Rekomendowane jazzowe wydawnictwa płytowe
(rozdział trzydziesty pierwszy, część 2)

Johnny’emu Hartman’owi i Gregory Porter’owi trudno nie poświęcić artykułu, podobnie jak znakomitej wokalistce prezentowanej w części pierwszej tego rozdziału… Artykuł uzupełniają opisy płyt: Shirley Horn i Take 6.

 

 

  • And I Thought About You” Johnny’ego Hartmana, zrealizowany w marcu 1959, został wydany w rtm samym roku przez wytwórnię Roost.

„And I Thought About You” [1] to studyjny album amerykańskiego wokalisty jazzowego Johnny’ego Hartmana. Teddy Reig, właściciel Roost, był producentem nagrań, a Rudy Traylor zaaranżował. Był to jedyny album, który Hartmanowi udało się nagrać między grudniem 1956 a sesją z Johnem Coltrane’em w marcu 1963 [2].
Scott Yanow, recenzując album w AllMusic, pisze: „Johnny Hartman zyskał pośmiertną sławę jako jeden z najcieplejszych śpiewaków ballad tego stulecia, a jego głęboki barytonowy głos jest dobrze zaprezentowany w dniu 1958 roku, który podkreśla wolniejsze tempa z kilkoma wyjątkami (‘Sunday’ i ‘After You’ve Gone’). ). Przy akompaniamencie subtelnej orkiestry zaaranżowanej przez Rudy’ego Traylora (personel nie jest znany), Hartman jest w tak dobrej formie, że wydaje się smutne, że ten niejasny produkt był jego jedyną studyjną datą z lat 1957-62. Najważniejsze elementy tego krótkiego (33-minutowego) zestawu to ‘To Each His Own’, ‘Little Girl Blue’ i ‘W moim życiu jest cisza’.
Biograf Hartmana Gregg Akkerman nazywa „And I Thought About You „wspaniałym albumem” i twierdzi, że „zawierał on niektóre z najlepszych prac Hartmana”. Choć album zawiera wiele ballad, Akkerman stwierdza, że ujęcie „’After You’ve Gone’ przypomina, że sekcja saksofonów jazzowych jest jednym z największych amerykańskich wkładów w światową muzykę i dowodem na to, że Hartman był w stanie swingować w najlepsze.” Akkerman zauważa również, że „Little Girl Blue” była „piosenką, która bardzo spodobała się Hartmanowi, ponieważ pozostała na jego roboczej liście utworów do końca życia”.
Kiedy album został wydany w 1959 roku, magazyn Billboard napisał: „Ciepły, bogaty baryton Hartmana na zestawie standardów z romantycznym [orkiestrowym] wsparciem… Artysta ma charakterystyczne brzmienie”.
Fakt, że Hartman najbardziej znany jest ze współpracy Coltrane’em nie oznacza, że płyty sygnowane tylko nazwiskiem tego wspaniałego wokalisty są gorsze… Ten album jest jednym z mniej znanych Hartmana, który nie cieszył się dużą popularnością przed ponownym wydaniem w 1997 roku, ale jest fantastyczną wizytówką jego doskonałych umiejętności: ciepłego charakterystycznego barytonowego głosu, znakomitego frazowania i zaskakująco elastycznego zakresu głosu.

 

  • Trzy lata wcześniej, od momentu wydania „And I Thought About You”. Johnny Hartmann nagrał płytę „All of Me: The Debonair Mr. Hartman”, którą wydała wytwórnia Bethlehem.

Już wtedy świetny (i niedoceniany) piosenkarz, będąc u szczytu formy wokalnej, nagrywał ciekawe pozycje płytowe. Bardziej niż kompetentny, czy to w powolnych balladach, czy delikatnie swingujacych piosenkach, zawsze był wyjątkowo przyjemny do słuchania, Ta płyta to tylko pół godziny doskonałych na swój sposób ballad, ale w wersjach wydanych po 2000 roku to już ponad 50 minut obcowania ze sztuką Hartmana, dzięki czterem alternatywnym ujęciom wcześniejszych numerów. Johnny Hartman nigdy nie zdobył masowego zainteresowania, choć na to zasługiwał, ale muzycy wiedzieli, że jest jednym z najdoskonalszych.
Recenza, która ukazała się w AllMusic Review, autorstwa Scotta Yanowa, koryguje opis na płycie: „Reedycja na CD przez Evidence, oryginalny 12-utworowy program został powiększony o cztery „nowe” alternatywne duble, ale CD zawiera niewłaściwy personel. Ciepłemu barytonowi Johnny’emu Hartmanowi towarzyszy właściwie Ralph Sharon Trio i trębacz Howard McGhee w czterech utworach oraz Frank Hunter String Orchestra w pozostałej części zestawu. Nacisk kładziony jest na ballady (zawsze mocna strona Hartmana) z najważniejszymi punktami, takimi jak „Błękitne niebo”, „Tenderly”, „The Lamp Is Low” i „I Concentrate on You”.
Muszę zwrócić uwagę na jakość techniczną tych wczesnych nagrań, otóż w tej cyfrowo zremasterowanej (Japan mini-LP) wersji dźwięki są tak czyste i bogate barwowo, że niejednemu audiofilowi trudno byłoby uwierzyć własnym uszom.

