Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział czterdziesty, część 4)

Chociaż to brytyjska inwazja była najważniejszym zjawiskiem lat sześćdziesiątych dla muzyki rockowej, to nie była jedynym [1]. W tym okresie powstały także inne nurty, a wśród nich: pop rock – połączenie rocka z wyodrębniającą się muzyką popową, o wiele łatwiejszy w odbiorze niż „czysty” rock, powstał w opozycji do nowych nurtów końca lat sześćdziesiątych; surf rock – nurt z początku lat sześćdziesiątych, korzystający z licznych efektów pogłosu nałożonych na gitary elektryczne; blues rock – wykonawcy do muzyki rockowej dodawali sporo elementów z bluesa, przede wszystkim brzmienie oparte na gitarach elektrycznych oraz harmonię; folk rock – nurt stanowił połączenie muzyki folkowej z instrumentami i melodyką rocka; jazz rock – połączenie jazzu i rocka, które było nazywane też fusion.

 

The Fugs First Album” jest debiutanckim albumem grupy The Fugs [2], po raz pierwszy wydany w 1965 roku przez Folkways / ESP-Disk. Portal AllMusic opisał grupę jako „chyba pierwsza podziemna rockowa grupa wszechczasów”. Album został pierwotnie wydany w 1965 roku jako „The Village Fugs Sing Ballads of Contemporary Protest, Point of Views and General Dissatisfaction” w Folkways Records, zanim zespół podpisał kontrakt z ESP-Disk, który wydał album pod własną wytwórnią pod nowym tytułem w 1966. Album został ponownie wydany w 1993 roku na CD z dodatkowymi 11 utworami.


Kiedy poeta i wydawca Ed Sanders założył księgarnię obok mieszkania beat poety i wydawcy Tulia Kupferberga w 1963 roku, obaj postanowili założyć zespół, The Fugs, pisząc razem 50-60 piosenek, zanim poprosili Kena Weavera o dołączenie. Trio zaprosiło Steve’a Webera i Petera Stampfela z zespołu Holy Modal Rounders na występ z nimi na uroczystym otwarciu księgarni Sandersa w lutym 1965 roku. Sanders opisuje wydarzenie jako licznie zgromadzone, z Williamem S. Burroughsem, Georgem Plimptonem i Jamesem Michenerem wśród obecnych. Harry Everett Smith, producent słynnej Anthology of American Folk Music, przekonał Folkways Records do wydania pierwszego albumu The Fugs. Wiele dodatkowych występów zostało uchwyconych w sesjach do albumu wydanego przez ESP-Disk. Jedenaście z nich po raz pierwszy pojawiło się na albumie ESP z 1967 roku zatytułowanym „Virgin Fugs” (ESP-1038), a dodatkowe 7 występów (pięć prowadzonych przez Holy Modal Rounders) pojawiło się po raz pierwszy na kompilacji z połowy lat 70. „Fugs 4, Rounders Score”. (ESP-2018). The Fugs twierdzą, że oba te albumy były nieautoryzowanymi bootlegami. Trzy dodatkowe występy i trochę studyjnej paplaniny pojawiają się na 4-płytowym boxie Fugsa „Don’t Stop! Don’t Stop!” Obecnie dostępna płyta CD zawiera późniejszą wersję stereo ESP albumu. Zawiera również, wśród 11 bonusowych utworów, 6 fragmentów sesji, w tym 5 z powyższych dwóch bootlegów ESP. Pozostałe 11 utworów, alternatywne wykonanie „Swineburne Stomp” z albumu „Broadside” i inne wariacje tej edycji, pozostają niepublikowane w erze CD.
Recenzja AllMusic autorstwa Neda Raggetta mówiła: „Pędzący, niedorzeczny i szorstki debiut The Fugs zmiksował wszystko, od poezji folkowej i beatowej po rock i rhythm & blues – a wszystko to z niedbałą pogardą dla brzmienia idealnego, choć nie pozbawionego sprecyzowanych celów. Właściwie skompilowany z dwóch oddzielnych sesji oryginalnie wykonanych dla Folkways Records i w rezultacie z nieco innymi składami, jest to krótkie, ale całkowicie godne wydawnictwo, które wcisnęło dowolną liczbę przycisków z 1964 roku naraz (i wciąż mogło odhaczyć wielu ludzi). Sanders wyprodukował sesje we współpracy z legendarnym Harrym Smithem, któremu udało się przemycić kolektyw na konta Folkways, opisując go jako ‘zespół dzbankowy’ i nie jest to dalekie określenie. Wiele piosenek brzmi jak dość spokojny folk-boom fare, przynajmniej przy swobodnym słuchaniu, choć często z dziwnymi dodatkowymi akcentami, takimi jak dziwnie przytłumione bębny lub nie wiadomo skąd gwizdki i dzwonki. W międzyczasie inne są po prostu dostępne – stąd szczegóły idealnej „Supergirl”. Potem jest „Boobs a Lot”, lament po kwasi’ ‘Nie mogłem się naćpać’ i ciasto w twarz według akceptowalnych standardów w tamtych czasach, ‘Bogini slumsów’. Przez cały czas Fugs brzmią, jakby świetnie się bawili; uczucie jest luźne, nierówne, ale słuszne i chociaż sprawy mogą być niechlujne na brzegach, często jest to całkowicie zamierzone. Z pewnością niewiele więcej mogłoby wyjaśnić przypadkowe zagłuszanie i rytmiczne intonowane okrzyki na ‘Swinburne Stomp’. Pomimo tego, że oryginalny album jest dobry, wersja CD jest tym, czego każdy poważny fan musi znaleźć, dzięki 11 bonusowym utworom. Niektóre pochodzą z oryginalnych sesji, w tym charakterystyczny utwór „We’re the Fugs” i „The Ten Commandments”, podczas gdy inne pojawiają się z różnych występów na żywo. Potem jest samo-wyjaśniające ‘W środku swojej pierwszej sesji nagraniowej Fugi podpisują najgorszy kontrakt od czasu Leadbelly’ego’”.
Pierwszy album The Fugs okazał się wpływowy dla wielu późniejszych zespołów. Ten album ukazuje postawę i styl wykonawczy, który przepowiada scenę punkową, która miała się wydarzyć nieco ponad dziesięć lat później…

 

Album „The Fugs[3] z 1966 roku, wydany przez Dysk ESP, został ponownie wydany na CD w 1993 roku jako „The Fugs Second Album” pod wytwórnią Fantasy z pięcioma dodatkowymi utworami: dwoma występami na żywo i trzema utworami nagranymi dla Atlantic w 1967 roku na album, który nigdy nie został wydany. W swojej recenzji reedycji AllMusic stwierdza, że są oni „lirycznie znacznie wyprzedzający swój czas” i porównuje ich do punkowego zespołu Dead Kennedys., zarówno lirycznie, jak i we wspólnej „słabości w stosunku do surowego humoru”. W 2003 roku David Bowie umieścił go na liście 25 swoich ulubionych albumów „Confessions of a Vinyl Junkie”.


Kontrakt z ESP-Disk dawał zespołowi Fugs okazję do pracy w pracowni Richarda Aldersona, który pozwolił im eksperymentować. Album był produkowany przez cztery tygodnie do stycznia i lutego 1966, w tym samym czasie, kiedy zespół występował co tydzień w Astor Place Playhouse i występował w telewizji z Davidem Susskindem i Les Crane. Kontrowersyjne teksty i wybryki sceniczne rzekomo przyciągnęły uwagę inspektorów straży pożarnej i budowlanej FBI Nowego Jorku i ostatecznie zabroniono im wstępu do Astor Place Playhouse. Według Sandersa, w końcowym raporcie FBI z dochodzenia dotyczącego zespołu stwierdzono, że „The Fugs to grupa muzyków, którzy występują w Nowym Jorku. Uważa się ich za beatników i wolnych myślicieli, tj. uzywających wolną miłość, swobodne używanie narkotyków itp. …. zaleca się zamknięcie tej sprawy, ponieważ nagranie nie jest uważane za nieprzyzwoite.”.
Recenzent AllMusic- Matt Fink, napisał: „…brzmią bardziej profesjonalnie niż na swoim debiucie i nadal brzmią bardzo wyprzedzając swoje czasy w tekstach, wyrażając uczucia w sposób, którego po prostu nie robiono wcześniej. Tekstowo, wiele utworów na tym albumie nie byłoby nie na miejscu na żadnej płycie Dead Kennedys, ale podobnie jak Dead Kennedys, słabość The Fugs do prymitywnego humoru utrudnia całą sprawę. Czasami dowcipy działają („Dirty Old Man”), czasami nie („Mutant Stomp”), ale zawsze są zabawne. Czasami nosowy skowyt Eda Sandersa i banalne hipisowskie pozy mogą stać się męczące („Frenzy”, „Group Grope”), ale kilka prawdziwych klejnotów udaje się przebić. „Morning Morning” i „I Want to Know”, które pasowałyby do The Velvet Underground & Nico, to prawdziwe hity. Podobnie jak Reed, rewolucyjna metka jest umieszczona na Fugsach dla czystej szczerości, której używali do radzenia sobie z tabu. Ale podczas gdy Reed zajmował się ciemnymi stronami promiskuityzmu i zażywania narkotyków, Fugs świętują to, i to najczęściej w bardzo ekshibicjonistyczny sposób. Zgryźliwy komentarz społeczny, jak na „Doin’ All Right”, jest wyraźnie wykonany i choć słucha się go, nie jest wybitny pod względem muzycznym. Utwory bonusowe, takie jak „Carpe Diem”, są miłymi dodatkami, a „Wide Wide River”, który ma charakter fałszywego gospel, jest odpowiedni do kazania, jakie Fugs wygłaszają w piosence, tak jak na całym albumie. Ogólnie rzecz biorąc, The Fugs to ciekawy przypis historyczny.”

 

16 Greatest Hits[4], kompilacja grupy Steppenwolf wydana w 1973 roku, zawiera niektóre z ich najbardziej znanych piosenek, w tym słynny „Born to Be Wild”, ale też „The Pusher”, „Magic Carpet Ride” i „Hey Lawdy Mama”. Album składał się z 11 utworów z poprzedniego albumu „Gold: Ich Great Hits”, w takiej samej kolejności, jak na dwóch stronach tego wcześniejszego LP, z dodatkiem dwóch ostatnich utworów na stronie 1 i trzech ostatnich utworów na stronie 2. Ten album został pierwotnie wydany przez wytwórnię Dunhill, a później jako ABC / Dunhill, na płycie LP, 8-ścieżkowej wkładce i kasecie. Po wchłonięciu przez MCA wytwórni ABC, album został wznowiony już przez MCA. Album został udostępniony we wszystkich formatach przez kilka klubów fonograficznych w USA, z których każdy nosi uwagi dotyczące ich pochodzenia klubowego. Album został wydany również (pod różnymi tytułami) w Kanadzie, Anglii, Niemczech, Grecji i krajach Beneluksu, a na CD ukazał się szybko, bo w 1985 roku (trzy lata od momentu wydrukowania pierwszych egzemplarzy tego formatu).


Przez pewien czas wydawało się, że Steppenwolf będzie nazwą wymienianą z tak często jak The Beatles i The Rolling Stones. Pięć  dekad później wszystko, po Steppenwolf pozostał w pamięci właściwie jeden znakomity przebój „Born to Be Wild” i to dzięki użyciu w licznych reklamach. Próba wyjaśnienia na podstawie kompilacji, czy Steppenwolf był istotnym zespołem dla historii rocka, czy nie, wydaje się dość skomplikowana. Prawdą jest to, że grupa, która sprzedała ponad dwadzieścia pięć milionów płyt i mająca katalog, który zawiera trzynaście studyjnych płyt LP, nie może być zaliczana słabeuszy. Ta „soczysta” kompilacja sugeruje, że mamy do czynienia z klasyką, choć barwioną siłą  „Born to Be Wild”, utworem który został spopularyzowany zapisem w ścieżce dźwiękowej „Easy Rider” (Dennis Hopper, 1969). Inne utwory są zupełnie dobre, ale nie krzyczą- „posłuchaj mnie jeszcze raz!”. „Born to Be Wild” jest oczywiście utworem nr 1 na płycie, ale następują po nim dwa utwory, które są naprawdę dobre artystycznie: „It’s Never Too Late” i „Rock Me”. „Hej Lawdy Mama”- niezbyt ciekawy utwór, „Move Over” przekomponowuje riff „Sunshine of Your Love”, ale mimo wszystko należy do lepszych kompozycji. „Snowblind Friend” i „Tenderness” to łagodne kawałki, a „Screaming Night Hog”- porządny blues-rockowy utwór – jednak niezbyt istotny. „For Ladies Only” i „Monster” też uczciwe… Jednak żaden z wymienionych nie dorównuje temu jedynemu- „Born to Be Wild”. Prawdą jest też to, że szorstkie i surowe brzmienie zespołu mogło mieć duży wpływ na nadchodzący heavy metal, a to już powinno wystarczyć, aby zapisać twórczość Steppenwolf w pamięci.

 

Kick Out the Jams[5], debiutancki album amerykańskiego proto-punkowego zespołu MC5, został wydany w lutym 1969 przez Elektra Records. Został nagrany na żywo w Grande Ballroom w Detroit przez dwie noce, Devil’s Night i Halloween, w 1968 roku. Chociaż po wydaniu album otrzymał nieprzychylną recenzję w magazynie Rolling Stone, został uznany za najlepszy ważny prekursor muzyki punk rockowej i zajęła 294 miejsce w rankingu „500 największych albumów wszechczasów” magazynu Rolling Stone w 2003 i 2012 roku, oraz na 349 miejscu w poprawionej liście w 2020 r

Album osiągnął 30. miejsce na liście albumów Billboard, „w wyniku gwałtownego rozgłosu”, napisał Robert Christgau w Christgau’s Record Guide: Rock Albums of the Seventies (1981). „Ramblin’ Rose” i „Motor City Is Burning” przedstawiały typową lewicową i rewolucyjną retorykę zespołu, ale początek utworu tytułowego wywołał kontrowersje. Wokalista Rob Tyner krzyknął: „And right now… right now… right now it’s time to… kick out the jams, motherfuckers!” przed otwierającymi riffami. Dyrektorzy Elektra Records byli urażeni tą linią i woleli usunąć ją z albumu (zastępując obraźliwe słowa „skurwysyny” słowem „bracia i siostry”), podczas gdy zespół i menedżer John Sinclair stanowczo się temu sprzeciwiali. Oryginalna wersja miała „kick out the jams, motherfuckers!” wydrukowany na wewnętrznej okładce albumu, ale wkrótce został wycofany ze sklepów. W efekcie wydano dwie wersje, obie z cenzurowanymi okładkami albumów, z nieocenzurowaną wersją audio sprzedawaną za licznikami płyt. Co gorsza, domy towarowe Hudsona odmówiły sprzedawania albumu. Napięcia między zespołem a siecią Hudson eskalowały do tego stopnia, że domy towarowe odmówiły wydania jakiegokolwiek albumu wytwórni Elektra po tym, jak MC5 wykupiło całostronicową reklamę, która według Danny’ego Fieldsa „była tylko zdjęciem Roba Tynera, i wszystko, co powiedział, to „Jebać Hudsona”. I miał logo Elektry”. Aby zakończyć konflikt i uniknąć dalszych strat finansowych, Elektra wyrzuciła MC5 ze swojej wytwórni.


Po wydaniu płyty krytyk Lester Bangs, pisząc swoją inauguracyjną recenzję dla Rolling Stone, nazwał „Kick Out the Jams” „śmiesznym, apodyktycznym, pretensjonalnym albumem”. W przeciwieństwie do tego poglądu, współczesna opinia o albumie wysoko go ocenia, odnotowując jego wpływ na późniejszą muzykę rockową.
Mark Deming z AllMusic napisał: „Zamiast próbować uchwycić ich legendarną energię na scenie w studiu, MC5 zdecydowało się nagrać swój pierwszy album podczas koncertu na żywo w swojej bazie, w Grande Ballroom w Detroit i podczas gdy niektórzy ludzie, którzy tam byli, spierali się, że ‘Kick Out the Jams’ jest nie jest to najdokładniejsze przedstawienie brzmienia zespołu, to z pewnością najlepszy z trzech oryginalnych albumów zespołu i z łatwością bije na głowę wiele częściowo autoryzowanych nagrań na żywo MC5, które pojawiły się w ostatnich latach, choćby dla przejrzystości nagrania Bruce’a Botnicka. Począwszy od podżegającego wstępu brata J.C. Crawforda, aż po ostatnią falę opinii na temat ‘Starship’, ‘Kick Out the Jams’ to jeden z najbardziej energetycznych albumów koncertowych, jakie kiedykolwiek powstały; Wayne Kramer i Fred „Sonic” Smith byli zabójczą kombinacją na mocno powiązanych ze sobą gitarach, basista Michael Davis i perkusista Dennis Thompson byli tak silną sekcją rytmiczną, jaką kiedykolwiek wyprodukował Detroit, a wokal Roba Tynera mógł dorównać uduchowionej sile ognia muzyków. Nawet przy stosunkowo stonowanych numerach (takich jak bluesowy trening „Motor City Is Burning”) zespół brzmi, jakby byli zamknięci i gotowali na gazie, podczas gdy w pełni rozwinięci rockerzy (prawie wszyscy z boku) są tak chwalebnie grzmiący, jak wszystko, co kiedykolwiek zostało nagrane na taśmę; to album, który nie chce być cicho odtwarzany. Przez wiele lat Detroit było uważane za światową stolicę rock and rolla o wysokim poziomie energii, a Kick Out the Jams dostarczył wszelkich dowodów, jakich każdy może potrzebować, aby miasto utrzymało tytuł.”
Recenzent PopMatters, Adam Williams, napisał: „Za moje pieniądze 'Kick Out the Jams’ to jedna z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek wytłoczono. To wspaniały portal czasu w przeszłość, ulotny przebłysk zespołu, który rzeczywiście miał jaja, by go przespacerować jak mówili” i że „żadne nagranie na żywo nie uchwyciło pierwotnych elementów rocka bardziej niż inauguracyjny wysiłek MC5”.

 

Slayed?”, trzeci studyjny album angielskiego zespołu glamrockowego Slade, został wydany 1 listopada 1972 roku przez Polydor Records. Z albumu wyodrębniono dwa największe hity zespołu: „Gudbuy T’Jane” i „Mama Weer All Crazee Now” i jak powszechnie się uważa album został uznany ich „… najlepszym albumem”.

Sukces hitu „Get Down and Get With It” z 1971 roku i kolejnych singli „Coz I Luv You”, „Look Wot You Dun” i „Take Me Bak 'Ome”, a później albumu koncertowego z 1972 roku „Slade Alive!” dał zespołowi popularność ułatwiającą osiągnięcie jeszcze większego komercyjnego efektu gdy stworzyli „Slayed?”. Krytycy muzycznie nie tak jak młoda publiczność, różnie oceniała płytę:
Record Mirror [6] opisał album jako „wszystko dość tupiące, natarczywe i wywrzaskiwane”, dodając „dostarczają tutaj towary, całkiem w porządku”. W New Musical Express napisano, że album był „jednym z najlepszych rock’n’rollowych wydawnictw w historii„. Robert Hilburn z Los Angeles Times uważał, że poza kilkoma „skutecznymi momentami” na stronie pierwszej, strona druga najlepiej pokazuje „moc i kierunek” grupy Slade i doszedł do wniosku: „Jeśli w ostatnich miesiącach tęskniłeś za solidnym, sprośnym rockowym brzmieniem, daj się zabić i graj głośno”. Tom Von Malder z The Wheeling Herald (Illinois) podsumował: „Slade to punk, uliczny rock w najlepszym i najgłośniejszym wydaniu”. Amerykański krytyk rockowy, Robert Christgau, uważał, że album zawierał „hymny dla bootboyów, które są tak samo przytłaczające, jak donoszono, a także bardziej zabawne. Noddy Holder może obudzić szaleńca w mojej okolicy, kiedy tylko zechce”. Henry McNulty z Hartford Courant opisał album jako „zaciekły, bezlitosny rodzaj rocka”, a także „całkowity atak na ciało, który pozwala umysłowi swobodnie błądzić w pustce…”. W 2010 roku Classic Rock uznał album za „niezbędny klasyk”. The Guardian zauważył, że single i inne utwory z albumu są „zasłużenie imprezowymi potworami riffowymi”, ale dodał: „Majestat „ Slayed? ” tkwi w melancholijnych balladach.„. Album znalazł się w książce 1001 Albums You Must Hear Before You Die.

 

Zespół Randy’ego, Tima i Robbiego Bachmanów oraz Freda Turnera- Bachman-Turner Overdrive w latach 70-tych jeden z najbardziej znanych kanadyjskich zespołów, wykonujących melodyjnego rocka z mocną, gitarową grą i podobną sekcją rytmiczną, zaznaczył się właściwie tylko trzema przebojami, które zamieszczone zostały w kompilacji- „Roll On Down The Highway – Best Of” (Karussell / Spectrum Music, wydanie z 1994 roku). Na „Best Of” zespołu, niestety nic więcej nie jest szczególnie interesujące poza trzema oryginalnymi songami, które są rzeczywiście najwyższej próby.

Kanadyjska czwórka włożyła w ładne bliskie hard-rockowi opakowanie bardzo ciekawe, zabawne teksty. Rock and roll’owe trzy piosenki znakomicie sprawdzają się na składance samochodowej, ale „Hey You” grano nawet na dyskotekach. „Roll On Down The Highway” to piosenka napisana przez Freda Turnera i Robbiego Bachmana, która po raz pierwszy ukazała się na ich albumie „Not Fragile” z 1974 roku. Główny wokal zapewniał Turner. „Roll on Down the Highway” zadebiutował na 14 miejscu listy US Billboard Hot 100 1 marca 1975 r. Piosenka była drugim z dwóch singli wydanych z płyty Not Fragile i była kontynuacją największego przeboju grupy „You Ain’t Seen Nothing Yet”. Billboard opisał „Roll On Down the Highway” jako „jazdę rockerem łączącym prostotę dźwięku z umiejętnościami wokalnymi i instrumentalnymi”. Chyba nie było w połowie lat 70. nikogo spośród fanów rocka, kto nie znałby, mało- nie polubiłby, ogromnego hitu numer z jąkającym się wokalistą w refrenie singla „You Ain’t Seen Nothing Yet”. Do dziś się go słucha, czekając na refren…

 

Hair of the Dog[7], szósty studyjny album szkockiego hard rockowego zespołu Nazareth, wydany został w 1975 roku przez wytwórnie Mooncrest (Wielka Brytania) i A&M (USA). Album został nagrany w Escape Studios w hrabstwie Kent, z dodatkowymi nagraniami i miksami w AIR Studios w Londynie i jest najbardziej znanym i najlepiej sprzedającym się (ponad dwa miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie) LP grupy Nazareth.

Album był pierwszym dużym hitem grupy Nazareth (pomijając niewielki sukces „Razamanaz”), zawierający klasyki, takie jak utwór tytułowy, wersja „ Love Hurts ” The Everly Brothers (w wersji amerykańskiej), „Beggars Day” i „Please Don’t Judas Me”. Według frontmana Nazaretu, Dana McCafferty’ego, utwór „Hair of the Dog”, w którym nieuczciwa młoda kobieta w końcu spotyka się ze swoim partnerem, zapewnił tytuł oryginalnego albumu z rozpoznawalnym refrenem „teraz zadzierasz z… sukinsynem! („spadkobierca psa”)”. Wytwórnia Mooncrest nie miała zamiaru pozwolić im nazwać albumu „Son of a Bitch”. W związku z tym „Hair of the Dog” został wybrany jako kompromis, kładąc ostatnie szlify na definiującym karierę wydawnictwie. Tytuł albumu jest często uważany za skróconą formę wyrażenia opisującego ludowego lekarstwa na kaca „sierść psa, który Cię ugryzł”. Album został po raz pierwszy wznowiony na CD w 1990 roku. Istnieją również wydania zremasterowane wydawane od 1997 roku z różnymi zestawami utworów bonusowych. Imię stworzenia na okładce albumu jest nieznane.
Wraz z wydaniem „Hair of the Dog” Nazareth osiągnął szczyt swojej długiej kariery. Wyprodukowany przez gitarzystę grupy, Manny’ego Charltona, od wstępu używa solidnych hard-rockowych szablonów, co dla całej czwórki nie było kłopotem, bo przecież byli doświadczonymi muzykami, skoro karierę rozpoczynali  w 1961 roku. Czysty rock w tytułowym utworze rozpoczyna dźwięcznym rytmem perkusji Darrell Sweet, któremu po pewnym momencie zaczyna towarzyszyć ostry gitarowy riff Charltona. Surowy, ale melodyjny wokal McCafferty’ego zapewnia coś co rockowi fani lubią najbardziej- wyjątkową szczerą ekspresję. Muzycy utwór wypełniają zaraźliwymi elementami rockowymi z wyraźnie zaznaczonym rytmem. „Miss Misery” puka w samo serce- jest głównie negatywny w tonie lirycznym, ale w żaden sposób nie jest łagodny w przekazie. „Love Hurts” jest wyprodukowany na wzór Phila Spectora z ogromną przestrzenią przewidzianą dla każdego instrumentu. Jest to także pierwsza piosenka na albumie, w której bas Pete’a Agnew’a jest bardziej obecny, a delikatny i emocjonalny wokal McCafferty’ego sprawia, że aranżacja musiała być bogatsza. Jeszcze potężniejszy, oparty na riffach jest czysty rock- „Changin’ Times”. Piosenka operuje na różnych wariacjach głównego riffu na przemian z ognistym, wysokim wokalem a cappella. Wreszcie utwór zbliżony do klasyki rocka- jam, zamyka album. Po sukcesie „Hair of the Dog”, Nazareth nadal odnosił sukcesy komercyjne, choć już nie tak spektakularne jak w roku 1975.

 

 

Paul Kossoff, w tym samym roku, w którym odszedł od grupy Free, nagrał solowy album- „Back Street Crawler”. Kossoff był zdeterminowany do złagodzenia wystarczająco uzależnienia od narkotyków, by móc zrealizować swój plan nagraniowy. Na sesje byłych kolegów z zespołu Free oraz zaproszonych gości. Sesje nagraniowe odbyły się w Island Studios (Notting Hill, Londyn). Płyta została wydana w listopadzie 1973 roku przez Island Records.

„Back Street Crawler” jest głównie instrumentalnym ‘jam session’, który pokazuje gitarowy geniusz Kossoffa nie przytłumiony wpływem narkotyków. „Side One” na oryginalnym wydaniu winylowym jest w całości poświęcone siedemnasto i pół minutowemu „Tuesday Morning”. Utwór nieustannie buduje różne kierunki zaznaczane przez ostre riffy. Są przebłyski żałobnej nuty, lekkie przejścia do jazzu i bluesa. Klawisze Rabbita służalcze dla gitary są idealną parą. Sola gitarowe- zawodzące, często brudne są częste na tej stronie. Pierwszym z czterech utworów na Side Two jest krótki „I’m Ready”, jednym z dwóch utworów na albumie, który zawiera wokale, z Jessem Rodenem, który zaśpiewał główny wokal. Partie solowe nie próbują kraść wiodącej roli śpiewakowi. Piosenka z jazzową duszą, chyba z ‘winy’  stylowych klawiszy Jeana Roussela. Nastepny to instrumentalny „Time Away”, który Kossoff napisał wspólnie z Johnem Martynem. Ten krótki utwór, jak na instrumentalny jam, jest znacznie wolniejszy, bardziej klimatyczny i żałobny niż pozostałe. Drugi z utworów z wokalami wcale nie pochodzi z sesji do tego albumu, ale tak naprawdę jest ujęciem z sesji do albumu „Free At Last” nagranego w poprzednim roku. „Molten Gold” został napisany przez Kossoffa i grają na nim inni członkowie Free- Paul Rodgers na wokalu, Andy Fraser na basie i Simon Kirke na perkusji. Dźwięki organów i fortepianu Rabbita zostały dodane podczas sesji „Back Street Crawler”, podobnie jak chórek Jessa Rodena. Sama piosenka jest dość typowa dla materiału prezentowanego na płycie „Free At Last”.  Ostatnim jest utwór tytułowy i chociaż jest to kolejny numer instrumentalny, miał w zamierzeniach zawierać wokal śpiewany przez Kossoffa, ale z jakiegoś powodu nigdy go nie dodano. Bez wątpienia Paul Kossoff był jednym z najwybitniejszych gitarzystów blues-rockowych przełomu lat 60/70. Jego vibrato wciąż brzmi w uszach fanów rocka. Jego praca na „Back Street Crawler” udowadnia, że przestrzeń między nutami jest równie ważna, jak sama nuta, co mocno charakteryzowało jego grę od czasu spędzonego z Black Cat Bones po ten z Back Street Crawler.

 

Manfred Mann’s Earth Band, angielski zespół rockowy utworzony przez południowoafrykańskiego muzyka Manfreda Manna, od utworzenia w 1971 roku i krótkiej przerwie na przełomie lat 80. i 90. Earth Band kontynuuje występy i trasy koncertowe po dzisiejszy dzień. W lutym 1978 ten zespół wydał swój ósmy album- „Watch”, który odniósł duży sukces komercyjny osiągając status platyny (RIAA) w 1981 roku.

Album „Watch” był ostatnim świetnym albumem zespołu Earth Band grającego w stylu progresywnego rocka. Mimo że „Watch” nawiązuje do swoich najbardziej komercyjnych piosenek w historii („Blinded By The Light”), a nawet wyprodukował swój własny singiel („Davy’s On The Road Again”), wciąż jest to jednak certyfikowane arcydzieło rocka progresywnego, bo przecież potwierdzają to solówki melotronowe i barwne gitary akustyczne prezentujące się na albumie. „Circles” to po prostu czysty liryczne piękno. Przestrzenne otwarcie i czarujące wokale to idealna kombinacja, zachęcająca do dalszego słuchania. „Drowning On Dry Land/Fish Soup” to doskonały przykład tego co mogą wywołać doskonałe gitary wsparte potężnymi, ale relaksującymi melotronowymi działaniami. „Chicago Institute”- początek jest niesamowity, który przeradza się w szaloną grę sekcji rytmicznej. Całość brzmi rześko i odświeżająco. „Californiia”- absolutnie piękny utwór z miękkim i łagodnym, podnoszącym na duchu wokalem. „Davy’s On The Road Again” to ich wielki singiel wyodrębniony z albumu. Większość słuchaczy uważa ten utwór za najlepszą piosenkę na albumie. Następna piosenka, „Martha’s Madman”, ma tradycyjny i jest oczekiwanym znakiem firmowym Earth Band, zawierająca ciekawy wokal, bardzo ciężka rytmiczna piosenka. Kolejny świetna ścieżka, bez zarzutów to- napisana przez Dylana „Mighty Quinn”. Tak więc, należy „Watch” uznać za arcydzieło progresywnego rocka, a jednocześnie doskonała muzyka pop (komercyjna). Dwie jakości w jednym przebraniu!

 


 

[1] Według:

[2] Według:

[3] Na podstawie:

[4] W oparciu o:

[5] Według:

[6] Według:

[7] Według:

 


Powrót do części trzeciej >>
Powrót do części drugiej >>
Powrót do części pierwszej >>

Kolejne rozdziały: