Rekomendowane wydawnictwa płytowe pop/rock/ballada
(rozdział piąty)

 

Ten rozdział poświęcę wielkim postaciom sceny rockowej, które zniszczyły sobie życie wpędzając się w otchłań narkotykową, alkoholową lub tragicznie skracając karierę artystyczną.

 

Janis Joplin przeżyła 27 lat. Umarła po ostrym zatruciu heroinowo- morfinowym. Wstrzyknęła nadmierną dawkę narkotyku. Ciało Janis Joplin skremowano, a prochy rozsypano w Kalifornii po falach oceanu. Zdążyła wydać tylko cztery studyjne albumy, a najistotniejszymi są dwa- „Cheap Thrills” i Pearl”. Sty prezentowany na kolejnych płytach, początkowo bluesowo- psychodeliczny, zmienił się na koniec w soul z elementami country music (ja ten zmieniony styl tak odczytuję).

Cheap Thrills” po udanym debiucie Janis Joplin był w owym czasie najbardziej oczekiwaną płytą przez publiczność, zwłaszcza tę, która utożsamiała się z ruchem hippisowskim. Album nie zawiódł gdy go wydano, więc od razu „powędrował” na czołowe miejsce list najlepiej sprzedających się płyt. Został uznany najlepszą płytą roku 1968. Sygnaturą zespołu Big Brother and the Holding Company był ostry, nawet skrzeczący i zachrypiały, ale i bardzo ekspresyjny głos.  Potrafiła interpretować utwory szeptem, krzykiem i pięknym czystym głosem, zawsze trafnie, bo szczerze. Śpiewała z uczuciem i zaangażowaniem tylko te utwory, które czuła… Innych po prostu nie wykonywała w ogóle. Na album trafiły trzy covery- „Summertime”, „Piece of My Heart” i „Ball and Chain”, pozostałe to kompozycje muzyków zespołu . Surowy dźwięk albumu (właśnie rockowym bym go nazwał) fantastycznie oddaj energiczne koncerty zespołu, a one nie różnią się wcale od tych studyjnych. Do czasu wydania płyt z udziałem Janis Joplin nikt nie słyszał nagranego śpiewu tak emocjonalnego, tak zdesperowanego. Interpretacja „Summertime” George’a Gershwina była najdoskonalszą w ramach gatunku, ale też jedną z najciekawszych niezależnie od nurtu muzycznego.  „Turtle Blues” Scotta Joplina ukazały zespół jako bardzo stylowo grający, wiarygodnym, na podobieństwo autentycznego brzmienia Memphis Minnie. W Big Brother dominującym dźwiękom gitary brakowało precyzji, ale i tak słyszano jedynie Ją, prawdziwą gwiazdę,  Janis Joplin. Niespełna dwa lata grali ze sobą. Janis Joplin chciała większego wpływu na to co zamierzała grać, a nie ma lepszego sposobu by tego dokonać jak się po prostu usamodzielnić.

Pearl” to drugi i ostatni studyjny album sygnowany nazwiskiem Janis Joplin. Wydany pośmiertnie przez Columbia Records w 1971 roku. Album wydaje się bardziej dopracowany pod względem instrumentalnym niż te albumy, które nagrała z Big Brother & the Holding Company i Kozmic Blues Band. Doświadczenie producenta Paula A. Rothchilda (producent studyjnych nagrań The Doors) i jej nowych muzyków z kanadyjskiego zespołu Full Tilt Boogie Band pozbawiło materiał muzyczny brudów, ale też nie zabrało ekspresji. Janis Joplin miała dobrą odskocznię dla własnych interpretacji, niczym już nieograniczanych. Wszystkie dziewięć utworów z albumu, były przez wokalistkę wybrane i ułożone. Materiał jest bardzo wyrównany pod względem atrakcyjności, ale przyniósł dwa przeboje- country- rockowy „Me and Bobby McGee” oraz słynny, śpiewany a cappella „Mercedes Benz”.