 

  • Połączenie utworów w wykonaniu Johnny’ego Hartmana z dwóch płyt ABC-Paramount z 1966 roku utworzyło zestaw nagrań pt. „Unforgettable”. Ten kompilacyjny album został wydany przez Impulse! Records w lipcu 1995 roku.

Ten tytuł label prezentuje łagodny baryton wspierany przez orkiestrę instrumentów dętych blaszanych po raz pierwszy od czasu jego występów z Big Bandem Dizzy Gillespie. Okazuje się, że jest to atrakcyjne podejście, choć trudno utrzymać nastrój intymności, który towarzyszył jego niezrównanym nagraniom znanych z poprzednich płyt. Johnny Hartman prezentuje swoje umiejętności w piosenkach z kombinacją ciepła Nata „Kinga” Cole’a i celnego frazowania Franka Sinatry. „Unforgettable” chwali się popowymi standardami, takimi jak „Almost Like Being in Love”, „Isn’t It Romantic?”, „The Very Thought of You”, „The More I See You” i tytułowym utworem, w którym Hartman spłaca dlug wdzięczności Cole’owi, a jednocześnie nigdy nie rezygnujący z osobistego odczytywania kompozycji. Album kończy się pięcioma utworami nagranymi w czasie koncertu, mocniej swingując na bazie tego co potrafił wybitny melodyk-perkusista Shelly Manne („That Old Black Magic”, „Girl Talk”). Niezapomniane są te ubrane w elegancki styl piosenki, przepełnione ciepłym romantyzmem, który nigdy nie przekracza cienkiej linii kitschu.
Płyta „Unforgettable” wydobywa bogate brzmienie i wokalu i instrumentalistów, a wybór dobrze znanych piosenek sprawia, że słuchanie jest samą przyjemnością. Opisane nagrania, którymi można się cieszyć teraz i zawsze, mają ponadczasowy urok.

 

Znany ze swojego ciepłego barytonowego wokalu, Gregory Porter [3] zyskał uznanie w 2010 roku dzięki swojej skrzyżowanej odmianie jazzu- soulu i gospel. Utalentowany piosenkarz standardów, a także bardziej współczesnego materiału soul. Porter bronił z sukcesem swojej pozycji mimo porównań do swoich idoli: Nat King Cole’a, Donny Hathaway’a i Stevie Wondera. Debiut- „Water” okazał się zapowiedzią świetnej kariery piosenkarskiej, bo zdobył nominację do nagrody Grammy w 2010 roku. Po podpisaniu kontraktu z Blue Note, zyskał jeszcze szersze uznanie swoim trzecim albumem, „Liquid Spirit” (vide >>) z 2013 roku, który osiągnął drugie miejsce na listach przebojów jazzowych i zdobył Grammy za najlepszy album wokalny jazzu. Choć skupia się na oryginalnych utworach, Porter często wraca do swoich korzeni, jak na przykład na albumie „Nat King Cole & Me”, będącym hołdem dla niego z 2017 roku. Po albumie koncertowym z 2018 roku nagranym w londyńskim Royal Albert Hall, ponownie zaprezentował swoje nasycone muzyką R&B nagrania…

  • Drugi studyjny album Gregory PorteraBe Good”, nagrany w Systems Two Recording Studio (Brooklyn, Nowy Jork) w lipcu 2011 roku, przeznaczony został do sprzedaży w 2012 roku przez wytwórnię Motéma Music.

Gregory Porter, jest dziś uważany za  jednego z najwybitniejszych wokalistów, którzy pojawili się ostatnio na scenie jazzowej. Jego głos i artystyczna osobowość oczarowują, a jego płyty od czasu debiutu budzą zawsze wielkie zainteresowanie. Z dwunastu utworów z repertuaru płyty dziewięć to dzieła oryginalne, co pozwala nam poznać Portera nie tylko od strony wykonawczej, ale również kompozytorskiej. „Be Good” w swej treści rozważa znaczenie uczuć, bierze na warsztat literacki uniwersalne wartości rodzinne, kulturowych, rozmyśla nad ludzkimi emocjami. Barwa, głębia głosu, stosowna artykulacja Portera przykuwają uwagę i sprawiają, że chętnie do jego dziel słuchacze wracają. Muzycznie to jak w przypadku debiutu połączenie wpływów bluesa, soulu, gospel, popu, a nawet free jazzu. Sukces nie mógłby zaistnieć bez udziału znakomitych muzyków: saksofonisty altowego Yosuke Sato, saksofonisty tenorowego Tivona Peniccotta, pianisty Chipa Crawforda, perkusisty Emanuela Harrolda, trębacza Keyona Harrolda i kontrabasisty Aarona Jamesa.
Artysta jest najczęściej chwalony przez krytyków muzycznych znaczących magazynów:
Chris Nickson z AllMusic stwierdził: „Drugie dzieło Gregory’ego Portera potwierdza talent, który był tak widoczny w jego debiucie. W swoim imponującym śpiewie rozwinął większą technikę i subtelność. Soul lat 70. jest wciąż dość widoczny w jego głosie, z odcieniami Donny’ego Hathawaya i Billa Withersa, ale jest także wokalnym spadkobiercą Nata Kinga Cole’a. Staje się wielkim talentem, nie tylko jako piosenkarz, ale także jako kompozytor, z unikalnym, okrągłym stylem, zarówno jeśli chodzi o melodie, jak i teksty, co jest dość oczywiste, gdy czyta się je na okładkach. Porter jest też doskonale świadomy dynamiki, potrafi płynnie przejść od miękkości „Imitation of Life” do niemal atonalności hałaśliwego „Bling Bling”, w którym również można znaleźć znakomite scatowe śpiewy. Jego własny materiał nie zapada w pamięć od razu, ale wnika do mózgu po kilku przesłuchaniach, wyrafinowany i często piękny. Utrzymuje przy życiu swoje kwalifikacje do soulu/bluesa dzięki wersji „Work Song”, która pozwala mu zagrać pełną parą przeciwko grającemu saksofonowi. Na koniec jest wersja a cappella „God Bless the Child”, piosenki na zawsze kojarzonej z Billie Holiday. To odważny ruch, który działa, ponieważ pokazuje czułość w jego głosie, z niemal płynną jakością śpiewu, emocjami, które są raczej wskazywane niż układane. To wspaniały punkt kulminacyjny dla płyty, która z pewnością powinna pomóc gwieździe Portera wzrosnąć jeszcze mocniej.”
Krytyk BBC Music- Daniel Spicer, zauważał: „Urodzony w Kalifornii nowojorczyk Gregory Porter zyskał sławę swoim debiutanckim albumem „ Water” w 2010 roku, zdobywając w tym czasie nominację do nagrody Grammy w kategorii „Najlepszy wokal jazzowy”. Ta kontynuacja wiąże się z dużymi oczekiwaniami, ale fani autentycznie uduchowionych wokali i bujnych, ciężkich aranżacji nie muszą się martwić, Porter, jednym słowem, dopiął swego. Głos Portera to cud: ciepły, pewny siebie tenor z precyzyjną, nienaganną intonacją, zupełnie jak w domu w klasycznych oryginałach, które – jak każdy dobry jazz – zdają się kąpać w ponadczasowej swojskości. Na ‘Painted on Canvas’ przekaz Portera jest przesycony żarliwą tęsknotą Donny’ego Hathawaya, podczas gdy tytułowy utwór jest tak bardzo podobny do standardu z Great American Songbook, że łatwo wyobrazić sobie, jak pojawia się w programie telewizyjnym Sammy Davis Jr pomiędzy The Candy Man i Raindrops Keep Fallin’ on My Head – i nie dziwi fakt, że Porter jest weteranem teatru muzycznego. Jednak pomimo tych stylizacji, Porter wyraźnie postrzega swoją twórczość jako część linii jazzowej – jako sprowadzoną do domu w pogodnym, szybkim optymizmie ‘On My Way to Harlem’ z jego nazwiskiem Duke’a Ellingtona i stwierdzeniem Portera: „Byłem ochrzczony przez róg jazzmana”. To uczucie, które czerpie korzyści z prawdziwych jazzowych prac stworzonych przez akustyczny zespół zbudowany wokół pianisty Chipa Crawforda – który nie boi się wynieść swoich solówek poza oczywiste terytorium melodyczne – i saksofonisty/aranżera Kamau Kenyattę, którego solówki są nieco bardziej słodkie. Duża część albumu daje poczucie wspaniałego komfortu – i to nie tylko w aranżacjach. Teksty Portera również wydają się pochodzić z miejsca o wielkiej sile emocjonalnej: ‘Real Good Hands’ to pełna szacunku propozycja małżeńska (wraz z wprowadzeniem mówionym w stylu cornball z lat 70.), a ‘Mother’s Song’ to ewangeliczny pean na temat wartości rodzinnych. W rzeczywistości, w połowie tego (dość długiego) albumu wszystko jest tak zdrowe i gładkie, że przypomina trochę zbyt długie pozostawanie w gorącej kąpieli i zapadanie w parny, zadowolony sen. Ale wszystko jest naprawione przez kilka zamykających się burz: ‘Bling Bling’, energiczny galop jazzowy, w którym Porter wyzwala zbyt krótki wybuch hałaśliwego scat’a; oraz pasującą wersję ‘Work Song’ Nata Adderleya, która wywołuje gęsią skórkę. Tak, Gregory Porter to prawdziwa okazja.”

  • Album „Take Me to the AlleyGregory Portera powstawał w Capitol Studio B (Hollywood), Sear Sound (Nowy Jork) i w Unit 2 Studio (Hollywood), został wydany w maju 2016 roku przez Blue Note Records.



Nagrania z „Take Me to the Alley” przyniosły Porterowi nagrodę Grammy 2017 za najlepszy album wokalny jazzu. Album został nagrany w Hollywood i Nowym Jorku między wrześniem a październikiem 2015 r. Jest coś charakterystycznego w recenzjach napisanych przez wyspecjalizowanych krytyków jazzowych, pełne odniesień do rytmicznych fraz wokalisty i smakowitych połączeń basowych i wokalnych. Charakter sukcesu Portera wydaje się intrygujący… Wyjaśnieniem atrakcyjności Portera jest to, że jest coś niezaprzeczalnego w jego talencie; jest skazany na sukces, bo jego głos, jest taki, by pokonać każdy możliwy do wyobrażenia zarzut.
Recenzenci wysoko oceniali tę płytę:
Recenzja AllMusic autorstwa Thoma Jurka mówiła: „…Porter trzyma się tego, co robi najlepiej: pisania i śpiewania wspaniałych piosenek swoim słodkim, niespiesznym, ale zdyscyplinowanym barytonem. Kamau Kenyatta pozostaje jego producentem, a jego długoletni zespół powraca […] z wybranymi gośćmi, w tym trębacz Keyon Harrold, wokalistka Alicia Olatuja i organista Ondrej Pivec. Nic dziwnego, że utwór prowadzący jest jego własną wersją „Holding On”, z podwójnie wyczuwalnym, szczotkowanym hi-hatem, linią basu w stylu Motown i krystalicznym fortepianem. Omija krawędzie pop-soulu, ale pozostaje w obozie jazzowym. Teksty Portera są bezpośrednie, konfesyjne i poetyckie. Duchową klarowność przekazu gospel w tytułowym utworze podkreśla harmonijny wokal Olatuji i melodyjne łamanie trąbki Harrolda. „Consequence of Love” jest tutaj jednym z najwspanialszych momentów, delikatna ballada w średnim tempie oferowana z bezsensownym przekonaniem, które ujawnia, że miłość może być poza miarą racjonalności, ale zaangażowanie w nią pozostaje konieczne dla objawienia jej prawdy. Porter posługuje się gospel-soul-blues’em (a la Ray Charles) w „Don’t Lose Your Steam”, jednej z dwóch piosenek inspirowanych jego synem. Dęte instrumenty otaczają rytm B-3 [organy Hammonda] i rytm sekcji, podczas gdy solo Sato staje się responsorycznym głosem. „Fan the Flames” to swingujący polityczny post-bopowy finger-popper z mocnymi dętymi. To hymnowe wezwanie do broni ze świetnymi solówkami Pennicotta i Keyona Harrolda. Pomysłowej, ostrej narracji we „French African Queen” zespół towarzyszy w gorączkowej, modalnej formie, akcentowanej przez płynne rytmy, które dotykają rytmów latynoskich i afrykańskich (sprawdź też rogi inspirowane Felą Kuti). Druga wersja „Holding On” z miejskim soulmanem Kemem wydaje się niepotrzebna w porównaniu z pierwszą. I odwrotnie, im bliżej, drugie czytanie ballady „Insanity” z Lalah Hathaway w duecie powinno zastąpić pierwszą, bo jest lepsza. Płynne skrzyżowanie pop-jazzu i dorosłej, współczesnej duszy, jest atrakcją zestawu. Jeśli ktoś ma pretensje do „Take Me to the Alley”, to znaczy, że wydaje się trochę za długi. Edytowanie dwóch lub trzech utworów wzmocniłoby jego oddziaływanie. To, że Porter nie wkracza tutaj na nowe grunty, to nic wielkiego; nie musi. Jego głos, będący już standardem doskonałości, według którego inni są oceniani, jest dopasowany do pozbawionego prawdy stylu pisania piosenek, który jest wyjątkowy i nie ma sobie równych.”
Dla The Guardian, Alexis Petridis powiedział między innymi: „… przy całej swojej łatwości dla ucha – a są chwile, kiedy słuchanie ‘Take Me to the Alley’ przypomina bycie napadniętym przez syropowy pudding biszkoptowy – w muzyce Portera jest coś dziwnie bezkompromisowego. Nie zawraca sobie głowy błyszczącą produkcją: ‘Take Me to the Alley’ brzmi fantastycznie…”
Dan Bilawsky z AllAboutJazz tak się wyrażał o płycie Portera: „Niewypowiedziane wdzięki Gregory’ego Portera nie mogą powstrzymać się od przyciągania i zdobywania uszu. Jest uosobieniem uduchowionego wyrafinowania — po części czuły poeta, po części przekonujący kaznodzieja, w pełni człowiek ludu — i ma głos, od którego anioły mogą płakać. Chociaż często opłakujemy wybory dokonywane przez zmienny palec wskazujący sławy, tym razem wskazał on właściwy kierunek…”

  • Piątym albumem „Nat King Cole & MeGregory Porter” oddaje hołd Nat King Cole’owi, który od zawsze inspirował artystę. Jak Porter określa- utwory zawarte w albumie wypełniały ważną część jego dzieciństwa i miały wpływ na jego karierę, a dokładnie tak opowiadał: „słowa były lekcjami życia, słowami mądrości i ojcowskimi radami, których potrzebowałem„.. Płyta została wydana 27 października 2017 przez wytwórnię Blue Note Records / Decca Records France

Utwory na płycie zostały zaaranżowane przez Vince’a Mendozę na 70-osobową London Studio Orchestra i nagrane w AIR Studios w Londynie w Anglii. Gregory Porter po raz pierwszy nagrywał z pełną orkiestrą. Wybór piosenek i aranżacja zajęły od czterech do sześciu miesięcy: „Wybór piosenek był najtrudniejszy, ponieważ Nat King Cole ma tak ogromną dyskografię, że naprawdę musieliśmy ją zawęzić i wybrać. Kolejnym wyzwaniem było opanowanie moich emocji, dosłownie to było tylko spełnienie marzeń, było tak dobrze”. Wśród piosenek wybranych na album znalazły się „I Wonder Who My Daddy Is”, utwór nagrany przez brata Cole’a, Freddy’ego , oraz „When Love Was King”, utwór, który wcześniej pojawił się na albumie Portera z 2013 roku, „Liquid Spirit”. Porter. mówił, że był pod silnym wpływem Nat King Cole: „Dosłownie słyszałem jego głos w mojej głowie”. Porter dowiedział się o muzyce Nata Kinga Cole’a [4], gdy dorastał w Bakersfield w Kalifornii w latach 70., gdzie jego matka była pastorem w kościele baptystów, i w domu, w którym jego ojciec był nieobecny. Kiedy miał pięć lub sześć lat, Porter napisał piosenkę, którą wykonał dla swojej matki. Powiedziała mu: „Chłopcze, brzmisz jak Nat King Cole”. Jej odpowiedź skłoniła go do przeszukania kolekcji płyt matki, gdzie znalazł kilka nagrań Cole’a i zaczął ich słuchać. Powiedział, że muzyka Cole’a wypełnila dużą część jego dzieciństwa: „Słuchałem Nata jako dziecko, bez mojego ojca, te piosenki, które mnie uderzyły”. Porter mówił również o ważnej roli, jaką Cole odegrał w społeczności afroamerykańskiej i swojej własnej rodzinie: „Moja matka i babcia były z niego bardzo dumne. Był pierwszym czarnoskórym człowiekiem, który miał program telewizyjny. Jego wizerunek był piękny, jego styl był piękny. To był inny wizerunek czarnego mężczyzny”.
Po wydaniu, „Nat King Cole & Me” wszedł na trzecie miejsce na UK Albums Chart. Krytycy pisali:
Matt Collar,recenzent AllMusic pisał: „… [na płycie „Nat King Cole & Me” Gregory Porter”] wokalista Gregory Porter przyjmuje celowo tradycyjne podejście, oddając hołd jednemu z jego największych inspiracji, legendarnej ikonie wokalu Nat King Cole’owi. Aby pomóc w stworzeniu swojego hołdu, Porter nagrał album ze zdobywcą nagrody Grammy aranżerem Vincem Mendozą i znamienitą London Studio Orchestra, a także kilka utworów z udziałem muzyków sesyjnych studia z Los Angeles. Na pokładzie są także długoletni koledzy z zespołu Portera, pianista Christian Sands, basista Reuben Rogers.i perkusista Ulysses Owens. Chociaż Porter jest znany przede wszystkim ze swojego współczesnego, przekraczającego gatunki stylu jazzu i R&B, Porter ładnie pochyla się w kierunku wyraźnie oldschoolowego brzmienia. Mendoza otacza ciepły, jędrny głos piosenkarki migoczącymi orkiestrowymi aranżacjami, które pasowałyby do złotego wieku lat 50. i wczesnych lat 60. tradycyjnego popu. Choć nigdy nie naśladuje charakterystycznego stylu Cole’a, Porterowi udaje się przekroczyć granicę między wyeksponowaniem wytwornego brzmienia wokalnego artysty, a pokazaniem własnych talentów wirtuozowskich. Utwory, takie jak „Nature Boy”, „Mona Lisa” i „The Christmas Song”, bywalcy śpiewników Cole’a, są bogato zaaranżowanymi wykonaniami, które otaczają słuchacza. Wciągające są również optymistyczni swingersi, jak „Ballerina” i „Love”, w których gościnnie występuje solowy trębacz Terence Blanchard. Wiele kawałków ma także jakość kinową, jak w „Miss Otis Regrets”, w którym dramatyczny, klasyczny początek Mendozy szybko przechodzi w intymną, przy świecach lekturę melancholijnego klasyka. Porter stosuje nawet swoje inspirowane stylem vintage podejście do przeróbki swojego oryginalnego „When Love Was King”. Romantyczny, wyrafinowany i bogaty w umiejętności wokalne, Nat „King” Cole & Me zasługuje na ogromną twórczą reputację zarówno Cole’a, jak i Portera.”
Chris Pearson z The Times chwalił „Nat King Cole & Me”: „Przejście z małych grup do orkiestr smyczkowych zajęło ‘Nat King Cole & Me’ połowę swojej kariery. Gregory Porter poradził sobie w zaledwie pięciu albumach… Niektóre aranżacje Vince’a Mendozy są tak bliskie oryginałom, że szokiem jest, gdy wchodzi inny głos.”
Gareth Hipwell z Rolling Stone Australia deklarował, że „Porter destyluje szerokoekranowy romans filmowy lat czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, otulając swój słynny, miodowy baryton w błyszczących prądach wstępnych strun, rogów i instrumentów dętych drewnianych ”.
Keith Bruce z The Glasgow Herald napisał, że „[Porter] znakomicie śpiewa kanon Cole’a, [ale] aranżacje i produkcja Vince’a Mendozy – oraz gra londyńskiego zespołu studyjnego – są tym, co naprawdę podnosi tę 12-utworową kolekcję” . Bruce uważał również, że wykonanie The Christmas Song w wykonaniu Portera „z pewnością powinno być na szczycie listy przebojów Yuletide”.
Czego by się nie tknąć z dyskografii Gregory Portera to jest co najmniej bardzo dobre- artystycznie i pod względem technicznym. Porter ma szczęście do współpracowników, a my szczęścia doznajemy gdy słuchamy…

 

  • Album „You’re My Thrill”, nagrany w Bill Schnee Studios przez Shirley Horn, został wydany po raz pierwszy w 2001 roku przez Verve Records.

Shirley Horn ma bardzo osobiste, spokojne podejście do rytmu w czytaniu tekstów, dzięki temu jest jedną z najłatwiej obecnie rozpoznawalnych współczesnych interpretatorek klasycznych popularnych piosenek. Intymny i ciepły głos Horn jest idealnym narzędziem do wyrażania uczuć zawartych w tak rzadko wykonywanych standardach, jak „You’re My Thrill”, „Solitary Moon”, „Sharing the Night With the Blues”, mało znanych „Irving Berlin” I Get Lost In His Arms”, żałobnych „My Heart Stood Still” i „The Very Thought of You” oraz pierwszy przebój Peggy Lee „Why Don’t You Do Right?”. Nigdy nie osiągnęła siły i dramatyzmu tak wspaniałych wokalistek jazzowych, jak Billie Holiday i Lee Wiley, Horn jednak odciska swoje piętno w historii muzyki. Na płycie „You’re My Thrill”, na przemian towarzyszy wokalistce własne trio prowadzone przez fortepian i dyskretna orkiestra pod dyrekcją aranżera Johnny’ego Mandela.
Don Mather z portalu Music Web napisał: „Shirley Horn jest jednym z ‘gigantów’ wokalu jazzowego, co łączy z byciem znakomitą pianistką, tak dobrą, że Miles Davies należał do jej wielu wielbicieli. Nie zniekształca ani nie zmienia melodii, jak to robią niektórzy śpiewacy jazzowi, ale wprowadza subtelne zmiany harmoniczne, które dopełniają oryginał. Jej skala i dykcja nie mają sobie równych, a jej zdolność do grania bardzo wolnych melodii, bez potrzeby wypełniania luk, jest wyjątkowa. Album został wzbogacony o dobre wyniki producenta, Johnny’ego Mandela, aranżera i kompozytora najwyższej jakości. Pisanie aranżacji uzupełniających pracę Shirley Horn jest trudnym zadaniem, w większości jej normalne trio jest kompletne i nic więcej nie jest wymagane. Johnny Mandel odniósł całkowity sukces dzięki zestawowi podkładów tak subtelnych, że naprawdę udało im się zwiększyć przyjemność słuchania. Na jednym z utworów kompozycja Mandela ‘Solitary Moon’, w której wykorzystano trąbkę Carla Saundersa zainspirowaną „Milesem”, wprowadza kolejny nowy wymiar. Utwory z regularnym trio Shirley z Charlesem Alderem i Stevem Williamsem dają prawdziwy obraz tego, jak to jest być na jednym z jej występów ‘na żywo’. Trio występuje w pięciu utworach; bluesowa gitara Russella Malone jest dodana do trzech z nich, a pozostałe sześć mają zalety ustawień Mandela. Wszystko w tym albumie ma poczucie prawdziwej jakości i klasy; Niczego innego bym się nie spodziewał po artyście takiej rangi. Moje ulubione utwory to „The Best is Yet to Come”, „My Heart Stood Still” i „Why Don’t You Do Right”, ale nie ma utworu, którego nie chciałbym ponownie usłyszeć.”

 

  • Album „So Much 2 Say” w wykonaniu Take 6, został wydany w 1990 roku przez Reprise Records.

„So Much 2 Say”, to album z muzyką gospel, który zdobył nagrodę „Best Contemporary Soul Gospel Album” na 33. dorocznym rozdaniu nagród Grammy w 1990 roku.
Redaktor Will Layman z portalu Pop Matters obszernie opisał dokonania grupy Take 6: „…Trzydzieści lat wcześniej, kiedy ukazał się debiutancki Take 6, byłeś w małym audytorium w Smithsonian w Waszyngtonie, czekając, aby usłyszeć zespół a cappella , który miał być jak żaden inny – a nie jakaś bop-do-wop banda studentów śpiewających „Blue Moon”, ale grupa, która wnosiła do formatu oryginalność na poziomie Raya Charlesa. Miejsce było tylko częściowo wypełnione, gdy kurtyna podniosła się, ukazując sześciu szczupłych facetów odwróconych plecami do publiczności. „Ba-doom boom-boom” został powtórzony z giętkim swingiem, któremu towarzyszyły pstrykanie palcami, gdy zaczęła się pierwsza piosenka. „Get away Jordan” zaśpiewano chłodno z subtelnie zharmonizowanymi „ooooh”, po których nastąpił refren w ścisłej harmonii gospel z chodzącym basem. Śpiewacy jednak wciąż byli do ciebie zwróceni plecami, nawet gdy wirowali migoczącymi „bopami!” i śliskimi równoległymi harmoniami wspinającymi się w kierunku ich falsetów. Po ponad dwóch minutach występu wciąż patrzysz na ich plecy, kołysząc się, ramiona nieco rozłożone na boki i myślisz…? Potem muzyka zaczyna nabierać coraz większej złożoności, linie wirują, a napięcie rośnie w harmonii, gdy sześć głosów wznosi się do eksplozji: „Get Back Jorrrrr-Dan!” jest śpiewana jak sekcja trąbki jazzowej wyższej oktawy. W tym momencie cała szóstka chłopaków odwraca się, by stanąć twarzą w twarz z publicznością, a cała sala wydycha powietrze. Przez te 30 lat Take 6 udowodniłoby, że są, jak kiedyś nazwał ich Quincy Jones, „najgorszymi wokalnymi kotami na świecie”. Rzeczywiście, ich liczba nagród jest imponująca: osiem nagród Grammy (w 24 nominacjach w kategoriach jazz, soul/gospel, gospel, R&B i pop) i dziesięć nagród Dove (w kategorii gospel Grammy). A ponieważ są prawdopodobnie najbardziej znanymi wokalistami w tle – zasadniczo „Wieżą Mocy Hornów śpiewu” – współpracowali z najlepszymi: Rayem Charlies’em, Stevie Wonder’em, Donem Henley’em, Whitney Houston, Queen Latifah, Alem Jarreau, Nnenną Frelon, kd lang’iem, Manhattan Transfer, Brianem McKnight, Cece Winans, Marcusem Millerem i oczywiście Quincy Jones’em. Przede wszystkim grupa nie ma naśladowców. Istnieje przyzwoity argument, że mieli wpływ na niektóre „boys bandy” zajmujące się harmonią wokalną lat 90. (głównie Boyz II Men, z którymi nagrali utwór do-wop „A Thousand Miles Away”) i stosunkowo niedawne. grupa a cappella Straight, No Chaser jest blisko, ale być może tylko dlatego, że Mark Kibble z Take 6 wyprodukował ich pracę. Najstarszą działającą grupą harmonii wokalnej w jazzie jest Manhattan Transfer, czterogłosowa grupa, która opanowuje podchwytliwe harmonie. Ale Take 6 jest nie tylko z pewnością o 50 procent bardziej złożony w swoich aranżacjach, ale mieszanka ich głosów jest znacznie lepsza; brzmią jak jeden genialny instrument, podczas gdy Transfer brzmi jak fajna mieszanka czterech głosów, które ocierają się o siebie. W rzeczywistości naprawdę złożone harmonie, które są powszechne w każdym wykonaniu Take 6, są albo poza możliwościami większości grup wokalnych, albo nie odpowiadają ich gustowi. Take 6 jest zbudowany z czterech tenorów, z których każdy jest w stanie zadziwić śpiewem falsetowym w zakresie sopranowym, barytonowym i basowym. W rezultacie grupa buduje harmonie, które zawierają „dziwne nuty”, które są powszechne w jazzie (płaskie 9, ostre 11) i odpowiednio nagłośnione, nadają harmoniom jazzowym ich dumny charakter. Take 6 ustawia te harmonie wokalne w genialnym, dźwięcznym brzmieniu. Na przykład, jeśli słuchasz melodii „I’ve Got Life” z trzeciego albumu zespołu Join the Band (1994), słyszysz stosunkowo konwencjonalną melodię gospel nad chodzącą partią basu, ale śpiewane akordy i akompaniament do główny wokal przebija się tymi świetlistymi akordami. Aby usłyszeć je bez skazy, przekop ostatnie 30 sekund aranżacji Marka Kibble’a, kluczowego architekta muzycznego zespołu, gdzie pokazuje je samemu — wewnętrzne nuty akordów prześlizgują się od dysonansu do słodyczy, czyniąc je o wiele bardziej pikantny. Żadna inna grupa śpiewająca nie może tego zrobić.”
O płycie „So Much 2 Say” udanie pisał, choć niezbyt obszernie. Scott Yanow z AllMusic: „Drugie nagranie Take 6 jest prawie takie samo jak pierwsze. Sześciu śpiewaków (Mark Kibble, Claude V. McKnight III, Cedric Dent, David Thomas, Mervyn E. Warren i Alvin Chea) wykonuje niemal cudowne harmonie na różnych oryginalnych materiałach, z których wszystkie zawierają teksty zorientowane na gospel. Pierwsze dwie płyty Take 6 są ich najsilniejszymi, zanim innowacyjna grupa zaczęła rozwadniać zarówno swoje przesłanie, jak i harmonijne brzmienie inspirowane jazzem, dodając okazjonalne instrumenty.”

 


[1] Według:

[2] Mowa o płycie „John Coltrane and Johnny Hartman” opisanej w artykule: „Rekomendowane jazzowe wydawnictwa płytowe (rozdział pierwszy)

[3] Według:

[3] Według:


Powrót do części pierwszej >>

Kolejne rozdziały: