachowaniu nadal mieszczącej się w granicach percepcji muzycznej barwy dźwięku. Ponadto cały utwór może być skomponowany w tym samym odcieniu dynamicznym lub dynamika może być zmienna w czasie. Zmiany dynamiczne mogą być raptowne lub następować stopniowo.
  • Agogika– to po prostu tempo z jakim utwór ma być wykonany. Proste i precyzyjne określenie tempa stało się możliwe od czasu wynalezienia metronomu (w 1816 roku). Od tej pory oprócz określeń słownych tempo można określić w sposób bezwzględny poprzez podanie liczby uderzeń na minutę wraz z określeniem jednostki rytmicznej, odpowiadającej uderzeniu metronomu.
  • Artykulacja to sposób wydobycia i kształtowania dźwięku, kształtuje także frazowanie i nadaje utworowi muzycznemu odpowiedni wyraz i dopełnia go pod względem technicznym. Istnieje szereg określeń artykulacyjnych, niektóre z nich mają charakter uniwersalny, inne są charakterystyczne dla danego instrumentu. Warto wymienić te podstawowe określenia: staccato (skracanie dźwięków, mniej więcej o połowę ich wartości, poprzez ostre ich wydobywanie i oddzielanie od siebie. Wiąże się to z inną techniką gry. Na przykład na fortepianie klawisz jest uderzany palcem przy jednoczesnym, raptownym podniesieniu nadgarstka), spiccato (podobne do staccato, lecz jeszcze krótsze i ostrzejsze), portato (z oderwaniem ręki od instrumentu i jej bezwładnym opuszczeniem) i legato (dźwięki grane są płynnie, w sposób maksymalnie łączny między sobą).
  • Kolorystyka wiąże się ze środkami wykonawczymi utworu- pozwala na dostrzeganie różnic między dźwiękami o tej samej wysokości zaśpiewanymi lub zagranymi przez różne instrumenty lub głosy. Na jakość brzmienia utworu wpływa artykulacja, czyli sposób wydobywania i łączenia dźwięków, zestawienie instrumentów (głosów), ich ilość, rejestr w jakim są używane, dynamika, rodzaje stosowanych współbrzmień i połączeń harmonicznych. Określenia dotyczące kolorystyki nie są pojęciami formalnymi, lecz branymi z języka potocznego i tak kolorystyka może być np.: delikatna, bogata, jasna, pełna, łagodna, spokojna, wesoła, skontrastowana, wyrafinowana, mroczna, zgaszona, hałaśliwa, subtelna, toporna, itp. Kolorystyka jest, obok interpretacji, jednym z najważniejszych elementów wyrazu utworu (czyli jego nastroju i przekazywanych treści). Szczególnie duże znaczenie kolorystyka ma w muzyce dźwiękonaśladowczej, ilustracyjnej oraz programowej. […] Przykładem roli kolorystyki w utworze muzycznym jest cykl Obrazki z wystawy (1874) Modesta Musorgskiego. Dzieło, napisane pierwotnie na fortepian, dopiero zinstrumentowane przez Maurycego Ravela, mistrza kolorystyki i instrumentacji, w pełni stało się muzyczną interpretacją obrazów Hartmanna. Miniatura z tego cyklu Bydło, budowana na narastaniu dźwięku prowadzonym konsekwentnie do połowy utworu, a potem jego zanikaniu, oparta na prostym motywie melodycznym utrzymanym w dolnym rejestrze, przypomina przemarsz bydła względem obserwatora znajdującego się w jednym punkcie. […] Dziełem, w którym kolorystyka buduje treści programowe utworu jest poemat symfoniczny Camille Saint-Saënsa „Danse macabre”. Sucha i twarda barwa dźwięku ksylofonu ilustruje klekot szkieletów wirujących w tańcu, skrzypce imitują głos śmierci, a obój pianie koguta o świcie. […] W swoisty sposób kolorystykę wykorzystywał w swojej twórczości rosyjski przedstawiciel ekspresjonizmu Aleksandr Skriabin. Poszczególnym tonacjom przypisywał konkretne kolory i oznaczał je ich nazwami. Swoje wielkie widowiska muzyczne w sposób dosłowny łączył z barwą, były to spektakle, którym towarzyszyły kolorowe światła, a ich symbole zapisywał nad nutami, jak każde inne określenia interpretacji dzieła.

 


Tematy pokrewne:

Porównanie wpływu kabli AC: Neotech NEP 3002 i Verictum Arbiter >>