Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział siedemnasty)

Od kiedy Dylan spopularyzował tradycyjny amerykański, angielski, szkocki czy irlandzki folk i country bluesa rock-fani przyjęli ten gatunek muzyczny za swój, jak bluesa, soul lub heavy metal. Ballada rockowa ma różne oblicza:

 

Johnny Cash to wyjątkowy artysta- bardzo wpływowy w muzyce country, z głębokim barytonem stworzył charakterystyczny tylko dla siebie ton. Cash nie brzmiał jak inni country’owcy z Nashville, ani nie brzmiał jak rock & roll’owiec, ale słuchali go wszyscy- fani country- music i fani rocka. Jego buntownicza natura i prosty muzyczny przekaz zbliżały go do rock’a tak bardzo, że to właśnie fani tego gatunku przede wszystkim jego płyty kupowali. Jego kariera nie była zawsze usłana różami, a pod koniec jego życia wytwórnie nie wierzyły w sukces komercyjny podstarzałego idola, on sam dawał koncerty w podrzędnych knajpach… Można mieć wrażenie, ze zaszczyty jakimi go obdarzano, liczne nagrody, choćby: Country Music Association i Grammy, były podyktowane interesami wielkich firm płytowych lub innych instytucji zerujących na karierach artystów. W show biznesie, jak wszędzie, są wyjątki i takim jest producent i właściciel wydawnictwa American Recordings (początkowo Def American) Rick Rubin. Uznał, że niegodziwością jest traktowanie tak wielkiego artysty jako już niepotrzebnego, więc pozwolił śpiewać i grać Cashowi jak lubi, jak czuje, a on przyjął rolę jedynie technika dbającego o zarejestrowanie głosu artysty i tworzącego odpowiedni nastrój by sztuka mogła się wznieść na wyżyny. Co z tego wynikło? Sześć płyt pod wspólnym tytułem „American…”, a różniącymi się kolejnymi numerami- II, III, IV, V, i VI. Udana współpraca z Rickiem Rubinem była po części zasługą samego Rubina, który szukał minimalistycznego dźwięku dla jego piosenek. Cash grał na gitarze i śpiewał, to wszystko! Każda z sześciu okazała się wspaniała, ale wyróżnię VI-tą.

American IV: The Man Comes Around” (American Records, 2002 rok) Większość piosenek na tej płycie to covery utworów innych artystów, często wywodzących się z zupełnie innych gatunków muzycznych niż te, do których przyzwyczaił nas Johnny Cash. Artysta na swojej ostatniej wydanej za jego życia płycie, obral tę samą ścieżkę, co w poprzednich wydawnictwach: ciepły i dudniący baryton Casha przy minimalnej produkcji. W przypadku tej płyty pojawiają się w ograniczonym zakresie duety z zaskakującymi gośćmi: Fioną Apple, Nick’iem Cave’m i Don’em Henley’em (śpiew); Mike’m Campbell’em, John’ym Frusciante, Randym Scruggs’em, Thomem Bresh’em, Jeffem Hanna, Kerrym Marx’em i Martym Stuart’em (gitara); Smokey Hormelem (gitara hawajska); Jackiem Clement’em (gitara rezofoniczna). Jedną z rzeczy, która odróżnia American IV od innych, jest wybór utworów- „Rusty Cage” Soundgarden, „The Mercy Seat” Nicka Cave’a, „Hurt” Trenta Reznora z Nine Inch Nails, „Bridge Over Troubled Water” Paula Simona czy Beatles’owski „In My Life”. Głos Casha, niższy tembr głosu daje poczucie, że zdystansowana mądrość późniejszego etapu w życiu artysty przenika wraz z dźwiękami interpretowanych utworów. Powinniśmy być wdzięczni Rickowi Rubinowi, że zdążył nakłonić Casha do nagrania jeszcze tych kilku płyt, które na pewno nie są gorsze od innych wspaniałości, których w jego katalogu nagrań się znajduje wiele.

 

Antony and the Johnsons”- album grupy Antony and the Johnsons wydany w 1998 był “powiewem świeżego powietrza” w magazynach z płytami.

Tima DiGraviny, krytyk portalu AllMusic napisał: „Antony i the Johnsons stworzyli wyszukany asortyment artystycznych, słodkich i dziwnych piosenek na swoim debiutanckim albumie. Głos Antony’ego to oszałamiający instrument muzyczny, brzmiący tak kobieco, jak męsko. […] Atmosfera albumu jest mroczna, ale jakoś podnosząca na duchu. Muzyka, głównie powolny, cichy jazz, grana na fortepianie, harfie, wiolonczeli, flecie, klarnecie, saksofonie, skrzypcach i perkusji (oprócz gry na gitarze) pasuje do bombastycznego wokalu Antony’ego. Tytuły takie jak „Cripple and the Starfish”, „Hitler in My Heart” i „The Atrocities” dają wyobrażenie o tonie. „Hitler in My Heart” pokazuje Antony’ego jako poszukującego „kawałka dobroci”, ale odnajdującego „Hitlera w sercu”, zanim odniesie się do „z trupów kwiaty wyrosły”. Niezależnie od tego, co sugerują te teksty, sama piosenka zaczyna się jako zabawny, straszny eksperyment artystyczny, zanim ujawni się jako wzruszająca, introspekcyjna ballada. „Divine”, oda dla zmarłego aktora transwestyty, jest mniej zabawna, niż można by sądzić; jakoś Antony tworząc takie słowa, jak: „Trzymam twoje wielkie, tłuste serce w dłoniach” lub „I’ll swallow sh*t” wydaje się pełny szacunku. Nie ma nudnego momentu na albumie. „Blue Angel” zamyka album w jedyny możliwy sposób- z zawodzeniem i lamentem „Jestem w ogniu”. Sądząc po grafikach i zdjęciach dołączonych do albumu i przeglądów prasowych występów na żywo, w dynamice zespołu jest dużo seksualnej dwuznaczności. Być może ta sama dwuznaczność jest siłą napędową sztuki zespołu. Niezależnie od tego, czy tak jest, czy nie, zespół i wokalista opanowali swój warsztat dźwiękowy i stworzyli niezwykle atrakcyjny debiutancki album.”
Antony Hegarty (Anohni), liderka zespołu, zanim wydała płytę pod swoim imieniem, jakiego używała już wcześniej, nagrała z zespołem Antony i the Johnsons pięć płyt studyjnych, dwie koncertowe i pięć EP’ek. W 2016 roku Anohni firmowała „Hopelessness”.
Ten debiutancki album brytyjsko-amerykańskiej artystki Anohni jest koprodukcją z Hudsonem Mohawke i Danielem Lopatinem (alias Oneohtrix Point Never). Album odchodzi od stylu kameralnego popu reprezentowanego przez Antony and the Johnsons, zmieniając go w electropop (synth-pop), a w treści angażuje się w tematy polityczne i środowiskowe w formie protest-songu.

23 lutego 2015 r. Anohni opisała album „Hopelessness” w komunikacie za pośrednictwem strony internetowej Antony and the Johnsons oraz konta na Facebooku, jako „elektroniczny zapis z ostrymi zębami”. W wywiadzie dla fanów Anohni opisała nadchodzący album jako „tak inny, jak może tylko być wobec mojego poprzedniego dzieła”, dodając, że „nie była pewna, czy wielu z tych, którzy preferują wcześniejszy styl zbliżony do muzyki kameralnej, będzie się z tego cieszyć”. Nowy swój styl określiła jako „taneczną i eksperymentalną płytę elektroniczną z dość mrocznym motywem tematycznym”. W treści Anohni próbowała skupić się na sprawach osobistych: „Starałam się skupić na sobie, jeśli chodzi o współudział w tak wielu kwestiach – jako podatnik, jako konsument, jako bierny uczestnik. Doszłam do wniosku, że być może jako artysta, nawet jako artysta z najlepszymi intencjami, byłam jakby mikrokosmosem zepsucia całego systemu, że w moim ciele zawarłam cały konflikt.” „Hopelessness” została pozytywnie oceniona przez krytyków muzycznych: Andrea Warner scharakteryzowała „Hopelessness” jako „migoczącą, cieniutką elektroniczną płytę protestacyjną, która grzmi i iskrzy, mści się i wycofuje, atakuje i wzmacnia”, T. Cole Rachel nazwał album „silnym politycznym oświadczeniem” i określił muzykę jako „wspaniałą, pasującą do intensywności tematu, nie przytłaczając go i nadając odpowiednią przestrzeń dla głosu Anohni, który pozostaje wspaniałym instrumentem”, Jenn Pelly z Pitchfork pochwaliła album, stwierdzając:„Anohni, Hudson Mohawke, Oneohtrix Point Never spotykają się na płaszczyźnie astralnej i budują tam elegancki salon, w którym możemy zastanowić się nad obecną chwilą i być może zachęci do działania” nazywając album „jedną z najbardziej dostępnych i najbardziej zaraźliwą muzykę, jaką stworzyła każda z tych osób”.

Według notatki wydawcy- Rough Trade: Anohni w marcu 2017 roku wydała EP-kę- „Paradise”, która po rocznym opóźnieniu (zamierzonym zapewne) towarzyszy albumowi „Hopelessness”, jednemu z najczęściej ocenianych i dyskutowanych albumów 2016 roku. Płytę wydała firma Rough Trade Records. We współpracy z Oneohtrix Point Never i Hudsonem Mohawke, Anohni stara się burzyć to do czego przyzwyczaiła nas muzyka pop poprzez zderzenie elektronicznego brzmienia z wysoce upolitycznionymi tekstami. „Paradise” zawiera nowe utwory, a także materiał, z którym debiutował tuż przed wydaniem EP-ki w czasie koncertów. W tytułowym utworze, Paradise, Anohni wyraża ekstatyczną alienację, opisując dystopijne życie pełne grozy, podziwu, komfortu i zagrożenia. Wyraża poczucie odcieleśnienia: „Ja jestem tutaj… nie tutaj, jako punkt świadomości”. Muzyka jest dzika i orzeźwiająca z ciężkim beatem wymyślonym przez Hudsona Mohawke’a i pokrętnymi zabiegami wokalnymi Daniela Lopatina. Dziewięć portretów kobiet na okładce EP odzwierciedla kobiecą wyrocznię, którą przywołała Anohni podczas jej trasy koncertowej na żywo. „Paradise” została wydana w postaci CD:


Jednak atrakcyjniejszą formą dla kolekcjonera jest bardzo staranne wydanie winylowe z dołączonym krążkiem CD (o czym meloman się dowiaduje po rozpakowaniu płyty.



Sześć piosenek z repertuaru „Paradise” zostało nagranych podczas tych samych sesji, co „Hopelessness”, a więc jest raczej elementem towarzyszącym niż kontynuacją. W treści nieco się obie płyty różnią, bo w „Paradise” pojawia się optymizm, którego brakowało jego ponuremu poprzednikowi. Produkcja Hudsona Mohawke’a, znakomicie pasuje do dramatyzmu głosu Anohni. Nie chce już wyrażać rozpacz i występ Anohni to odzwierciedla. Krótsza forma płytowa działa tu na korzyść przekazu, bo zapobiega ewentualnemu zmęczeniu niezbyt łatwą muzyką. Duch Antony’ego And The Johnsons powraca wyraźnie w „Paradise”, ale słychać, że wykonawca jest wysokiej klasy praktykiem-. muzyka zyskała więcej przestrzeni, znaczenia i urozmaicenia, tekst nadal jest zaangażowany, ale też wypowiedź ma charakter bardziej osobisty, zwłaszcza gdy dotyka tematów feminizmu i tożsamości. Ostatecznie Anohni nie musi niczego wymyślać, bo jako transseksualista wie dużo…
Dziewięciu artystów i aktywistów pojawia się na okładce EP-ki. Pokazano ich płaczących, zalanych krwią, z twarzami zmęczonymi bólem. To są ludzie, których troski Anohni starał się wykrzyczeć, ci, którzy rozumieją, że kobiecość i Ziemia, dzięki której żyjemy, są głęboko splecione. „Tylko interwencja kobiet na całym świecie” – pisze Anohni – „z ich wrodzoną wiedzą o współzależności, głębokim słuchaniem, empatią i poświęceniem, może ewentualnie zmienić rozpaczliwy kurs naszego gatunku”. Warstwa dźwiękowa jest bardzo industrialna, frapująca, dająca skuteczne tło dla przekazywanych przez Anonhi treści- „Paradise” wzywa do emocjonalnego zaangażowania się w ochronę otoczenia w nadziei, że rozwiną zrozumienie tego, że istnieją konsekwencje naszych codziennych udogodnień.

 

Przebojowy „O Superman” dał autorce, Laurie Anderson, popularność większą niż jaką mogła się cieszyć jakakolwiek inna awangardowa postać swojej epoki. Jednak ten sukces nie odciągnął Anderson od dziedziny sztuki performance lub jej innych ambitnych projektów multimedialnych obejmujących nie tylko muzykę, ale także film, projekcje wizualne, taniec. Artystka debiutowała w 1981 roku płytą „You’re the Guy I Want to Share My Money with” (z Williamem S. Burroughsem i Johnem Giorno), później w miarę regularnie, choć niezbyt często, wydała 12 długogrających płyt, które były właściwie na bardzo równym- wysokim, poziomie, więc pierwszym wyborem dla poznania twórczości Laurie Anderson jest Postojny album „Talk Normal: The Laurie Anderson Anthology” wydany przez Warner Bros. w 2000 roku.


„Talk Normal: Anthology Laurie Anderson” to retrospektywny zestaw 35. nagrań, pobranych z siedmiu wcześniejszych albumów zrealizowanych dla Warner Bros. Records, od utworów najbardziej zorientowanych na awangardową sztukę aż po momenty, które są bliższe muzyce pop. W zestawie znaleźć można pierwszy wielki hit Laurie Anderson „O Superman (For Massenet)” i następne równie udane, choć nie sprzedane w takiej ilości co ten pierwszy. Pierwszym krążek CD wypełniają właściwie nagrania z trzech płyt: „Big Science” (druga płyta z katalogu Anderson), „United States” i  z bardziej melodyjnego „Mister Heartbreak”. Na drugiej płycie znaleźć można utwory z „Home of the Brave”, „Strange Angels”, „Bright Red” oraz „The Ugly One with the Jewels”. Co prawda antologia poszczególne albumy, jakie są w niej reprezentowane, pozbawia charakteru wprowadzając utwory w inny kontekst, ale że styl wykonawczy Anderson jest bardzo rozpoznawalny to i nie odczuwa się dyskomfortu, że pochodzą utwory z innych czasów i że powstały dla innych celów, a więc „Talk Normal” wciąż prezentuje ironiczny, ale i emocjonalny styl artystki. Zestaw jest idealnym (i tanim) sposobem poznania spektrum twórczości Laurie Anderson.

 

Jun Miyake (jap. 三宅純) – artysta, kompozytor, autor tekstów i wpływowy muzyk (trąbka, flugelhorn, fortepian, programowanie) wydał 27 albumów solowych, występował jako gościnny muzyk i był producentem wielu artystów. Współpracował ze współczesnymi teatrami tańca (z Piną Bausch, Robertem Wilsonem, Philippe Decouflé). Jako trębacz jazzowy jest cenionym za styl gry, który jest natychmiast akceptowalny (współpracował miedzy innymi z Ronem Carterem, Al Fosterem, Michaelem Breckerem, Davidem Sanbornem, a także z japońskimi czołowymi muzykami). Sukces albumów wynikał przede wszystkim z udanego mieszania gatunków, bowiem Miyake posiada zdolność do łączenia elementów muzycznych, które wydają się nieprzystające, ale tylko wydają jak się okazuje, bo artyzm Miyake robi z nich zintegrowaną i piękną całość.

Stolen From Strangers” (opisany również w artykule: „nagrania jakościowo wybitne- aneks”) jest wynikiem spotkania wykonawców reprezentujących różne nurty muzyczne: wokalisty-gitarzysty Arto Lindsay, wokalistki Lisy Papineau (amerykańska piosenkarka i autorka tekstów piosenek, wokalistka zespołu „Big Sir”, cierpi na stwardnienie rozsiane. To ona zaśpiewała w „The Here and After”, który został nominowany do Oskara), wokalistki Kyoko Katsunumy, wokalisty-multiinstrumentalisty Viniciusa Cantuarii, wokalisty-lutnisty Dhafera Youssefa, deklamującego wokalisty Arthur H., orkiestry symfonicznej i chóru z Bułgarii oraz kilku japońskich muzyków. Miyake, oprócz gry na instrumentach klawiszowych i na trąbce, zajął się aranżowaniem i produkcją całości, a że nic nie jest mu obce- avantgarde, jazz, trip hop, muzyka arabska, indyjska, rytmy latynoskie to i ich mieszanie dało efekt wysoce gustowny


„Stolen from Strangers” to trzynasty album artysty o nazwisku Miyake, który zadebiutował muzycznie pod koniec lat 70. W Stanach Zjednoczonych. Ale ten muzyk, absolwent Berklee College of Music w Bostonie, miał grać jazz… „Miałem 12 lat, kiedy odkryłem tę muzykę, to było jak porażenie prądem” –mówi- „Przez dziesięć lat nie słuchałem niczego innego. w dniu, kiedy w Tokio usłyszałem koncert Milesa Davisa, widząc, że nie był w stanie obrać nowego kierunku, myślałem, że jazz jest martwy, ale w końcu zwróciłem uwagę na całą muzykę, którą zaniedbałem i wtedy poproszono mnie o komponowanie do reklam- środowiska, które było otwarte na eksperymenty w tamtym czasie. Płacili mi po królewsku za wszystko co robiłem, z prawdziwie artystycznym podejściem, a z którego pochodzi mój dzisiejszy język hybrydowy.” „Uczucie obcości wszędzie jest zarówno źródłem dyskomfortu, jak i przyjemności, melancholii i ironii”, ‑podsumowuje- „ale to przede wszystkim wspaniałe źródło inspiracji, które ubarwia całą moją muzykę.„. Na szczególne wyróżnienie zasługuje efekt współpracy z Piną Bausch (niemiecką tancerką oraz choreografką tańca współczesnego o wielkim wpływie na rozwój teatru tańca jako gatunku), w utworach takich jak „Rough Cut” (2005), „Vollmond” (2006), „Sweet Mambo” (2008), „Como El Musguito En La Piedra, Ay Si Si …” (2009), które doprowadziły do ​​filmu Pina Wim Wenders, a utwory Miyake znalazły się w najważniejszych jego scenach. Ten film otrzymał Europejską Nagrodę Filmową 2011 za najlepszy film dokumentalny; nominowany do Oscara 2012 jako najlepszy film dokumentalny i BAFTA 2012 jako najlepszy film w języku innym niż angielski. Z Katsuhiro Otomo w 1995 roku skomponował ścieżkę dźwiękową do odcinka „Stink Bomb” dla anime Memories, gdzie wykorzystuje połączenie jazzu i funku, aby podkreślić chaotyczny i komediowy charakter filmu. Praca nad ilustracją muzyczną do kilkuset reklam telewizyjnych, również przyniosła wiele nagród, w tym na festiwalu filmów reklamowych w Cannes i nagrody Digital Media Grands prix. Zresztą wszystkie piosenki Miyake zasługują na szczególną uwagę, bo… Bo są po prostu wartościowe, bo charakteryzują się głębokim humanizmem, bo emanują wyrafinowanym pięknem,.

„Stolen from Strangers”  wydała wytwórnia Yellowbird w pażdzierniku 2007 roku. Dokładnie sześć lat później- w 2013, Jun Miyake wydał pierwszy z trzech tom z cyklu „Lost Memory Theatre”  (pełny tytul brzmi „Lost Memory Theatre- Act 1”).

W notatkach od wydawcy można przeczytać: „Lost Memory Theatre” to nieustannie zmieniająca się konstelacja obrazów i scen dźwiękowych, bossa novy i reggae, Kurta Weilla i Nino Roty, chanson i symfonii, jazzu i improwizacji, rocka i folku: album trzeba posłuchać od początku do końca, mieszanie wszystkich stylów i gatunków w celu stworzenia hybrydy muzycznego geniuszu. Swoim albumem „Lost Memory Theatre- Act1” Jun Miyake kontynuuje obraną przez siebie ścieżkę i spełnia życzenie- w jego teatrze utraconych wspomnień wszystkie pogrzebane wspomnienia miejsc, sytuacji i okoliczności zostają na nowo przywrócone. Nie w swojej pierwotnej formie, ale wypolerowane, nieczyste, zmieszane z innymi, tak jak przechowywane są w każdej indywidualnej pamięci. Ta troska stała się szczególnie pilna ze względu na katastrofę w Fukushimie, która w marcu 2011 r. wymazała tak wiele w całej Japonii i pokazała z goryczą surowością, że to, czego się nie zajmie, może zostać utracone zbyt szybko i na zawsze. Jun Miyake znów polega na znanych siłach: wrażliwym gitarzyście noise, autorze tekstów i piosenkarzu Arto Lindsay’u, brazylijskim gitarzyście i piosenkarzu / autorze piosenek Viniciusie Cantuarii, ekspresyjnej amerykańskiej piosenkarce Lisie Papineau i tunezyjskim muzyku grającemu na oud- Dhafer’owi Youssef’owi, Bułgarskiej Orkiestrze Symfonicznej i zespołowi Cosmic Voices z Bułgarii. Nowo dodane zostały charakterystyczne głosy (i wielkie nazwiska), takie jak David Byrne czy Nina Hagen, które rozumieją wzajemne oddziaływanie obrazów muzycznych i wizualnych. „Lost Memory Theatre- Act1” Miyake’a był świetnie opiniowany w prasie muzycznej, na przykład: ,,(…) brzmienie tych architektur utworów jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, perfekcjonistyczne arcydzieło z nastrojową równowagą. To także sprawia, że ‘Teatr Zagubionej Pamięci – Akt 1’ jest tak fascynującym i głośnym nagraniem”. (Stereoplay w grudniu 2013)

Album „Lost Memory Theatre- Act2” ukazał się we wrześniu 2019 roku.

Podobnie jak w pierwszym akcie „Teatru Zagubionej Pamięci”, Jun Miyake czaruje słuchaczy przywołując obrazy  utraconych wspomnień. Z uwagi na różnorodność stylistyki, zróżnicowaną aranżację i tematykę, poszczególne utwory zostały opracowane i skomponowane w sposób niezależny od siebie, ale odczuwa się to, że korzysta z nieomal wszystkiego, co ukształtowało muzykę popularną i klasyczną XX wieku. „Lost Memory Theater- Act 2” Jun Miyake miesza tango, muzykę orientalną, orkiestrowe dźwięki kameralne, brzmienie trąbki  i saksofonu jazzowego, pianino elektryczne i jeszcze wiele więcej. Pojawia się też intrygujący śpiew Lisy Papineau, której głos idealnie współtworzy klimat muzyczny płyty. Słuchacz musi zmierzyć się z sennymi kompozycjami, zawsze nastrojowymi, które zawierają dźwięki, harmonie, subtelne linie melodyczne czy tematy, które można wciąż odkrywać i odczuwać chęć ponownego słuchania. A jak oceniano tę płytę? Oto typowy przykład: „W 2013 roku japoński trębacz i kompozytor wymyślił ‘Lost Memory Theater, Act 1’, album będący jednocześnie hołdem dla Piny Bausch, dla której kiedyś pracował. A więc teraz kontynuacja. Tak jak poprzednio, Miyake ponownie ujawnia swoją obsesję na punkcie egzotyki, mieszając najróżniejsze kultury i style w szlachetnych, opalizujących, mieniących się pejzażach dźwiękowych, ostatecznie łącząc nową muzykę kameralną z jazzem, skalami arabskimi, lekkimi nutami bossa i wymagającymi momentami popu. Takie początkowo odmienne elementy w rękach Miyake nabierają nowej, zmysłowo urzekającej i przekonującej formy…” (Olaf Maikopf z Jazzthing)

Album „Lost Memory Theatre- Act3” pojawił się w sprzedaży w 2018 roku. W sesjach nagraniowych, poza Jun’em Miyake, brali udział: wokalistki Lisa Papineu i Chie Umezawa, Bułgarska Orkiestra Symfoniczna, wiolonczelista Vincent Segal, tubista Didier Havet, grający na oud  Dhafer Youssef, basiści  Manuel Marches, Melvin Gibbs, Hitoshi Watanabe, gitarzysta Masahiro Itami, perkusiści Nicolaide Mota, Vinicius Cantuaria i wielu innych.

Według notatki od wydawcy: japoński muzyk jazzowy Jun Miyake od około 30 lat wydaje innowacyjne albumy, które rozpalają wyobraźnię. Z jazzem, muzyką klasyczną, rockiem, folkiem, chansonem i latynoską, Jun Miyake w ekscytujący sposób łączy wiele różnych muzycznych nurtów. Aby urzeczywistnić taką różnorodność, kompozytor, pianista i trębacz Miyake pracował nad swoją ostatnią (trzecią) płytą cyklu „Lost Memory Theatre” z wieloma zaproszonymi muzykami. Pomysłowy album Juna Miyake zamienia słuchacza w przebywającego w Krainie Czarów. Z każdą piosenką otwierają się kolejne drzwi, za którymi pojawia się nowy świat z własnym kosmosem dźwiękowym. Czasem trafia do Brazylii, potem znów brzmi po bułgarsku lub japońsku. Mimo wielkiej egzotyki i najróżniejszych spotkań – z Arto Lindsay, jak również z Lisą Papineau – zawsze słuchacz czuje się bezpiecznie na tej wycieczce.
Świetne opinie przylgnęły na dobre do twórczości japońskiego muzyka, oto dwa przykłady:
Ścieżka dźwiękowa, którą prezentuje Miyake, jest prawdopodobnie wyjątkowa w swojej wyrafinowanej formie, ponieważ łączy pozornie odmienne elementy pełne iskrzącej inwencji, integrując w jedno muzykę klasyczną, jazz, chanson, bałkański folk, avant rock i mówione (Brecht) oraz śpiewane melodyjnie zaaranżowaną krainę tonów.”(Jazzthing, kwiecień/maj 2018).
To muzyka, która pozwala wędrować myślom z melancholijnym tonem – także dlatego, że prezentuje swoje przesłanie w genialny, akustycznie zrównoważony sposób.” (Stereoplay, lipiec 2018).

 

Znakomita piosenkarka i kompozytorka Lisa Papineau, która znana jest też ze współpracy z japońskim multiinstrumentalistą i kompozytorem Junem Miyake oraz z zespołami  Air i M83,  wydała do 2009 roku debiutancką płytę  „Sargent House” i następną „Red Trees”. Jej aktywność pozwoliła również na współpracę z Tylerem Batesem, The Anubian Lights, Crooked Cowboy Brona Tiemana i niezliczonymi innymi artystami.

  • Album „Red Trees” z 2009 roku został wydany przez wytwórnię Yellowbird.

Od wstępu „Red Trees” słuchacz wkracza  w świat, w którym finezja łączy się z chropowatością, gdzie barwy sprawiają, że czuje się różnicę pomiędzy sztuką i muzyką, która pojawia się w komercyjnych stacjach radiowych.
Trafnie opisał płytę krytyk AllMusic- Ned Raggett: „Podczas gdy ‘Red Trees’ to jej druga praca solowa, Lisa Papineau była zaangażowana w wystarczającą liczbę kolaboracji i projektów grupowych, aby stworzyć drzewo genealogiczne w stylu Pete Frame, które mogłoby gwarantować własną książkę. Ale to zdecydowanie powód, dla którego ‘Red Trees’ jest tak udanym i przyjemnym doświadczeniem […]. Zaczynając od ‘Rene Thomas’, mieszankę wszystkiego, od wokali grupowych na żywo, przez przerażające organy kościelne, po warczący bas i żywiołowe klaskanie, ‘Red Trees’ rozkoszuje się połączeniem uniesienia i niepokoju, imprezą mającą na celu powstrzymanie duchów, która wciąż je wita. Słuchanie jej spokojnego, wyważonego śpiewu w piosenkach takich jak ‘Annette Tessier’ i ‘Macro Chomo’ to czysta przyjemność, nawet podczas gdy aranżacje na tym pierwszym przesunęły się w przerwie ze spokojnej, akustycznej gitary na kolaż jej wokalu i oddechu, a także Klawiatury. Pojawia się dwóch zaproszonych wokalistów — Matthieu Boogaerts przybiera bardzo łagodny głos w duecie z Papineau ‘I Dream of Red Trees’ (pomimo nazwy jest to utwór w języku francuskim), podczas gdy Mark Eitzel dopasowuje jej wokal przez większość ‘This”. Is for the Love’, eleganckiego utworu prowadzonego przez smyczki i gitarę. Inne eleganckie przykłady jej ucha do porywających kombinacji można usłyszeć w mieszance electro i akordeonu w ‘White Leather Pants’ (nie wspominając o ponownym pojawieniu się klaskania, jednego z jej najlepszych asów w dołku na całym albumie) oraz głębokie pulsowanie basu i delikatne dzwonki w ‘Nancy Baker’. Jest też cierpki humor w tym, że najbardziej prowokujący tytuł, ‘Gay Can’t Wait Forever’, jest dopasowany do utworu bez słów, a jedynym wokalem jest na wpół zakopana seria gaworzy”.
Fani Lisy pokochają tę płytę, a Ci, którzy jeszcze nie są, natychmiast staną się fanami.

 

Robert Wyatt, znakomity perkusista i wokalista, zyskał rozgłos w późnych latach 60. gdy wraz z Kevinem Ayersem (gitary) i Mike’m Ratledge’m (organy, elektryczne pianino) w ramach zespołu Soft Machine tworzyli scenę rocka artystycznego, a może trafniej należałoby dopisać ich do sceny jazz rockowej albo nawet jazzowej (vide artykuł: „płyty polecane (jazz, rozdział czwarty)”). Wyatt był oryginalnym perkusistą, bardzo cenionym, ale też radykalnym politycznym piosenkarzem i autorem tekstów. Soft Machine uniknęło nadętego koncertowej teatralności, preferując w ramach wzorca rockowego, stosowanie jazzowych harmonii i rozszerzonych solowych improwizacji. Wyatt opuścił zespół Soft Machine tuż po nagraniu ich czwartej płyty w 1970 roku. Wybrał karierę solisty, raczej wokalisty, który mimo wątłego głosu i niełatwej prezentowanej muzyki jednak docierał z przekazem do znacznej rzeszy fanów.

Niedługo po zrealizowaniu pierwszego solowego wydawnictwa, „End of a Ear”, pijany Wyatt wypadł z okna apartamentu na czwartym piętrze. W wyniku upadku trwale sparaliżowało go od pasa w dół. Po miesiącach rekonwalescencji Wyatt powrócił do nagrywania… Nadal grał na perkusji bez użycia stóp. We wstrząsającym „Rock Bottom” (1974) opowiada o swoim życiu po wypadku, a w dziwacznym „Ruth Is Stranger Than Richard” (1975)  powraca do tematu surrealistycznych bajek. Muzyka na tych płytach jest eksperymentalna, ale żeby nie można było Wyatta łatwo wrzucić do „szuflady” wypełnionej skomplikowaną muzyką w tym samym czasie nagrał (może prowokacyjnie?) przebojową wersję „I’m a Believer” Monkees. Skandalem był to, że cotygodniowy program telewizyjny BBC Top of the Pops odmówił zgody Wyattowi na wykonanie piosenki na wózku inwalidzkim. Dopiero protest manifestowany w gazetach muzycznych przymusił decydentów TV do umożliwienia Wyatt’owi zaśpiewania piosenki. Pomimo sukcesu, Wyatt na dekadę właściwie ucichł. Dopiero w czas punkowej inwazji wysypał parę singli nagranych dla wytwórni Rough Trade. Nagranie pięknej wersji „At Last I Am Free” disco-grupy Chic, oznaczało nic innego jak początek reaktywowania kariery bez wstawiania Wyatta w jakiekolwiek ramy. Jego albumy stały się wysoce medytacyjne, emocjonalne i głębokie intelektualnie. Na przełomie wieków XX i XXI wznowił też działalność około muzyczną, bądź ogólniej- artystyczną (malowanie, remastering).
W 2004 roku Robert Wyatt wydał w ramach wytwórni Hannibal Records składankowy album zbierający reprezentatywne utwory z lat 1974 do 2003. Ten album nosi tytuł- „His Greatest Misses”.

Krytyk portalu AllMusic- Thom Jurek, recenzował tę płytę tymi słowami: „Tytuł tej 17-ścieżkowej kompilacji Roberta Wyatta- wydanej wcześniej tylko w Japonii- odnosi się do jego braku sukcesu komercyjnego, jednocześnie starając się pokazać zarówno jego ambitną wizję, jak i różnorodność jako artysty. Większość tego, co tu jest, jest dobrze znana fanom, od jego świetnych, choć dziwnych, tajemniczych wersji „I’m a Believer” i „Shipbuilding”, po niemal przejmująco piękne „At Last I Am Free”, „Arauco” i niezwykle pomysłową kompozycją „Solar Flares” (poprzednio rzadkość). Wczesne klejnoty takie jak „Little Red Robin Hood Hit the Road” są prezentowane wraz z późniejszymi, jak „Heaps of Sheeps”. Ostatecznie nie ma tu nic nowego, ale to nie powinno powstrzymywać nikogo, kto nie ma jeszcze jakiejś wersji tej kolekcji, od jej użycia kilkadziesiąt razy z rzędu. Gwarantuje to zmianę postrzegania popu. Poza tym pakiet Ryko [Rykodisc], który doskonale emuluje japoński pakiet, jest oszałamiający.”
Muzyka pełna dziwności, często dysonansowa, pełna czułości i ciepła w każdej sekundzie muzyki i wypowiadanej sylabie, będzie dzięki temu albumowi (i wszystkimi pozostałymi Wyatta) przypominała nam o bogatej twórczości Wielkiego Brytyjskiego Ekscentryka.


Kolejne rozdziały: