Wydawnictwa płytowe aspirujące do najlepszych
(rozdział siódmy)

 

Jazzowe nagrania mają to do siebie, że trudno wyróżnić te najlepsze spośród wyśmienitych artystycznie… Tak ich dużo. Ale jeśli mielibyśmy w płytach przebierać pod kątem ich znakomitej realizacji to już tak różowo nie jest, ale źle też nie…

 

Zacznę od rekomendacji dla płyty nie z pierwszych stron czasopism muzycznych, choć znakomita (przecież w tym dziale nie mogą znaleźć się inne…). Inaczej ją zarekomenduję- jest wybitna! To sesja trzech znakomitości pośród trębaczy: Dizzy Gillespiego, Clarka Terry, Freddiego Hubbarda. Płyta nosi tytuł „The Alternate Blues”. Czy coś należy dodać, by zachęcić do słuchania lub kupna płyty? Właściwie nie ma takiej potrzeby, bo same nazwiska wymienione zapewniają i rumieńce na twarzach słuchaczy, i wrażenia dozgonne, i… Jeszcze coś- zaspakaja ciekawość jak jazzmani tworzą, daje obraz pracy trzech (+czterech) w studio nagrań.

“The Alternate Blues” wyprodukowany przez Normana Granza, jest albumem z niepublikowanymi wcześniej take’ami z oryginalnej sesji „Trumpet Summit”. Pierwsze cztery utwory zawierają oryginalny pomysł producenta na blues typu Slow Drag (amerykańska ragtim’owa jazzowa forma muzyczna i taniec towarzyski), przyjmujący inną strukturę 8-taktowego bluesa, zmienioną przez Clarka Terry’ego na 12-taktowego. Na płycie są jeszcze “Wrap Up Your Troubles in Dreams” i “Ballad Medley” z “Here’s That Rainy Day”, “Gypsy” i “If I Should Lose You”. Klasyczna sekcja rytmiczna Raya Browna, Joe Passa, Raya Brawna i Bobby’ego Durhama dopełnia tę niesamowitą sesję nagraną w marcu 1980 roku.

Wyjątkowo wykorzystam recenzję wersji winylowej tego tytulu, bo skoro opisuję płyty o wyjątkowej jakości technicznej to warto przy tej okazji wymienić jako ciekawostkę procedurę Super Hot Stamper (*). Firma Better Records opisuje album tak (tłumaczenie ze skrótami)-
Z dźwiękiem Super Hot Stamper ta płyta produkcji Pablo pokazuje, co potrafią zrobić trzej najwięksi trębacze z ostatnich pięćdziesięciu lat, zważywszy na okazję, nie- zachętę, by uwolnić się od garstki klasycznych bluesowych jamów. Wiele utworów trwa tutaj ponad osiem minut, dając grającym dużo możliwości do improwizacji. Praktycznie wszystkie są wykonywane w dość powolnym tempie, co zwykło się nazywać „slow drag”, co czyniło ich o wiele bardziej wciągające i emocjonalne. To nie są jakieś „dmuchane sesje”, w których muzycy próbują prześcigać się nawzajem. Nie, to jest coś zupełnie innego. Norman Granz uwielbiał klasyczne „jam session”, a ta jest świetnym przykładem; wyprodukował dziesiątki różnych płyt… Ten album pokazuje dlaczego to robił.. Serce bluesa jest tutaj w każdym momencie (…) Album został nagrany w 1980 roku przez Dennisa Sandsa, jednego z moich ulubionych inżynierów wytwórni Pablo, człowieka stojącego za genialnym Roler’s Market Barbecue i wielu innych. (wkrótce po tych nagraniach przeszedł do produkcji filmu i nagrał ich ponad 250. Musi być całkiem niezły, aby wykazać się tak wielką pracą…)

  • Pierwsza strona: (A ++), jasna, otwarta i bardzo dynamiczna! Dość bogate brzmienie, ale nie tak pełne, jak na drugiej stronie, więc nazwijmy to Super Hot.
    Strona druga: (A ++), z cudownie bogatą gitarą. Stłumiona trąba jest zrelaksowana, nigdy agresywna, ale wyraźna. Bez rozmazu. Trochę więcej górnego przedłużenia i nazwalibyśmy tę stronę White Hot.
  • Co słychać? Przejrzystość. To, co zazwyczaj odróżnia słabe kopie od lepszych, to dwie cechy, których często szukamy w zapisach-przejrzystości i braku rozmazań. Przezroczystość [systemu] pozwala usłyszeć w nagraniu, subtelne muzyczne sygnały i szczegóły, z których znany jest wysokiej rozdzielczości płyta analogowa.
  • Co słychać? Brak rozmazania. Brak smużenia jest również ważny, szczególnie w przypadku nagrania z wieloma trąbkami, w których przełomowe przebiegi są tak ważne dla ich brzmienia. Jeśli trąbki rozmazują się w bezkształtną plamę, jakby dźwięk był zasilany przez wzmacniacz lampowy z lat 50-tych (dla tych z was, którzy znają ten dźwięk). Połowa radości ucieka  z muzyki. Bogactwo brzmienia jest ważne- trąbki muszą być pełne [nasycone harmonicznymi], jeśli mają brzmieć jak prawdziwe, tak samo jak szybkość i przejrzystość, dwie cechy, które zapewniają, że wszystkie dęte instrumenty mają odpowiedni bit i tembr.
  • „Alternate Blues” został zremasterowany przez Douga Saxa w latach 90. dla Acoustic Sounds). Zdobył nawet nagrodę Golden Ear od The Absolute Sounds.

Nigdy nie odtwarzałem wersji Saxa i pewnie nigdy tego nie zrobię, ale założyłbym się, że on to nagranie zniszczył. Jest to dość bezpieczny zakład, ponieważ moim zdaniem zniszczył każdą płytę, którą wyciął dla Acoustic Sounds. Był niesamowitym inżynierem, ale przestał nim być gdzieś w latach 80-tych.

  • Wikipedia Commentary and Background:
    W przypadku „The Alternate Blues”, producent Norman Granz uchylił swoją regułę wzbraniającą wydanie różnych tytulów w biznesie nagraniowym, zwłaszcza alternatywnych ujęć. Powodem było to, pomimo problemów proceduralnych,że Dizzy Gillespie, Freddie Hubbard i Clark Terry grali bluesa na poziomie namiętności i ekspresji równym wersjom oryginalnym, wydanym na The Trumpet Summit Meets the Oscar Peterson Big 4…

Trudno od siebie coś dodać interesującego po tej wyczerpującej informacji Better Records, poza może tą, że wersja CD brzmi równie wspaniale co i winylowa (obie dokładnie poznałem).

 

Miał swój lepszy czas i gorszy… Jak w życiu każdego (prawie). Jimmy Witherspoon nagrał swoje pierwsze płyty z zespołem Jaya McShanna w 1945 roku. Kilka lat później z tym samym zespołem, ale pod własnym nazwiskiem, miał swój pierwszy wielki przebój „Is not Nobody’s Business”, utwór, z którym jest po dzisiejszy dzień utożsamiany. Były następne wielkie przeboje- „No Rollin ‚Blues”, „Big Fine Girl”,  „Failing by Degrees” i „New Orleans Woman”. Połowa lat pięćdziesiątych to okres mniejszej popularności artysty. Popularność przywrócona została dzięki albumowi z 1959 r., rejestracji koncertu Jimmy’ego Witherspoona na festiwalu Monterey Jazz Festival, na którym słychać: Roya Eldridge’a , Woody Hermana , Bena Webstera , Colemana Hawkinsa , Earl Hinesa, Mela Lewisa i innych. Witherspoon i jego przyjaciele przypomnieli, że jazz bez wątpienia ma swoje korzenie w bluesie. Na fali ponownego zainteresowania wokalistą nagrano w 1959 roku sesję z Benem Websterem.

Roots” (Reprise WPCR-27495) to prawdziwy klasyk- ciepłe i rozkołysane nagranie, relaksująca i pełna uduchowienia. Towarzyszyli mu muzycy: trębacz Gerald Wilson, pianista Ernie Freeman, basista Ralph Hamilton i perkusista Jim Miller i Ben Webster ze swoim tenorem. Obaj- wokalista i saksofonista, „napędzają” się niesamowicie. Obaj błyszczą w nagraniu. I choć to album ze standardowym bluesem to jest wyjątkowe, bo Ben Webster nigdy nie był lepszy niż wtedy, gdy grał bluesa. Na tej płycie ma mnóstwo okazji, by uzupełnić (raczej wzbogacić) głos Jimmy’ego Witherspoona, który wtedy był u szczytu swoich możliwości wokalnych (a miał zawsze ogromne!).  Z nagrań wyłania się obraz atmosfery jak musiała być podczas sesji- musiała być fantastyczna.  Z „ master taśm” dźwięk fantastyczny wydobył Kevin Gray w Cohearent Audio.

 

Sony Music wydało album studyjny z niepublikowanymi utworami (zostały ujawnione dopiero po blisko 50 latach) jednego z największych pianistów jazzowych XX wieku Errolla Garnera- Ready Take One”. Gdy Erroll Garner zmarł w 1977 roku, Martha Glaser, jego długoletnia menedżer i wykonawczyni testamentu, odmówiła wydania niepublikowanej pianistycznej płyty dla Columbia Records. Długotrwały spór trwał od 1960 roku- Glaser uznała, że jej klient nie zarabia odpowiedniej kwoty, która byłaby adekwatna do talentu pianisty. Pozwała wytwórnię i była niestrudzona w obronie i wspieraniu interesów biznesowych Errolla Garnera.

Po śmierci pani Glaser w 2014 r. wykonawca jej testamentu-  jej siostrzenica Susan Rosenberg, została również dysponentem majątku Garnera. Wreszcie zaczęto selektywnie zezwalać na wydawanie nieużywanego do tej pory materiału Columbii. Niektórzy mogą narzekać, że „koła młyńskie” obracają się zbyt wolno. Najpierw uzyskano aprobatę wydania „Complete Concert By the Sea”, który okazał się arcydziełem i zasłużenie zdobył nagrodę Grammy. „Ready Take One”, następny materiał z lat 1967-1971 ukrywany przez Mathę Glazer, melomani mogą podziwiać od września 2016 roku. Słyszymy z płyty Garnera nie tylko w balladzie („Misty”, „Back to You”) ale i w wirtuozowskim funkowym bluesie, i wspaniałym coverze- „Caravan”, i jeszcze paru cudnych interpretacjach. Jedno co mogłoby malkontentów drażnić w przypadku „Concert by the Sea”, to dźwięki z ustawionych mikrofonów dość odlegle. W przypadku  „Ready Take One”, słychać znacznie więcej magii Garnera (myślę o walorach technicznych, które pozwoliły łatwiej odczuwać te artystyczne). Słychać więcej wybrzmień fortepianu, jego pogłos, dynamikę i ton. Jest w nagraniach więcej różnorodności w brzmieniu zestawu perkusyjnego, więcej miejsca dla basu, więcej przestrzeni (tzw „powietrza”). Fortepian brzmi w taki sposób, że słuchacz odczuwa mocno obecność grających. Obróbka studyjna faworyzuje fortepian, ale nie ma się poczucia, że był zbytnio wypchnięty w miksie, choć słysząc stęknięcia Garnera i okrzyki wysiłku i zaskoczenia, ale wydają się prawie tak, jakby tam były. Pomiędzy utworami są fragmenty rozmów między Garnera, można mieć takie wrażenie. Cały zestaw nagrań zapewnia wyjątkowe poczucie bycia obecnym w czasie sesji, co sprawia, że łatwiej odczuwamy gdy humorystycznie eksperymentuje z muzykalnością. Wydaje się niebywale to, że ta wyrazistość całego nagrania, pochodzi sprzed pięćdziesięciu lat. Nie wszystko, co wydano, może być godne takiej gwiazdy, ale z pewnością to nagranie nie obraża naszych ocen.

Płyta daje też nietypową, rzadką, okazję pobytu w studio- podsłuchiwanie rozmów Garnera ze swoim kwartetem i producentem Marthą Glaser (jak pisze pianista Geri Allen- „piąty członek zespołu Garnera w momencie aktu twórczego”), włączonych pomiędzy utwory muzyczne. Z tego co można usłyszeć Martha Glaser, nie wydawała się zbyt poważna w trakcie sesji, które tworzyła, a jej roli na nich była nieznacząca. Jest dużo śmiechu, być może Glaser sądziła, że producent naprawdę jest tylko formalnością przy Garnerze, bo chyba pianista nie potrzebował nikogo, by mu mówił co ma robić.
Szkoda, że tak późno- po prawie 50. latach od czasu gdy sesje się odbyły, te realizacje szukają swoich odbiorców, bo niektórym nie będzie już dane radować się zarejestrowaną muzyką Errolla Garnera i jego zespołu. Nie wypada pominąć tych, którzy w sesjach uczestniczyli- basiści Ernest McCarty Jr., Ike Isaacs, George Duvivier i Larry Gales oraz perkusiści Jimmie Smith, Joe Cocuzzo i José Mangual.

Skoro o klasykach mowa to pomyślałem o Milesie Davisie… Czemu o nim nie pisać? Chyba za dużo wybitnych płyt wydał, by łatwo wybrać tę jedną czy dwie (raczej dwie…). Poszukałem „klucza” i znalazłem jedyny rozsądny- przedstawię te dwie, które najbardziej lubię (wybóe był bardzo trudny): „Someday My Prince Will Come” i „Round About Midnight”.

„Someday My Prince Will Come” (Frances- kobieta na okładce albumu, była żoną Davisa), wydana przez Columbia Records 1961 roku, była dziełem kwintetu, a w pierwszym utworze sekstetu, w składzie: Miles Davis (trąbka), Hank Mobley (saksofon tenorowy), John Coltrane (saksofon tenorowy), Wynton Kelly (fortepian), Paul Chambers (kontrabas), Philly Joe Jones (perkusja) i Jimmy Cobb (perkusja). Za stołem mikserskim zasiadł Teo Macero. Początek lat 60. to czas rewolucji w nurcie jazzowym, bo Ornette Coleman próbował z dobrym skutkiem zainteresować free jazzem. Miles Davis nigdy nie zaakceptował elementów stylistycznych charakterystycznych dla nowego nurtu, grał „swoje” jakby free nie istniało (zresztą, nie on jeden). Ten okres był też czasem poszukiwań muzyków, którzy byliby zdolni zastąpić Cannonballa Adderleya, który opuścił zespół Milesa Davisa oraz  czasem prób i błędów dla jednych, a dla innych stworzenia najbardziej legendarnych nagrań- „Sketches of Spain” i właśnie „Someday My Prince Will Come”. Płytę otwiera tytułowy utwór w rytmie walca, Kelly gra na wstępie beznamiętnie „zapowiadając” jedynie opowieść, zanim zagra smutno Davis to pianista rozweseli… W dalszej części dialogują- wesoły Kelly ze smutnym Davisem. Saksofoniści nie stają po żadnej ze stron, dopowiadając jedynie swoje kwestie, ale jakby opowiadali zupełnie coś innego niż dwaj muzycy, rozpoczynający ich konwersację. Davis liryzm i smutek przedstawia i w nastepnych utworach. Moment, w którym Mobley kunsztem się wykaże na płycie znajduje się w utworze „Old Folks”- ciepło ogarnia słuchacza gdy gra solo. Liryka Mobleya idealnie się wpasowuje do melodyki utworu. Podobnie jest w pozostałych utworach gdzie gra. W utworze „Teo”, w którym Coltrane zajmuje miejsce saksofonisty, solo tenoru jest nowocześniejsze- wyraźnie zorganizowane na sposób zbliżony do free. Całość jest rejestracją zrelaksowanej sesji- nie ma zbyt „gorących” utworów, za to wszystkie są jednakowo piękne, podane w wyrafinowanej formie. Bez znakomitej sekcji rytmicznej nie da się zrobić świetnej płyty, a że Miles Davis jak nikt inny potrafił dobierać współpracowników, więc… Sekcję rytmiczną na „Someday My Prince Will Come” można opisać jednym słowem: fenomenalna. Od „Drad Dog”, wolniejszej kompozycji, do silnie rytmicznego „Teo”, bas, fortepian i perkusja utrzymują zespół w harmonii niczym jądro atomu krążące elektrony. „Someday My Prince Will Come” wydano i w wersji mono, i w wersji stereo… Jest w czym wybierać!

Wcześniej- w 1957 roku, Miles Davis wydał „Round About Midnight”, a nagrania się odbywały przez 1955 i 1956 rok. Niewiele wcześniej Davis uwolnił się od uzależnienia heroinowego. Wtedy też wypełniając zobowiązania wobec firmy Prestige tworzy cztery genialne albumy: „Relaxin’”, „Workin’”, „Steamin’” i „Cookin’”, z tymi samymi muzykami towarzyszącymi: Johnem Coltranem (saksofon tenorowy), Redem Garlandem (fortepian), Paulem Chambersem (kontrabas) i Philly Joe Jonesem (perkusja).

„Round About Midnight”, pierwsza płyta dla Columbia Records, rozpoczyna bodaj najpłodniejszy okres dla Davisa, a może i najbardziej inspirujący. Frazowanie Davisa, nostalgiczne i smutne, kontrastuje z gwałtowną ekspresją Coltrane’a na tenorze. Obaj nie musieli się martwić o podstawę rytmiczną, bo przecież sekcja- Philly Joe Jones, Paul Chumbers i Red Garland, była nieomylna. Materiał studyjny nie opiera się na kompozycjach Davisa lecz na: Theloniousa Monka, Charliego Parkera, Cole Portera, Tadda Damerona, Jackie McLeana, Buda Powella, Raya Hendersona. Ta płyta, dzięki różnorodności i spójności zarazem, rzadko spotykanej kombinacji, zadziwiająco wykonananych melancholijnych ballad, popowych i bebopowych standardów. Koniecznie należy wsłuchać się w „Ah-Leu-Cha”, a odkryje się odcienie dixielandowej muzyki, a w „Basin Street Blues” wprost Davis cytuje Louisa Armstronga w swoim solo. „All of You” i „Bye Bye Blackbird” rozkołysze w swingujących tempach, tytułowy utwór wprowadzi liryzm i harmonijne piękno. Napięcie, spokój, tajemniczość i nostalgia: Wszystko tutaj (na płycie) znaleźć można. Wzorcowe brzmienie nagrań Quintetu Milesa Davisa zawdzięczamy George’owi Avakian’owi, co oddaje doskonale edycje Sony SICJ-11, CL-949, SRCS 9101, (ewentualnie SICP-30211), zgrywane z oryginalnych „taśm matek”. W tych wydaniach trąbka Davisa ma bogate i zgodne z kolorytem trąbkowym brzmienie. Efekt ten jest wzmocniony bo lider grał na swoim instrumencie tuż przy mikrofonie, tym samym jest preferowany, pozostali muzycy nie są tak intymni, tak blisko słuchaczy, ale i tak są oddani z dużą wiernością. W 2005 roku ukazała się edycja rozszerzona- Legacy Edition. Ten dwupłytowy album podstawowe nagrania uzupełnia o dobrze skatalogowane odrzuty z sesji do „’Round About Midnight”(wcześniej ukazały się na składankowych albumach „What Is Jazz”, „Jazz Omnibus”, „Basic Miles” i „Circle In The Round”) oraz rejestrację wcześniej oficjalnie niepublikowanego koncertu z Pasadeny z lutego 1956 roku, uzupełniony z kolei o jedną ścieżkę z Newport zagraną przez zespół w składzie: Zoot Sims (tenor), Gery Mulligan (baryton), Thelonious Monk (piano), Percy Heath (bas) i Connie Kay (perkusja).
Dziś śmiało można uznać, bo lat sporo upłynęło i dystans odpowiedni jest, że „Round About Midnight” jest jednym z najważniejszych nagrań Columbii z Davisem w roli wiodącej i nie wiem czy czasem nie w ogóle, po prostu- jedna z najlepszych.

 

Ostatnią w tej części cyklu opisaną będzie płyta, która ukaże współczesne spojrzenie na klasyki, które wyszły spod pióra Duke’a Ellingtona. New York Trio z szacunkiem należnym wielkiemu kompozytorowi, interpretuje wspaniałe melodie ułożone dawno temu na płycie „Love You Madly”. Basista Jay Leonhart, perkusista Bill Stewart i pianista Bill Charlap nie mogli genialnych kompozycji zepsuć, bo są muzykami z umiejętnościami na zbyt wysokim poziomie. Bill Charlap uznawany jest za jednego z najlepszych żyjących pianistów jazzowych, basista i perkusista to muzycy sesyjni z ugruntowaną wysoką pozycją.

Ballady Ellingtona, te perły wśród jazzowych standardów, Bill Charlap z wyjątkowym wyczuciem są przedstawiane- jak w „Sentimental Mood”, gdy naciska klawisze dźwięki wydają się wybrzmiewać nie z uderzania lecz muśnięcia. Swingowanie pianisty jest wyraziste, jego przebiegi są lekkie i niewymuszone. Charlap ma talent do znajdywania klucza do oddawania uczuć jakie utwór wnosi. Należy tu zaznaczyć, że mocne oparcie ma pianista we wrażliwej grze basisty i w zniuansowanej grze perkusisty.

Zebrane w albumie nagrania są tak spójne, że naprawdę trudno wybrać najciekawsze momenty z płyty. Spróbuję dwa wyróżnić: balladę „The Star Crossed Lovers”, w której Charlap delikatnie traktuje melodie, na tle przestronnych linii basowych Leonharta i szemrających szczotek Stewarta oraz szybki „Love You Madly” przekształcany w rozbudowane improwizacje, zamiast lapidarnej zazwyczaj gry kompozytora. Album z 2003 roku wydała japońska wytwórnia Venus Records. Inny artykuł- „nagrania jakościowo wybitne (część druga)” poświęciłem w całości wytwórni Venus, jako że starania o najwyższej jakości „dźwięk” realizatorów tej wytwórni są nie do przecenienia. W przypadku krążka „Love You Madly” nie jest inaczej.

 

 

*) Informacje poniższe czerpałem z portalu:   

  • Hot Stampers (wybór firmy Better Records) to tłoczenia o jakości dźwięku znacznie przewyższającej typowy LP. Termin „Hot Stampers” pochodzi od części metalowych, zwanych stemplami, które naciskają i spłaszczają „krążek” winylu, który jest umieszczony w prasie do płyt, tworząc w ten sposób zapis. Używamy również określenia „hot stamper”, aby odnieść się do numerów stamperów (znanych również jako „numery matrycowe”). Są to po prostu liczby, które widzicie w „martwej” części krążka, a określają inicjały inżyniera wykrawania lub nazwę krojowni, która wytłoczyła płytę. Numery stamperów opowiadają część historii, ale to tylko część, bo znacznie więcej „mówi” dźwięk płyty niż jego numer stemplowy. Termin Hot Stamper jest po prostu skrótem dla wielu czynników, które określają w jaki sposób cel- wysokiej jakości LP, został osiągnięty.
  • Mastering to sztuka… Mastering najlepiej rozumieć jako sztukę, a nie naukę. Praca jednego inżyniera prawie zawsze będzie brzmiała znacząco inaczej niż innego, z powodu różnic w ich łańcuchach masteringowych: jakości dostępnych taśm, a także artystycznej wrażliwości inżynierów dźwięku. Istnieje również wiele przyczyn, że dźwięk gotowego produktu po pocięciu ocetatu jest różny. Tak naprawdę nie wie nikt, co jest powodem znaczących różnic, ale kiedy płyta brzmi dobrze, to najpewniej wiele etapów musiało pójść bardzo dobrze. W efekcie żadne dwa tłoczenia tego samego albumu nigdy nie będą brzmiały tak samo. Na wysoce rozdzielczym nowoczesnym systemie stereo płyty, które wyglądają identycznie pod każdym względem, po prostu będą brzmiały inaczej.
  • Pozornie identyczne tłoczenia z bardzo różnym dźwiękiem:
    Różni dealerzy mogą ignorować różnice w tłoczeniach, dzięki też temu, że praktycznie nikt nie traktuje wystarczająco poważnie pomysł katalogowania i objaśniania szerokiej wariacji tłoczeń winylowych, które napotykamy. Pomysł może wydawać się zaskakujący dla wielu osób, ale nie można zaprzeczyć, że różne pozornie identyczne kopie tej samej płyty mogą brzmieć inaczej. Niektórzy audiofile są tego świadomi i wolą robić własne, ograniczone trafienia. Firma Better Records wyniosła poszukiwania odpowiedniego krążka na inny poziom, poświęcając zasoby, których żaden pojedynczy audiofil nie może osiągnąć. Odtwarzanie płyt przez cały dzień jest ich pracą. Taka skala jest kluczem do sukcesu tego typu podejścia. Znajdują, czyszczą i odtwarzają dziesiątki wycinków tego samego albumu. A że robią to od bardzo dawna, przez dziesięciolecia, to mają spore szanse, aby dokładnie wiedzieć, które nagrania, które tłoczenia i które numery stamperów mają potencjał osiągnięcia szczytu-. zwycięzcy odsłuchów- „Hot Stampers”.

 


Kolejne rozdziały:

                   

 

Dodaj komentarz