Wydawnictwa płytowe aspirujące do najlepszych
(część ósma)

 

Wrócę  jeszcze na czas jakiś do rocka, bo w ramach tego gatunku parę płyt wzorcowo zrealizowanych znaleźć można dużo więcej niż wcześniej przedstawiłem..

 

W stylu gry gitarzysty Steve’a Howe’a odnaleźć można pierwiastki klasycznej, jazzowej i rockowej muzyki. Mieszał te gatunki tak doskonale, że wreszcie po pięciokrotnym z rzędu wygraniu plebiscytu czasopisma „Guitar Player” na najlepszego gitarzystę roku, umieszczony został w „Guitar Player Hall of Fame” (jako pierwszy gitarzysta rockowy). Trzecia płyta w katalogu grupy Yes, pierwsza płyta zespołu nagrana z udziałem tego znakomitego gitarzysty- „The Yes Album”, jest jednocześnie pierwszym albumem Yes z klasycznego okresu ich okresu (z lat 71-77), który później zaowocował takimi arcydziełami jak „Fragile” czy „Close to the Edge”. Należy podkreślić, że od tych gigantów płytowych „The Yes Album” wcale jakością nie odbiega.

Płytę złożono z sześciu utworów z których cztery to bogato rozbudowane kompozycje. Album rozpoczyna trwający ponad 9 minut „Yours Is no Disgrace”. W tym utworze rozpoznać można charakterystyczny styl grupy oparty na zdecydowanym, acz zmiennym, idealnie odmierzanym rytmie, akcentowanym przez bas, gitarowych ekwilibrystycznych ozdobnikach, indywidualnych i chóralnych śpiewach. Odetchnąć będzie można dopiero przy humorystycznym i jednocześnie wirtuozowskim ”The Clap” indywidualnym dziele Howe’a. To tylko przerywnik, bo następny utwór, monumentalny „Starship Trooper” to podzielony na trzy części utwór, który zdaje się być opowieścią filozoficzną, muzycznie niepokojącą. „Starship Trooper” został skonstruowany co prawda z utworów muzycznych napisanych osobno przez Andersona, Howe’a i Squire’a z popisową solówką Howe’a na koniec, jednak całość dobrze powiązano. Druga część albumu zaczyna się kompozycją Andersona i Squiera „I’ve Seen All Good People”, która w treści- gra w szachy, jest liryczną metaforą dla opisania relacji pomiędzy kobietami i mężczyznami. Piosenkę rozpoczynają śpiewy a cappella Andersona, Squire’a i Howe’a, a następne motywy grane już przez kolejno dołączających się muzyków.

Druga część utworu, składa się z wielu powtórzeń zdania „I’ve seen all good people turn their heads each day so satisfied I’m on my way”, śpiewane jako wariacje podstawowego tematu, kończące się potężną harmonią wokalną i frazą organową. Każde powtórzenie tego wersetu jest o jeden krok niżej podane niż poprzednie, aż piosenka zanika. Następne- jazzujący „A Venture” i „Perpetual Change”, napisany w wyniku inspiracji widokiem na okolicę z domku Andersona w Churchil, nie wnoszą już niczego ponad to do czego zespół przyzwyczaić zdołał melomanów przez kilkadziesiąt minut płyty. „The Yes Album”, wydany w styczniu 1971 przez Atlantic Records, zrealizowany został przez- Jona Andersona (śpiew), Billa Bruforda (perkusja), Steve’go Howe’a (śpiew, gitary), Chrisa Squire’a (śpiew, gitara basowa), Tony’ego Kaye’a (instrumenty klawiszowe) i Colina Goldringa (flet prosty). Producentem był- zespół Yes i Eddie Offord.

Przed zrealizowaniem płyty następnej „Fragile” odszedł Tony Kaye. Zastąpił go Rick Wakeman, klawiszowiec występujący wcześniej w progresywno-folkowej grupie The Strawbs, próbujący w tym czasie kariery solowej. Wtedy ostatecznie wykształciło się w pełni brzmienie zespołu, oparte na pasażach gitarowych Steve’a Howe’a, wyrazistej grze basisty Chrisa Squire’a, brzmieniu syntezatorów Wakemana oraz charakterystycznym wysokim głosie Jona Andersona.

Nagrany w tym składzie i wydany w 1972 r. album „Close to the Edge” przez krytyków uważany za szczytowe osiągnięcie grupy. Piąty album studyjny- bezsprzecznie arcydzieło progresywnego rocka, ukazało się we wrześniu 1972 roku. Kwintet w skladzie- Jon Anderson, Steve Howe, Chris Squire, Rick Wakeman i Bill Bruford stworzyli tylko dwa albumy (Bruford dołączy do King Crimson). Nie mam pewności czy powiedzieli wszystko, co mieli do powiedzenia na tym albumie… Tego się nie dowiemy.

Połączenie psychodelicznych wizji w tekstach Andersona i jego linii wokalnych pasują idealnie do misternie ułożonych kompozycji, przedstawianych przez bogate aranże instrumentalne zespołu. Instrumentacja pozwala na wyzwolenie wyobraźni muzycznej Wakemana, który wprowadza nowe brzmienia (które będą miały kontynuacje w jego solowych projektach, na płytach z Yes jeszcze „patenty” były świeże, niewyeksploatowane), pokazanie finezji jazzowej Bruforda, klasycznie zabarwionej eklektycznej elegancji Howe’a i twardego, lapidarnego szarpania strun basu Squire’a, tylko wtedy gdy to już niezbędne. Na „Close to the Edge” są tylko trzy utwory- tytułowy rozbudowany wyróżnik albumu, „And You And I” epicka ballada, w której bogato wykorzystano emocjonalną grę Howe’a na 12-strunowej gitarze z przetworzonym elektronicznie momentami wokalem Andersona, oraz „Siberian Khatru”- błahy (wydawałoby się) wielowątkowy utwór w stylu jazz-fusion, w którym Wakeman i Howe na przemian pokazują możliwości instrumentalne w przeróżnej stylistyce. „Siberian Khatru” zawiera skomplikowane teksty, złożone metrum i polirytmy. Jest podzielony na wiele sekcji, z naprzemiennymi fragmentami wokalnymi i instrumentalnymi. „Close to the Edge”, 18-minutowy utwór,  łączy dźwięki klawiaturowych instrumentów i gitar z dźwiękami natury- płynącej wody i ptasiego ćwierkania. Tekst do tej kompozycji (chyba na odwrót…) Anderson oparł na powieści „Siddhartha” (z roku 1922) niemieckiego powieściopisarza Hermanna Hessego. Powieść opowiada o duchowej podróży po orientalnych Indiach- bohater Siddhartha próbuje nadać wartość swoim życiowym doświadczeniom, próbując pogodzić kontemplacyjne skłonności z cielesnymi potrzebami. Żeby zamiar zrealizować porzuca dom rodzinny w poszukiwaniu spełnienia… Anderson swoją wersję zdarzeń hinduskiego bohatera powieści tworzył długo, poprawiając tekst piosenki trzy lub cztery razy, mówiąc- „to wszystko metafory”. Na koniec tekst końcowego wersetu objaśnia sen, jaki kiedyś miał na temat „przejścia z tego świata w inny (…)”. Autorem muzyki jest Howe.

Ian MacDonald z magazynu New Musical Express tak podsumował recenzję płyty: „Na każdym poziomie, ale na zwykłym estetycznym, jest to jedna z najbardziej niezwykłych nagrań, jakie jeszcze wyprodukowała muzyka pop„.
Jak omówione płyty- „The Yes Album” i „Close to the Edge” brzmią? Nie mam żadnych zastrzeżeń! Wydane przez Atlantic-Rhino o nr katalogowych: 8122-73790-2 („Close To The Edge”) i MLP 15 403 („The Yes Album”) są bogate w harmoniczne, dynamiczne I rozdzielcze. Mimo, że albumy nagrane prawie pół wieku temu to właśnie od realizatorów (między innymi) Atlantic Records, producentów i inżynierów nagrań z tamtych czasów można by dziś się uczyć.

 

Klasyka, jazz to gatunki, które w przeważającej ilości reprezentują kompozycje instrumentalne. Rock źle znosi pustkę po wokaliście, po tekście. Mało było światowej rangi grup stricte instrumentalnych- The Ventures, The Shadows, Booker T. & the M.G.’s, Tangerine Dream i… Focus. W 1969 r., absolwent konserwatorium w Amsterdamie, kompozytor, pianista i flecista Thijs van Leer wraz z dwoma innymi muzykami akompaniowali trupie teatralnej w holenderskiej inscenizacji musicalu „Hair”. Wtedy spotkali znakomitego gitarzystę Jana Akkermana. W efekcie założyli zespół- Focus, i nagrali płytę pt. „In And Out Of Focus”. Nie przyniosła im popularności. Rozgoryczony Akkerman opuścił grupę, ale po dołączeniu świetnego perkusisty Pierre van der Lindena, wraz z basistą Cyrilem Havermansem i Thijs van Leerem na powrót Focus mógł wspólnie tworzyć. W 1971 r. muzycy zarejestrowali drugą płytę- „Moving Waves.

Tym razem odnieśli sukces, który zaowocował znakomicie przyjętą trasą koncertową po Anglii i propozycją nagrania kolejnej płyty. „Lokomotywą” był- „Hocus Pocus”, utwór rozpoznawany przez wszystkich fanów rocka. Tytuł to nomen est omen wyciągniecie przysłowiowego królika z kapelusza! Pasuje do niego idealnie, bo aby stworzyć coś tak innego, intrygującego i jednocześnie o znamionach wielkiego przeboju, to potrzeba naprawdę iluzjonisty. Jest w tym utworze wszystko, czym będzie się wyróżniał od tego mementu zespół na tle innych grup progresywnego rocka- hardrockowe riffy, jodłowanie, wokalizy, pogwizdywania, akordeon „wzięty” z rosyjskiego folkloru, karkołomna gra fletowa, znakomite popisy gitarzysty, organisty, a przede wszystkim perkusisty. Po tym żarcie muzycznym „opadamy z sił”, czego musieli spodziewać się muzycy, bo przygotowali kojący „Le Clochard”- przenosiny w czas renesansu. Nastrój się zmienia wraz z „Janis”, ale nieznacznie, bo do nostalgicznej pieśni fletu dołącza perkusista przypominający słuchaczom, że to siódma dekada XX wieku się właśnie rozpoczęła. Wraz z tymi utworami przychodzi pora na nostalgię, zadumę, ciepło. W tytułowym utworze pojawia się jedyna na płycie partia wokalna śpiewana przez van Leera. „Focus II” to popis umiejętności gitarzysty- Jana Akkermana. Tych pięć utworów stanowi stronę „A” analogowej wersji „Moving Waves”, stronę „B” wypełnia jedna kompozycja „Eruption”, wzniosła, piękna 24-minutowa suita. Nastrój się zmienia wraz z „Janis”, ale nieznacznie, bo do nostalgicznej pieśni fletu dołącza perkusista przypominający słuchaczom, że to siódma dekada XX wieku się właśnie rozpoczęła. Wraz z tymi utworami przychodzi pora na nostalgię, zadumę, ciepło. W tytułowym utworze pojawia się jedyna na płycie partia wokalna śpiewana przez van Leera. „Focus II” to popis umiejętności gitarzysty- Jana Akkermana. Tych pięć utworów stanowi stronę „A” analogowej wersji „Moving Waves”, stronę „B” wypełnia jedna kompozycja „Eruption”, wzniosła, piękna 24-minutowa suita. Wielu tę kompozycję uważa za jedną z najpiękniejszych suit w historii rocka. Jej poetycka narracja, dzięki znakomitym partiom solowym, odmalowują mitologiczne obrazy wielkiej i tragicznej miłości Orfeusza i Eurydyki. Różnorodność stylistyczna i muzykalność muzyków grupy Focus są zadziwiające, była czymś więcej niż tylko hard rockowym graniem.
Oryginalny LP z 1971 roku brzmi tak samo wspaniale jak zremasterowane CD do 20 Bitów w systemie K2HD. Można to wydanie (JVC Victor VICP-61531, z roku 2001) uznać za jedno z najlepiej brzmiących płyt gatunku. Wytworne, ciepłe i jednocześnie przejrzyste i przestrzenne brzmienie charakteryzuje to wydanie.

 

Ostatni album The Beatles powstał z niezadowolenia jakie przyniosły sesje nagraniowe do albumu „Let It Be”. Czwórka Beatlesów’ zaproponowała producentowi George’owi Martinowi, że podejmą jeszcze jedną próbę nagrania płyty, nie bacząc na konflikty jakie narosły podczas nagrywania albumu The Beatles (White Album). W ten sposób doszło do realizacji „Abbey Road„, zbioru piosenek znakomitych, w tym perełek George’a Harrisona- „Something” i „Here Comes the Sun”, pokazujących jak wielki potencjał twórczy nie był do tej pory wykorzystywany, w stopniu na jaki rzeczywiście zasługiwał. Inne utwory o znamionach przeboju to „Come Together” Lennona i „Oh, Darling” McCartneya. Ringo Starr śpiewa swoją kompozycję „Octopus’ Garden”. Drugą stronę albumu wypełnia szesnastominutowa wiązanka krótkich piosenek. Większość z tych utworów powstało podczas sesji do wcześniejszych dwóch płyt. Tę „suitę” rozpoczyna „You Never Give Me Your Money” McCartneya, treścią nawiązujące do problemów finansowych wytwórni Apple, należącej do Beatelsów. Po nim następują trzy kompozycje Lennona: „Sun King” (z harmoniami wokalnymi Lennona, McCartneya i Harrisona), „Mean Mr. Mustard” (napisane podczas pobytu w Indiach) i „Polythene Pam”. Później następują cztery kompozycje McCartneya: „She Came in Through the Bathroom Window” (opisującą włamanie się fanki zespołu się do rezydencji McCartneya przez okno w łazience), „Golden Slumbers” (opartą na wierszu Thomasa Dekkera), „Carry That Weight” (jedną z niewielu piosenek, w której śpiewają wszyscy Beatlesi), a na koniec – ironiczny „The End” (zawiera jedyne solo perkusyjne Starra nagrane na taśmę za jednym „podejściem”) a także grane na zmianę solówki gitarowe Lennona, McCartneya i Harrisona.


W studio Abbey Road uzyskuje się zupełnie niepowtarzalne brzmienie- przestrzenne, głębokie, o mocno uwypuklonych niskich tonach. Nazywano Beatlesów „czwórką z Liverpoolu”, a było ich nie czterech, lecz pięciu, bo przecież producent George Martin miał nie mniejszy wpływ na kształt wszystkich ich płyt niż oni sami od pierwszej po ostatnią, prócz jednej- „Let It Be” (producentem był Phil Spector). On pomagał w aranżowaniu, decydował o zastosowaniu różnych nietypowych pomysłów muzycznych. Gdy porówna się tę jedyną płytę bez jego nazwiska na liście to od razu zauważa się jego ascetyczność, a nawet prostotę brzmieniową. A aby mieć pewność pozytywnego efektu pracy na ostatniej już wspólnej płycie Beatlesi już nie eksperymentowali i zatrudnili Martina. Była to decyzja, dzięki której w ogóle powstał album „Abbey Road”, bo był to już okres ich wzajemnych kłótni, grupa prawie nie istniała. Zdarzało się, że muzycy świadomie się unikali i przychodzili do studia pod nieobecność pozostałych członków zespołu. W efekcie niektóre utwory pozostawały niedopracowane, a nawet niedokończone. To co Beatlesi zdołali nagrać dopracowywał, natomiast to, co pozostało jedynie szkicami, uzupełniał innymi fragmentami, tworząc większe całości. Martin to, co wówczas zarejestrowali, podzielił na dwie części. Pierwsza stała się później stroną A płyty. Był to zestaw sześciu utworów, które nagrali pracując „zespołowo”. Druga zaś (późniejsza strona B) była zbiorem scalonych sztucznie tematów, jak już wiemy. Edycji „Abbey Road” jest mnóstwo, ale wybrać należy tylko jedną- wydaną przez Universal Music UICY-78529 w formacie SHM-CD. Jest to wydanie, w formie mini LP, produktu z 2014 roku (remastering wykonano w roku 2009). Płyta brzmi niewiarygodnie- tworzy swoistą aurę dźwiękową, która nie ma robić wrażenia obecności muzyków w pokoju, w którym ją słuchamy, lecz być oryginalnym bytem- samym fantastycznym brzmieniem (ostatecznie elektryczny koncert też rządzi się swoimi prawami różnymi od tych „bez użycia prądu”). Zestaw dźwięków jaki wypływa z głośników to dynamiczny, bardzo miły dla ucha, precyzyjne narzędzie do pokazania kunsztu „pięciu” Beatlesów.

 

Pół wieku w styczniu 2017 minęło od wydania debiutanckiego albumu „The Doors” (*). Czterech muzyków: Robby Krieger (gitary), Jim Morrison (wokal), Ray Manzarek (instrumenty klawiszowe) i John Densmore (perkusja), na czterościeżkowym magnetofonie w Sunset Sound Studios w Hollywood w sześć dni nagrało 11 kompozycji. Producentem był Paul A. Rothchild, a inżynierem dźwięku Bruce Botnick.

Te cztery ścieżki magnetyczne wykorzystano w dość typowy sposób: bas i perkusję na jednej, gitarę i organy na drugiej, a wokal Morrisona na trzeciej, natomiast czwartą wykorzystywano do overdubbingu (dogranie części wokalnej lub instrumentalnej do wcześniej już nagranego materiału). Zespół nie marnował czasu w studio, bo miał materiał solidnie ograny przed przystąpieniem do nagrań. The Doors występował regularnie w kalifornijskim klubie Whisky a Go Go. Swoją debiutancką płytą czterej artyści otworzyli „drzwi”. Dla wielu fanów rocka stanowi ona symbol wolności, dokument czasów, w których było się otwartymi na psychodeliczne eksperymenty bardziej niż kiedykolwiek później. Przekonywał do odważniejszego wyrażania swoich myśli. Słowa- „…wiesz, że dzień niweczy noc, noc oddziela dni” otwierają album. Wraz z „Break on Through (To the Other Side)”, swoistym połączeniem rytmiki bossa novy, bluesowego riffu i organowych linii melodycznych, muzyka rockowa miała stać się jeszcze bardziej zbuntowana, bardziej wściekła niż do tej pory, Trzech instrumentalistów gra lapidarnie z mocno zaznaczanym rytmem. To tylko wstęp, spektakl dopiero zaczyna się z pierwszymi taktami „Soul Kitchen”, mijając „po drodze”: „The Crystal Ship”, „Twentieth Century Fox” dociera słuchacz do fantastycznej interpretacji „Alabama Song (Whisky Bar)”. Cover- „Alabama Song”, stworzony przez Bertolta Brechta i Kurta Weilla na potrzeby satyrycznej opery „Rise and Fall of the City of Mahagonny”, posiada zmieniony tekst. Morrison pozbawił go homoseksualnych podtekstów- zmienił drugi werset z „Pokaż mi drogę do następnego ślicznego chłopca” na „Pokaż mi drogę do następnej dziewczynki” (w nagraniu Live at the Matrix z 1967 roku, śpiewa oryginalny tekst)”. Wielu fanów czeka tylko na takty z  „Light My Fire”, które teraz- po „Alabama Song”, nastąpią.

„Light My Fire”, skomponowany przez Robby’ego Kriegera (zainspirowany twórczością Johna Coltrane’a), miał potencjał. Słuchacze radiowi regularnie upominali się o ten utwór, chociaż przez rozbudowaną partię improwizowaną trwał ponad siedem minut, więc na potrzeby radiowe producent Paul Rothchild skrócil kompozycję do niecałych trzech minut. W takiej formie utwór sięgnął szybko po prymat na listach przebojów. Dla wytwórni Elektra okazał się pierwszym singlem, który rozszedł się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy. Jak często bywa w takich przypadkach, „Light My Fire” okazał się dla The Doors błogosławieństwem, ale jednocześnie sporym brzemieniem. Morrison miał do tego stopnia dość piszczących fanek, dla których liczył się tylko ten utwór i krzyczały jego tytuł przez całe koncerty, że postanowił go podczas niektórych wykonań uzupełnić o tzw. „wiersz cmentarny”. Padały w nim takie wersy jak: „Dziewczyna się upiła i martwego wydupczyła / Gdy ma głowa puste kazania prawiła”. (**) Pełna, siedmiominutowa wersja piosenki zawiera jazzujące dwuminutowe solo organowe, które narasta szaleńczo, napędzane uderzeniami Densmore’a w bębny perkusji, po czym wycofuje się dając pole dla popisu gitarze Kriegera. Bluesowy „Back Door Man” Willie’ego Dixona, „I Looked at You” (przyjemna melodia pop, ale o której się wciąż zapomina), „End of the Night” (wizja drogi, która znajdzie się w wielu późniejszych utworach Morrisona), „Take It as It Comes” (opowiada o konieczności akceptowania tego co przynosi nam życie. Zadedykowany Maharisziemu, nauczyciela transcendentalnej medytacji), oddzielają „Light My Fire” od ważnego „The End”. Ten kończący płytę utwór budził kontrowersje wokół treści, bowiem fabuła powinna być prawdopodobnie interpretowana metaforycznie: autorytet (Ojciec) kontra wolność (Matka), lub jako z natury kontrastujące męskie i kobiece aspekty ludzkiej psychiki, jednak wielu odczytywało jako obnażenie kompleksu Edypa. Miało się to objawiać w kontrowersyjnym tekście, który przerażający stan psychiczny rozpoczyna słowami:  „ojcze? / tak synu? / chcę cię zabić / matko, chcę cię rżnąć przez całą noc”. Utwór „The End” wykorzystał Francis Ford Coppola w filmie „Apocalypse Now”, w pierwszej i ostatniej scenie.
„The Doors” wydano w tym samym roku co „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles i oba albumy były psychodelicznymi „kamieniami w ogrodzie” sztuki muzycznej. Gdy Beatlesi widzieli rozsłoneczniony obraz ludzkości, debiut The Doors widział ciemną ponurą stronę psychiki człowieczej. Ich tematem- podobnie jak w wielu świetnych albumach rockowych, był seks, śmierć i brutalny byt. Kluczem do sukcesu zespołu wydaje się napięcie pomiędzy dionizyjskim charakterem wokalisty Jima Morrisona i ostrą, melodyjną grą instrumentalistów z zespołu.
Płyta „The Doors” sprzedała się w ilości około 12.5 miliona egzemplarzy i został sklasyfikowany na 42. miejscu listy 500 albumów wszech czasów magazynu „Rolling Stone”. Monofoniczny LP (Elektra EKL-4007) ma unikalne miksy, które różnią się od wersji stereo (EKS-74007). Wersja mono została usunięta z katalogu wytwórni Elektra niedługo po pierwszym wydaniu i pozostała niedostępna do 2010 roku, kiedy została ponownie wydana jako limitowana edycja 180 gramowego audiofilskiego albumu Rhino Records. Wersji CD jest dużo- polecam tę z boxu wyprodukowanego przez Elektra Records w 1999 roku, o nr katalogowym- 62434-2 lub późniejsze. Praca producenta Rothchilda i inżyniera Botnicka jest wzorcowa, bo powstało brzmienie odznaczające się jednocześnie ciepłem (zawdzięczamy analogowej technice nagrywania) i olbrzymią dynamiką, bez której rock obejść się nie może. Nagrania są przejrzyste, nasycone harmonicznymi, a szumy linii elektrycznej, od mikrofonów po taśmę magnetyczną, niezbyt znaczące. 

 

Gong– międzynarodowa, progresywna grupa rockowa, założona przez byłego członka Soft Machine Daevida Allena, wywodząca się z brytyjskiej sceny Canterbury (Soft Machine, Kevin Ayers, Gong, Caravan, Henry Cow). Była jednym z najbardziej eklektycznych i „anarchistycznych” grup w historii rocka. Grupa reprezentowała i psychodelicznego rocka, rocka elektronicznego, jazz-rocka, space rocka, eksperymentalny rocka, a ich muzyka miesza groteskę, teatralne przedstawienie, awangardowe eksperymentowanie z rockową lub jazzrockową grą; bardzo bogatą instrumentalnie oraz pod względem faktury. Byli jedną z pierwszych grup, które podpisały kontrakt z Richardem Bransonem, szefem Virgin Records. Pod koniec 1973 roku udały się do Virgin’s Manor Studio w hrabstwie Oxfordshire w Anglii, aby nagrać swój trzeci album, „Flying Teapot”, który miał się stać początkiem alegorycznej trylogii „Radio Gnome Invisible„, opisującej przygody „Zero the Hero”, „The Good Witch Yoni” i „The Pot Head Pixies” z planety Gong. Pod koniec sesji nagraniowej dołączył do nich angielski gitarzysta Steve Hillage. Przybył zbyt późno, by wnieść wiele do albumu „Flying Teapot”, ale wkrótce stał się kluczowym elementem brzmienia Gong. Druga część- „Angel’s Egg”, z sekcją rytmiczną: Mikem Howlettem na basie i Pierrem Moerlenem na perkusji i sekcją melodyczną: Stevem Hillagem (gitary), Didierem Malherbem (saksofony), Pierrem Moerlenem (marimba, wibrafon), Daevidem Allenem (gitary), Timothy „Tim” Blakem (syntezatory, wokal), Gilli Smyth (poetycki szept) i Mireille Bauer (glockenspiel).

Ta druga płyta trylogii nie jest zwykłym albumem progresywnego rocka. To bardzo sprawny technicznie, bardzo dziwaczny, z wieloma krótkimi kompozycjami i kilkoma inspirowanymi psychodelią tekstami. I ona właśnie została uznana przez wielu krytyków muzycznych za największe dzieło studyjne Gongu. Wyraźnie tu słychać muzyczną wirtuozerię zespołu w ramach jazz-rockowej fuzji spod znaku „Canterbury”. Każdy z utworów ma solidną strukturę melodyczną, wręcz chwytliwe numery wokalne i zawiłe jazzowe improwizacje. Bez zagłębiania się w szczegóły jest to album dobrze zagrany i nagrany, doskonały prawie na każdy sposób, bo na jedyny sprzeciw mógłby natrafić „Givin’ my Love to You”, pijacki pubowy utwór, który odstaje od reszty nagrań. Jest niespełna minutowy, więc.. Po co on?  Tak czy siak „Angel’s Egg” jest arcydziełem muzyki progresywnej, jednym z najambitniejszych albumów rockowych jakie można usłyszeć.

Ostatni z cyklu to „You”. Konstrukcja albumu oparta jest na długich instrumentalnych suitach przeplatanych krótkimi narracjami i piosenkami. Zespół wydawał się ciągle zmieniać stylistykę w całej swojej historii, ale że rdzeń personalny pozostał identyczny z tym, który stworzył poprzedni album „Angel’s Egg” to i pewna cecha została zachowana- ekscentryczny humor, który dominował w poprzednich dwóch wydawnictwach, jest nadal widoczny.

Muzyka stała się bardziej zorientowana na zdolności instrumentalistów, w szczególności gitarzysty Steve’a Hillage’a, który zajął pokaźne miejsce, by pokazać swoje talenty. Mocniej dają znać o sobie dźwięki klawiatur (syntezatorów i melotronu) przez co ubierają „kosmiczny strój”. Dziwaczność i kreatywność wyświetlana na poprzednich płytach jest wciąż obecna, ale zespół działa w bardziej spójny sposób, co doskonale odzwierciedla „Magick Mother Invocation / Master Builder”. Ten utwór jest niewątpliwie jednym z najwspanialszych twórczych momentów zespołu. Album ten lepiej niż jakikolwiek inny z katalogu grupy rejestruje bliski ideałowi dopasowanie filozofii członków zespołu do ich muzycznej wrażliwości. Spójność zespołu jako całości, chyba w wyniku bardzo zbliżonego składu do tego z poprzedniej sesji, miało duży wpływ na integralność albumu. Styl Gongu ulegnie zmianie w kolejnych wydawnictwach- zwrócą się jeszcze bardziej w stronę fuzji progresywnego jazzu. To wydawnictwo, jako klarowne i zabawne przedstawienie sceny z Canterbury, jest prawdopodobnie tak świetną pozycją co jej poprzedniczka- „Angel’s Egg”. Obie płyty zostały zrealizowane w The Manor Studio w Anglii przez Simona Heywortha.

Obie płyty brzmieniem wykraczają ponad to co wtedy (i dziś często też) było normą w przypadku dobrze zrealizowanych nagrań. Utwory cechują się gęstym, zawiesistym brzmieniem, od harmonicznych częstotliwości, naturalnym ciepłem pochodzącym zapewne od pomieszczeń w jakim sesje się odbywały. „Duże”, nasycone instrumenty są naturalnie (bez sztucznych efektów) rozlokowane w przestrzeni jaka w obrazie muzycznym się pojawia. To jedne z najlepiej zrealizowanych płyt niezależnie od gatunku czy czasu.

 

 

(*) O albumie „The Doors” wspominam również w artykule- „Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada (rozdział piąty)

(**) Tekst napisany pochyłą czcionką w kolorze jest cytatem artykułu pana Jakuba Gańko zamieszczony w  

 


Kolejne części:

                 

Dodaj komentarz