Obie płyty są wydane rzetelnie z dbałością o techniczne walory. Longplay „Cheap Thrills” został wydany w formatach stereo i mono z oryginalnym monofonicznym naciśnięciem, teraz stanowi rzadkość w zbiorach kolekcjonerów. Pamiętam z tamtych czasów takie zdarzenie: Przyjął mnie i mojego kolegę pewien kolekcjoner, dzięki któremu mogliśmy nagrać sobie na taśmę magnetofonową longplay wtedy nie do zdobycia- „Pearl” Janis Joplin. W pokoju gdzie odbywało się kopiowanie na taśmę niewielka była kolejka. Każdy z kolejki stał z taśmą magnetofonową w ręce oprócz tej osoby, która akurat nagrywała. I kiedy stałem tuż za pewnym hippisem zauważyłem, że ten przystopowuje szpulę taśmy palcem. Zwalniał prędkość jej biegu. Zdziwiony naiwnie zapytałem- „Po co to robisz?”, a on na to: „Wiesz… Inaczej nie zmieszczę całej płyty!”. Nie wiem czy był później w stanie słuchać tego co nagrał, jednak może ważniejsze było to, że miał nagraną całą płytę, a nie tylko jej część.

 

Jim Morrison, frontman grupy The Doors, zmarł 3 lipca 1971 w Paryżu. Miał niecałe 28 lat.  W marcu 1971 roku, po nagraniu albumu „LA Woman”, wokalista i tekściarz (poeta), przeniósł się do Paryża ze swoją przyjaciółką Pamelą Courson . Chciał zostać pisarzem na emigracji. Jako przyczynę śmierci podaje się niewydolność serca, ale ludzie z najbliższego otoczenia z tamtego czasu twierdzą, że jeśli nie bezpośrednią przyczyną było przedawkowanie heroiny to na pewno przyczyniło się do choroby serca. Przypuszczenie, że winić należy narkotyk, może być prawdopodobne, zważywszy na fakt znalezienia poety w wannie pełnej zimnej wody, a tak przecież ratowano tych, którzy przedawkowywali ten narkotyk.

The Doors założyło dwóch studentów- poeta Jim Morrison i pianista Ray Manzarek. Dobrali do składu tylko dwóch- gitarzystę Robby’ego Kriegera i perkusistę Johna Densmore’a. Podstawa basowa miała być tworzona przez Raya Manzarka lewą ręką na Fender Rhodes Bass, natomiast prawą tworzył melodie na innym instrumencie klawiszowym (np. Vox Continental). W takim składzie podpisali kontrakt z Elektra Records.

Dla tej wytwórni nagrali sześć płyt studyjnych. Pięć płyt- “The Doors” (1967), “Strange Days” (1967), “Waiting for the Sun” (1968), “The Soft Parade” (1969) I “Morrison Hotel” (1970),  wyprodukował Paul A. Rothchild. Ostatnia- “LA Women” (1971), była dziełem zespołu I Bruce’a Botnicka. Wszystkie albumy reprezentowały najwyższy poziom techniczny jaki był możliwy do osiągnięcia na przełomie lat 60. i 70.

Przy omówieniu twórczości The Doors można by pominąć dwie płyty „The Soft Parade” i „Morrison Hotel”, które nie są tak doskonałe jak pozostałe, ale… Niejeden zespół rockowy chciałby je mieć mimo wszystko w swoim katalogu.

Pierwszy singel “Break on Through” z debiutanckiego longplaya “The Doors” został niezauważony, natomiast drugi „Light My Fire” stał się z dnia na dzień wielkim przebojem, który później miał zostać standardem chętnie wykonywanym przez wielu znakomitych i mniej znakomitych wykonawców. Sprzedał się w liczbie ponad miliona egzemplarzy. Członkowie zespołu przy produkcji utworów musieli niejednokrotnie iść na kompromis. Albo „ukrywano” fragmenty tekstu (w „Break On Through”, „The End”), które mogłyby bulwersować, albo skracano utwór by go zmieścić na singlu (z „Light My Fire” wycięto część instrumentalnego solo, które w całości jest na longplayu). Z płyty pochodzi też wiele utworów nie wybranych na single, ale mogących z powodzeniem zagrozić wielu ze szczytu list przebojów, na przykład cover „Alabama Song” lub „Back Door Man”. Płytę kończył 11. minutowy „The End”, który w treści zawierającej motyw kompleksu Edypa, odnosi się do przeszłości autora(został ten utwór wykorzystany w filmie Francisa Forda Coppoli „Apocalypse Now!”).

Strange Days” był również dobrze sprzedającym się longplayem. Odniósł też sukces artystyczny. Była może mniej spontaniczna, ale w przeciwieństwie do pierwszej bardziej urozmaicona w nastroje, bogatsza aranżacyjnie (producent Paul A. Rothchild i inżynier Bruce Botnick zastosowali nowatorski 8. ścieżkowy magnetofon). Są tu melodyjne przeboje („Strange Days”, „People Are Strange”) i podobnie jak w debiucie epicki 11-minutowy „When the Music’s Over” kończy płytę.

Waiting for the Sun”, trzeci longplay był równie udany. Praca w studio stawała się uciążliwa, Morrison miał coraz większe problemy z alkoholem, a mimo to powstawały znakomite kompozycje, które mogą być uznane za najpiękniejsze przeboje w dorobku The Doors- „Hello, I Love You”, „Love Street”, „The Unknown Soldier”, „Summer’s Almost Gone”, „Wintertime Love”, „Spanish Caravan”). Zresztą płyta jako jedyny longplay zespołu stała się jednocześnie numerem jeden na listach najpopularniejszych w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. To właśnie wtedy- podczas jednego z koncertów w Amsterdamie występ musiał zostać odwołany z powodu zapaści lidera spowodowanej zażyciem haszyszu popitego alkoholem. Młodzi fani ich uwielbiali.

The Soft Parade” wykazywał, że czasu kryzysowy nadszedł. Kompozycje, które wzbogacono aranżacjami orkiestrowymi i wprowadzeniem sekcji instrumentów dętych, stały się ciężkostrawne, śpiewane przez Morrisona wyraźnie bez przekonania.

Szybko odstąpiono od urozmaicania „na siłę”, powracając do elektrycznego brzmienia na płycie „Morrison Hotel”. The Doors kolejnym hitem “Waiting for the Sun” obiecuje powrót na szczyty. Morrison śpiewa jak wcześniej- z zaangażowaniem. Cały zresztą longplay pogodny i optymistyczny. Nie jest to jeszcze poziom wyznaczony przez „Strange Days”, ale już wystarczająco wysoki by wierzyć, że ich inwencja twórcza da znać o sobie.

The Doors i dotychczasowy inżynier nagrań Bruce Botnick zorganizowali prowizoryczne studio nagrań w ich prywatnej sali prób,  w budynku dwupiętrowym. Uznali, że przecież mogą nagrać płytę w odprężającej atmosferze, unikając jednocześnie kosztów profesjonalnego studia. Stół mikserski, wcześniej własności Elektry, został zainstalowany na górnym piętrze podczas gdy monitory studyjne, mikrofony i instrumenty klawiszowe zostały ustawione na dolnym piętrze. Muzycy w tych warunkach komfortu nie mieli- aby zrekompensować brak izolowanego wokalnego stanowiska Morrison nagrany był w drzwiach łazienki, a śpiewa do tego samego mikrofonu jakiego używał w czasie trasy koncertowej trasy drzwi. Brzmienie ostatniej ich płyty „L.A. Women” różni się od poprzednich, co wcale nie dziwi. Jest lekko stłumione, a Morrison bardziej wtopiony w tło instrumentalne. Muzycznie jest bardzo udaną propozycją- od pierwszego utworu „The Changeling” aż po ostatni „Riders on the Storm”. To mocne i kołyszące rockowe piosenki, a w jednej z nich Ray Manzarek zdradza swoje fascynacje… W „Hyacinth House” cytuje podstawową linię melodyczną z Poloneza A-dur op. 53 Fryderyka Chopina. Płytę kończy i kończy jednocześnie historię The Doors w pełnym składzie, utwór „Riders of the Storm”, który stał się tak wielkim przebojem jak ten z pierwszej ich płyty- „Light My Fire”.

Dziś melomani mają w czym wybierać, bo wydane są wersje monofoniczne i stereofoniczne. Są pojedynczo sprzedawane i w kompletach. Jeśli wybierze się wydanie oficjalne Electry to będzie się ukontentowanym, bo to naprawdę były wyśmienite technicznie nagrania, więc i remastery są bardzo udane. Napiszę odważniej- jeśli natrafi się na  wydanie amerykańskie to będą najlepiej nagranymi płytami niezależnie od czasu produkcji i gatunku muzycznego.

 

13 stycznia 1979 roku, Donny Hathaway rozpoczął sesję nagraniową, przy której producenci i muzycy Eric Merkury i James Mtume byli obecni. Opowiadali oni, że chociaż sesja przebiegała dobrze, Hathaway zaczął zachowywać się irracjonalnie, a nawet wydawało się, że popada w paranoję lub nękają go urojenia. Według Mtume, Hathaway powiedział, że „biali” próbowali go zabić, a jego mózg podłączali do jakiegoś urządzenia by skraść jego muzykę i jego ton. Zachowanie Hathaway nie pozwalało na kontynuację sesji, więc Merkury zdecydował o jej przerwaniu. W tej sytuacji każdy z muzyków poszedł do domu. Kilka godzin później, Hathaway został znaleziony martwy na chodniku pod oknem swojego pokoju, który znajdował się 15. pięter wyżej w nowojorskim Essex House Hotel. Ustalono, że skoczył ze swojego balkonu. Nie było żadnych śladów walki, co śledczy zinterpretowali, że śmierć Hathaway było samobójczą. Miał 33 lata.

Donny Hathaway śpiewał w stylu jazzowym, bluesowym i soulowym. Był kompozytorem, aranżerem i pianistą. Hathaway podpisał kontrakt z Atlantic Records, który w swojej filii Atco wydało singiel „The Ghetto” na początku 1970 roku. Magazyn Rolling Stone określił go jako „główną nową siłę w muzyce soul” po wysłuchaniu tego singla. Trzecia płyta „Roberta Flack & Donny Hathaway” przyniosła sukces komercyjny i artystyczny. W tym samym 1972 roku Atlantic realizuje płytę koncertową „Live”, którą krytycy uznają za jeden z najlepszych albumów nagranych na żywo w historii muzyki. Album zawiera dwa zarejestrowane koncerty: na stronie A płyty winylowej umieszczono koncert z The Troubadour w Hollywood, a stronę B wypełnia koncert z The Bitter End w Greenwich Village na Manhattanie. Wyjątkowość tego zarejestrowanego koncertu polega też na tym, że kolejnym członkiem zespołu jest żywiołowa i muzykalna publiczność. Kiedy gra zespół 12. minutowe „The Ghetto”, gra na pianinie elektrycznym Hathawaya wspierana jest intensywnym rytmicznym klaskaniem w dłonie, jakaś kobieta krzyczy z zachwytem, kiedy grają „You’ve Got a Friend” Carole King. Na płycie pojawia się „Little Ghetto Boy”, który ukaże się dopiero w rok później się na singlu. „Live” osiągnął Top 20 sprzedaży i co oznaczało, że stał się pierwszy albumem nagrodzonym „złotą płytą”. Perfekcjonista Hathaway powiedział magazynowi Blues & Soul z typowym samokrytycyzmem: „Jestem oczywiście zadowolony ze sprzedaży, ale sam album nie jest tak dobry jak bym tego chciał”. Zbyt ostro swoją pracę ocenił. Ta płyta jest bardzo dobra! To kwintesencja soulu.

 

Miał wylecieć z Memphis 16 sierpnia 1977 roku, by rozpocząć trasę koncertową w Portland. Tego dnia jego przyjaciółka, Ginger Alden, znalazła go nieprzytomnego w łazience w Graceland. Próby przywrócenia go do życia nic nie dały. Elvis Presley umarł w wieku 42. lat. Przyczyną śmierci było zatrzymanie akcji serca. Tak, ale to się zdarzyło gdy Presley był już karykaturą samego siebie- z poważną nadwagą, o umyśle zniszczonym nadużywaniem leków. Był wyraźnie wyczerpany. Mimo pogorszenia się jego stanu zdrowotnego wyruszał w trasy koncertowe, które odwoływał gdy nie mógł się podnieść z łóżka.

„Król Rock and Rolla”, jak nazywano Presleya, rozpoczął karierę w 1954 roku, nagrywając dla Sun Records utwór Arthura Crudupa „That’s All Right”. Trzy dni później DJ Dewey Phillips puścił ten utwór w swoim programie radiowym Red, Hot, and Blue. Słuchacze zareagowali od razu, dzwoniąc do studia, żeby dowiedzieć się kto jest wykonawcą piosenki. W rok później uznano go za najbardziej obiecującego męskiego artystę, a w konsekwencji wielkie wytwórnie płytowe ubiegają się o podpisanie kontraktu z obiecującym piosenkarzem. Od momentu podpisania umowy z RCA Victor jego kariera przyśpiesza. W styczniu 1956 Presley nagrywa pierwszy wielki przebój „Heartbreak Hotel”, w lipcu „Hound Dog”,  „Any Way You Want Me” i „Don’t Be Cruel”. Równocześnie rozpoczyna też karierę aktorską. „Heartbreak Hotel”, najlepiej sprzedający się singiel w 1956 roku, poprzedzał longplay „Elvis Presley”, równie dobrze przyjęty jak przeboje singlowe z tego czasu. RCA Victor rozpoznała w Presleyu „żyłę złota”, więc zadbała też o to by najlepsi studyjni muzycy mu towarzyszyli. Wymienię paru- znakomitego gitarzystę Cheta Atkinsa, gitarzystę Scotty Moore’a, pianistę Floyda Cramera, perkusistę Dominica Josepha Fontanę (brał udział w nagraniu 460. utworów wykonywanych przez Presleya). W 1957 roku wydał trzy single „Too Much”, „All Shook Up” i „Teddy Bear”. Wszystkie dotarły do pierwszego miejsca list przebojów. Popularność Elvisa Presleya była tak duża, że nawet dwuletnia przerwa w koncertowaniu, spowodowana obowiązkiem wojskowym, jej nie zaszkodziła. RCA była na tę przerwę przygotowana- wydawała nagrania zapisane jeszcze przed odbyciem służby wojskowej Elvisa. Gdy w latach 60. skupiał się na karierze aktorskiej brakło czasu na odbywanie tras koncertowych, a longplaye wypełniała muzyka wykorzystywana w filmach.

Powrócił do koncertowania dopiero 1968 roku, ale to już był czas nowoczesnego rocka. Elvis był jednym z bardziej popularnych muzyków popowych w USA i w czasach wielkiej brytyjskiej inwazji, i od kiedy rynek muzyczny został zdominowany falą hard rocka, blues rocka i psychodelii. Nadal z powodzeniem śpiewał muzykę country, rhythm and blues, pop i gospel. W tym czasie trzy razy otrzymał Grammy Awards (za album „How Great Thou Art.” z 1967 roku oraz „He Touched Me” z 1971 roku), a nominowany do tej nagrody był aż 14 razy. „Przed Elvisem nie było niczego”, powiedział o nim John Lennon. Elvis Presley nagrał 24 płyty długogrające, 9 longplayów z nagraniami koncertowymi, 20 ze ścieżką filmową, a singli nie policzyłem… A te zaproponuję melomanom, którzy chcieliby mieć coś reprezentatywnego- 18. płytowy box „18 UK No. 1’s”, zawierający single, które zdobyły pierwsze miejsca brytyjskich list przebojów (Sony/BMG z 2005 roku). Krążki imitują stare płyty winylowe pierwszych wydań, a brzmią nie gorzej niż winylowe odpowiedniki.

 

Curt Cobain był uzależniony od heroiny. Dał się przekonać do terapii odwykowej, jednak po niecałym tygodniu uciekł z ośrodka dla uzależnionych, wsiadł do samolotu i wrócił do Seattle. 5 kwietnia 1994 popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Miał 27 lat.  Wraz ze śmiercią Cobaina przestał istnieć zespół Nirvana, którego był liderem. „Nevermind”, drugi studyjny album Nirvany wydany 24 września 1991 roku przez DGC Records, osiągnął niebywały sukces. „Lokomotywą” albumu był „Smells Like Teen Spirit”, który zawdzięcza popularność materiałowi video, który nadawany przez MTV dotarł do fanów rocka na całym świecie. Liczono na dobrą sprzedaż płyty w ilości 250 tys. sztuk, a sprzedano ponad 10,600,000 egzemplarzy. Płyta nie tylko miała ten jeden udany utwór… Nie sprzedano by tylu płyt, gdyby nie to, że znajdywały się też wspaniałe „Come As You Are”, „Lithium” i „In Bloom”. Fenomen „Nevermind” zwrócił uwagę słuchaczy na środowisko muzyczne rejonu Seattle, a tam popularny był nurt nazwany grunge. Przyniósł też rock alternatywny z niszy do głównego nurtu, co dało nadzieje na osiągnięcie jego rentowności. Punk w wydaniu Nirvany miał „twarz” rocka końca lat 60., więc i starsza generacja fanów rocka zaczęła się wsłuchiwać w grunge. W Seatlle działały grupy o świeżym brzmieniu- tryskający energią, przyciągający fantastycznymi pomysłami melodycznymi w ramach form, które można było wyszukać w nagraniach wczesnych Black Sabbath, Free czy Led Zeppelin.

Jedną z grup wiodących w Seattle był Soundgarden. Frontmenem tej grupy był Chris Cornell – wokalista i gitarzysta. „Badmotorfinger”, trzecia płyta tego zespołu, niesiona na fali „Nevermind”, spopularyzowała zespół w świecie. Hard rock „wylewający się” z płyty mógłby być kontynuacją stylu Black Sabbath gdyby nie to, że muzycy Soundgarden stosowali alternatywne stroje gitar i nietypowe metrum w części albumu. Na następnej płycie- „Superunknown”, doszukać się wpływu Black Sabbath nie można lub znacznie trudniej.  Poszli parę kroków dalej. Stali się bezkompromisowi, utwory na płycie to apogeum muzycznej agresji, ale też bardziej zróżnicowane, nawet można rozpoznać melodykę Indii lub Bliskiego Wschodu. Z kolei w „Black Hole Sun” słychać echa The Beatles z późnego ich czasu. Dla utworu, który nosi tytuł „Spoonman”, inspiracją był uliczny muzyk, który grał na łyżkach na ulicach Santa Cruz w Kalifornii. Ów artysta został zaproszony do zagrania sola w utworze promującym album. Treść albumu jest mroczna i tajemnicza. Wiele z tekstów odnosi się do kwestii uzależnień i depresji,. Porusza też tematy zemsty, samotności, lęków, straty , śmierci i… Samobójstw. W 2017 roku Chris Cornell, ten bez którego Soundgarden nie może istnieć, wydawałoby się artysta spełniony, popełnił samobójstwo. Cierpiał na depresję. Żył 53 lata.

 


Kolejne rozdziały:

              

Dodaj komentarz